Kategorie: Wszystkie | film | muzyka | pozostałe
RSS

pozostałe

środa, 17 kwietnia 2013

Bez czerstwych epitafiów, pożegnań, wspominek. Zamiast tego jeden internetowy adres:

www.rageman.pl

środa, 27 marca 2013

foto: AFP

 

Teoretycznie kwestia oceny wyników osiąganych we wszelakich rywalizacjach - także sportowych - jest klarowną sytuacją. Zwycięstwo - dobrze, porażka - źle. A jednak percepcja ludzka i tutaj pozostawia spore pole do własnej, niejednoznacznej, może nawet nielogicznej interpretacji. Z tej przyczyny dość często honorujemy przegranych, doceniając ich zaangażowanie, wkład, zrzucając przyczynę porażki na niefart i zrządzenie losu. Bywają jednak i sytuacje odwrotne - kiedy to sportowiec zwycięża, ale styl tego zwycięstwa budzi wątpliwości, odpycha. Przykładem takiej drugiej sytuacji jest dzisiejszy mecz reprezentacji Polski.

Zacznijmy od budzących wątpliwości założeń generalnych - czy w ogóle powinno dochodzić do rywalizacji drużyn, z których jedna z nich zajmuje się sportem zawodowo, a druga hobbystycznie? Z punktu widzenia UEFA wszystko jest w porządku - jeden kraj wystawia swoich najlepszych reprezentantów przeciwko najlepszym reprezentantom drugiego kraju. Spoko, tyle że pierwszy z nich wybiera tych piłkarzy spośród blisko 40-milionowej rzeszy, a drugi - 30-tysięcznej. W sporcie nie ma czegoś takiego jak wyrównane szanse, bo jednak za dużo czynników okołosportowych wpływa na dyspozycję sportowców, ale jednak w tym przypadku jest różnica. San Marino jest oficjalnie najgorszą drużyną świata (co jest jakimś osiągnięciem biorąc pod uwagę fakt, że wyprzedzają ich nawet reprezentacje krajów, których istnienia nie jestem świadom), w dzisiejszym meczu wybiegło dwóch zawodowych piłkarzy. Oczywiście jeśli za zawodowych piłkarzy przyjmiemy osobników, którzy grają w okręgówkach ligi włoskiej.

No ale okej, czy nam się to podoba czy nie - istnieje ta reprezentacja, UEFA ją oficjalnie akceptuje i regularnie bierze ona udział w eliminacjach do piłkarskich turniejów. Selekcjoner tej reprezentacji, zajmujacy się nią od około 15 lat (a zawodowo zajmujący się nauczaniem WF'u), jako jedyną taktykę przyjmuję stratę jak najmniejszej liczby goli. W tym kontekście jeśli snajper aspirujący do gry w Manchester United przed meczem przewiduje niełatwą przeprawę, to nawet uwzględniając zwyczajową kurtuazję - coś tu jest nie tak. Ale mimo to oczekujesz klarownego zwycięstwa. Nie mającego szans na wyparcie z umysłów kibiców blamażu sprzed paru dni. Nie musiał to być też niesmaczny pogrom sprzed 4 lat za kadencji Beenhakkera (swoją drogą - w jakże podobnym do dzisiejszego punkcie się wtedy znajdowaliśmy). Po prostu zwycięstwo w jakikolwiek sposób dające nadzieję na przyszłość, o ile mecze z San Marino mogą dawać jakiekolwiek prognostyki.

A te patałachy nawet tego nie potrafią.

Robert Lewandowski. Supersnajper Borussi Dortmund, ostatni gol na koncie w czerwcu z Grecją. 900 minut bez gola. Przełamuje się, w meczu z 207 drużyną świata. I to podwójnie. UWAGA - golami z rzutów karnych. "Nieważne jak strzeliłem, ważne że strzeliłem" - to słowa Lewego z konferencji pomeczowej. Kurczę, Robert, ja na Twoim miejscu miałbym nadzieję, że Alex Ferguson nie oglądał tego meczu. Bo będąc na jego miejscu zastanowiłbym się, czy piłkarz który strzela TAKIEJ drużynie gole wyłącznie z rzutów karnych (a przecież sytuacje miałeś - nie można znów zrzucać winy na Obraniaka) nie zepsuje marki mojego klubu.

