Kategorie: Wszystkie | film | muzyka | pozostałe
RSS
niedziela, 30 września 2012

rok wydania: 2012

wydawca: DIY

pobierz album

 

O polskim rapie ciąg dalszy. W obliczu faktu, iż Wuwunio - posługując się stosowaną przez niego terminologią - leci i chuja i postanowił zostać gwiazdą własnej telewizji, za jego aktywność fonograficzną wzięli się inni.

A konkretniej rzecz ujmując - "Mission Pimpossible vol.1" to kolekcja blendów, za którą odpowiada jeszcze mało znany w polskiej rap-grze Jaś Rogalsky. I słuchając tego mikstejpu trudno oprzeć się wrażeniu, że albo mamy do czynienia z dość sporą niesprawiedliwością, albo mówimy o stanie tymczasowym. Bo chłopak odwalił kawał kapitalnej roboty. Nie jestem ekspertem od hiphopu, więc zdecydowana większość dobranych tu do wokali Wuwunia podkładów była mi przed odsłuchem zupełnie obca. Chociaż... trudno tu mówić nawet o hiphopie. To są jakieś kosmiczne sprawy, rodem z repertuarów jakichś Dam-Funków czy tak totalnie alternatywnych obrzeży rapu, że dalej jest już tylko elektronika, i to rodem z Warpa. Ok, szaleję z porównaniami. Ale posłuchajcie np zawartej tu wersji "Pan Płonąca Wypłata". Znajdźcie mi taki podkład u któregokolwiek polskiego rapera z mainstreamu, a dam Wam całą moją wypłatę (którą i tak Wam spali Kapitan Kajdan, hehe). Albo "Pokaż Cycki". Fakt, oryginał był znacznie bardziej przebojowy. Ale podkład z Jasiowej wersji zrobił z tego taką poetycką wersję, że nawet studentki filozofii się nie oprą. Skrajnie przeciwległy, choć równie zajebisty, biegun reprezentuje "Kto Jest Twoim Tatą". Przyznam że przy oryginale już nawet ja lekko odpadłem. Ale tutaj, w połączeniu z podkładem z... "Toxic" Britney, to jest chyba najśmieszniejsza (w pozytywnym sensie) rzecz jaka pojawiła się w polskim rapie w tym roku. Ten kosmiczny efekt dźwiękowy kończący wers "Ja piję do Ciebie, Ty pijesz moją spermę", no kuuuuurde. Ok, ja wiem że to skrajna patologia i skatologia, humor dla wybranych (czyli po prostu spaczonych). Ale życzyłbym sobie, by patologia w polskim rapie występowała tylko w takiej postaci, a nie np w osobach składu Firmy.

Wspomnijmy jeszcze, że całkiem zajebiście wypadają też remixy, szczególnie te zaproponowane przez Bonifacego ("Każdy ma jakiegoś bzika" z tymi klawiszami brzmi jak softrockowy hit z lat 80tych!) czy Szustego. A Wuwunio? Tłumaczyliśmy fenomen wcześniej, wciąż podtrzymuję entuzjastyczną opinię. I kto wie, może bardziej wymagający słuchacze dopiero w takiej wersji Wuwunia, ekhm, łykną.

 

najlepszy moment: PAN PŁONĄCA WYPŁATA (JAŚ ROGALSKY BLEND)

ocena: 7,5/10 

17:54, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
sobota, 29 września 2012

rok: 2012

reżyseria: Leszek Dawid

 

Wydawało się, że dwoma notkami sprzed czterech lat, o "Kinematografii" i "Archiwum Kinematografii", wyczerpaliśmy temat Paktofoniki. A jednak nie, historia doczekała się kontynuacji. I być może wzniosła popularność zespołu na poziom wcześniej nieosiągalny.

