Kategorie: Wszystkie | film | muzyka | pozostałe
RSS
sobota, 31 października 2009

rok wydania: 1992 (reedycja: 1997)

wydawca: XL

 

oswiadczam, ze poczawszy od roku panskiego 2009 Haloween bedzie sie teraz odbywac 30 pazdziernika.

zryty beret wciaz, wiec dzis krotko. znow o singielku. stary dobry (The) Prodigy, pamietajacy czasy debiutanckiego "Experience". beztroski rejw z zsamplowanym reggae zaspiewem z "I Chase The Devil" Maxa Rodeo. klasyk, choc jak juz wspominalem, wole ciut pozniejsze oblicze zespolu.

na singielku poza radiowym editem tracka mamy jeszcze trzy bonusiki. numer tytulowy w wersji "Techno underworld" oraz takze pochodzace z debiutanckiego LP "Ruff In The Jungle Bizness" i "Music Reach (1,2,3,4)" odpowiednio w wersji "Uplifting Vibes Remix" i koncertowej. szczegolnego smaka robi ten ostatni. ah, poszloby sie znow na koncercik Howletta i spolki.

bo coby nie mowic o ostatnich longplejach, koncertowo wciaz panowie daja rade. a i w sumie cieszy, ze komercyjnie znow sa na fali wznoszacej. moze i artystycznie bedzie coraz lepiej.


najlepszy moment: OUT OF SPACE

ocena: 7,5/10

18:39, rejczmen
Link Dodaj komentarz »
piątek, 30 października 2009

rok wydania: 2000

wydawca: T1-Teraz

 

nie abym, pomimo mocnej podjarki niektorymi produkcjami, mial gleboko w sercu polski hiphop i jego stan obecny. na biezaco tez nie jestem z wszystkim co jest wydane, ale staram sie kontrolowac sytuacje chocby regularnie odwiedzjac hip-hop.pl (ze szczegolnym uwzglednieniem forum, hehehe). juz wczoraj wspominalismy o sytuacji niemal wojennej, czyli beeefie peja vs tede, w ktory wpierniczyl sie jeszcze ni stad ni zowad borixon. i chociaz stoje oczywiscie po stronie tedunia, bo i fanem jestem, a i chlopak zwyczajnie ma racje w konflikkcie (nie oceniam jakosci dissow jakie sie posypaly, choc tu kwestia tez wydaje mi sie oczywista), to jednak ogladajac wywiady z nim.... hm.... no, na pewno to pare leveli wyzej od peji (ktorego mimo wszystko szanuje za to, ze startujac z pozycji totalnie patologicznej osiagnal tyle w zyciu), ale tez trudno nie zauwazyc pewnej karykaturalnosci jego sposobu wypowiedzi i tego, ze koles mieli na ograglo te same spostrzezenia, opinie, nawet same zwroty. tak sie jednak zlozylo, ze cgm.pl, obok hip-hop.pl jedyny reprezentant mediow bioracy udzial w tym konflikcie (tvn oczywiscie zainteresowalo sie samym tylko wydarzeniem w Zielonej Gorze) na okolicznosc beefu postanowil spytac sie o zdanie Eldo (notabene trzymajacego ostatnio znow sztame z tdfem). i kurcze, znow sie przekonalem o tym, ze to prawdopodobnie najinteligentniejszy raper, jakiego wydala polska hiphopowa ziemia. z tej okazji pomowimy dzis o drugim albumie Grammatika. pomimo iz eldoka solowo wciaz trzyma wysoki poziom, to wciaz ten wlasnie krazek pozostaje dla mnie opus magnum jego artystycznych poczynan.

na potege tego albumu zlozyly sie dwa czynniki. pierwszy - produkcje Noona. teoretycznie proste jak przyslowiowa konstrukcja cepa. niemal identycznie brzmiace  beaty. zadnej elektroniki, zadnych baunsiarskich, bangerowych klimatow. tylko chill i melancholia. i czysto samplowana robota. ale jak te sample genialnie dobrane. mnogosc ich, dopasowanie to tekstow - niewazne czy chodzi o motywy przewodnie czy ozdobniki. m i a z g a. tytul polskiego dj shadowa (choc wyjasnijmy sobie - Noon to Noon) nalezy mu sie juz za sama ta plyte, choc chlopak wciaz sie rozwija. a dla fanow jego solowych, instrumentalnych dokonan sa jeszcze "Spacer" i jeden z mych faworytow na plycie, czyli zamykajacy calosc "Wiatrucien".