Zacząłem od Lewego, ale po prawdzie to wszyscy grali nędzę. Mniejszą (Polanski, Piszczek), większą (Mierzejewski, Krychowiak) czy też skrajnie dyskwalifikującą (Wawrzyniak, Milik), ale dramat rozciągał się na całą szerokość boiska. Jeśli starający się budować ducha w telenarodzie komentatorzy TVP (szkoda, że akurat teraz zabrakło Szpaka - ciekawe jak on by się ustosunkował) zaczynają stosować sarkazm w opisie przebiegu meczu, to chyba jest naprawdę źle. A mieliśmy przecież też skandowanie nazwy gości przez publikę na stadionie - głównie złożoną z tzw. Januszy, którzy nie do końca ogarniają futbol poza kibicowaniem "naszym". Jezu, po co sie tu rozwodzimy - to była rozpacz, oczy pękały.

Szanse wciąż są, choć potrzeba byłoby cudu. Czy Fornalik jest w stanie wznieść się na ten poziom? Chyba już straciłem nadzieję po tym, co dziś zobaczyłem. Może nawet warto byłoby jak najszybciej podjąć decyzję i powierzyć druzynę komuś, kto przynajmniej umożliwi pożegnanie się z honorem z perspektywą wyjazdu do Brazylii. Mówi się, że tyle krawiec kraje, na ile materiału staje. Lepszych piłkarzy mieć nie będziemy na chwilę obecną. Ale chyba jednak stać nas na więcej niż po raz kolejny zajęcie miejsca w grupie tuż nad San Marino.

sobota, 23 marca 2013

Teoretycznie - wciąż istnieją szanse na awans na brazylijski Mundial i to nie tylko matematyczne. Praktycznie jednak rzecz ujmując, w najprostszy sposób - z czym do ludzi? Czarnogóra gra świetną piłkę. Anglia, nawet w kryzysie, to wciąż jednak futbolowa półka, której obecność wypada wręcz uwzględniać przy układaniu line-upu każdej poważnej piłkarskiej imprezy. Ukraińcy zaś pokazali dziś takiego ducha walki, który zresztą już zdążyli światu objawić choćby w meczach na Euro 2012, że nasi kopacze nawet nie zasłużyli być wyżej od nich w tabeli. Zatem czuję, że czerwiec w przyszłym roku zapowiada się na całkiem wyśmienitą piłkarską ucztę. Bez emocji, które zapewniłoby uczestnictwo naszej reprezentacji w tym evencie, ale też bez obaw o przedwczesny rozstrój żołądka.

Nie ma co analizować tego meczu. O tym, w jakim punkcie znajduje się nasza reprezentacja, najlepiej świadczy pierwsze 10 minut meczu. Jasne, można te dwa gole rozpatrywać w kategoriach swoistej niesamowitości. Ale tak z ręką na sercu - czy załapują się one do kategorii szoku czy niedowierzania? Niezbyt. Zwłaszcza, że jeszcze świeżo w pamięci mamy mecz z Irlandią, definiujący na nowo pojęcie "dna i wodorostów". Niedzielni Janusze się dziwią - że jak to, że trójka z Borussi, bramkarze z Premier League, no i paru europejskich średniaków, którzy jednak częściej wybiegają na boisko niż grzeją ławę. I to jest prawda. Tyle że statystyczny Janusz ma nikłą wiedzę o europejskim futbolu, swoją wiedzę ograniczając do Barcelony, Realu i Manchesteru. Janusz mający pojęcie o Chelsea, Bayernie czy Juventusie Turyn to już bardziej ogarnięty Janusz. Ale Janusz, któremu znane są takie nazwy jak Szachtar czy Dynamo w przyrodzie nie występuje. A szkoda, bo by wiedział, że są to dużyny regularnie grające w Lidze Mistrzów i Europejskiej. A co najważniejsze - występują w nich niemal wszyscy piłkarze reprezentacji Ukrainy, przez co są równie zgrani co, zachowując oczywiście pewną skalę, reprezentacja Hiszpanii złożona niemal wyłącznie z piłkarzy tandemu Real/Barca.