Przyznam, że miałem straszne obawy związane z tym filmem. Po pierwsze - nie ma co ukrywać, polscy filmowcy nie mają doświadczenia w kręceniu biografii muzycznych. Nie ma ich wielu, a jeśli już coś powstaje, to przeważnie za takie "współczesne" (odnosi się to także ekranizacji książek nie będących lekturami) tematy biorą się ignoranci i dyletanci, kierując się wyłącznie zyskiem wynikających z ich nośności. Co kończy się tym, że osoby, których bezpośrednio tego typu dzieła dotyczą, zupełnie się od nich odcinają. No i po drugie, najważniejsze - bagaż oczekiwań. Wiecie, ja na "Kinematografii" się wychowałem. I teraz pewnie coraz więcej osób, które nawet byście z hiphopem nigdy nie skorzyły, będzie tak mówić. Ale jeśli ktoś chce weryfikować prawdziwość tego wyznania, to niech spojrzy do archiwum tego bloga, zindeksowanego pod datą 2008 roku. Kiedy owszem, "Jesteś Bogiem" był w planach, ale tak odległych, że nie wiadomo było, czy dojdzie do jego realizacji.

Wracając jednak do pierwszej ze wspomnianych wątpliwości: w przypadku "Jesteś Bogiem" można mówić o swoistej przełomowości. Fokus i Rahim (nie trzeba tłumaczyć, ale jakby co - pozostali żyjący członkowie Paktofoniki) udzielili aktywnego wsparcia twórcom, mają symboliczny epizod w filmie, pojawili się na premierze filmu i w materiałach promujących. Jeśli robią dobrą minę do złej gry, to robią to w perfekcyjny sposób. Choć nie chce mi się w to wierzyć. Nie dlatego, bym nie podejrzewał ich o takie cyniczne zachowanie, ale dlatego, że nie mają ku niemu powodów. Bo "Jesteś Bogiem" to naprawdę dobry film. Choć, paradoksalnie, nie pozbawiony dość mocnych przekłamań i nagięć faktów. Ale o tym za chwilę. 

To co mnie najbardziej pozytywnie zaskoczyło, to poziom gry aktorskiej. Trailer dostarczył mi kolejnych obaw, tym razem dotyczących głównych ról. Jako fan PFK nie przeżyłbym, gdyby Fokus komunikował się z otoczeniem sucharami rodem z seriali TVN'u, a Magik wyrażał emocjonalną głębię rodem z "Trudnych Spraw". No i też dochodzi kwestia doboru aktorów do postaci pod wizualnym względem. Po seansie mogę z prawdziwą ulgą stwierdzić, że obawy były bezpodstawne. Ba, jestem pełen szacunu biorąc pod uwagę fakt, że w przypadku aktorów grających Magika i Rahima to debiuty na dużym ekranie (Tomasz Schuchardt grający Fokusa niby coś tam grał, ale głównie epizodyczne role). Największy brawami wypada obdarować Marcina Kowalczyka, za udźwignięcie odpowiedzialności, jaka wiązała się z wcieleniem się w Magika. Postać, jakkolwiek pretensjonalnie by to nie zabrzmiało, tragiczną, romantyczną. Skomplikowaną. I wciąż wzbudzającą emocję, czego zresztą sam ten film dowodem - bo nie oszukujmy się, że którykolwiek reżyser sięgnąłby po historię tego zespołu, gdyby nie koleje losu Magika. Wielki szacunek należy się tym bardziej, iż w przeciwieństwie do pozostałej dwójki aktorów musiał bazować na nielicznych archiwalnych nagraniach z Magikiem i rozmowach z jego najbliższymi. Czy Magik był dokładnie takim człowiekiem, jakim go widzimy na filmie? Pewnie nie, ale interpretacja jaką zaprezentował Kowalczyk naprawdę jest godna uwagi. Co ważne - nie wykluczająca prawa widza do uznania, że Piotr Łuszcz był zwyczajnym przepalonym mentalnym bachorem, ze względu na konsekwencje swego czynu (zostawienie nowo narodzonego dziecka bez ojca) nie zasługującym na taką filmową laurkę. Film nie daje odpowiedzi na to, dlaczego Magik odebrał sobie życia, podpowiedzi też są cokolwiek mętne. Ale też nie ma prawa takowych dawać, bo o śmierci Magika wiadomo znacznie mniej niż w przypadku podobnych czynów Cobaina czy Curtisa. Złośliwi pewnie powiedzą, że jaka subkultura, taka postać tragiczna. Ale to też ta możliwa błahość przyczyny  samobójstwa Magika czynią go - przynajmniej dla mnie - znacznie bliższą postacią niż liderzy Nirvany czy Joy Division, których śmierci poświęcono osobne książki.

