Kategorie: Wszystkie | film | muzyka | pozostałe
RSS
niedziela, 07 kwietnia 2013

rok wydania: 2009

wydawca: Columbia

 

Zostajemy przy temacie Dylana. Zapraszamy do wehikułu czasu, przenosimy się pół wieku w przód.

Niesamowite, ile dzieli debiut od przedostatniego dzieła autora "Like A Rolling Stone" (kuriozalnego albumu świątecznego z tego samego roku co "Together Through Life" nie liczę). I nawet nie chodzi o te 47 lat. Tam mieliśmy piosenki, w których Dylan grał niemal wyłącznie na emocjach słuchaczy. W kompozycjach na "TTL" dzieje się mnóstwo rzeczy, brzmienie jest wysmakowane (produkuje ponownie Dylan pod aliasem Jack Frost'a, choć sound ewidentnie po linii Lanoisowej roboty z "Time Out Of Mind"), rasowe. Naprawdę ciężko cokolwiek tej Muzyce obiektywnie zarzucić, chyba że ktoś uparłby się, że artyście o takim dorobku nie przystoi nagrywań rzeczy takich jak "Life Is Hard" czy "Jolene", skrojonych wydawałoby się pod odpowiednio Toma Waitsa czy ZZ Top (choć to tak luźne skojarzenia, że aż głupio o nich wspominać). Ale jeśli podobnie jak przy "Bob Dylanie" chcielibyśmy rozpatrywać album wyłącznie na płaszczyźnie subiektywnych odczuć, to muszę to powiedzieć wprost - dla mnie to album wyprany z emocji. Jeszcze gorszy od "Modern Times", gorszy nawet chyba od zgodnie przez wszystkich odsądzanych od czci i wiary Dylanowskich dzieł z lat 80-tych. Z perspektywy tego albumu po raz kolejny muszę zrewidować moją opinię o "Time Out Of Mind". Może i album był lekkim przehajpem, ale zawierał momenty rzeczywiście wybitne, jako całość przesycony był jakimś artystycznym niepokojem, stawiającym na baczność podczas odsłuchu. Tutaj mamy blues, któremu jednak bliżej do zgredziarskiego smęcenia, muzyka dla dziadów. A przecież blues taki być nie musi. Ten gatunek muzyczny jak żaden inny nie potrzebuje młodzieńczej witalności, ba - wręcz przeciwnie, najbardziej wskazany wydaje się w nim wieloletni bagaż doświadczeń (najlepiej negatywnych). Dylan z "TTL" to Dylan spełniony, pogodzony z życiem, a jednocześnie nie pozbawiony cynizmu. Opis zupełnie nie przystający do bluesowego twórcy.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że ostatnie albumy Dylana coraz mocniej zaczynają pełnić rolę epilogu - ważnego dla pełniejszego zrozumienia całej tej pięknej historii, jaką jest życie i twórczość tego artysty, a jednak będącego tylko dodatkiem. To budujące, że wciąż mu się chce tworzyć i to jeszcze z taką regularnością. Nie zmienia to jednak faktu, że ostatni rozdział w postaci "Time Out Of Mind" byłby optymalnym dla tej epopei.

 

najlepszy moment: BEYOND HERE LIES NOTHIN'

ocena: 6,5/10

21:34, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »

rok wydania: 1962 (reedycja: 2005)

wydawca: Columbia

 

Spojrzałem w archiwum blogowych recenzji dzieł Boba Dylana - żadna z nich nie dotyczy dzieł z lat 60-tych, najważniejszej dekady twórczości tego Pana! Nadrabiamy zaległości waląc z grubej rury - wiekopomny debiut.