Do czego zmierzam? Ano do tego, że bez sensu rozpatrywać indywidualne przypadki. Czy Szczęsny lepiej by się zachował przy straconych bramkach (raczej niekoniecznie). Czy Majewski udowodnił, że rzeczywiście może być alternatywą dla Obraniaka (raczej nie). Albo czy impotencja strzelecka Lewandowskiego wynika z braku sensownego playmakera (zaczynam tęsknić za Szymkowiakiem czy nawet Mariuszem Lewandowskim) czy po prostu z tego, że leci w tzw. kulki. Rozkmin można by mnożyć, ale nie zmienią one faktu - wbrew temu, co przed meczem próbowali wcisnąć rozmaici "eksperci" futbolowi, Ukraina także na papierze jest drużyną lepszą. Z którą, owszem, można wygrać (właściwie to nawet z Hiszpanią można wygrać), ale z którą przegrana nie jest dziejową niesprawiedliwością, a dowodem na pewien ład we wszechświecie.

Pozostaje tylko zadać najtrudniejsze pytanie - co dalej? Meczów o rozegrania wciąż trochę jest, a jak słowo się rzekło - szanse są. Czy naprawdę my jako kibice i oni jako piłkarze powinniśmy żyć złudzeniami? Nawet boję się szukać odpowiedzi. Powinien za to ją znaleźć Fornalik, czego mu szczerze współczuję. Bo wydaje się być mega sympatycznym typem, ale jak się okazuje - na prowadzenie takiego burdelu jak reprezentacja Polski to ciut za mało.

czwartek, 07 lutego 2013

foto: PAP/EPA/onet.pl

 

 

 

 

 

 

Najkrócej rzecz ujmując...

 

 

Co w sumie można dodać? Przypomniały się najgorsze mecze w historii naszej reprezentacji. Nie że te najbardziej rozczarowujące, jak np. te mundialowe, bo tam mogły być przynajmniej znamiona dobrej gry, które się nie przełożyły na równie dobry wynik. A dzisiaj w Dublinie było po prostu beznadziejnie, gra od której, cytując Kazika, pękały oczy. Niby coś tam jest lepiej, bo przecież ci nasi piłkarze grają w przyzwoitych klubach, ale jako drużyna to jest poziom kreta na Żuławach. Nawet jeśli akurat tak się zgrali, że wszyscy mieli gorszy dzień (bywa, piłkarze to tylko ludzie), to dramat jest tym większy, że nawet nie było alternatywy. To jest na chwilę obecną najlepsza jedenastka, jaką dysponujemy (i tu plus dla Fornalika, że coś takiego można powiedzieć - w czasach Smudy nie było to oczywiste).

Zatem czekajmy na Bartka Salamona, który może jak zacznie grać w tym AC Milanie (wow, to jest realne!) to pogoni Perquisa, który kolejny raz pokazał, dlaczego gra dla Polski a nie Francji. Czekajmy, aż Rafał Wolski rozkręci się we Florentinie i zastąpi coraz bardziej jałowego Obraniaka, który chyba coraz mniej komfortowo czuje się w warunkach polskich i którego współpraca - najważniejsze jeśli chodzi o ustawienie drużyny - z Lewandowskim jest właściwie zerowa. Przyzwyczajajmy się do Boenischa, który akurat z tego zagranicznego importu nie tylko wykazuje największą chęć do grania dla Polski (vide jego profil na fejsie), ale i faktycznie przekłada się to na grę, nawet jeśli dziś akurat zagrał poniżej oczekiwań, jakie można było mieć po jego ostatnich meczach w Bayerze. Czekajmy aż Piszczek wyzdrowieje. Czekajmy aż Wasilewski podejmie jakieś kroki w kierunku regularnej gry w klubie, bo dobrze byłoby go mieć chociażby na ławce, ale nie w takiej formie, jaką dziś pokazał. Czekajmy, czy kapitalna forma Mierzejewskiego z ostatnich dni się ustabilizuje czy okaże się jednorazowym strzałem. Czekajmy aż Lewandowski zdecyduje w jakim klubie chce grać, bo ten szum wokół niego - w połączeniu z miernymi wynikami jego gry w reprezentacji - robi się już irytujący.

