Kategorie: Wszystkie | film | muzyka | pozostałe
RSS

muzyka

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

rok wydania: 2012

wydawca: DIY

pobierz album

 

Juiceman znów na tapecie. Tym razem o drugiej części kompilacji z 2011 roku, mającej na celu rozpropagowanie marki 32 Entertainment i przynależących do tego labelu artystów. 

Nie ma co ściemniać - jeśli najlepiej prezentuje się Ojciec Założyciel to znaczy, że nie jest dobrze. Juiceman jest jaki jest, ale przynajmniej udało mu się wypracować coś na kształt własnego stylu. Czego zupełnie nie da się powiedzieć o takich ziomkach jak Lil Dre, Lil Lo czy Slick Wayne. Zresztą - czego oczekiwać po kolesiach, których nawet ksywy brzmią jak podróby?

O wiele lepiej natomiast wypadają podkłady. Co po raz kolejny każe mi żałować, że wciąż nie da się na wydawnictwach muzycznych wyłączyć ścieżki wokalnej. Wyróżniłbym tu szczególnie "I'm On Ten" z pociesznym, "dziecięcym" odliczaniem w tle czy niepokojąco brzmiący "Fuck Nigga". Inna sprawa, że nie są to aż tak zróżnicowane podkłady, by całość nie zlewała się w kolejną, monotematyczną trapową masę. Ale już nie bądźmy tacy małostkowi.

 

najlepszy moment: I'M ON TEN (FEAT. LIL DRE)

ocena: 6/10

17:29, rejczmen , muzyka
Link Komentarze (1) »
niedziela, 14 kwietnia 2013

"When you walk in to this world

Walk in to this world, with your head up high"

 

Stwierdzenie, że nadzieja umiera ostatnia, jest oklepany bardziej niż hity z radia Zet, ale w tym przypadku naprawdę tak było. Nie chcę się błaźnić refleksjami z dziedziny medycyny, na palcach dwóch rąk mógłbym policzyć znane mi przypadki ludzi tkwiących w wieloletniej śpiączce (ze świata muzyki to szczerze mówiąc tylko Covan z Decapitated). Zakładałem, że Chi nie wróci do aktywnego muzykowania, jednak wciąż tliła się nadzieja na przebudzenie w stopniu pozwalającym na "w miarę" (jakkolwiek by tego sformułowania w tym kontekście nie zdefiniować) normalna funkcjonowanie. Progres od dnia tragicznego wypadku w listopadzie 2008 roku był, co tu dużo mówić, relatywnie niewielki, ale był. Dlatego wieść o śmierci basisty Deftones była nie tylko skrajnie przybijająca, ale jednak i szokująca.

Bynajmniej nie zamierzam dyskredytować umiejętności Chi, ale też muszę to napisać, by od razu zamknąć temat wszelkich posądzeń o hipokryzję i przesadę, jakie w przypadku tego typu tekstów wspominkowych są na porządku dziennym - nie straciliśmy dziś jednego z najwybitniejszych basistów świata, nawet w swoim gatunku. Oczywiście bycie inspiracją dla rzeszy mniej lub bardziej doświadczonych adeptów sztuki basowej to zupełnie inna sprawa, która w tym przypadku jak najbardziej miała miejsce. Ale na tyle, ile jest mi znajomy temat gry na basie (a chyba po tych trzech dekadach trochę jest), to starając się być skrajnie obiektywnym trudno nie zauważyć, że nawet w numetalowej branży Cheng miał dość silną konkurencję. To nie był typ technicznego wymiatacza jak Sam Rivers (serio, posłuchajcie choć raz Limp Bizkit pod tym kątem), ani też taki indywidualista jak Fieldy z Korna. Owszem, miał swój styl, w dość sporej mierze czerpiący z klimatów dub/reggea - rejony dość odległe od typowego dla numetalu schematu mieszania rapu z metalem. Ale najuczciwiej byłoby moim zdaniem powiedzieć, że Chi był typem basisty stuprocentowo oddanego roli, jaką w zespole powinien pełnić muzyk na jego stanowisku - wtapiający się niemal stuprocentowo w aranżacyjne tło, a jednocześnie na tyle w nim istotny, że odjąwszy jego partie kompozycje rozlatywały by się na kawałki, partie wokalno-instrumentalne z agresją i siłą nie mającymi większego sensu. Najlepiej to widać na przykładzie dwóch pierwszych płyt Deftones - myślicie że w takim "7 Words", "Root" czy nawet "My Own Summer" to riff czy wokal Chino napędza całość, trzyma całość w ryzach? Cóż... nie.