No dobrze, tak po prawdzie "Bob Dylan" zapisał się w historii muzyki bardziej ze względu na bycie pierwszym albumem TEGO Boba Dylana aniżeli samą muzykę. A starając się ująć sprawę stricte obiektywnie - można nawet tu mówić o pewnej kontrowersyjności. W dyskursie nt. twórczości najsłynniejszego z bardów relacja liryków z dźwiękowym podkładem, a konkretniej hierarchia tych aspektów w kontekście artystycznego jestestwa Dylana stanowi wciąż jedną z najważniejszych, a zarazem najbardziej problematycznych kwestii. I omawiany dziś album stanowi jeden z najlepszych dowodów w sprawie. Z jednej strony - to klasyczny przykład albumu, którego nie należy oceniać w oderwaniu od towarzyszących mu kontekstów, przede wszystkim historycznego. Debiutująca gwiazda folku, gatunku skrajnie ascetycznego w stosowanym instrumentarium. Rok '62 (swoją drogą - jeszcze tak starego albumu w pięcioletniej historii tego bloga nie omawialiśmy), mono wciąż stanowi obowiązkowy format rejestrowanego dźwięku. Dwudziestoletni małolat-idealista obcujący po raz ze studiem nagraniowym. To wszystko istotne czynniki, bez których nie da się zrozumieć brzmienia tego albumu. Ale jak w takim razie porównywać je nie tylko do dzieł innych klasycznych dla epoki artystów jak The Beatles, The Who czy The Doors, co nawet do późniejszych nagrań samego Dylana? Jak się ma gitarowo-harmonijkowy akompaniament (czasem nawet całkiem nietypowy jak na stylistykę, której ramy wyznaczają blues/folk/country'owe schematy) tworzony przez Dylana do bogactwa dźwięków "Pet Sounds" czy nawet hardrockowej nawałnicy pierwszych Led Zeppelinów? Nie da się. Trzeba przejść wyłącznie na płaszczyznę rozumowania i oceniania muzyki tylko za pomocą emocji, tych w niej zawartych i tych przez nią wywoływanych. Tyle że to tak skrajnie subiektywne kryteria, że jakakolwiek dalsza analiza zawartości "Boba Dylana" pod tym kątem jawi się jałową dość czynnością, nie mówiąc już o umiejscowieniu go na dziesięciopunktowej skali. I nawet blogowa specyfika nie umniejsza tej jałowości.

No dobrze, ale skoro czytacie to dalej, to przypuszczam, że chcecie poznać moje odczucia i emocje związane z tym albumem, tak? No więc moim zdaniem "Bob Dylan" to petarda, roznosząca w pył cały jego dorobek z lat 90-tych i późniejszych. I nie ma nic do rzeczy fakt, że na 13 kompozycji tylko dwie są autorstwa Boba, a i wkład własny w aranżację pozostałych jest powszechnie kwestionowany. Mieliśmy nie oceniać analitycznie tej muzyki, zatem darujmy sobie ile tu jest bluesa, ile folku, a ile gospelu. Skupmy się na tym, jakim żarem są przeszyte "In My Time Of Dyin'" czy "Fixin' To Die", szczególnie w interpretacji wokalnej - rzecz nie do ogarnięcia dla tych, którzy przyzwyczaili się (albo po prostu tylko takiego go znają) do Dylana jako beczącej kozy. A jest jeszcze "House Of The Risin' Sun", stanowiący silną konkurencję dla wydawałoby się definitywnej interpretacji The Animals. Albo "Freight Train Blues", z zupełnie innej beczki, bo mający lekko humorystyczny wydźwięk. I tribute dla idola Dylana, Woody'ego Guthriego w, nomen omen, "Song To Woody".

I jeszcze "See That My Grave Is Kept Clean"... Właśnie. Tu muszę wspomnieć o aspekcie, który chyba mnie najbardziej niszczy. Nie tylko tytuły niektórych piosenek są przesiąknięte śmiercią, refleksją, mądrością człowieka doświadczonego przez życie. A mówimy tu o dwudziestolatku. Jasne, dziś mamy zaburzoną perspektywę, proces dojrzewania jest coraz bardziej spowalniany. Niemniej mądrość bijąca nawet nie tyle z tekstów, co z interpretacji, z atmosfery albumu jest rozbrajająca. No tak, zapomniałem że mówimy o Bobie Dylanie. Największym z songwriterów.

