Kategorie: Wszystkie | film | muzyka | pozostałe
RSS

film

poniedziałek, 31 grudnia 2012

rok wydania: 2007

 

A teraz coś z zupełnie innej beczki!

Jak zdążyliście zauważyć, 98% notek na tym blogu dotyczy muzyki. Pozostałe dwa procenty to sport (a właściwie piłka nożna) i filmy. I choć raczej dobrze obrazuje to, jak ważna w moim życiu jest muzyka (a jest zdecydowanie najważniejsza), to jednak jeśli chodzi o te inne zainteresowania to jest jednak tego trochę więcej niż futbol i kino. Spokojnie, nie mam zamiaru robić tu z siebie człowieka renesansu, wciąż większość tych zainteresowań mieści się w popkulturowym kontekście. Jak np gry video (choć to bardzie kiedyś, bo czasu brak). Albo kabarety...

Sprzeciw! Czy Monty Python można nazwać kabaretem? Słowo to ostatnimi czasy strasznie się zeszmaciło, szczególnie w polskim wydaniu. Wszyscy, którzy raz na jakiś czas włączą TVP lub Polsat, wiedzą w czym rzecz. Ale różnica tkwi nie tylko w jakości, ale przede wszystkim w formie. Bo zjawisko zwane Monty Python'em to nie tylko tych sześciu genialnych kolesi. To całe uniwersum, obejmujące programy telewizyjne, filmy, produkcje sceniczne, płyty cd, gry komputerowe i szereg innych nośników, a wszystko to zszyte nićmi jedynego w swoim rodzaju (to nie marketingowy bełkot, to jest FAKT) humoru. Biznes? Oczywiście że w pewnym stopniu tak, ale nie przykładajmy do wszystkiego znaku dolara czy też funta. Chemia między tymi facetami owocowała taką produktywnością, że telewizja okazała się dla nich niewystarczająca. 

Zresztą, już "Latający Cyrk Monty Pythona", ich pierwsze wspólne i chyba jednak wciąż najważniejsze dzieło, jest czymś znacznie więcej niż "programem telewizyjnym tworzonym przez grupę kabaretową". Owszem, rządzi format skeczu. Ale na tym podobieństwa do innych kabaretów się kończą. Bo to, co u innych komediantów przybiera formę zbioru skeczy, w najlepszym wypadku posiadający jakiś wydumany wspólny mianownik, w rękach Monty Pythonowców staje się półgodzinnym tripem, posiadającym własne, unikalne dla każdego odcinka flow, spięte klamrą regularnie powracających (nie tylko w ramach jednego odcinka, ale i całego sezonu) postaci i psychodelicznych, surrealistycznych animacji Terryego Gilliama. Nie wiem jak w Waszym przypadku to wygląda, ale ja oglądając dzieła MP bynajmniej nie mam tak, że nie mogę powstrzymać się od śmiechu (poza skrajnymi wyjątkami-skeczami). Przez większą część czasu jestem zdumiony - zdumiony tym, jaką absolutnie nieograniczoną wyobraźnię mieli ci kolesie. Trawestacja frazy "sky is the limit" w świecie humoru. Niezależnie czy mowa o skeczach bazujących na absurdalności całej płaszczyzny sytuacyjnej skeczu (która najlepiej wychodziła tandemowi pisarskiemu Cleese/Chapman), gierkach słownych (domena Erica Idle'a) czy kreacjach aktorskich (tu w grę wchodzą wszyscy, z lekkim wskazaniem na Michaela Palina) - na każdym polu Pythony byli poza konkurencją. Chyba tylko "Za chwilę dalszy ciąg programu" jestem w stanie postawić wyżej. Choć raz, mówimy tu o lokalnym zjawisku. A dwa - Mann i Materna też mają kosmiczny dług wdzięczności u Monty Pythona. No i jeszcze ważna, a przy tym dość paradoksalna rzecz - dzieła Cleese'a i spółki NIC nie straciły po tych 40 latach na aktualności, choć w wielu przypadkach drugie dno tych skeczów odwołuje się do tematów ówcześnie panujących na Wyspach Brytyjskich.