To było więcej niż oczywiste, że najwięcej ekranowego miejsca będzie poświęcone Magikowi. Ale krzywdą byłoby patrzeć na i oceniać film wyłącznie przez pryzmat jednej postaci, jednej roli. Bo np to co robi odtwórca roli Fokusa to też kapitalna sprawa. Może się wydawać totalnie krzywdzące, że Rahim został przedstawiony jako pizduś plastuś, mamisynek mający w kieszeni tylko tyle pieniędzy, by starczyło na bilet do rodzinnego Mikołowa. Ale niezaprzeczalnym plusem tego jest to, że dostarcza to paru komediowych momentów, działających dość orzeźwiająco. No i skoro sam Rah zaakceptował taką interpretację, to w sumie nie powinno być dyskusji. Czarnym aktorskim koniem uznaję za to Arkadiusza Jakubika, wcielającego się w rolę Gustawa, szefa "Kolos Records". Postać wybitnie niejednoznaczna - z jednej strony jego rola wybiega daleko poza bycie wydawcą zespołu, w pewnym momencie będąc dla Magika niczym drugi ojciec. Ale też zdecydowanie potrafiący dbać o swoje finanse, co prowadzi do najsmutniejszej chyba sceny w całym filmie (no i nie zapominajmy o pominiętej w filmie historii związanej z wykorzystaniem "Ja To Ja" w reklamie lodów bez zgody Raha i Fokusa). A swoją drogą - znający temat PFK na pewno zwrócą uwagę, że nazwę wytwórni (w rzeczywistości Gigant Records) jako jedyną zmieniono na potrzeby filmu. A np taki Krzysztof Kozak z RRX jest przedstawiony z imienia i nazwiska...

I tu dochodzimy do kwestii zgodności historycznej. Wiem, to film. Wiem, mało który film biograficzny jest w 100 procentach zgodny z rzeczywistością. Dlatego są też zwane filmami fabularnymi, a nie dokumentami. Wiem, takie "podkręcenia" służą atrakcyjności filmów,a przecież "Jesteś Bogiem" nie jest skierowany tylko do fanów zespołu. Ale jednak dobrze zwracać uwagę na te przekłamania, bo zapewne spora część osób które zainteresują się muzyką Paktofoniki po tym filmie będzie opierać swą wiedzę o historii zespołu właśnie na podstawie filmu. 

Zatem podkreślmy rzecz najważniejszą - przedstawiona historia zapoznania się Rahima, zwykłego szaraczka zafascynowanego Magikiem z jego idolem to wierutna bzdura. Po pierwsze - Rahim był już wtedy częścią kolektywu 3-X-Klan. Nie tak osławionego jak PFK czy K44, ale mającego swoją renomę. Po drugie i najważniejsze - Rahim wystąpił na "Księdze Tajemniczej.Prolog". No chyba że Magik z przepalenia zapomniał o tym, z kim rymował na parę lat wcześniejszej płycie... Druga kwestia, na którą niedawno AbraDab zwrócił uwagę w wywiadzie dla Gazety Wyborczej - choć ją akurat ciężko zweryfikować - czyli problemy finansowe Magika. Jasne, muzycy alternatywni (a w tamtych czasach hiphop wciąż był dość undergroundowym zjawiskiem w Polsce) w naszym kraju nigdy nie zarabiali kokosów i raczej to sie nie zmieni. Ale trudno uwierzyć, by Magik po dwóch komercyjnie nieźle przyjętych płytach Kalibra 44 miał problem z uzbieraniem pieniędzy na studio nagraniowe czy prezent dla dziecka. Chyba że może rzeczywiście miał dosyć beztroskie podejście do pieniędzy? Nie do końca też wiem, skąd w filmie wziął się Kozak z RRX, przedstawiony w filmie jako najzwyklejszy gangster, skoro nic mi nie wiadomo o tym (ale też ekspertem w temacie PFK nie jestem) by trio kiedyś z nim współpracowało. No i nie dowiemy się też z filmu, dlaczego Magik odszedł z Kalibra 44. Choć sam dAb i Joka pokazani są przez chwilę, niestety w dość negatywnym świetle.