Rzecz jednak w tym, że śmierć Chi nie należy rozpatrywać wyłącznie w kategoriach stricte muzycznych. Co tu dużo mówić - środowisko muzyczne kochało Chi. Takie tezy wypadało by stawiać będąc członkiem tego środowiska, ale umówmy się - tytułowanie piosenki imieniem kolegi z drugiego zespołu (mowa oczywiście o "Chi" z "Life Is Peachy" Korna) nigdy nie należało do codziennych praktyk w świecie muzyki. Nie mówiąc już o całej rzeszy tribute'ów w następstwie wspomnianego wypadku samochodowego. Od koncertowych shout-outów, poprzez dedykacje na płytach studyjnych, na okolicznościowo zarejestrowanym "Song For Chi" kończąc, w którym wzięło udział 14 muzyków świata szeroko pojętej ciężkiej muzyki. A jeszcze były koncerty specjalne, aukcje, fundusze... Chi uwielbiali wszyscy - od Linkin Park po Sonic Youth, raperzy, noisiarze i metalowi ekstremiści. Nie ma co mydlić sobie oczu - w świecie sztuki przynoszącej dochody, wszelkie charytatywne gesty - niezależnie czy chodzi o dzieci w Afryce czy kolegę po fachu - to także element PR-u. Nie istotny jednak na tyle, by go tutaj w tak cyniczny sposób wypominać.

Fly High, Chi.

(O aspekcie czysto osobisto-nostalgicznym nawet nie wspominam, bo jest tutaj aż nazbyt oczywisty. Wystarczyło mi zresztą odpalić którykolwiek utwór z pierwszych trzech płyt, by uruchomić całą lawinę wspomnień. "Passenger", "Headup", "Digital Bath", "7 Words", "Be Quiet And Drive (Far Away)". Liceum, Orbital, Kwadrat, Lipozona, E.P., A.S., Stajnia, Osiemnastka. "White Pony" jako jedna z płyt życia? Najprawdopodobniej.)

16:51, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
sobota, 13 kwietnia 2013

rok wydania: 2013

wydawca: DIY

pobierz album

 

Słowny jestem, zatem tak jak obiecałem - kontynuujemy drugą już podróż przez mikstejpową dyskografię Juicemana.

Co tu można odkrywczego powiedzieć o "6 Ringz 2"... Numerów jest jedenaście, wliczając intro i outro... Listę gości tworzą Cartel MGM, Starlito, Gorilla Zoe i Young Scooter... Zresztą, ten przedostatni występuje w "Ziplock", znanym już nam z wczoraj omawianego "Juice World 2" - Juiceman kontynuuje zatem politykę wielokrotnego sięgania po wcześniej zarejestrowane tracki... Poza "Ziplock" uwagę zwraca basowy "Pimp C" i oparty na intrygującym samplu wokalnym "No Hook"... Całość, podobnie jak "Juice World 2", trwa niewiele ponad pół godziny... Koniec, nic więcej mi do głowy nie przychodzi. Przysięgam, to nie moja wina, tylko tego mikstejpu!

