Kategorie: Wszystkie | film | muzyka | pozostałe
RSS
czwartek, 14 października 2010

rok: 1990

rezyseria: David Lynch & inni

 

dawno tu nie bylo o dzielach z krainy filmowej. no ale mowimy tu o pozycji wyjatkowej.

wreszcie na polskim rynku, po 20 latach i, drobnostka, 8 latach od czasu pojawienia sie w innych krajach Regionu 2 (amerykanie dostapili laski juz nawet w 2001). jak to mozliwe ze wszystkie, nawet najbardziej debilne seriale trafiaja u nas na dvd niemal z marszu, od razu po zejsciu z anteny, a na "Twin Peaks" trzeba bylo czekac tyle lat? dziwi to tym bardziej, ze przeciez mnostwo u nas maniakow Lyncha, nikt nawet nie pomyslal ze moznaby koniunkturalnie wykorzystac fakt krecenia u nas "Inland Empire" i przyjazn Lyncha z Lodzia i reszta kraju. coz... nie od dzis wiadomo, ze generalnie w Polsce sie nie mysli.

niewazne, cieszmy sie tym co mamy. cieszmy sie? Bozesz Ty Moj, przeciez mowimy tu o Twin Peaks. najwspanialszym serialu wszechczasow, WORD. kazdy kto mnie troche lepiej zna wie, ze mam, ekhm, nie do konca normalny stosunek do tego dziela. powiedziec, ze go ubostwiam - to nic nie powiedziec. powiedziec, ze jest to jedno z tych dziel, ktore moge ogladac w nieskonczonosc (a w praktyce - tak raz na rok, od pierwszego do ostatniego odcinka) - to nic nie powiedziec. powiedziec, ze moje relacje z Twin Peaks sa wrecz psychofanowskie lekko i sprowadzaja sie do tego, ze miasteczko to jest moim "prywatnym Idaho"", moja Mekka, a bohaterow serialu traktuje juz jak moich przyjaciol - to nic nie powiedziec. mam nadzieje, ze po smierci trafie do Bialej Chaty zamiast do Nieba (moze to to samo?). choc zdaje sobie sprawe, ze najpierw czeka mnie proba w Czarnej Chacie...

warto jednak podkreslic, ze wsrod wszystkich superlatyw jakimi obsypuje ten serial jednej rzeczy powiedziec o nim nie mozna - "Twin Peaks" nie jest idealne. zreszta, come on - NIE MA fizycznej mozliwosci, by w dziele liczacym lacznie 45 minut razy 28 odcinkow (plus poltoragodzinny pilot i tyle tez trwajacy odcinek nr 9) kazda minuta byla perfekcyjna, kazdy watek, kazda postac. nie trzeba byc wielkim znawca TP by dostrzec, ze zwlaszcza w sezonie drugim zdazalo sie sporo slabszych rzeczy - ba, wrecz pomylek. nigdy nie polubie juz postaci Nadine, sceny milosne z udzialem Jamesa Hurley'a ("Oh, James!") to straszny kicz, podobnie jak watek wzietego z sierocinca Nicka. zwlaszcza ten ostatni motyw sprowadzal serial "na ziemie", rownal go w szeregu z innymi serialami. ale dostrzeganie wad, bledow paradoksalnie odbieram jako swiadectwo rozwoju mej, ekhm, Milosci do Twin Peaks. w koncu kocha sie nie za cos, a pomimo czegos, tak?

omawiamy dzis jednak tylko Sezon 1, a ten jest znacznie blizszy perfekcji niz Sezon 2. swoja droga zawsze zastanawial mnie ten podzial. ktory z dzisiejszej perspektywy jest wrecz bezsensowny. bo ani nie jest on spojny, ani tez uzasadniony stricte matematycznie - pierwszy sezon ma odcinkow 7 (plus pilot), podczas gdy drugi ma ich 23. o wiele logiczniejsze byloby, gdyby podzial mial miejsce w momencie "oficjalnego" odkrycia mordercy Laury Palmer - zwlaszcza ze mialo to miejsce w odcinku 17, wiec prawie w polowie calej rozciaglosci serialu. biada tym natomiast, ktorzy obejrza Sezon 1 i nie maja w zanadrzu jego nastepcy - w odcinku osmym tyle sie dzieje, tyle watkow zostaje bez rozstrzygniecai, ze *nie ma* innej mozliwosci niz natychmiastowe dorwanie sie do odcinka 9 - inne rozwiazanie grozi utrata zmyslow.