A co z konkretnie tu omawianym Sezonem Pierwszym? Cóż, powszechnie panująca opinia mianuje dwa pierwsze sezony "Cyrku" tymi ewidentnie lepszymi, a pozostałe dwa, powstałe przy coraz mniejszym udziale Cleese'a, jako te gorsze. Kwestią bardziej dyskusyjną pozostaje wybór: pierwszy czy drugi sezon? Faktem jest, że to ten pierwszy dysponuje największą liczba asów w pythonowej talii. Skecz o Martwej Papudze, "Piosenka Drwala", Skecz o Brudnym Widelcu, "Najzabawniejszy Dowcip Świata" czy mój absolutny faworyt - Skecz o Wyprawie na Kilimandżaro: klasyk leci tu za klasykiem. I nawet jeśli niektóre fragmenty odbieram z mniejszym entuzjazmem (w sumie cały odcinek "You're Not Fun Anymory", w większości bazujący na historii kosmitów zmieniajacych Anglików w Szkotów), to przez myśl - a tym bardziej przez gardło - nie przejdzie mi opinia, że są one słabsze. Może nie odblokowałem jeszcze odpowiednich receptorów w głowie, pozwalajacych dostrzec zajebistość tych skeczy?

Jeśli Wam przychodzą takie opinie z łatwością - ok. Jeśli uznacie, że ten humor Was kompletnie nie robi - też ok, nikomu nic do tego. Ale zapoznać się z tym trzeba. Tu naprawdę zbyt historyczne rzeczy się dzieją.

Ok, jako że to ostatnia notka w tym roku, to nie pozostaje mi nic innego jak życzyć mnóstwa najlepszości na ten przyszły rok. Zdrowia, szczęścia, spełnienia marzeń o fejmie i hajsie. A zawężając zakres życzeń do kwestii bardziej związanych z tym blogiem - by mi nigdy nie zabrakło tematów na notki do tego bloga (chociaż jestem o to dziwnie spokojny), a Wam chęci do czytania tego co tu się pojawia. Hej!

 

najlepszy moment: WYPRAWA NA KILIMANDŻARO

ocena: 9,5/10

00:55, rejczmen , film
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 sierpnia 2012

rok: 2012

reżyseria: Woody Allen

 

Wow, drugi raz w kinie w przeciągu roku. Zostaję kinomanem!

Przyznam że nigdy jakimś specjalnym fanem Allena nie byłem. Oczywiście nie kwestionuję jego talentu, ale wątpię, czy w jakimkolwiek stopniu mój świat był uboższy bez tych dwóch filmów na krzyż z jego repertuaru, które dane mi było obejrzeć. I szczerze mówiąc nigdy nie miałem ciśnienia, by bardziej się rozeznać w temacie. Tym bardziej, że facet trochę tych filmów naprodukował. Zobaczmy - od jakiegoś '71 roku kręci nowe dzieło praktycznie co roku. Każdy film to przynajmniej 1,5h. Co daje nam łącznie około 60godzinny seans. Uh, sorry, zostawiłem czajnik na gazie, na razie.

Zmierzam do tego, że "Zakochanych w Rzymie" obejrzałem bez jakichkolwiek oczekiwań i obciążeń. Jedyny cel - odpiąć się w trochę bardziej wysublimowany sposób. I się udało w stu procentach właściwie.

