Kategorie: Wszystkie | film | muzyka | pozostałe
RSS
czwartek, 11 kwietnia 2013

rok wydania: 2013

wydawca: DIY

pobierz album

 

A zatem dobrnęliśmy do końca w tej podróży po Rocko'wej dyskografii. Wydana dwa miesiące temu druga część "Gift Of Gab 2" każe już z pewnością nie nastawiać się na rewolucję w rap-grze w związku z premierą drugiego oficjalnego albumu naszego bohatera. Solidne zaplecze southernowej ekstraklasy i jak na razie nic więcej. Niemniej warto żywić nadzieje na więcej, bo progres rzeczywiście jest tu widoczny, coraz ciekawsze te jego trapowo-southernowe bity. Tutaj wyróżniłbym dwa tracki - "Slow Down" z bardzo nietypowymi jak na ten gatunek muśnięciami synthów, bliższymi temu co robi... Lyle Mays w Pat Metheny Group. Takie dość mega luźne skojarzenie. Drugi wspomniany utwór - "YU And I" - to już bardziej tradycyjna rzecz, z nastrojowym podkładem i samplem z Oceanlab.

Brak mi pomysłu na puentę, zatem kończę. Elo.

 

najlepszy moment: SLOW DOWN

ocena: 7/10

22:17, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 kwietnia 2013

rok wydania: 2012

wydawca: DIY

pobierz album

 

Przyznam, że mam wyrzuty sumienia. Na świecie tyle się dzieje - Korea Północna szykuje się do wojny, umiera Margaret Thatcher, umiera Roger Ebert - jedna z moich największych inspiracji w dziedzinie krytyki sztuki, rocznica tragedii w Smoleńsku, Borussia Dortmund z naszymi w składzie rozgrywa jeden z najlepszych meczy XXI wieku... a ja znów tylko rap o gangsterce, dragach i kobietach lekkiego obyczaju.

Nie inaczej jest na "Wordplay'u" - Rocko generalnie nie wnika w globalną problematykę. Podobnie jego rap nie jest na światowym poziomie, choć trzeba uczciwie przyznać, że omawiany tu mixtape prezentuje się ciut lepiej niż dotychczasowe. Podkłady nie wychodzą poza dotychczas wypracowany schemat, ale w swojej działce brzmią naprawdę solidnie. Nie przebojowo, nie porywająco, a po prostu solidnie. Biorąc pod uwagę także fakt, iż całość mieści się w klasycznych 45 minutach, "Wordplay" jawi się pomyślanym jako spójne wydawnictwo przeznaczone do poważnego odbioru. A także na swój sposób odważne - obywając się praktycznie bez jakichkolwiek featuringów.

 

najlepszy moment: NACHO$

ocena: 7/10

20:21, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 09 kwietnia 2013

rok wydania: 2011

wydawca: DIY

pobierz album

 

A co tam, dorzucę Wam dziś jeszcze jedną reckę do czytania. 

Na wydanym niemal równo rok po "Rocko Dinero" mikstejpie Rocko zasadniczo nie wprowadza zmian w swoim artystycznym emploi. Czyli jeśli ktoś oczekuje od materiału usłyszeć southernowo-trapowe bity z dość silną reprezentacją rozśpiewanych wokaliz to dokładnie to otrzyma. I nic więcej. Żadnych spektakularnych ficzuringów (w kilku kawałkach słychać Future'a, refren w "Balance" robi zaś Verse Simmonds), żadnych eksperymentów, chyba że za takowy uznać akustyczną gitarę w najlepszym "Listen While I Draw". Jest kilka przyzwoitych podkładów, owszem... jeśli "kilka przyzwoitych podkładów" uznalibyśmy za wyróżnik tego wydawnictwa, to oznaczałoby, że ze współczesną rapową sceną Południa jest naprawdę nienajlepiej.

Wstrzymam się z finalnym werdyktem jak przerobię pozostałe mikstejpy z dyskografii, ale jak na razie całkiem logiczne wydaje mi się, czemu Rocko nie wbił się do rapowej ekstraklasy.