wielkie dziela maja to do siebie, ze przy kazdym ich odbiorze mozna odkryc cos nowego. i coz, tak bylo i tym razem. na roznych plaszczyznach. zacznijmy od technicznego, przy okazji omawiajac to konkretne wydanie na dvd. polski dystrybutor dal plame - zero dodatkow (co dziwi, bo Region 1 takie dodatki dostal), na dodatek tlumaczenie polskie wybitnie beznadziejne (widac ze w przeciwienstwie do napisow ktore mozna znalezc w sieci tlumaczniem na dvd zajmowal sie laik w temacie TP). ale na szczescie nie ingerowal w jakosc samego obrazu. a co dvd to jednak nie zripowane odcinki krazace po sieci czy Vhs'y z odcinkami z czasow, gdy "Twin Peaks" pokazywal Polsat. malo tego ze dzwiek zyleta - sa tu dzwieki ktorych nigdy wczesniej nie slyszalem! pewnie, zadne to znaczace odkrycie, ale jednak. no i mam nieodparte wrazenie, ze pod wzgledem nasycenia kolorow w obrazie Pilot "zrownal sie" z tym, co widac bylo w pozniejszych odcinkach (kolorystyka Pilota jest "matowa", pozniej znacznie wiecej czerwieni sie pojawilo).

jesli zas chodzi o odkrycia czysto merytoryczne... wiecie, jesli mowi sie o nietypowosci "Twin Peaks" na tle innych seriali, to powoluje sie glownie na motywy metafizyczne, magiczne, wrecz kosmiczne. czesto sie zapomina, ze Twin Peaks reprezentowal nowa jakosc takze na plaszczyznie humoru w nim serwowanego - ba, czesto sie zapomina, ze TP to takze humor. a juz pierwsze sceny pilota pokazuja, ze wraz z Twin Peaks przyszlo nowe. taka na przyklad scena: Ben Horne siedzi z Lelandem Palmerem w salonie tego pierwszego. ten drugi za niedlugo sie dowie o smierci corki, na razie jednak kombinuja co zrobic by namowic inwestorow z Norwegii do podpisania z nimi kontraktu. Leland siedzi, Horne krazy wokol kominka. powazne biznesowe gadki, nagle ten drugi pochyla sie nad kominkiem, zamaszyste charkniecie i z impetem spluwa do kominka. trudno powiedziec czy slina, czy cos znacznie gorszego, czy tez fragment cygara, ktore Horne nieustannie pali. mala, obrzydliwa scenka, ale jakze genialna! widzicie, w zrozumieniu innowacyjnosci "TP" trzeba jednak tez znac troche kontekst. a kontekst to lata 80te (no, przelom z dekada nastepna), "Bonanza", "Dynastia" i mnostwo innych, wygladzonych, grzecznychm jednowymiarowych seriali. taka obrzydliwa scenka predzej moglaby sie znalezc w "Swiecie wg Bundych". a tu nagle mamy serial reklamowany jako kryminal, gdzie pojawia sie magia, ale i humor absurdalny, surrealistyczny, hm - kosmiczny? a jak twierdza anegdoty dotyczace realizacji serialu - czesto i spontaniczny. zreszta takich scen jest mnostwo - jak chocby rozmowa Coopera w kostnicy (-"Przepraszam, moglby nas pan zostawic samych?" - "Jim") czy konfrontacja Coopera z lama w przychodni wtereynaryjnej. to, moim zdaniem, takze istotna skladowa wielkosci Twin Peaks.

dobra, moglbym pisac jeszcze tak godzinami. ale wy przeciez juz znacie Twin Peaks doskonale. prawda?


najlepszy moment: sceny z Horne'm nie znalazlem, wiec...