Nie będę ukrywał, że Allen kupił mnie już samą konstrukcją fabuły. Zawsze miałem słabość do filmów z kilkoma, niezależnymi od siebie (przynajmniej przez większą ich część) wątkami. Z tego też powodu nawet "Sezon na leszcza" Bogusia Lindy wspominam z sympatią jako prawdopodobnie jedyna osoba w tym kraju. I w "Zakochanych" też mamy kilka wątków, które przede wszystkim splata to, że rozgrywają się w stolicy Włoch. Jest wątek Jerry'ego (w tej roli sam Allen), niespełnionego reżysera operowego (hmmm...), który przybywa z żoną do Rzymu z zamiarem poznania wybranka serca jego córki, by koniec końców odkryć wybitny talent wokalny u rodzica ów wybranka, na co dzień parającego się prowadzeniem zakładu pogrzebowego. Jest wątek Leopoldo (Roberto Benigni), totalnie zwyczajnego pracownika biurowego, który z zupełnie niezrozumiałych dla siebie powodów staje się nagle celebrytą. Trzeci wątek to historia świeżo poślubionej pary, która przyjeżdża do Rzymu z małego miasteczka. Pan młody o imieniu Antonio ma tam spotkać się z krewnymi, którzy są w stanie załatwić mu intratną fuchę. Żona wychodzi tylko na chwilę by poprawić u fryzjera włosy, przy czym chwila ta wydłuża się do całkiem pokaźnych rozmiarów, zaś w międzyczasie do drzwi Antonia puka sama Penelope Cruz, co skutkuje całym łańcuchem zbiegów okoliczności. No i ostatni wątek, chyba najciekawszy. Czyli historia podstarzałego architekta Johna (świetny Alec Baldwin) i jego relacji ze spotkanym przypadkiem studentem Jackiem, miotającego się w uczuciach między swą długoletnią dziewczyną i jej artystycznie przegiętą na umyśle przyjaciółką.

Cztery wątki, które aż do samego końca pozostają niezależne od siebie, a jednak mają więcej wspólnego niż może się wydawać. Przede wszystkim - to Allen razy cztery. Allen, którego doskonale znamy z wcześniejszych jego filmów. Neurotyczny, sarkastyczny, lekko sfrustrowany, gamoniowaty. Owszem, nie są to kalki jeden na jeden - u Jerry'ego przeważają inne cechy niż u Antonio, a jeszcze inne u Jacka. Ale wszystkie te postaci sprawiają wrażenie wyjętych z tej samej linii produkcyjnej, co umacniane jest też przez całkiem zbliżoną fizjonomię i ubiór. Jak najbardziej dotyczy to też Leopolda, choć Benigni kreuje tą postać totalnie w swoim stylu. Jeśliby pójść dalej w interpretacji, to można dostrzec w samych tych historiach wtręty autobiograficzne nie tylko na płaszczyźnie charakterystyki ich głównych bohaterów, ale także ich perypetii. Czy Allen nie czuł się ze swą sławą równie nieswojo co Leopold? Czy jego wkraczanie do świata rozrywki  nie przypominało konfrontacji Antoniowej prostolinijności z Wiecznym Miastem? Czy jego zawirowania w życiu osobistym miały coś z tego, co przeżywa Jack? I czy wreszcie Jerry, utyskujący na fakt, że czując twórczą potencję wszyscy wysyłają go na emeryturę nie jest jakimś apelem samego reżysera "Zakochanych"?

No dobra, ale niby to miała być komedia romantyczna. Więc gdzie ta miłość? Niby jest, niby wielu z bohaterów przeżywa stany romantycznego uniesienia. Ale wydaje się, że znacznie częściej miłość kierowana jest tutaj do własnej osoby, zamiast dawania jest tu brania, dominuje potrzeba atencji. U Jerry'ego, u Milly - żony Antoniego, u Moniki, obiektu westchnień Jacka. Także Leopold, chociaż przed nią się broni, w końcu też jej ulega. Choć równie dobrze można by tu wspomnieć o zjawisku zwanym sławą i jego różnym wpływie na ludzi. Przeważnie złym, chociaż są tu wyjątki jak teść córki Jerry'ego, który woli jednak wciąż śpiewać pod prysznicem.