 

najlepszy moment: LISTEN WHILE I DRAW

ocena: 6/10

19:41, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »

rok wydania: 2010

wydawca: DIY

pobierz album

 

Niektórzy się ucieszą, większość załamie ręce, ale przeznaczenia nie oszukasz - wracamy znów do rapsów.

Rocko to kolejny reprezentant hiphopowej Atlanty, który wciąż czeka na swój break-even. Nie udało się przy debiutanckim "Self Made", pomimo wsparcia Def Jam'u - wytwórni, która jak mało która wie jak wypromować raperów. Czy zapowiadany na ten rok "Seeing Is Believieng", wydany tym razem w niezależnym E1 Music, odmieni pozycję Rocko na rapowym rynku? Na chwilę obecną oczywiście trudno cokolwiek wyrokować, jeśli jednak sugerować się mikstejpami wydawanymi pomiędzy obydwoma oficjalnymi krążkami, to taki "Rocko Dinero" każe jednak ostudzić emocje. No chyba że jest się bezkrytycznym fanatykiem southernowych klimatów. Jest tu kilka fajnych momentów - szczególnie tych wpadających w rozśpiewany r'n'b klimat jak "Star" - ale na nowy rapowy Next Big Thing trochę tego za mało. A dodatkowo w kawałkach z udziałem gości (Rick Ross, Gucci Mane, Future) wychodzi na jaw, że gospodarz jakoś wyjątkowo charakterystycznym raperem niestety nie jest.

I na dobrą sprawę mixtape mógłby być z tych "raczej do zapomnienia", gdyby nie dorzucony jako bonus "Exit Strategy". Kapitalny sampel wokalny, energetyczny beat, słoneczna atmosfera... taki hip hop uwielbiam! Nie można było tak przez cały materiał?

 

najlepszy moment: EXIT STRATEGY

ocena: 6/10

15:56, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »

rok wydania: 1975

wydawca: Swan Song

 

Powolutku, krok po kroczku uzupełniamy omówienie dyskografii Led Zeppelin o kolejne pozycje. Tym razem LedZep "późny".

Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że tak jak o sile wczesnego Led Zeppelin decydowały jego albumy w ujęciu całościowym, tak późniejsza twórczość wygrywa głównie pojedynczymi kompozycjami. Innymi słowy - gdybym układał prywatny ranking najlepszych numerów LedZep, prawdopodobnie w większości okupowany byłby przez numery z płyt wydanych po 1973 roku (czyli od "Houses Of The Holy" począwszy). Jednak w przypadku analogicznego zestawienia najlepszych albumów tego zespołu wybór ograniczałby się wyłącznie do tych opatrzonych w tytule cyferkami.

Mówi się, że "Physical Graffiti" to jedyny album "późnego Led Zeppelin", który poziomem dorównuje płytom z lat '69-'71. Cóż... nie zgadzam się. Po pierwsze - moim zdaniem znacznie silniejszym kandydatem jest "Presence", a nawet kontrowersyjnie eksperymentalny, wspominany "Houses...". Ale nawet jeśli wykluczyliśmy oba te albumy z naszych dywagacji, to i tak miałbym spory problem z usadowieniem "PG" obok chociażby "III" (którą uznałem za najsłabsze ogniwo słynnej tetralogii).

