Kategorie: Wszystkie | film | muzyka | pozostałe
RSS
czwartek, 29 września 2011

rok wydania: 2011

wydawca: Respekt

 

o tym, ze Vienio jest jednym z najbardziej ogarnietych raperow w tym kraju wspominalismy wczoraj. zawsze szanowalem artystow, ktorzy nie tylko deklaruja szacunek i sympatie do odmiennych niz te przez siebie reprezentowanych stylistyk muzycznych, ale i daja temu wyraz w samej swej tworczosci. Vienio do takich muzykow nalezy, a w szczegolnosci upodobal sobie muzyke punkowo. dosc rozlegle rozumiana - bo ma w cv ficzury zarowno u Schizmy, jak i Cool Kids Of Death. ale zeby od razu cala plyte tej zajawce poswiecic? w sumie szacun.

tym bardziej, ze mowimy o wspolpracy z kapela, ktora z mainstreamem nie ma absolutnie nic wspolnego. ba, jesli mam byc szczery, to choc swego czasu biegalem na co drugi koncert hc/punk to nazwa Way Side Crew przed premiera tego albumu byla mi raczej obca. przede wzystkim jednak - propsy dla chlopakow, ze nie dali sie "stlamsic". bo ile juz bylo mariazy rapu z gitarami, tak w Polsce jak i za granica, gdzie te drugie zostaly sprowadzone do ozdobnika, majacego na celu glownie nie przeszkadzac raperowi w nawijce? tymczasem numery z "Mianownika" naprawde maja pierdolniecie, na ktore trzeba reagowac pogowaniem a nie bujaniem sie. tym wieksze uznanie dla Vienia, ze sie bezproblemowo na takich podkladach odnalazl. chociaz... de facto 8 numerow na 10 to przerobki (w tym 6 trackow pochodzi z "Etosu", a dwa pozostale z plyt Molesty), wiec tak na dobra sprawe nie mam pewnosci, czy te wokale rejestrowano na nowo. anyway - polaczenie wypadlo swietnie.i tak jeeszcze jako ciekawostka odnosnie samego Vienia - czasem w polaczeniu z podkladami hiphopowymi (vide "Etos") czasem moze meczyc nigdy nie zmieniajacy sie sposob ekspresji, pewna nawet monotonnosc nawijki. na "Mianowniku" zupelnie to nie przeszkadza.

oczywiscie "problem" z tym albumem jest dokladnie taki sam, jak z innymi wydawnictwami z hardkorowej polki. najkrocej rzecz ujmujac - ludzie z perfekcyjnym sluchem wysmieja. i racja, jest to wszystko granie na dosc podobne kopyto. ale co z tego? Melodia jest moze i najwazniejsza, ale na niej swiat sie nie konczy. jest takze Energia. a takiej, jaka wyzwala core'owe granie czy raprockowe polaczenia nie odnajduje nigdzie indziej. o czym zdecydowanie lepiej przekonac sie na koncercie anizeli z plyty. jesli ktos odpowiedni to czyta - moze by tak jakas sztuka w 3miescie?

generalnie - same brawa juz sie naleza za pionierstwo jesli chodzi o sam pomysl. a i wykonanie na pelnym propsie.

(wczoraj przyczepilem sie do ksiazeczki "Etosu", dzis tez musze jednak pewna uwage wystosowac. dla mnie hardcore i punk to nie tylko muzyka, ale i ideologia - moze nawet ten drugi element uznalbym za wazniejszy w tym kontekscie. ideologia, ktorej jednym z glownych zalozen jest tolerancja. i moze zostane uznane za ukryta "rozowo" opcje, ale trudno - dosc cienko moim zdaniem wypada dissowanie homoseksualistow ozenione z taka muzyka [fakt, czyni to nie sam Vienio, a Pelson z Korasem, na dodatek tym wersom pierwotnie towarzyszyla inna nuta, ale chodzi o efekt finalny]. zwlaszcza jesli kilka trackow wczesniej slyszymy w przerobce "Roznic" nawolywanie do porozumienia ponad religiami]

 

najlepszy moment: NA WSZELKI WYPADEK

ocena: 7,5/10

19:39, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 września 2011

rok wydania: 2010

wydawca: Respekt

 

znow rapsy i to jeszcze polskie, horray!