Ale all in all - to bardzo dobry film. Tylko tyle, ale chyba jednak aż tyle. Ze świetną grą aktorską, kapitalnie wplecionymi numerami PFK w fabułę i tylko incydentalnie przynudzający (choć też nie mam pojęcia, które sceny można by wyrzucić). Warty polecenia zarówno fanom PFK, jak i ludziom spoza kręgów, którzy wciąż nie wiedzą, że polski hiphop spod znaku złotych zebów i patologii to margines sceny. I naprawdę nie mam nic przeciwko, jeśli gimnazjaliści zakochają się w PFK po tym właśnie filmie. A wy czekaliście ze słuchaniem "Kinematografii" czy "Illmatica" do ukończenia osiemnastu lat?

 

najlepszy moment: EPILOG

ocena: 8,5/10

18:26, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 września 2012

rok wydania: 2012

wydawca: Ampersand

pobierz album

 

Dobre po polskie! Czyli obracamy się dalej w kręgach polskich młodych wilków indie.

No, Twilite to akurat w bardziej świadomych muzycznie kręgach już konkretna marka. Dwa lata po omawianej na tym blogu EPce "Else" i rok po dużym albumie "Quiet Giant" panowie wracają z kolejną kolekcją utworów, wyrabiając tym samym normę w postaci jednego wydawnictwa rocznie. Choć tym razem poszli na łatwiznę - "Remixed" to zestaw remixów i coverów. Ale znów jest czego słuchać...

Profesjonalizm recenzencki nakazuje przy ocenie tego typu nagrań odnieść się do oryginałów. Taaak... rzecz w tym, że naobiecywałem, napaliłem się, a w końcu "Quiet Giant" zupełnie, co tu dużo mówić, olałem. A zebrane na "Remixed" utwory to wariacje na temat piosenek pochodzących wyłącznie z owego albumu. I co ja mam biedny teraz począć? Cóż, najwyżej nikt nie potraktuje tej notki poważnie. 

Mam nadzieję, że do samego wydawnictwa duetu podejdziecie poważnie. Bo tu dzieją się śliczne rzeczy. Szczególnie kawał dobrej roboty odwalili panowie remixerzy. Jeśli miarą dobrego remixu jest to, w jakim stopniu zbliżony jest on do własnej, uprawianej na co dzień twórczości, to wszyscy tutaj dostają po piąteczce i nie ma dyskusji. "I Am The Sun" w interpretacji Kamp! to kolejny ich drink-z-parasolką'owy hit (może nie tak przebojowy jak "Cairo" chociażby, ale w tym przypadku to naprawdę nie ma znaczenia), nawet jeśli już pod ostatnie podrygi na parkiecie. "Perfect Ending" (Drivealone remix), z tym swoim rozpasaniem aranżacyjnym (prawie zostałem fanboy'em autotune'a) spokojnie mógłby się znaleźć na którymś z solowych wydawnictw Piotra Maciejewskiego. Nie wiem, jak "One Quiet Moment" odnosi się do stylistyki uprawianej przez Lieke, gdyż dotychczas była mi to obca nazwa. Wiem zaś, że jest to absolutnie najcudniejsza rzecz spośród tych 20 minut. Melancholia i rozmarzenie w aranżacycjnych ramach trącących ejtisami - to zawsze na mnie działa. M83? PFFFFFFFF.

No i jeszcze "Too Late" w interpretacjach SWNY i Kari Amiran, czyli na ile różnych sposobów można potraktować jedną zwiewną melodię. Można zrobić z tego postrockowy odlot (szkoda że tak krótki, przez co nabiera wymiaru zaledwie przebieżki), a można i niepokojący kolaż dźwięków, w którym jedynym pewnym, bezpiecznym (?) punktem zaczepienia jest niesamowita charyzma wokalistki.

Teraz strach podejść do tego "Quiet Giant'a". A jeśli oryginały nie są tak cudne jak przeróbki z "Remixed"?