no i ten drugi czynnik. czyli rap. a raczej jego tresc, ktora w glownej mierze przyczynila sie do kultowego statusu tej plyty. i prawda jest taka, ze to wlasnie teksty sa najwiekszym atutem eldo, juzka i asha, jesli nawet nie jedynym. nie ma co sie oszukiwac - nie dysponuja oni tak luzackim flow jak tworcy "Nastukafszy". tu nie ma tak bajecznej zabawy slowem jak w Kalibrze czy Paktofonice. jesli juz stawiac "SM" obok jakichs klasykow, to najblizej mu do "Skandalu" Molesty. z ta roznica, ze brak tu jakiejkolwiek bandyterki, choc bananowcami tych panow zdecydowanie nie nalezy nazywac. po prostu zwyczajni kolesie. z blokow, ale mentalnie zdecydowanie juz poza nimi. twarda stapajacy po ziemi, z jasno zarsowana wizja przyszlosci, ale tez powracajacy do przeszlosci nie tylko by ponownie zaczerpnac nauki z popelnionych bledow, ale i by zwyczajnie popuscic wodze sentymentalnej jazdy. sa dwa epitety, ktore przychodza mi na mysl, jesli chodzi o wartwe liryczna tego albumu (choc jako calosci tez ona dotyczy). pierwsze to "madra". jestem pewien, ze te teksty beda dawac mi do myslenia za 5, za 10 i za 20 lat przynajmniej. i ze wciaz bede pod wrazeniem tego, ze kiedy ja pisalem tak zenujace kawalki na blogu (co mozna zreszta sprawdzic w archiwum rejdzmen.blog.pl), to oni pisali TAKIE liryki. tak dajace do myslenia, i tak - to juz o tym drugim epitecie bedzie - motywujace. okej, pouczania nachalnego tutaj nie ma, ale tez nie ma co bzdurzyc, ze chlopaki sprowadzaja sie tylko do zadawania pytan. i dobrze. zdecydowanie wole dac sie pouczyc eldoce niz wilkowi czy popkowi.

jotuze, eldo i nowy w skladzie ash daja sobie wystarczajaco rade w trojke, ale tak sie zlozylo, ze to akurat tracki z goscinnymi zwrotkami sa tu najlepsze na plycie. "nie ma czasu pomyslec" z pezetem, czyli diss na zyciowy poscig za bzdurami. kruszacy serce, poswiecony relacji z Bogiem, a nagrany z chlopakami z Fenomenu "Kazdy Ma Chwile" (choc osobiscie wole chyba jednak wersje teledyskowa, nagrana z Leszkiem Mozdzerem). "Mowia Mi" z zaskakujaco madra (w kontekscie zenujacych dokonan z Elemerem czy featuringow u Reda) zwrotka Eisa. no i takze oparta na dzwiekach akustycznej gitary pozdroz w czasy dziecinstwa w "Pamietam", do ktorej dolacza sie Fisz.

przypuszczam, ze nic bardziej nie napawa duma i uczuciem spelnienia Artyste jak swiadomosc, ze swa tworczoscia zmienil komus zycie na lepsze, moze nawet mu to zycie uratowal. panie Eldo i spolka - "Swiatla Miasta" maja te moc. i za to dziekuje ja i wszyscy sluchacze polskich rap plyt. szkoda ze te czasy, czasy tak Grammatika jak i swietnosci polskiego hiphopu na przelomie wiekow, juz nie wroca.


najlepszy moment: PAMIĘTAM (feat. Fisz)

ocena: 9/10

17:36, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 października 2009

rok wydania: 2002

wydawca: Shady

 

dzis znow o Eminemie bedzie, tyle ze w wersji DVD.

jak sama nazwa moze sugerowac, chodzi o dokumentacje trasy europejskiej. a scislej - tej z poczatku obecnej dekady, kiedy Eminem promowal "Marshall Mathers LP". ale trzeba od razu tez dodac, ze muzyki tu paradoksalnie niewiele. glownie chodzi o pokazanie zycia w trasie Em'a i jego ziomkow z D12. bekstejdze, proby przedkoncertowe, wielkie hale, show, afterparty, lotniska...okej, jest to w koncu z natury rzeczy ciekawsze niz relacja z trasy amatorskiej kapeli bluesowej po Polsce. toc Murzyni wiedza, jak sie bawic. choc troche mi szkoda swietej pamieci Proofa i jego ziomkow, ze tak probuja i probuje lansowac D-12 jako kolektyw, a i tak dla wszystkich najwazniejszy jest Blondasek. a sam glowny zainteresowany? potwierdza, ze blizej mu do Stanczyka niz zwyczajnego pajaca. momentami w tych swoich okularkach sprawia wrazenie wrecz nerda jakiegos. podczas wywiadow opanowany, elokwentny, w ogole nie poslugujacy sie bluzgami, w najmniejszym stopniu nie karykaturalny. ktos powie - "wielka mi rzecz". i bedzie mial racje. ale po pierwsze - w kontekscie sceny hiphopowej calego swiata nie jest to postawa tak oczywista (by wyciagnac na wierzch najswiezsze przyklady - check wywiady na cgm.pl z Peja czy Tede). w przypadku Eminema nie potrzeba cudzyslowiu typu "to hiphopowiec, czyli mega luzak, czyli moze belkotac troche". no i po drugie - wciaz dla wielu postawa Eminema to czysta pozerka, kontrowersja wymyslona na potrzeby dobrej sprzedazy i kontrolowana przez menadzera i wytwornia. tutaj mamy potwierdzenie, ze (przynajmniej na tamten czas) niekoniecznie tak jest (bylo).