Czyli co? Czyli jednak inteligentna rozrywka. Wątki, szczególnie ten z Jackiem/Johnem, dopuszczają wiele możliwości interpretacji. Rozrywki też sporo, choć przybiera ona dość różne postacie. Wątek z Benignim to one-man show znane choćby z "Życie jest piękne", podczas gdy wątek Antoniego to czystej krwi komedia przypadku (chociaż tu Penelope też daje show, tyle że aktorskie). W tym kontekście najlepiej jednak wypada wątek z samym Allenem. Niektóre dialogi to czysty majstersztyk. Ale bez rozdzielania - film wypada kapitalnie jako całość. Nawet jeśli za rok prawdopodobnie nie będę o nim pamiętał. 

 

najlepszy moment: aktorka grająca Milly (z całym szacunkiem dla Penelope i jej... hmmm... no wiecie)

ocena: 8/10

01:26, rejczmen , film
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 29 lipca 2012

rok: 2012

reżyseria: Christopher Nolan

 

Trudno nie oceniać tego filmu w oderwaniu od tragicznych wydarzeń, jakie miały miejsce podczas jego premiery w Colorado. Trudno też nie skontestować, przypominając sobie co działo się "przy okazji" "Mrocznego Rycerza" 4 lata temu, że trylogia Batmana w reżyserii Nolana jest obciążona swoistą klątwą. Być może będzie to zbyt daleko idący wniosek, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że w obu przypadkach te tragedie miały ścisły związek z treścią filmów, którym one towarzyszyły. Śmierć Heatha Ledgera przecież pośrednio była spowodowana przemęczeniem organizmu, na który bez wątpienia wpłynęło wyczerpujące psychicznie odgrywanie Jokera, jednej z najbardziej obłąkanych postaci jakie dała nam popkultura. Natomiast, jaki związek z treścią "MRP" ma strzelanina w kinie? Teoretycznie - żadnego. Nie będę spoilerować mówiąc, że tego typu sceny nie zobaczycie w filmie. Ale jeśli pierwsze co przychodzi Wam na myśl w związku z masakrą w kinie w Colorado to bezsens (oczywiście zakładając, że można oceniać sensowność czyjejś śmierci), grotestka i swego rodzaju pustota, to dokładnie to samo zobaczycie w "MRP".

Ktoś powie "Ty debilu, przecież to komiks jest!". Tak, wiem co to są komiksy, czytałem je jak Ty jeszcze w pampersa robiłeś, man. Ale to nie znaczy, że przenosząc go na ekran nie pokusić się o porzucenie tej umowności, konwenansów obowiązujących w świecie komiksu. Albo przynajmniej wrzucenie ich w głębszy, odnoszący się bardziej do rzeczywistego świata kontekst. I to udało się przecież Nolanowi w "Mrocznym Rycerzu", dlaczego więc nie mogłem tego oczekiwać od "MRP"?

Byśmy się źle nie zrozumieli - w gatunku ekranizacji komiksu to wciąż bardzo przyzwoita rzecz. Jeśli ktoś oczekuje rozmachu, sensacji, swoistej epickości, klasycznego zwycięstwa dobra nad złem, rozrywki dla oczu - jak najbardziej to wszystko otrzyma. Niestety, moim zdaniem absolutnie nic więcej. Intelekt ani razu nie zostaje połechtany, co przecież w poprzednich częściach trylogii miało miejsce, zwłaszcza w filmie z 2008 roku. Seans niestety potwierdził obawy, które można było mieć czytając wypowiedzi Nolana przed rozpoczęciem zdjęć do "MRP". On nie do końca chciał kręcić ten film, wiedząc że "Mrocznym Rycerzem" wyczerpał temat, zawieszając poprzeczkę zbyt wysoko. Zgodził się na trzecią część tylko pod warunkiem, że będzie ona konkluzją cyklu. I za dużo Nolan daje tu powodów by nie myśleć, że chodziło o zwykłe wypełnienie kontraktu. Że po prostu zrobił trzeci film o Batmanie, najlepszym superbohaterze jaki dał nam świat komiksu. I nic więcej.