W rozważaniach na temat jakości "PG" przede wszystkim należałoby zadać kłam stosowaniu w opisach tego dzieła takich terminów jak "rozmach", "epicki" itp. Już nawet nie chodzi o to, że ten rozmach "PG" jest nie większy niż na "Czwórce". Rzecz w tym, że jest on zwyczajnie... pozorny. Po pierwsze - "Kashmir", przez pryzmat którego, z racji jego popularności (skądinąd słusznej, bo to najlepszy tu utwór), jest opisywana zawartość albumu, nie jest ani trochę reprezentatywny dla całości. Oczywiście zdarzają się tu równie rozbuchane fragmenty jak chociażby "In The Light", ale są one w mniejszości. Zdecydowanie więcej tu hardrockowych petard pokroju "The Wanton Song" czy "The Rover" (szczególnie ten pierwszy kruszy stal swoim riffem sprzężonym z mocarną partią perkusji), czy retro rock and rolla ("Boogie With Stu" zarejestrowane z klawiszowcem Rolling Stones'ów, Ian'em Stewartem). Oczywiście hard rock też może być rozbudowany formalnie, ale na poparcie tej tezy Page i spółka dawali już wcześniej lepsze dowody ("Whote Lotta Love", by nie szukać daleko). Znamienne, że znalazł się tu jeden z kilku zaledwie utworów, w których Page nie gra solówki (mowa o "Night Flight"). Nie aby obecność solówki była wyznacznikiem złożoności formy piosenki, ale...

Po drugie i najważniejsze - kwestia objętości wydawnictwa. Wśród odbiorców muzyki wciąż pokutuje przekonanie, że podwójny album (a potrójny to już w ogóle) = ambitne dzieło, tym samym jego ocena nie powinna schodzić poniżej pewnego poziomu - "bo się starali" (sam zresztą się przyłapuję na takim myśleniu). Figa z makiem. Przede wszystkim dlatego, że "Physical Graffiti" wcale nie był pierwotnie pomyślany jako podwójny album. Co więcej - panowie otwarcie się w dniu premiery przyznawali, że o objętości dzieła zadecydował fakt, że zarejestrowany specjalnie na ten album materiał przekraczał winylowe 45 minut, postanowili więc zrobić z niego podwójny krążek, upychając drugi dysk wcześniej niewykorzystanym materiałem. ODRZUTAMI w sensie. I nie trzeba patrzeć w opisy w książeczce, by przynajmniej w 80% trafnie wytypować te starsze kawałki. Oczywiście są wyjątki w obie strony - z jednej strony "Bron-Yr-Aur" z czasów "III" to perełka najlepiej pokazująca, dlaczego wielu uważa Page'a za znacznie lepszego gitarzystę akustycznego aniżeli elektrycznego. Ale np. w pełni premierowe opracowanie "In My Time Of Dying" (znany nam chociażby z omawianego wczoraj debiutu Dylana) to jedenaście minut może i fajnego jamu, ale spokojnie dającego się skrócić przynajmniej o połowę. Generalnie jednak odsłuch albumu przypomina podróż po wyboistej drodze. A może nawet po polu minowym - obcowanie ze średniactwem takich piosenek jak "Down By The Seaside" czy "Ten Years Gone" jest dość ekstremalnym doświadczeniem.

Jeśli założyć, że mamy do czynienia z  "normalnym" albumem z gratisowo dołączonymi b-side'ami to nie jest tak źle, a nawet bardzo dobrze. Ale nie ma co ukrywać, że takie podejście pokazuje, że miłość do muzyki bywa czasem ślepa. Bywa?

 

najlepszy moment: KASHMIR

ocena: 8,5/10

00:50, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
 Skala

10-"Ideału Potęga"

9,9-9,0-"widzę szczyt, a za szczytem zaszczyt za zaszczytem"

8,9-8,0-"będę brał cię, cię, ehe"

7,9-7,0-"joł joł, joł joł joł joł joł, wielkie joł!"

6,9-6,0-"ch** na to kładę bo i tak damy radę"

5,9-5,0-"będzie dobrze dzieciak, elo, do góry głowa!"

4,9-4,0-"to nie z mafią układy tylko szołbiznes"

3,9-3,0-to nie jest kawałek żeby się podobać"

2,9-2,0-"Boże, czy jeszcze coś gorszego stać się może?"

1,9-1,0-"ile dałbym by zapomnieć cię..."

0,9-0,0-"pozerskie gówna a prawdziwy rap to dwie odmienne k***a sprawy!"