dobra, a teraz o muzyce. wyciagnieto tutaj najciekawsze fragmenty calej trasy. o ile o "ciekawosci" decyduja goscinne wystepy zaprzyjaznionych muzykow. zacznijmy od tego, co w bonusach mamy. "Purple Hills", czyli na scenie stawia sie caly D-12 by wykonac cpunski hit przeforsowany na singla z debiutu grupy. na "Forgot About Dre" z klasycznego "2001" wskakuje na scene sam autor plyty. yeah. w programie glownym dobra wixe podczas "Bitch Please II" rozkreca Xzibit. no i na koniec zostawilem sobie dwa nietypowe ficzuringi. chociaz... raczej mozna bylo sie spodziewac, ze podczas wystepow w Anglii przy wykonaniu "Stana" wspomoze Eminema Dido. szkoda, ze w sumie jej wystep sprawia wrazenie mocnego playbacku. niemniej wrazneie robi. a ze typiara meeeeeega laaaaadna... w Berlinie zas podczas "The Way I Am" publicznosci ukazuje sie sam Marilyn Manson. oczywiscie maniakow Eminema nie musialo to zaskoczyc - industrialowiec pojawia sie w tekscie piosenki a takze w towarzyszacym jej klipie. a poza tym... trudno wyobrazic sobie bardziej adekwatnego kompana dla Mathersa. ba, mozna wrecz rzec, ze Manson to Eminem w swiecie rocka. i odwrotnie (szczegolnie gdy wezmie sie pod uwage chronologie poczynan artystycznych). statut muzycznych sumien Ameryki, przez szok docierajacych do mozgow sluchaczy - to swoja droga. ale nawet sciezki ich karier calkiem podobnie wygladaja. wynalazki genialnych producentow. po trzy porzadne plyty, z ktorych - no niech bedzie - "Marshall Mathers LP" i "Antichrist Superstar" mozna uznac za ocierajace sie o wybitnosc. a nastepnie plyty-wpadki, konsekwentne rownanie w dol i stan na 2009 rok w postaci zerowego wplywu, tak artystycznego, jak i tym bardziej spolecznego.

mozna obejrzec.


najlepszy moment: FORGET ABOUT DRE (featuring Dr Dre)

ocena: 7/10

13:42, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 października 2009

rok wydania: 1998

wydawca: Warner

 

dobra, dzis zakonczymy watek Duke'a i jazzu w ogole. ile mozna, heh. dlatego zapraszam z powrotem na bloga sluchaczy muzyki rozrywkowej, dajcie znac znajomym.

po ponad 20 latach i pierdyliardzie plyt Duke wydal "After Hours". co wyroznia ten album z dyskografii tego pana? otoz jest to jego pierwszy od 20 lat album w pelni instrumentalny. nie to, by bylo slychac tylko pana George'a - sekcja rytmiczna (Christian McBride  na basie), plukniecia elektroniczne, gitarka, skrzypeczki. wszystko gra pieknie, lagodnie, kolyszaco... smoothjazzowo.

ten, juz to ostatnie okreslenie mocno niepokoi. ale jest cos jeszcze. otoz calosc tworzy cos na ksztalt konceptu. spokojnie, zadna skomplikowana historia - chodzi o dzwiekowa ilustracje zwyczajnego wieczoru, "po godzinach". czyli najpierw slyszymy najdynamiczniejsza kompozycje na albumie, "Rush Hour/Road Rage". utwor koncza dzwieki wchodzenia do domu i glosnego wdechu. no a potem... "After Dinner Drink", "Anticipation", "The Touch", "It's On", "Together As One", "From Dusk Till Dawn"... wiadomix. no i niestety zapewne chodzi o pare niespecjalnie lecaca w hardkora, czego mamy odzwierciedlenie w dzwiekach.