Trzeba znać, nawet jeśli jest to album bardziej na zasadzie "Oto ja, zapamiętajcie moje nazwisko, bo już od następnego albumu będę wymiatał".

 

najlepszy moment: IN MY TIME OF DYIN'

ocena: 8/10

17:50, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 04 kwietnia 2013

rok wydania: 2010

wydawca: Virgin

 

Bardzo zasmuciła mnie wiadomość o wczorajszym zamknięciu LucasArts. W czasach kiedy namiętnie grałem w gry komputerowe (czyli czasy dzieciństwa plus revival kilka lat temu, choć kilka dni temu skusiłem się na zakup "Monkey Island 2: Special Edition" i zdecydowanie nie żałuję, jest czad), to był mój ulubiony producent gier. Wspomniana seria Monkey Island przede wszystkim, ale też Indiana Jones, Sam & Max, Full Throttle, Grim Fandango... Oczywiście wymieniam tylko przygodówki, będące moim ulubionym gatunkiem gier, ale przecież dla wielu LucasArts (a wcześniej LucasFilm Games) to przede wszystkim gry związane ze światem Gwiezdnych Wojen. Wszyscy gieromaniacy dziś rzewnie zapłakaliśmy.

Smutek w bezpośredni sposób przekształcił się w złość wymierzoną w korporację Disney'a, który to jako od kilku miesięcy właściciel stworzonej przez George'a Lucasa firmy podjął decyzję o jej zamknięciu. Ale w pewnym momencie przyszło niemal natychmiastowe ogarnięcie się. Bo przecież nie ma wątpliwości, że nie można tu mówić o dziejowej niesprawiedliwości. Nie w przypadku firmy, która ostatni dobry produkt wypuściła, co jest faktem nie do zaprzeczenia, jeszcze w latach 90-tych. Nie trzeba być ekonomistą by dostrzec sensowność decyzji włodarzy Disney'a. Może nawet za jakiś czas podziękujemy im za przerwanie agonii, w jakiej tkwił LucasArts od ponad dekady.

Dlaczego wspominam o czymś tak zupełnie nie związanym z tematyką tego bloga? Dlatego, iż gdyby dziś Robert Del Naja vel 3D podjął decyzję o rozwiązaniu Massive Attack, to logika również nie sprzeciwiałaby się tej decyzji. A ponowny odsłuch "Heligoland" utwierdziłby tylko w tej decyzji.

Oczywiście zespół muzyczny to nie firma (choć sztuka dziś ma jak najbardziej wiele wspólnego z biznesem), ale trudno nie oprzeć się wrażeniu, że lata największego artystycznego prosperity ten zespół ma za sobą, podobnie zresztą jak cała branża triphopowa. "100th Window" z 2003 roku, jak zresztą zdążyliśmy zauważyć na tym blogu niedługo po jego wydaniu, był co najwyżej przyzwoity. Wydanej rok później ścieżki dźwiękowej do "Danny The Dog" generalnie nie zalicza się do Massive Attack'owego kanonu, co można uznać raczej za przysługę dla tego dzieła. No i jest wielki comeback, "Heligoland", którego największą zasługą jest niestety to, że nie burzy nam wykresu jakościowego dyskografii MA, od ponad dekady układająca się w idealną równię pochyłą.

Byśmy się jednak źle nie zrozumieli - po pierwsze, nie jest to jednoznacznie zły album. Po drugie, nie jest powiedziane, że panowie już nigdy nie ockną się i nie wrócą na właściwe tory. Ale "Heligoland" nie daje praktycznie ani jednego powodu by wierzyć, że w duecie z Bristolu pozostał ten pierwiastek geniuszu, który dał narodziny klasycznej trylogii z lat 90-tych. Dziś "100th Window" jawi mi się jako dzieło nierówne, na którym obok skuch były też momenty wybitne (np. "Special Cases"). Na "Heligoland" takich momentów brak. Najlepsze w zestawie singlowe "Paradise Circus" i ewentualnie "Splitting The Atom" to w najlepszym przypadku poziom gorszych fragmentów "Protection". Do "Mezzanine" nawet nie ma co porównywać.