szczerze uwielbiam "Skandal", do dzisiaj doznaje przy linijkach niektorych piosenek tego albumu. niestety musze jednoczesnie przyznac, ze dzis w wielu jego aspektach - takich jak np flow raperow czy podklady - wartosc historyczna nie idzie w parze z faktyczna jakoscia. innymi slowy - gdyby ktos zaczal zaczal poznawanie polskiego rapu od plyt wydanych po 2000 roku i dopiero potem siegnal po debiut Molesty moglby sie srogo rozczarowac. co rozni go od "Ksiegi Tajemniczej", ktory broni sie niezaleznie od skali znajomosci rap-tematu. no i, last but not least, wciaz kontrowersyjny przekaz tekstow tej plyty. co tu duzo mowic - do dzis czasem sie zastanawiam, czy oni na tym "Skandalu" tak na powaznie. do dresiarstwa zrownywac nie wypada, bo byle Siwy czy inny Lysy tak blyskotliwych linijek by nie napisal, jednak...

dlaczego ja o tym "Skandalu" tutaj? bo pierwsza solowa plyta (jesli nie liczyc plyt nagranych z Pelsonem, to w sumie szok ze tyle lat mu to zajelo) ojca zalozyciela tego zespolu, Piotra Vienia Weclawskiego, pokazuje, jak daleka droge on przeszedl od czasu tamtej plyty. niby 12 lat to szmat czasu, rozwoj swiatopogladowy wydaje sie czyms oczywistym w przypadku zdrowego przedstawiciela rasy ludzkiej. a jednak jestem pod wrazeniem - zwlaszcza ze taki (byly juz) kolega Vienia z Molesty, Wilku, wciaz wydaje sie mentalnie tkwic w prehistorycznych czasach ery CHWDP.

i to przede wszystkim ze wzgledu na teksty warto chwycic po "Etos". Vienio to czlowiek, ktory ewidentnie ogarnia temat i ma cos do powiedzenia - co niestety w 2011 roku wciaz nie jest oczywistoscia jesli chodzi o hiphop - zreszta nie tylko polski. nie abysmy mowili o prawdach objawionych, ale jednak te nawijki moga sie podobac, a zakres tematyczny - juz tylko imponowac. czy bedzie to wyraz tesknoty za czasami dziecinstwa spod znaku tetniacych zyciem podworek (kapitalne "Nowe Bloki"), opierdol za wieczne polskie narzekanie ("Nie narzekaj") czy wspominki o powstawaniu marki ciuchow Respekt - naprawde chce sie sluchac tego typa. broni sie nawet dosc odwazne siegniecie po temat religii ("Roznice"). a ze polowa numerow, jak i skity traktuja o hiphopie (choc jest to skrajnie odmienne od tradycyjnego rymowania o rapowej dupie maryni, jaka znamy z wiekszosci plyt made in PL), to mozna by mowic nawet o czyms na ksztalt koncept albumu.

a reszta skladowych? gosci sporo, bez wyjatku dotrzymuja poziomu gospodarza - czy beda to stosunkowo mlodsza krew (Grubson, Diox, Hades), czy recydywisci tej sceny (LUC, Sobota, Rahim, Fokus, Lona - zreszta ci dwaj wystepuja wspolnie w "Roznicach" i daja chyba najlepsze goscinne zwrotki tej plyty). podklady, bez wyjatku popelnione przez samego dospodarza, sa typu *akurat* - wtapiaja sie idealnie w warstwe wokalna, jednak wystarczy siegnac po bonusowy krazek dolaczony do plyty z instrumentalnymi wersjami Etosowych piosenek (zreszta zawarto tam tez odseparowane sciezki wokali, by blendziarze mieli uzywane) by zauwazyc, ze to sa male perelki. zwlaszcza "Nie byloby tu nas" z dzwiekami flecika, "Roznice" czy "Nie Narzekaj" - jako jedyny posiadajacy spiewany refren i wykorzystujacy sampel z polskiego progrockowego Believe. ale o tym, ze Vienio to jeden z najbardziej otwartych muzycznych glow w tym kraju pogadamy jeszcze jutro.

a na razie - mega propsy za ten album.