a jest jeszcze cos. otoz w "mesydzu" do sluchaczy, zawartym w ksiazeczce, Duke zaleca "wlaczenie tej plyty, sciszenie odtwarzacza i zajecia sie innymi rzeczami". i jak dla mnie jest to lekki strzal w kolano. bo tym samym potwierdza, ze stworzyl zwykly muzak. muzyke nieangazujaca. i okej, taka tez jest potrzebna. ale dla mnie jest ona z zalozenia gorsza niz plyta, w ktora sie wglebiasz, ktora cie nurtuje, nie daje ci spokoju. zwlaszcza ze mowimy tu o jazzie, a nie o elektronice. a wobec tego gatunku mam zupelnie inne oczekiwania.

nie aby braklo tu pieknych dzwiekow. zgromadzily sie takowe na samym poczatku, z "Anticipation" na czele, opartym na jakby pozytywkowo brzmiacym motywie. ale im dalej w las, tym nudniej. z punktu widzenia Duke'a - pewnie mozna mowic o sukcesie. ale ja bym w zyciu nie puscil takiej muzyki przy "odpowiednim momencie". jeszcze wyszedlbym na jakiegos Trojkowego nudziarza. tego tylko by brakowalo.


najlepszy moment: ANTICIPATION

ocena: 6,5/10

16:59, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 października 2009

rok wydania: 1975

wydawca: MPS

 

okej, to teraz o panu, co wczoraj pogrywal wspolnie z Milesem Davisem. George Duke, dzieciaki. to historia.

dobra, przesadzam troche. chlopak niestety nie odniosl sukcesu komercyjnego, w rankingach krytykow tez go prozno szukac. ale jesli sa tu jacys ziomale, ktorzy chca dotrzec do zrodel czarnej muzyki i tym samym poszerzyc ciut horyzonty, to tworczosc Duke'a w tym przypadku jest musem. niby jazzowe aranzacje i w takim tez srodowisku sie obracanie, ale jednak grooviaste to az milo. taka bardziej jazzowa wersja Stevie Wondera (bo nasz glowny bohater tez gra na instrumentach klaiwoszywych i spiewa).

z racji tej nieobecnosci w rankingach sprzedazy i krytykow trudno tez osadzic, co trzeba koniecznie poznac z dosyc bogaterj dyskografii Duke'a. wybralem "I Love my blues..." z prozaicznego powodu - mam ta plyte w oryginale :) no ale sprobojmy teraz jakos wybronic powazniej ten wybor.

z jakich powodow warto akurat ten album przesluchac? pomijam przepieknosc okladki i tytulu calosci, ktora znalazla swe dzwiekowe odzwierciedlenie w zamykajacym stawke tracku tytulowym. cudny bluesior, tylko wokale i gitarka. rusza mnie to. lecimy dalej - pod numerem dziewiatym czai sie "Someday". niecale trzy minuty kruszacego serce soulu. o, no i wlasnie - mnostwo tu zwyczajnych piosenek (obecnosc wokali, choc nie w kazdym tracku, mocno dziala na przystepnosc plyty), roznorodnosci gatunkowej. wprawdzie "Rokkinrowl", z tym swoim chalupniczym riffem i okrzykami to raczej zart muzyczny (jakby ktos mial watpliwosci to odsylam do gadanego intra), ale juz np "Giant Child Within Us - Ego" rozwija sie w sposob tak epicki, ktorego nie powstydzilby sie Pink Floyd jakis. zreszta, w "Prepare Yourself" tez moznaby znalezc cos z instrumentalnych odlotow "Dark Side Of The Moon", choc tu juz zdecydowanie wiekszy nacisk polozony jest na funkowy groove.

wszystkie powyzej wymienione piosenki sie zebraly pod koniec plyty. co nie znaczy, ze pierwsza czesc materialu jest gorsza. taki "Chariot" na ten przyklad - hit jak ta lala.

check this out.


najlepszy moment: SOMEDAY

ocena: 7/10

14:37, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
 Skala

10-"Ideału Potęga"

9,9-9,0-"widzę szczyt, a za szczytem zaszczyt za zaszczytem"

8,9-8,0-"będę brał cię, cię, ehe"

7,9-7,0-"joł joł, joł joł joł joł joł, wielkie joł!"

6,9-6,0-"ch** na to kładę bo i tak damy radę"

5,9-5,0-"będzie dobrze dzieciak, elo, do góry głowa!"

4,9-4,0-"to nie z mafią układy tylko szołbiznes"

3,9-3,0-to nie jest kawałek żeby się podobać"

2,9-2,0-"Boże, czy jeszcze coś gorszego stać się może?"

1,9-1,0-"ile dałbym by zapomnieć cię..."

0,9-0,0-"pozerskie gówna a prawdziwy rap to dwie odmienne k***a sprawy!"