Na forum Porcys pojawiła się opinia, że wątłość tych melodii wynika z konceptu albumu, jakim jest muzyczne odzwierciedlenie stanu apatii, marazmu, beznadziei. Ciekawa interpretacja, być może nawet całkiem zgodna z zamierzeniem twórców. Bo rzeczywiście, te piosenki sprawiają wrażenie wyśpiewanych z pozycji leżącej, bez jakichkolwiek emocji na twarzach wokalistów. Jeśli taka była idea na album to brawo, udało się go zrealizować w pełni. Tylko czy jest to idea na album, do którego słuchacz będzie chciał wielokrotnie w przyszłości wracać? Niekoniecznie.

Najbardziej boli jednak to, że ten album jest tak wyzbyty z innowacyjności, że aż trącący muzycznym skansenem. Fajnie, że na potrzeby EPki współpracowali z Burialem, ale słuchając samego albumu ma się wrażenie, jakby czas stanął w miejscu. Trochę casus Tool'owego "10000 Days" - być może rozczarowanie wynika ze zbyt wygórowanych oczekiwań, no ale one nie wzięły się znikąd. W odczuciu podróży w przeszłość utwierdza selekcja wokalistów. Może gdyby interpretacje wokalne Damona Albarna czy Martiny Topley-Bird porywały to byśmy o problemie nie wspominali (ok, nie może, tylko na pewno). Ale tak nie jest, przez co zabawa na tym emeryten party staje się jeszcze mniej zabawna. I wyjątki w postaci występu Tunde'a (Tv On The Radio) w "Pray For Rain" i Hope Sandoval w "Paradise Circus" pozostają właśnie wyjątkami.

Kibicuję dalej temu zespołowi, ale jak na razie widzę to tak, że panowie wkraczają do kręgu zespołów, których nowe albumu są tylko przyczynkiem do wyruszenia w kolejną, dobrze sprzedającą się trasę koncertową (ewentualnie przerodzi się to w profesjonalnie kręcony serial pt. "Kto wystąpi na nowej płycie Massive Attack"). Myślicie, że w tym roku znów zagrają na Open'erze?

 

najlepszy moment: PARADISE CIRCUS

ocena: 7/10

20:10, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 kwietnia 2013

Nie chcę Wam wciskać kitu, że oto żegnamy mojego ulubionego producenta muzycznego, idola, inspirację, itp. Gdybym miał zrobić prywatny ranking ludzi odpowiedzialnych za produkcję muzyczną, Phil Ramone pewnie nie załapałby się nawet do pierwszej dwudziestki. 

Ale to odczucia subiektywne. Wersja obiektywna wydarzeń jest zaś taka, że kilka dni temu zmarł jeden ze współtwórców muzycznej fonografii - tej, jaką dziś znamy. Współtwórca jako inżynier dźwięku, producent, impresario, kierownik wytwórni fonograficznej, rzadziej jako kompozytor i muzyk. Niewielu mogło się z nim równać w kategorii nieustającego wpływu na oblicze branży muzycznej przez ponad pół wieku - mi do głowy przychodzi właściwie tylko Quincy Jones. Nie przystoi konfrontować zasług obu Panów, ale jednak warto zwrócić uwagę na to, że o ile producent "Thrillera" ostatnimi czasy funkcjonuje głównie jako chodząca legenda Muzyki, tak Ramone pozostawał aktywny zawodowo do samego końca. To przecież jego produkcję słyszymy na zrecenzowanych swego czasu na tym blogu "We All Love Ella" (tribute dla Elli Fitzgerald) czy Ray Charles'owy "Genius Loves Company" (za ten drugi otrzymał zresztą Grammy w kategorii Album Roku). Nie zmienia to oczywiście faktu, że zapamiętany zostanie przede wszystkim jako producent albumów Paula Simona czy Billy Joela. Trzeba także zaznaczyć, że Ramone'owi zawdzięczamy nie tylko to, czego słuchamy, ale i to, JAK słuchamy - to wydany przez jego wytwórnię (a także przez niego wyprodukowany) "52nd Street" Billy Joela dostąpił zaszczytu bycia pierwszym albumem wydanym na płycie kompaktowej.