 

najlepszy moment: ZIPLOCK (FEAT. GORILLA ZOE)

ocena: 6/10

18:32, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 12 kwietnia 2013

rok wydania: 2013

wydawca: DIY

pobierz album

 

Skoro tak dobrze nam idzie słuchanie i recenzowanie (?) tych southernowych rapów, to postanowiłem dać jeszcze jedną szansę OJ Da Juicemanowi. Już w trakcie odsłuchu pierwszego kawałka z najnowszego mikstejpu zacząłem żałować swej decyzji, ale skoro rzekło się "A"...

A teraz serio - to już nawet nie chodzi o te "Aye aye ok", do którego zdążyłem się przyzwyczaić, co świadczy o tym, jak bardzo ogłupiły mnie te rapsy z Atlanty i okolic. Mogę nawet uznać, że na swój dość specyficzny sposób jest oryginalny, jestem w stanie go rozpoznać na trackach tak własnych, jak i tych, w których udziela się jako gość. A to naprawdę duży walor w kontekście rapu z tego rejonu USA. Problem natomiast w tym, że chłopak wciąż albo nie za bardzo ma gust do dobrych bitów, albo zbyt mało kasy na zakup lepszych. W kontekście jego własnej dyskografii "JC2" prezentuje się całkiem nienajgorzej, ale w porównaniu z jego trapowymi ziomkami Gucci Mane'm czy nawet Waka Flocka Flame'm (co ciekawe, tym razem żaden z nich go nie wspomaga - lista gości ogranicza się do Gorilli Zoe i Tony Bandz'a) jest dość cienko. 

Ponoć w tym roku długo oczekiwany drugi album. Może wreszcie udowodni, że tytuł "Freshmana" nie trafił do niego przypadkiem, acz mając w pamięci "JW2" nie nastawiałbym się na to zbytnio.

 

najlepszy moment: WHERE YOU BEEN JUICE

ocena: 6,5/10

18:02, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 11 kwietnia 2013

rok wydania: 2013

wydawca: DIY

pobierz album

 

A zatem dobrnęliśmy do końca w tej podróży po Rocko'wej dyskografii. Wydana dwa miesiące temu druga część "Gift Of Gab 2" każe już z pewnością nie nastawiać się na rewolucję w rap-grze w związku z premierą drugiego oficjalnego albumu naszego bohatera. Solidne zaplecze southernowej ekstraklasy i jak na razie nic więcej. Niemniej warto żywić nadzieje na więcej, bo progres rzeczywiście jest tu widoczny, coraz ciekawsze te jego trapowo-southernowe bity. Tutaj wyróżniłbym dwa tracki - "Slow Down" z bardzo nietypowymi jak na ten gatunek muśnięciami synthów, bliższymi temu co robi... Lyle Mays w Pat Metheny Group. Takie dość mega luźne skojarzenie. Drugi wspomniany utwór - "YU And I" - to już bardziej tradycyjna rzecz, z nastrojowym podkładem i samplem z Oceanlab.

Brak mi pomysłu na puentę, zatem kończę. Elo.

 

najlepszy moment: SLOW DOWN

ocena: 7/10

22:17, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 320
 Skala

10-"Ideału Potęga"

9,9-9,0-"widzę szczyt, a za szczytem zaszczyt za zaszczytem"

8,9-8,0-"będę brał cię, cię, ehe"

7,9-7,0-"joł joł, joł joł joł joł joł, wielkie joł!"

6,9-6,0-"ch** na to kładę bo i tak damy radę"

5,9-5,0-"będzie dobrze dzieciak, elo, do góry głowa!"

4,9-4,0-"to nie z mafią układy tylko szołbiznes"

3,9-3,0-to nie jest kawałek żeby się podobać"

2,9-2,0-"Boże, czy jeszcze coś gorszego stać się może?"

1,9-1,0-"ile dałbym by zapomnieć cię..."

0,9-0,0-"pozerskie gówna a prawdziwy rap to dwie odmienne k***a sprawy!"