 

najlepszy moment: ONE QUIET MOMENT (LIEKE REMIX)

ocena: 7,5/10

22:02, rejczmen
Link Dodaj komentarz »
środa, 26 września 2012

rok wydania: 2012

wydawca: DIY

pobierz album

 

Rozwijamy poruszony wczoraj wątek zespołu By Million Wires. Dziś o ich debiutanckim (o ile mój research był wystarczając) albumie.

Hmmm, mam z tym wydawnictwem jednak problem. Mógłbym spróbować go jakoś sprytnie ominąć i rozłożyć muzykę na nim zawartą na czynniki pierwsze. Tu wspomnieć o kozackim unisono, tak spropsować sprytną zagrywkę gitary. Ale to nie Jedyny Magazyn Rockowy w Polsce, tylko zwykły blog pasjonaty. Porozmawiajmy zatem o emocjach wywoływanych przez "Letters". 

Jakie to emocje? Cóż, ambiwalentne. Bo tak - z jednej strony słychać, że zespół wie doskonale co chce grać i na jakich terytoriach budować swój muzyczny domek. Można nawet rzec, że już na tym albumie udało się im zakończyć budowę - tu nie ma ani jednego przypadkowego, kłócącego się z resztą dźwięku. Ale jednocześnie jest to tak ciasna zabudowa, że brak tu nie tylko miejsca na eksperyment, ale nawet i na zwyczajną różnorodność. Radiohead to chwalebna inspiracja, ale ani nie przekłada się ona bezpośrednio na dźwięki (w sumie może i dobrze), ale też chyba jednak na myślenie o muzyce (gorzej). Byśmy się źle nie zrozumieli - nie twierdzę, że członkowie (i członkinia) BMW to betony, dla których muzyka skończyła się w '80 roku. Ale Radiohead to zbyt odważny jednak namechecking, by przeszedł płazem, sori boys and girls. Tym bardziej, że jest to też modna nazwa - a na pewno modniejsza niż np Tool. A słuchając bassu w takim "Soon" nie chce mi się wierzyć, że panowie instrumentaliści z BMW nigdy się z tą nazwą nie zetknęli.

Idąc dalej tropem wspomnianych ambiwalencji: zespół wie, jak stworzyć tzw. klimat. Temu jesiennemu, melancholijnemu klimatowi podporządkowali cały album. Good. Czy jednak budowanie klimatu musi stać w opozycji z chwytliwością? Bzdurą byłoby oczywiście nastawiać się na przeboje. Okazuje się jednak, że wspomniany wczoraj "Red", który też jakoś wybitnie porywającym kawałkiem nie jest, i tak wygrywa z resztą repertuaru pod względem zapamiętywalności. A już początek albumu (choć "Soon" ma naprawdę śliczny refren) wypada dość zamulasto i przy pierwszym odsłuchu myślałem że będę musiał użyć w kontekście płyty słowa "rozczarowanie". Na szczęście w odsiecz przyszedł znacznie bardziej żwawy "Hurl", a przede wszystkim "Filiżanki" i "Nic". I wtem nastała jasność. I wtem okazało się, że wystarczy użyć języka polskiego, by cały ten kolaż dźwięków - powiedzmy sobie szczerze, raczej średnio odkrywczych - nabrał zupełnie nowej jakości. Nie jestem fanatykiem śpiewania po polsku, ale w tym wypadku uważam, że byłby to najlepszy kierunek.

Coś dużo tych zastrzeżeń. A przecież mówimy o jednym z bardziej stylowych albumów, jakie słyszałem od dawien dawna, wprost idealnie komponującym się z widokiem zza okna. Zatem wliczmy w końcową ocenę kredyt zaufania, wierząc w to, że doczekamy się już za jakiś czas ichniejszego "Kid A".

 

najlepszy moment: RED

ocena: 7,5/10

22:28, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 25 września 2012

rok wydania: 2012

wydawca: DIY

pobierz album

 

Wracamy do darmowej muzyki dostępnej w sieci. 

Dawno żeśmy nic nie pisali o składakach firmowanych przez blog We Are From Poland. Zobaczmy w archiwum... no no, będzie z rok! Biorąc pod uwagę, że jesteśmy bliżej końca roku aniżeli jego początku, to chyba czas najwyższy był na jakąś nową kolekcję.