Do stworzenia tej notki sprowokowało mnie jednak nie tyko szacunek dla dokonań Ramone'a. Znamienne, że dzisiejsza notka pojawia się kilka dni po śmierci. Niestety tak wyszło, że człowiek chce być na bieżąco, czyta prasę, portale internetowe itp., a i tak wiedzę o świecie czerpie głównie z tego, co kto wklei na fejsbuku. Przykre jak cholera, ale tak jest. A tam tymczasem cisza - nikt się nawet nie zająknął o tym, co się stało. Nie chcę tu dyskredytować swoich znajomych jako nieosłuchanych ignorantów (bynajmniej!), ale po raz kolejny naszła mnie refleksja, że my - jako Pasjonaci Muzyczni - wciąż niewystarczającą uwagę zwracamy na to, jak muzyka BRZMI. Sam się zresztą przyłapuję na tym, że zwracam uwagę na osobę producenta płyty tylko wtedy, kiedy mowa o najbardziej chodliwych nazwiskach na rynku - jak Rick Rubin czy Dr. Dre. Oczywiście często działa to w drugą stronę - kiedy to termin "producent" jest używany w stosunku do osób, które po prostu rejestrowały dźwięk generowany przez grających muzyków. Steve Albini, kultowa persona pracująca przy płytach tak różnych wykonawców jak Neurosis, PJ Harvey i Nirvany, otwarcie wzbrania się przez byciem nazywanym producentem sugerując, że dobry artysta doskonale wie jak chce zabrzmieć i żaden producent nie jest mu potrzebny. Trochę to jak dla mnie zbyt zerojedynkowe postawienie sprawy - od muzyka wymagane jest przede wszystkim by tworzył muzykę (jakkolwiek banalnie by to zdanie nie brzmiało), jego znajomość prawideł rejestrowania dźwięku jest naprawdę sprawą drugorzędną. Poza tym ile historia muzyki zna przypadków zespołów, które chcą pójść ścieżką eksperymentu (co chwalebne), a niekoniecznie wiedzące jak to zrobić? Od groma. Takie wejście na drogę prowadzące w nowe, nieodkryte przez zespół/artystę terytoria muzyczne potrzebuje przewodnika. I producent właśnie jest tym przewodnikiem.

Oczywiście produkcja muzyczna niejedno ma oblicze. Najczęściej cenieni są ci, którzy zdążyli wypracować swój własny sound, nierzadko wypierający ten, którym charakteryzują się korzystający z ich usług artyści. I rzeczywiście warto podkreślać innowacyjność dokonań Phila Spectora, Rossa Robinsona czy Timbalanda - sięgając po skrajnie różne przykłady. Ale są też tacy producenci jak Ramone - nie narzucający swojego pomysłu na muzykę, mający za cel tylko i wyłącznie jak najlepiej brzmiący materiał muzyczny. To i tak sporo. Aby kochać muzykę nie trzeba znać nazwisk producentów, warto jednak czasem zerknąć na listę płac zawartą w książeczkach, by spojrzeć na ulubione albumy pod innym kątem. Zrozumienie to klucz do trwałości uczucia - także w tym przypadku.

18:54, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 02 kwietnia 2013

rok wydania: 1994

wydawca: Circa

 

Wracamy po wielkanocnej przerwie. Chwilowo dam Wam odpocząć od rapsów i zajmiemy się znów Ważną Muzyką.