No i cieszmy się, że Boruc wrócił do kadry, chociażby jako rezerwowy. Bo najfajniejszym, jeśli nie jedynym fajnym właściwie, momentem dzisiejszego pseudomeczu było właśnie widzieć Boruca w naszej bramce. Właściwy człowiek na właściwym miejscu.

środa, 02 stycznia 2013

Corocznej tradycji czas zadośćuczynić!

Szczerze jednak przyznam, że na początku miałem spore wątpliwości, czy to podsumowanie ma sens. Nie aby było nudno - choć też jakoś specjalnie szalony rok to nie był. Rzecz w tym, że te dotychczasowe podsumowania celowały w głównej mierze w prywatę. I nawet jeśli fajnie jest się po raz kolejny pochwalić, że wreszcie udało się zrobić prawo jazdy, to biorąc pod uwagę fakt, że jest to już blog praktycznie stricte recenzencki - taka pamiętniczkowa forma podsumowania może pasować tu jak pięść do nosa. Chyba jednak już wyrosłem z takich wynurzeń.

Z drugiej jednak strony - do podsumowania muzycznego roku 2012 niespecjalnie czuję się kompetentny. Mój gust muzyczny dziś praktycznie celuje wyłącznie w dwa kierunki - hiphop oraz klasyka sprzed lat. I wcale nie zamierzam twierdzić, że hiphop to aktualnie najciekawsza rzecz, jaka ma miejsce w muzyce. Ale tak mi po prostu w duszy gra i nie zanosi się na prędką zmianę. Elektroniki raczej nie czuję, jazzy mi się znudziły, pop w kryzysie, a większość współczesnych kapel rockowych (zwłaszcza tych spod formatu ESKI Rock) wywołuje we mnie odruch wymiotny. A rapsy zawsze spoko, nawet w tej najchujowszej, southernowej formule.

Dlatego więc zamiast bawić się w rankingi z przypadkowym doborem pozycji - Mocno Subiektywny Przegląd Naj Momentów 2012 roku.

 

WYDARZENIE ROKU: Euro 2012

 

Wątpliwości brak. Spełnienie marzeń każdego polskiego kibica piłki nożnej, do których zaliczam się i jak. Zapomnijmy o rozczarowaniu, jakim był występ polskiej kadry na tym turnieju. To był magiczny miesiąc, kiedy tylko czekało się do godziny 18.00 by wraz z innymi - niezależnie czy w Strefie Kibica, czy w knajpie, oglądać kolejne mecze. Miesiąc, w którym dzięki rzeszy przybyłych do Polski (i na Ukrainę) kibiców z całej Europy można było przez chwilę poczuć się jak w Londynie jakimś czy innym Nowym Jorku. To nie jest świadectwo zakompleksienia, tylko zwykłe stwierdzenie faktu. Jeszcze bardziej cieszy, że jako Gdańsk trafiliśmy na chyba dwa najfajniejsze kibicowskie narody - Hiszpanów i Irlandczyków. Rezultaty ich reprezentacji były skrajnie odmienne, ale jako kibice wymiatali na podobny sposób. Śpiewanie w środku nocy "Endless Summer" czy innych patriotycznych przyśpiewek - bezcenne. No i na sam koniec - to był miesiąc, kiedy nawet radykalnie niezainteresowane futbolem osoby stawały się kibicami. Pozdrawiam w tym miejscu wszystkich trójmiejskich poetów.

Honorable mention: jednak to prawko. No i trip do Hiszpanii i Portugalii. A z wydarzeń kulturalnych to chyba to otwarcie Olimpiady w Londynie, które wymiatało jak ta lala. No i ACTAgate.