Moim skromnym zdaniem można wyodrębnić dwa powodu tej klęski:

Primo: główny Antagonista. Już Burton się skumał, że to właśnie o Bad Guy'ów w tym wszystkim chodzi, kompletnie marginalizując postać Batmana w swoich filmach. Nie ma genialnego wroga, nie ma filmu. Nolanowi dwa razy się udało - w "Batmanie Początek" skupiając się na narodzinach Batmana, przez co odsunięta była nasza uwaga od jego antagonistów (choć Scarecrow czy Ra's al Ghul to przecież nie ułomki), a w "MR" sięgając po Jokera, Wroga Nr 1. Gdy świat obiegła informacja, że nowym wrogiem Batmana będzie Bane, nie byłem zachwycony. Bo moim zdaniem postać ta zasłynęła jedynie tym, że złamałaBatmana. Ok, to nie mało. Ale poza tym ekhm drobnym szczegółem nie jest to postać, która fascynuje, której podłoże psychologiczne można analizować czy rozpatrywać w szerszym, nie tylko komiksowym kontekście. Tom Hardy jako Bane dał z siebie 100 procent, nie można mu nic zarzucić. Zresztą kto widział "Bronsona" z jego wybitną tytułową rolą wie, że typ był stworzony do odegrania tej postaci. Kapitalnym zabiegiem, choć kontrowersyjnym, jest dysonans między jego osiłkową aparycją a dystyngowanym wysławianiem się, mającym coś z Seana Connery'ego. Ale to, jak scenarzyści poprowadzili postać Bane'a w filmie... Nie wiem, czegoś mi zabrakło. Podobnie zresztą jest z Catwoman - niby spoko i wyjątkowo sexy ta Anne Hathaway, ale gdzie tam jej do terroru, jaki czyniła jako Catwoman Michelle Pfeiffer w "Batman Returns". W sumie to najfajniejsze wejście (choć niekoniecznie wyjście) ma (SPOILER ALERT) trzeci antagonista. Aczkolwiek tu taka uwaga, że niekoniecznie doceni je osoba niezorientowana w komiksowej historii Batmana. Tu jeszcze dodałbym, że na plus można przypisać fajne cameosy postaci z poprzednich części. Co by nie mówić - Nolanowi udało się stworzyć w trylogii uniwersum z całkiem logicznie zazębiającymi się trybikami. Nie wiem, czy to takie oczywiste w kontekście X Muzy.

Inna sprawa, że nie jestem pewien czy chciałbym przebywać w tym świecie. I bynajmniej nie chodzi o to, że mieszkańcy Gotham mają dość ciężkie, mało bezpieczne życie. Tu dochodzimy do secundo, które najkrócej można by ująć pytaniem - kto dał Paulo Coelho dialogi do napisania? Ja naprawdę rozumiem, że to komiks, że to amerykański film mainstreamowy itp itd. Ale niektóre suchary, jakie padają z ust bohaterów filmu są wręcz dyskwalifikujące. "- Przybyłeś zobaczyć jak niszczę Twoje miasto?" "-Nie, przybyłem Cię pokonać!". NIGGA PLEASE. Resztę podobnych rodzynków sami wyłapiecie, nie będzie to zresztą trudne. Z kwestii dialogów możemy płynnie przejść ponownie do problemu ze scenariuszem. By znów nie walnąć spoilera: climax filmu to czysta autozrzyna.

O tym, że Christopher Nolan jest artystą a nie hollywoodzkim wyrobnikiem przekonał raz, a skutecznie "Memento", jeden z najbardziej genialnych filmów jakie w życiu widziałem. Dlatego można było przy poprzednich częściach Batmana przymknąć oko na swoiste "holiłudy" w scenariuszu jako konieczny kompromis między artystyczną wizją a wymaganiami producentów i statystycznego amerykańskiego widza. "Mroczny Rycerz Powstaje" sprawia w tym kontekście wrażenie, jakby Nolan totalnie sobie odpuścił. A paradoks polega na tym, że największy plus filmu jest taki, że pozwala docenić jak genialny (jednak!) był "Mroczny Rycerz", jak niedocenionym filmem jest "Batman Początek" i jak, summa sumarum, pozytywnie wypada trylogia Nolana jako całość. Tym bardziej boli ocena końcowa "MRP". Ten cykl filmów naprawdę zasłużył na lepszy finał.