W przeciwieństwie do wielu osób nie mam problemu ze wskazaniem najlepszej płyty Massive Attack. To "Mezzanine". To do trzeciej płyty magików z Bristolu wracam najczęściej, to ona najsilniej pobudza moje zmysły, to ją postawiłbym bez oporów na półce z najwybitniejszymi dokonaniami muzycznej pop-kultury. A jednak, odsłuchując "Protection" po naprawdę długim czasie rozłąki, zaczęły pałętać mi się po organizmie wyrzuty sumienia, przez które niemalże zacząłem edytować ubiegłoroczną recenzję "Mezzanine". Niby żadne konkretne dissy nie poleciały tam na "Protection", ale trochę nie fair jest takie wywyższanie jednego albumu kosztem drugiego. "Protection" nie zasługuje na to.

Ba, całkiem zrozumiałe jest dla mnie to, że po świecie chodzą ludzie, którzy to właśnie w "Protection" upatrują swojego faworyta dyskografii Massive Attack. Na pewno posiada ona unikalny klimat, incydentalnie obecny w późniejszej twórczości, a też jednak inny od tego z debiutanckiego "Blue Lines". Klimat stanowiący niemal negatyw paranoi i niepokoju znanego z wydanego trzy lata później "Mezzanine". Termin "chill out" kojarzy mi się z muzyczną konfekcją i innymi niefajnymi zjawiskami, ale jednak dość trafnie oddaje zawartość tego albumu. Odprężającą, oniryczną, momentami (np. numer tytułowy) także erotyczną. A przy tym jak najbardziej różnorodną, w tej różnorodności nie wychodząc wszakże poza granice spójności. Bo przecież nawet "Karmacoma" i "Eurochild", w których rap-wokalne dialogi Tricky'ego i 3D tworzą klimat wyznaczający kierunek dla przyszłych dokonań, ani przez chwilę nie poddają w wątpliwość sensowność umieszczenia ich na tym albumie. A mamy tu jeszcze przecież obowiązkowy niemal pierwiastek Jamajszczyzny reprezentowanej przez Horace Andy'ego ("Spying Glass"), podkład dźwiękowy pod wieczorne podróże komunikacją miejską "Three" (uśmiechający się także do sympatyków dance'owania) czy ujmujący orkiestralnymi brzmieniami w tle "Sly" z popisem wokalnym niejakiej Nicole (dla mnie nawet bardziej intrygującej niż Tracey Thorn, która też przecież na tej płycie czyni cuda). 

Trip? Jak najbardziej, tyle że w najpozytywniejszym jego odcieniu. Szkoda że przerwany na końcu w tak brutalny sposób. Nawet jeśli ten cover "Light My Fire" nie miał być niczym więcej niż muzycznym żartem (inna sprawa, czy takim zespołom jak Massive Attack przystoją tego typu dowcipy), to umieszczenie go tutaj zakrawa na zamach. Murowany kandydat do najgorszego albumowego closera ever.

 

najlepszy moment: KARMACOMA

ocena: 8,5/10

23:50, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
 Skala

10-"Ideału Potęga"

9,9-9,0-"widzę szczyt, a za szczytem zaszczyt za zaszczytem"

8,9-8,0-"będę brał cię, cię, ehe"

7,9-7,0-"joł joł, joł joł joł joł joł, wielkie joł!"

6,9-6,0-"ch** na to kładę bo i tak damy radę"

5,9-5,0-"będzie dobrze dzieciak, elo, do góry głowa!"

4,9-4,0-"to nie z mafią układy tylko szołbiznes"

3,9-3,0-to nie jest kawałek żeby się podobać"

2,9-2,0-"Boże, czy jeszcze coś gorszego stać się może?"

1,9-1,0-"ile dałbym by zapomnieć cię..."

0,9-0,0-"pozerskie gówna a prawdziwy rap to dwie odmienne k***a sprawy!"