ocena: 10/10

14:05, rejczmen , film
Link Komentarze (1) »
środa, 13 października 2010

foto: gazeta.pl

 

akurat kiedy mam czas aby sie rozpisac tematem jest tak skrajnie beznadziejny mecz. za jakie grzechy?

nie od wczoraj wiadomo, ze Polakom najlepiej idzie walka z lepszymi przeciwnikami - wtedy potrafia sie zmobilzowac, wtedy staraja sie walczyc do konca, nawet jesli w 90% przypadkow konczy sie to przegrana. mowie o reprezentacji Polski w pilke nozna, ale chyba moznaby te obserwacje rozciagnac na narod Polski jako taki i sypnac przykladami historycznymi. nawiazujac po czesci do glownej tematyki bloga - nie jest to zaskakujaca obserwacja, ale cos jest w slowach z ostatniej plyty Dezertera, ze Polacy nie potrafia wygrywac, bardziej cenimy sobie przegrana w pieknym stylu, po godnej walce. niestety reszta swiata nie rozumie naszej natury i wciaz ocenia po wynikach, a nie po stylu.

co moznaby o tym meczu napisac? gralismy z mocno przetrzebionym - zeby nie powiedziec rezewrwowym - skladem notowanego nizej o ponad 10 lokat Ekwadoru. pewnie, na papierze to dumnie wygladalo - rewanz za zaskakujaca porazke sprzed 4 lat na Mundialu w Niemczech. tyle tylko ze w obu reprezentacjach tamten mecz pamietaja max dwoch zawodnikow, Ekwador zdazyl od tego czasu upasc na dno, a my w tym czasie wzbilismy sie na wyzyny naszych mozliwosci (pierwsza 20 w rankingu FIFA), by potem znalezc sie w glebokiej dupie jak nigdy wczesniej. to czasy obecne. wiec trzeba byc skrajnie rozminietym z realami lub byc Jerzym Engelem (w sumie to to samo) by stosowac takie porownania. mamy 2010 rok i nawet reprezentujac tak dupny poziom jak obacnie NIE WYPADALO nie wygrac tego meczu. a jednak, smudaki potrafia wszystko. tylko nie wygrywac.

Jezu, po co te zenade wlasciwie analizowac? jakim cudem Kamil Glik nie gra conajwyzej w okregowce - ba, jakim on kur**jegomac cudem chocby grzeje lawe w druzynie z Serie A?? niepojete. kim jest Lukasz Mierzejewski? dlaczego Piszczek, choc gra relatywnie niezle, wciaz nie nauczyl sie dosrodkowywac? dlaczego nasz kapitan i rekordzista w wystepach w reprze Zewlakow wciaz bardziej przypomina poznego Cannavaro (tego z ostatniego Muindialu) niz chocby srodkowego? dlaczego Murawski wciaz wyglada jak tucznik i nie umie powiazac tego z faktem, ze w Rubinie Kazan grzeje lawe? dlaczego Franciszek Smuda, choc przeciez wg wlasnych slow nie robiony miekkim chujem, jako trener pokazuje na razie cos zgola innego? po kiego grzyba (zeby juz nie uzywac tylu przeklenstw) bierze na na drugi koniec swiata tylu zawodnikow (co odbije sie na pewno na ich kondycji), skoro nawet nie daje im pograc? po co robi nadzieje Andrzejowi Niedzielanowi, powracajacemu do kadry po 4 latach, skoro lacznie facet (31 lat, jakby nie bylo, to na snajpera konkretny wiek) spedzil na boisku w obu meczach nie wiecej niz kwadrans? czemu nie wprowadzono go wczesniej, kiedy ewidentnie Robertowi Lewandowskiemu nie szlo (co potwierdza tylko, ze jego kiepawa sytuacja w Borussi dziwic nie powinna)? i czemu z tych wszystkich rezerwowych najwieksza szanse dostal Przemyslaw Tyton, ktory wciaz nie pokazal, czemu mialby byc powazna konkurencja dla Boruca czy nawet Kuszczaka?