 

ROZCZAROWANIE ROKU: "Mroczny Rycerz Powstaje"

 

To nie tak, że to jakiś totalnie zerowy film. Ba, wiele osób skwituje sprawę prostym "Jaka trylogia, takie i zwieńczenie". Ja akurat należę do osób, które naprawdę polubiły sposób, w jaki Nolan reanimował Batmana. Darowałem sobie porównywanie do "Batmana" Burtonowskiego, bo to tak jakby zestawiać dzieła Jenny Jameson i Pana Rafała z "Podrywaczy.pl". Niby to samo, ale jednak inna liga. Burton zrobił INTERPRETACJĘ, Nolan EKRANIZACJĘ. I tak jak zupełnie nieoglądalne są dla mnie te wszystkie filmowe Spidermany i X-Many, tak "Batman: Początek" był dla mnie totalnie miłym zaskoczeniem, a już "Mrocznym Rycerzem" do dziś szczerze się jaram. Jasne, trzeba przymknąć w obu przypadkach oko na elementy stricte pod publiczkę i łopatologię (wszak przeciętnemu widzowi raczej bliżej do debila niż inteligenta), co jest nieodzowne jeśli nie chciało się stracić mnóstwa funu z oglądania. Ale "Mroczny Rycerz Powstaje" jest niestety pod tym względem przegięciem. Komiks nie tylko jako tematyka filmu, ale także w formie. Komiks z całym jego pejoratywnym nacechowaniem. Bzdurny początek, bzdurne rozwinięcie, tragiczne zakończenie, dialogi z "Mody Na Sukces", facepalm za facepalmem. Naprawdę łudziłem się, że Nolan chciał tą serią chociaż otrzeć się o Sztukę - przecież ma na koncie WYBITNY "Memento", potwierdzający, że nie jest czystej krwi rzemieślnikiem. A jednak "MRP" to film, który mógłby nakręcić nawet Jarek Żamojda. Jedyny jasny punkt programu to Bane, ale bądźmy szczerzy - kreujący go Tom Hardy mógłby obcinać paznokcie u nóg Ledgerowi-Jokerowi. Co przez wieko trumny może być trumne.

Honorable mention: do porażki naszych biedronek na Euro mieliśmy nie wracać. Muzycznie nic aż tak mnie ewidentnie nie rozczarowało. A "Jesteś Bogiem" naprawdę mi się podobało!

 

RAPSY ROKU: BIG K.R.I.T.

W sumie "4evaNaDay" jakimś wybitnym krążkiem nie jest, o ile pamiętam to dałem mu 7,5/10. Ale ma parę rozjebujących momentów, w tym "Red Eye" - od kilku miesięcy mój ulubiony rap na smuteczki.

Honorable mention: Yelawolf "The Slumdon Bridge" (Eminem może iść na emeryturę), Azealia Banks "Fantasea" (moja obecnie ulubiona pani w urban music)

 

WTF ROKU: GANGNAM STYLE

Zastanawiałem się nawet, czy nie dać tego jako singiel roku. Bo tu nie chodzi o jakość samej piosenki - całkiem możliwe, że profesjonalni muzykolodzy daliby bo 0/10, bez perspektyw na dyskusję. Przyznam, że jak pierwszy raz zobaczyłem teledysk do tegoż dzieła (pozdro Marion!) to uznałem, że no fakt, RZECZYWIŚCIE dziwne. Ale żeby AŻ TAK? A tu numer osiąga popularność taką, że nawet NATO czy inny UNICEF chce z nim współpracować. Uniwersalny nośnik treści, od morza aż do Tatr. Inna sprawa, że nie jest to też aż tak zaskakujące - wszak geeki muzyczne od dawna jarają się azjatyckim popem, który naprawdę ma paru zajebistych reprezentantów i tylko kwestią czasu było, kiedy zjawisko rozprzestrzeni się na cały świat. Nie spodziewałem się, że w aż tak kuriozalnej formie, no ale cel uświęca środki. No i też kwestia pozostaje otwarta, czy zadziałała bardziej piosenka czy jednak teledysk, całe zjawisko gangnam choreografii itp. Przypuszczam że Maryla Rodowicz wskazałaby to drugie, ja jednak w kwestii układów tanecznych pozostaję wierny Jacksonowi. I taka refleksja na koniec - zauważyliście, że mówiąc o gigantycznym sukcesie "Gangnam Style" nikt nie mówi o sprzedaży singla, niezależnie w jakiej postaci, CD czy mp3? Popularność już nie mierzy się na liście Billboardu, tylko na Youtubie. Witaj Dwudziesty Pierwszy Wieku.