 

najlepszy moment: cytaty wplecione z "Knightfalla"

ocena: 7/10

13:39, rejczmen , film
Link Dodaj komentarz »
sobota, 17 grudnia 2011

rok: 2011

rezyseria: Tomas Alfredson

 

zawyzam statystyke - bylem w tym roku w kinie juz drugi raz! tyle ze tym razem, w przeciwienstwie do "Kac Vegas 2", naprawde warto bylo ruszyc cztery litery.

co ja tu bede sie rozwodzil - takie filmy jak "Szpieg" przywracaja mi wiare w sens ogladania filmow. jesli przez caly seans ani razu nie lukam na zegarek, to naprawde cos znaczy. a mowimy tu o bitych dwoch godzinach.

uwielbiam takie filmy. najprawdziwsza uczta tak intelektualna, jak i wizualna. rozpracujmy film wedlug ow kategorii.

zatem najpierw scenariusz. glowna postacia filmu, grana przez Gary Oldmana, jest George Smiley, agent brytyjski, bedacy absolutnym przeciwienstwiem wyobrazen o tej robocie utrwalonym przez serie o Jamesie Bondzie (blizej juz do Dale'a Coopera, ale to tez jednak nie to). czyli, porownujac do gier komputerowych - zamiast strzelanki czy platformowki bardziej gra przygodowa, i to tez raczej tekstowka anizeli point and click. w kazdym badz razie, choc akcja jest dosc nonlinearna, clou programu mozna ujac nastepujaca - chodzi o wytropienie tzw "kreta", podwojnego agenta pracujacego dla komunistycznych nieprzyjaciol z kraju sierpa i mlota. pikanterii sledztwu dodaje to, ze ow kretem jest jedna z czterech najwyzej postawionych osob w Secret Intelligence Service (zwanym tutaj "Cyrkiem"). zreszta szef tegoz, o kryptonimie Kontroler, wsrod podejrzanych stawia rowniez samego Smiley'a. czyli, jakby to powiedzial inny znany agent z "Archiwum X" - trust no one.

tyle slowem wprowadzenia, ktore nie streszcza wlasciwie ani jednej sekundy filmu. bo tu nie ma przebacz - trzeba kontrolowac akcje od pierwszej wlasciwie sekundy,a pierwszy zwrot akcji wlasciwie mozna odnotowac juz w pierwszych 5 minutach. film rzuca na gleboka wode, a ponoc w porownaniu z pierwowzorem literackim ("Druciarz, Krawiec, Zolnierz, Szpieg" - ja wiem ze to malo chytliwy tytul dla polskiego klienta kinoplexow, ale jakos w UK nikomu taki tytul - dosc sensowny w kontekscie fabuly - nie przeszkadzal...) i tak uproszczono calosc. mnogosc postaci, drugie tyle zawilosci w relacjach miedzy nimi, nie mowiac juz o kontekscie, nazwijmy to, historyczno-geograficznym (przyznam ze w tworzeniu wlasnych interpretacji intrygi ten ostatni aspekt mnie przerosl) - ciezko to ogarnac i trzeba przyznac, ze tworcy filmu nie daja zadnej taryfy ulgowej. dlatego szczerze rozumiem osoby, o ktorych slyszalem, ze odpuszczaly sobie seans "Szpiega" w trakcie. nie chce tu robic z siebie inteligenta, ale mimo wszystko zrozumienie filmu jest mozliwe, skoro dokonal tego czlowiek jarajacy sie Papa Dance i Wolfensteinem. choc warto wczesniej potrenowac, np na wspomnianych przygodowkach czy nawet filmach Lyncha.