na te wszystkie pytania odpowiedzi chyba nikt nie zna, lacznie z Bogiem i Franciszkiem Smuda. dostrzezmy zatem malusienkie pozytywy w postaci nie tak zlego debiutu Huberta Wolakiewicza (ok, moze i zadna rewelacja, ale bliski gola byl, poza tym co Lechista to Lechista) i goli Obraniaka (wreszcie!) oraz Smolarka (zasluzyl zdecydowanie bardziej na trafienie niz Lewandowski) i zajmijmy sie czyms pozyteczniejszym niz rozkminianie polskiej reprezentacji futbolowej.

wtorek, 12 października 2010

rok wydania: 2006

wydawca: ANTI-

 

eh, smutno tak jakos bez tej mojej Siostrzyczki w domu... w takich okolicznosciach Waits sie nadaje jak nikt inny.

czy "Orphans" jest Waitsowym dzielem zycia? niekoniecznie, ale to rzeczywiscie imponujacy projekt. 3 plyty, 56 utworow. bisajdy przemieszane z piosenkami premierowymi. stylistycznie wszystko, czego sie Waits wczesniej tykal plus pare nowosci. jednym slowem - raj dla Waitsofili.

skoro 3 plyty to wiadomo, ze kazda z nich musi miec unikalny dla zawartych nan piosenek wspolny, unikalny mianownik. i tak jest.

zacznijmy od pierwszej plyty - "Rozrabiakow". plyta najbardziej energetyczna, rokendrolowa i chyba jednak najlepsza tutaj. zaczyna sie premierowym, promujacym wydawnictwo "Lie To Me". i juz jest zaskakujaco i przepysznie. bujajacy biodrami podklad, melodyjny sznyt i Waits brzmiacy jak... Elvis Presley. cudo. przy "Lowdown" wracamy do bardziej nam znajomych rejonow boogie (choc w kontekscie Waitsa tez nie tak oczywistych). a potem: wiezenny rock w "Fish In The Jailhouse", gospelowy "Lord I've Been Changed" czy bluesior w "Ain't Goin' Down To The Well". najlepszy fragment? poza "Lie to Me" rozwala totalnie "Road To Piece", gdzie w tekscie Waits idzie juz, ze tak to ujme, na wojne z konfliktem Palestynskim. niekoniecznie opowiadajac sie za ktorakolwiek ze stron. najwieksze rozczarowanie? chyba Ramonesowy "The Return Of Jackie And Judy", znany juz z tributowego "We're Happy Family". moze pod wzgledem wykonawczym nie taki zly, ale chalupnicza troche nieweluje starania muzykow. dla rownowagi mamy swietna wersje Ramonesowej cud-piesni "Danny Says", ale to na kolejnej plycie...

... ktora zwie sie "Bawlers". czyli "Pyskacze". nazwa pasujaca bardziej do trzeciej plyty w zestawie (ktorej nazwa z kolei bardziej pasowalaby do plyty omawianej w tym akapicie), no ale okej. tu mamy zas do czynienia z Waitsem lirycznym, balladowym. jak w przeslicznym, "pozdrozniczym" "Long Way Home" (przerobionym zreszta przez Nore Jones na "Feels Like Home") czy jazzujacym "It's Over". poza Ramonesami Waits bierze tu na warsztat takze Tony'ego Edwards ("Little Man") czy nawet samego Franka Sinatre ("Young at heart"). i w sumie ciezko teoretycznie sie przyczepic mocniej do ktorejs z kompozycji. jednak w takiej dawce troche ten zestaw nuzy, moze nawet bardziej niz "Alice".