 

TRACK ROKU - POLSKA

 

Dobra, żartowałem...

 

...chociaż nie, nie do końca. Bo jestem pewien, że gdybyście jeden z drugim usłyszeli sam podkład tego tracka pozbawiony wokalu to w życiu byście nie powiedzieli, że to disco polo. Żadne guilty pleasure, nie ma guilty pleasure w 2012, muzyka jest dobra albo zła. A kolesie wysmażyli totalnego bangera, udowadniającego, że myślenie o disco polo w kategoriach "Majteczek W Kropeczki" to tak jakby twierdzić, że polski hiphop to tylko dresy i łańcuchy. Szukaj w słowniku pod hasłem "ignorancja".

Mimo wszystko jednak większych wrażeń dostarczył mi Twilite. Niby "tylko" remix, ale w atmosferze tego kawałka zatapiam się totalnie. Czemu jeszcze tego nie znacie?

Honorable mention: Fair Weather Friends - Fortune Player (latoooo), Hey "Wilk vs Kot"

 

TRACK ROKU - ŚWIAT: Bat For Lashes - All Your Gold

Z sympatią spoglądam na brytyjską scenę pop, szczególnie w żeńskim wykonaniu, bo choć w obrębie całych płyt to tak niespecjalnie mnie rusza, to w temacie pojedynczych singli jestem zawsze na tak. Nigdy nie lądowały one na szczycie mojego prywatnego podium, aż do teraz. Pozorny minimalizm podkładu skrywa w rzeczywistości takie bogactwo dźwięków i emocji, że w sumie nawet nie zwraca się uwagi, że i po stu prześłuchaniach trudno to zanucić pod prysznicem.

Honorable mention: na pewno coś, ale wyleciało mi z głowy. Prawdopodobnie będę jednak jeszcze w przyszłości edytował tę notkę, hehe.

 

ODKRYCIE ROKU - The Knack - My Sharona

Jak ja mogłem tego wcześniej nie znać????????????? Chociaż nie, znałem, z sampla w "It's Tricky" Run DMC, ale jakoś nigdy nie chciało mi się sprawdzać u źródła. Facepalm as fuck. Aktualnie numer spełnia całe moje dzienne zapotrzebowanie na gitary.

Honorable mention: Johnny Polygon - Fuckin Awesome, chociaż w sumie sporo tego było - cały czas wracam do przeszłości.

 

POLSKA MŁODZIEŻ ROKU: Iza Lach - Off The Wire

Tu nie ma beki, nie ma kolejnej ściemnionej kolaboracji, jakich było wcześniej mnóstwo w polskim showbizie - tu naprawdę rapuje Snoop Dogg (sorry, Snoop Lion), naprawdę spotkali się w studiu (choć zaczynem niby był jakiś konkurs, nie wiem, szczegółów nie znam), a lider kultowego "Doggystyle" propsuje Izę na równi z paloną zieleniną. Najważniejsze jednak - "Off The Wire", efekt tej kolaboracji, jest naprawdę dobry. Nie wybitny, ale z dumą można jechać w świat. Czekamy na więcej!

Honorable mention: Czechoslovakia - Made In, Twilite - Remixed

 

SMUT ROKU

 

BRAMKA ROKU

 

Proste.

 

That's all, folks! Thanks 4 watching, do przyszłego!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20
 Skala

10-"Ideału Potęga"

9,9-9,0-"widzę szczyt, a za szczytem zaszczyt za zaszczytem"

8,9-8,0-"będę brał cię, cię, ehe"

7,9-7,0-"joł joł, joł joł joł joł joł, wielkie joł!"

6,9-6,0-"ch** na to kładę bo i tak damy radę"

5,9-5,0-"będzie dobrze dzieciak, elo, do góry głowa!"

4,9-4,0-"to nie z mafią układy tylko szołbiznes"

3,9-3,0-to nie jest kawałek żeby się podobać"

2,9-2,0-"Boże, czy jeszcze coś gorszego stać się może?"

1,9-1,0-"ile dałbym by zapomnieć cię..."

0,9-0,0-"pozerskie gówna a prawdziwy rap to dwie odmienne k***a sprawy!"