tyle tresc. a forma? aspekt wizualny to majstersztyk, stuprocentowa brytyjskosc - czy moze po prostu oldskulowosc - w mysleniu o kinie. dlugie ujecia, operowanie cisza (choc muzyka, skomponowana przez Alberto Iglesiasa - palce lizac, zwlaszcza w tych bardziej jazzujacych momentach), tonowanie napiecia. zadnej amerykanskiej kawy na lawe, dzis coraz bardziej obowiazujacej nawet juz nie tylko w maintreamowym kinie. "Szpieg" wydaje sie byc pod wzgledem formalnym niemal idealnym odwzorowaniem tego, jak naprawde moze wygladac praca ow szpiega - zmudna, nudna, wyprana ze skokow dynamiki czy po prostu jakiejkolwiek akcji (w "Szpiegu" pada lacznie conajwyzej 5 strzalow z broni palnej!), a jednak podskornie caly czas w napieciu, w najwyzszym stanie gotowosci.

ale to wszystko, z calym szacunkiem, drugoplanowa kwestia. najwazniejsze pytanie w zwiazku ze "Szpiegiem" jest nastepujace - czy Gary Oldman dostanie w koncu Oscara? nie abym jakas specjalna atencja darzyl te nagrody, ale jednak cholera - to jest przeciez absolutny skandal, by byc moze najlepszy obecnie aktor nie byl nawet nominowany (!!!!!) do najwazniejszej nagrody filmowej. moze bardziej sensowne byloby zatem pytanie - jak nie teraz to kiedy? bo, mimo wszystko da sie wskazac w CV jego jeszcze lepsze role. wciaz jednak jest to wystarczajacy poziom, niedostepny 95 procentom gawiedzi aktorskiej obu plci, by zgarniac nagrody rozdawane pod kazda szerokoscia geograficzna. i co jeszcze warte podkreslenia - oscar dla Javiera Bardema za "To Nie Jest Kraj Dla Starych Ludzi" pokazala, ze Akademia wreszcie jest gotowa nagradzac rowniez i takie, wylamujace sie hollywoodzkim schematom role - zdystansowane, minimalistyczne, emocjonalnie skrajnie niedostepne, niemozliwe do utozsamiania sie z nimi, a jednak porywajace. tak, to musi byc przynajmniej nominacja do Oscara. jesli tak sie nie stanie, to oficjalnie te nagrody sa gowno warte.

 

najlepszy moment: GARY OLDMAN

ocena: 8,5/10

17:25, rejczmen , film
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 czerwca 2011

rok: 2011

reżyseria: Todd Philips

 

swieta! dzis Dzien Ojca, Boze Cialo, Noc Swietojanska i last, but not least - druga notka w ciagu dnia! i to jaka -  o filmie!

mnie wyciagnac ostatnimi czasy do kina to nie lada wyczyn. a jednak sie udalo i tym bardziej nie zaluje, ze sam seans byl polaczony z calkiem kozackim afterparty. nawet jesli nie bylo az tak grubo jak w filmie, o ktorym bedzie zaraz mowa.

przyznaje sie bez bicia - pierwszej czesci Kac Vegas nie widzialem. z tego co slyszalem z rozmaitych zrodel - mam czego zalowac, wiec moze kiedys nadrobie. tym bardziej, ze wydaje mnie sie, ze wbrew zapewnieniom kinowych kompanow czesc zartow ze wzgledu na ich konotacje z pierwsza czescia pozostaly dla mnie niezrozumiale. no i mimo wszystko wierze, ze ta pierwsza czesc jest zwyczajnie lepsza. bo druga szalu nie robi.

od poczatku - ponoc to kalka czesci pierwszej, tyle ze w egzotycznej scenerii. czyli (dla nieobeznanych jak ja) mamy paczke ziomow, ktora dosc lubi przybalowac (poza jednym osobnikiem, ktory robi za troskliwego ojca). tak bardzo, ze nastepnego dnia absolutnie nic nie pamietaja i cale clou programy polega na rozgryzaniu wydarzen ostatniego wieczoru. temat w sumie swietny, bo bliski kazdemu krolowi melanzu, a i dla calej reszty imprezowiczow (czyli poza biegunami, biedniejsza czescia Afryki i Chinami - calej reszty swiata) dosc zabawny. w drugiej czesci, z racji slubu jednego z bohaterow z Tajka przenosimy sie do Bangkoku. a z czym sie je Tajlandie wie kazdy zorientowany, niekoniecznie w geografii. zatem musi byc wesolo. musi?