no i "Bastards". zestaw najbardziej roznorodny, najbardziej eksperymentalny i, co za tym idzie, chyba najciezszy w odsluchu. i tez jakosciowo mocno niewyrownany. kapitalny jest oparty na beatboxie i Ribot'owej (chyba) gitarze "King Kong" Daniela Johnstona, ale juz utrzymany w podobnej konwencji "Bone Chain" trudno uznac za cos wiecej niz odrzut, ciekawostke. choc tu przynajmniej mozna mowic o Muzyce (warto takze wyroznic nagrany ze Sparklehouse "Dog Door", powstaly w kolaboracji z Primusem "On The Road" czy "Books Of Moses"). bo takie "Children's Story", "Army Ants" czy "Nirvana" to czyste slowo mowione (ostatni oparty na tekscie Bukowskiego, a przedostatni na... encyklopedycznych faktach dotyczacych zycia mrowek). i w sumie, nie ukrywam, pare fragmentow silnie prowokuje do zadania pytania "czy swiat stracilby cos, gdyby te *kompozycje* nie wyszly nigdy z szuflady?". choc na przyklad dodane jako bonusy koncertowa pogadanka "King Kong" czy nagrany na pelnym spontanie monolog "Missing My Son" przynajmniej smiesza...

trzeba tez wspomniec o oprawie graficznej calosci. CUDNEJ. swietne sa zwlaszcza fotografie - od artystycznych po okolicznosciowych fotek typu "spotkanie na szczycie" - Waits z Roberto Benigni'm, Keithem Richards'em czy... Nicolasem Cage'm.

dla fanow Waitsa pozycja obowiazkowa, dla reszty swiata - warta odsluchu, choc nie za wszelka cene.


najlepszy moment: LONG WAY HOME

ocena: 8/10

14:43, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 11 października 2010

foto: gazeta.pl

 

cos ostatnio nie mamy szczescia do meczow reprezentacji Polski. inna sprawa, ze tez za bardzo nie ma o czym pisac i szkoda czasu oraz kilobajtow. trzeba byc niezle poronionym, by w sobotnia noc ogladac o 2 w nocy "smudakow". wytlumaczyc to moge tylko tym, ze skoro chce krytykowac, to musze miec ku temu podstawy. tak wiec znam ow podstawy "od podstaw" i oto co nastepuje:

- kwestia okolomeczowa: naleza sie szczere gratulacje producentom alkoholu, ktory spozywano po meczach z Ukraina i Australia. wpadka tym spowodowana wyeliminowala z kadry (mam nadzieje ze na zawsze) najwiekszego frajera pilkarskiej Polski, Macieja Iwanskiego. moze troche szkoda drugiego "poszkodowanego", Slawka Peszki, ktory w ostatnim meczu Lecha w Lidze Europejskiej pokazal sie z calkiem niezlej strony. no ale w reprezentacji to rzeczywiscie gral ostatnio dno, wiec moze jednak stalo sie dobrze.

- szkoda ze na libacje nie wpadl Pietrasiak. po dzisiejszym, drugim w reprezentacji meczu pokazal, ze powinien miec zakaz wstepu na international level.

- setny mecz Zewlakowa chyba niespecjalnie milymi zgloskami zapisze sie w historii jego reprezentacyjnych poczynan. dramatu nie bylo, bo meczu z Irlandia Pln. nic nie przebije, ale mogl sie lepiej zachowac przy obu amerykanskich bramkach. choc i tak w porownaniu z Pietrasiakiem...

- brak Boenischa, oj brak. lukasz mierzejewski to jednak nie to.

- fajnie ze Obraniak wrocil, choc wciaz spodziewalem sie po nim wiecej.

- powrot Niedzielana to niesamowita beka, wieksza chyba niz comeback Kosowskiego w tamtym roku. no ale z drugiej strony - 8 bramek w 7 kolejkach (czy ile tam tego bylo) nawet w tak parszywej lidze jak Orange Ekstraklasa musi zwracac uwage. troche szkoda ze wczesniej nie wszedl na boisko za Lewandowskiego (ktory powinien sie modlic, by sie okazalo, ze trener Borussi tego spotkania nie ogladal - ta akcja sam na sam moglaby sie okazac jego gwozdziem do trumny, a wlasciwie do lawki rezerwowej), moze by bardziej wplynal na gre.