Jak więc prezentuje się polska scena indie AD 2012? Normalnie, banalnie rzecz ujmując. O ile w pewnym momencie obserwowaliśmy przez pryzmat kolejnych WAFP-składanek przesilenie gitarami i zwrot w kierunku elektronicznych brzmień, tak po vol 9 można wywnioskować, że gitary przestały być wśród utalentowanej młodzieży passe. Co też cieszy, nikt jednocześnie nie próbuje udawać, że wciąż mamy 2005 rok i nic nie pasuje tak do klubowego parkietu jak dobra zagrywka gitary. Nie aby każdy miał tu swój styl. Ale na pewno każdy próbuje. I każdy do niego dociera na inny sposób - jedni szukając recepty na hita, inni poprzez budowanie atmosfery. Szkoda, że w tym pierwszym przypadku nikomu nie udało się to w stu procentach. Też niestety nie dało się uniknąć paru sytuacji kapel wciąż na poziomie raczej amatorskim. Ale bez wskazywania palcem - wierzę że chłopaki i dzięwczęta w trakcie jak piszę te słowa trenują ostro w garażu i przy następnym spotkaniu będę zbierał zęby z podłogi.

W każdym bądź razie - tym razem bez klasyfikacji medalowej. 3 równorzędne miejsca, ponieważ w każdym wypadku jest jakieś nie dające spokoju ALE. Zatem:

Sue Clyde - Home

W sumie to jak próbowałem zhierarchizować te trzy utworu, to akurat Sue Clyde nawet nie brałem pod uwagę jako złotą medalistkę. A jednak przy "Home" mam najmniej wątpliwości. Totalnie niepozorny utwór w sumie - elektroniczny podkład sprawiający wrażenie wprawki, wokal ślicznie poprowadzony, ale jednak skłamałbym mówiąc, że trudno go wyrzucić z pamięci. No to dlaczego repeatuję ten utwór kilkunasty raz?

Fair Weather Friends - Fortune Player

Utwór - kuriozum. Najkrócej rzecz ujmując - wokal Kings Of Leon z podkładem od Papa Dance. O ile drugą część zdania można potraktować z przymrużeniem oka, tak pierwszą zdecydowanie nie. Powaga, jestem ciekaw jak sami muzycy KOL by na ten utwór zareagowali. Głos jest IDENTYCZNY. I choć tym razem jestem na tak, bo "FP" to kapitalny summertime'owy hit dla tych, dla których Kamp! to już zbyt przegięte disco, tak już następnym razem chyba się już nie nabiorę.

By Milion Wires - Red

Summer is gone - "Red" to jesień jak w mordę strzelił. No, strzelili panowie instrumentaliści, operujący raczej rockowym instrumentarium, choć gitar (elektryczna i akustyczna) używają raczej do czarowania aniżeli riffowania. Strzeliła i pani wokalistka, w pierwszych dźwiękach kojarząca się z Anneke z The Gathering, ale później operująca zdecydowanie bardziej zwiewnym (but still melancholijnym as fuck) wokalem od holenderskiej koleżanki. Reasumując - pełna profeska. W brzmieniu, w wykonie... w songwritingu prawie też - brakuje jednak kropki nad i, dzięki któremu "Red" nokautowałby w pełni. Ale przez chwilę leżałem na glebie, więc koniec narzekania.

 

najlepszy moment: FAIR WEATHER FRIENDS - FORTUNE PLAYER

ocena: 7/10

23:42, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3
 Skala

10-"Ideału Potęga"

9,9-9,0-"widzę szczyt, a za szczytem zaszczyt za zaszczytem"

8,9-8,0-"będę brał cię, cię, ehe"

7,9-7,0-"joł joł, joł joł joł joł joł, wielkie joł!"

6,9-6,0-"ch** na to kładę bo i tak damy radę"

5,9-5,0-"będzie dobrze dzieciak, elo, do góry głowa!"

4,9-4,0-"to nie z mafią układy tylko szołbiznes"

3,9-3,0-to nie jest kawałek żeby się podobać"

2,9-2,0-"Boże, czy jeszcze coś gorszego stać się może?"

1,9-1,0-"ile dałbym by zapomnieć cię..."

0,9-0,0-"pozerskie gówna a prawdziwy rap to dwie odmienne k***a sprawy!"