niestety grzechem wiekszosci sequeli, zwlaszcza komediowych jest to, ze zamiast proponowac cos naprawde zaskakujacego bazuja na samej sympatii publiki do glownych bohaterow i licza, ze na tym patencie mozna pojechac przez caly film. i "Kac Vegas 2" ten grzech powiela. mi tych 4 kolesi az tak bliskich nie jest, ale rozumiem tych, ktorzy smiali sie do rozpuku jak tylko pojawialy sie one po raz pierwszy na ekranie. no, ale to mowimy o pierwszym kwadransie seansu. moze daloby sie to rozciagnac do godziny filmu, gdybysmy mowili o naprawde fajowych postaciach. a niestety, ekipa z South Parku to to nie jest. czesto jest tak, ze utozsamiamy dobrze wykreowana przez scenarzyste postac z wkladem wlasnym aktora. tez na tym sie przewaznie lapie. na przykladzie "Kac Vegas 2" widac jak na dloni, jaka jest miedzy tymi dwoma aspektami roznica. co tu duzo mowic - panowie Cooper, Helms i Galifianiakis to nie sa przyszle gwiazdy Hollywoodu, nawet w kategorii komediowej. moze jeszcze poza tym Galifianiakisem, choc jego postac zrytego dosc Alana to komediowy samograj, nie do zjebania nawet chyba przez ktoregos z Mroczkow. ale juz Cooper poza playboyowatoscia nic do roli Phila nie wnosi, a Helms w roli Stu jest momentami wrecz irytujacy. chyba ze tak mialo byc - to gratuluje i cofam slowa krytyki. niemniej jak dla mnie show kradna role drugoplanowe - Ken Jeong w roli Leslie Chowa i... malpka Crystal w roli malpki dealujacej dragami.

a scenariusz... no, scenariusz. jest. jak juz wspomniane bylo - kalka pierwszej. spoko, "American Pie 2" tez nic wielkiego nie proponowal, a jednak rozjebywal do reszty. a, juz wiem dlaczego - bo tam byly kapitalne gagi, moze nawet lepsze niz w czesci pierwszej. tu niestety "Kac Vegas 2" ponosi lekka porazke, nie tylko jako sequel, ale jako komedia per se. najlepsze momenty z "American Pie" mozna bylo wrecz losowo wybierac. z "KV2" ciezko mi cokolwiek sobie teraz przypomniec. moze "erekcja mnicha"? no tylko ze to taki zart na poziomie wczesnej podstawowki, ktory srednio przystoi nawet komedii z kategorii "humor klozetowy".

mimo wszystko obejrzec mozna. jesli cierpicie na nadmiar wolnego czasu.

 

najlepszy moment: no właśnie nie wiem

ocena: 7/10

16:14, rejczmen , film
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17
 Skala

10-"Ideału Potęga"

9,9-9,0-"widzę szczyt, a za szczytem zaszczyt za zaszczytem"

8,9-8,0-"będę brał cię, cię, ehe"

7,9-7,0-"joł joł, joł joł joł joł joł, wielkie joł!"

6,9-6,0-"ch** na to kładę bo i tak damy radę"

5,9-5,0-"będzie dobrze dzieciak, elo, do góry głowa!"

4,9-4,0-"to nie z mafią układy tylko szołbiznes"

3,9-3,0-to nie jest kawałek żeby się podobać"

2,9-2,0-"Boże, czy jeszcze coś gorszego stać się może?"

1,9-1,0-"ile dałbym by zapomnieć cię..."

0,9-0,0-"pozerskie gówna a prawdziwy rap to dwie odmienne k***a sprawy!"