- szacun dla Blaszczykowskiego za bramke i jak zwykle za najwieksza wole walki. ale te dosrodkowania to rzeczywiscie mglby potrentowac

- murawski, idz zrzuc opone z brzucha

- brawo dla matuszczyka za bramke, moze zmniejszy ona zal za reprezentacja niemiec

- Smuda to jednak zabawny typ

elo

piątek, 08 października 2010

rok wydania: 2004

wydawca: ANTI-

 

mam nadzieje ze sie nie znudziliscie opowiastkami o dokonaniach pana Toma Waitsa. bo ja nie. ba, powiem wiecej - uzaleznilem sie od nich.

jesli chodzi o "Real Gone", ostatni w pelni premierowy material Waitsa... coz, nie ukrywam - dla mnie po tylko niezlych "Blood Money" i "Alice" to jest Powrot. wrocila roznorodnosc. wrocilo szalenstwo. wrocily nachalniejsze aranzacje (to jest komplement, jakby co). wrocil rytm, za ktory w glownej mierze odpowiedzialny jest stary znajomy Brain (choc w paru kawalkach przygrywa na perce sam potomek Waitsa, Casey Waits). zreszta powrocil takze jego (byly juz wtedy) kumpel z Primusa, Les Claypool, a przede wszystkim Marc Ribot. i trzeba przyznac, ze ten ostatni - a wlasciwie dzwieki jego gitary - zdominowaly ten album (potwierdzajac przy okazji, ze zaslugiuje na miano evil twina Erica Claptona - posluchajcie solowki w "Hoist That Rag"!). byc moze kosztem nieobecnego tu w ogole pianina. Waits bez pianina? a jednak.

zreszta, co tam brak pianina. otwierajacy "Top Of The Hill" to znacznie wieksza afera. a to z tego powodu, iz pan Waits posilkuje sie tutaj... beatboxem. spreparowanym przez wlasna gebe. a jakby tego bylo malo, wspomniany Casey Waits przyozdabia to skreczami. kozak! czyzby Waits wreszcie dostrzegl wspolczesne dzwieki?

nie, juz w "Hoist That Rag" wracamy do tego lepiej nam znanego oblicza. bluesujacego, choc w unikalny dla Waitsa sposob. ale i tak nawet jesli co rusz mamy uczucie milego deja vu, nawet jesli Waits siega po sprawdzone patenty, to i tak ta plyta jest swiadectwem (kolejnym) rozwoju, eksperymentalnego podejscia, wrecz kontestatorskiego. co objawia sie w braku tak silnie kojarzonego z Waitsem pianina, ale tez paroma polotycznymi wtretami, silnymi jak nigdy wczesniej. trudno zreszta by tak bystry obserwator rzeczywistosci nie skomentowal jakos takiego upadku jakim byla pseudo wojna w Iraku. o tym (choc w sposob zdecydowanie uniwersalny) mowi zamykajacy calosc piekny "Day After Tomorrow", aranzacyjnie oparty tylko na akustycznej gitarze, co jeszcze bardziej przywoluje na mysl wczesnego Dylana. ale tez i wczesnego Waitsa przeciez, czesto stawiajacego akustyczna nad pianino.

szalony magiel stylistyk, zderzenie starego (przecudowny, 10minutowy "Sins Of My Father" to dla mnie Waits esencjonalny) z nowym. nie ma sensu rozkladac na czynniki pierwsze, bo tu kazdy numer jest wart szczzegolowej analizy. godny nastepca "Bone Machine".


najlepszy moment: SINS OF MY FATHER

ocena: 8/10

16:59, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3
 Skala

10-"Ideału Potęga"

9,9-9,0-"widzę szczyt, a za szczytem zaszczyt za zaszczytem"

8,9-8,0-"będę brał cię, cię, ehe"

7,9-7,0-"joł joł, joł joł joł joł joł, wielkie joł!"

6,9-6,0-"ch** na to kładę bo i tak damy radę"

5,9-5,0-"będzie dobrze dzieciak, elo, do góry głowa!"

4,9-4,0-"to nie z mafią układy tylko szołbiznes"

3,9-3,0-to nie jest kawałek żeby się podobać"

2,9-2,0-"Boże, czy jeszcze coś gorszego stać się może?"

1,9-1,0-"ile dałbym by zapomnieć cię..."

0,9-0,0-"pozerskie gówna a prawdziwy rap to dwie odmienne k***a sprawy!"