(PS musze jednak sie do jednej rzeczy przyczepic. strona edytorska albumu to tragedia niestety. zapewne pospiech, ale jednak taka ilosc literowek w 2011 roku nie powinna sie zdarzyc. a juz na miejscu zespolow, ktorych nazwy poprzekrecano - chyba nie do konca swiadomie - bym sie nawet lekko obrazil. to element absolutnie nie majacy wplywu na ocene albumu, jednak troszke wstyd)

 

najlepszy moment: NOWE BLOKI (FEAT. HADES)

ocena: 8/10

22:36, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »

rok wydania: 1972 (reedycja: 2007)

rezyseria: Adrian Maben

 

dwa lata nie bylo tu o Pink Floydach! czas odswiezyc watek.

lubie koncertowe DVD. pewnie, pomimo postepujacej technologii wciaz nie ma co porownywac odbioru takiego koncertu do obcowania z zespolem na wystepie "tu i teraz". a mimo to mozna to juz traktowac jako jak najbardziej sensowny format, sposob odbierania muzyki - gdzies miedzy zmaterializowana forma typu CD/winyl a uczestnictwem w koncercie. ci, ktorzy z zalozenia stawiaja wyzej tzw prawdziwe koncerty zazwyczaj sie na brak ducha w koncercie zawartym w nosniku dvd/blue-ray. i przyznaje im racje, choc z ciut innego powodu anizeli ten, ktory maja na mysli. otoz zdecydowana wiekszosc koncertow na dvd to wlasciwie nic tylko czysty zapis. pol biedy kiedy zespol ma naprawde atrakcyjna prezencje sceniczna. ale w przypadku np gwiazd indie rocka to wyglada to dosc biednie.

moje pytanie brzmi - dlaczego nie kreci sie juz takich koncertow jak "Koncert w Pompejach"? wlasciwie to czy mozna mowic tu jeszcze o rejestracji koncertu, czy raczej nalezaloby uzyc sformulowania "film muzyczny"? o tym drugim mogloby swiadczyc to, ze rzecz pokazywano w kinach i to z niemalym powodzeniem komercyjnym. ok, niby dzis tez mozna trafic na projekcje koncertow w Multikinach itp. ale tak szczerze - czy chodzi ktos na nie poza wielbicielami danych artystow? nie sadze.

pomysl na Pink Floydowy koncert byl genialny w swej prostocie - umieszczamy zespol w jakims klimatycznym miejscu, gdzie oddaja sie graniu tylko dla wlasnej egoistycznej przyjemnosci, bez jakiejkolwiek publiki (pomijajac oczywiscie ekipe rejestrujaca). padlo na ruiny w Pompejach. moze dla takich dzwiekow bardziej pasowalaby jakas stacja kosmiczna, ale ten antyczny klimat tez robi mocarne wrazenie (choc kosmiczny klimat w obrazie i tak sie tu wdarl, ale o tym za chwile). choc gwoli scislosci to nie wszystkie numery zarejestrowano w Pompejach. czesc dogrywano w Paryzu, za pomoca czegos co w filmie nazwano "przednia projekcja" czy jakos tak. w praktyce - zespol przygrywa na tle projekcji filmowych pokryajacych cala powierzchnie obrazu. fakt, dzis to wyglada to ciut archaicznie, ale i to sklada sie na niesamowity klimat projektu.

w filmie pada sentencja z ust jednego z muzykow, ze caly ten sprzet jakim dysponuja jest tylko srodkiem w uzyskaniu konkretnych zamiarow artystycznych, a nie celem. samo dysponowanie gitara nie uczyni z Ciebie Claptona... i na tej samej zasadzie mozna potraktowac formalny wymiar tego dziela, caly ten Pompejowy kontekst. najwazniejsza w koncu jest Muzyka. zamiast sie rozpisywac o kazdym z kawalkow powolam sie na moj ulubiony fragment, "A Saucerful Of Secrets". w ktorym zanim nastapi przepiekna, poruszajaca czesc z wokalizami Gilmoura najpierw panowie serwuja nam kilkuminutowy instrumentalny odlot. jesli ktos sie mnie spyta jakbym zdefiniowal muzyczne Bossostwo odpowiem - Pink Floyd, koncert w Pompejach. jesli ktos mnie sie spyta co rozumiem przez sformulowanie "tworczy szal", wskaze mu wykonanie tej wlasnie piosenki na tym wlasnie koncercie. a moment, w ktorym Waters bije w gong na tle zarzacego slonca - ABSOLUT. sporo tu poetyckich scen, czasem moze i patos sie wkrada, ale ani razu pretensjonalnosc, jaka pamietam z "Song Remains The Same" innch herosow tamtej dekady, Led Zeppelin. no i na podsumowanie zawartosci muzycznej tego wydawnictwa - tu naprawde KAZDY numer sie liczy w walce o tytul najbardziej zajebistego wykonania. tak, rowniez "Mademoiselle Nobs" z "psim" bluesem.

warto nadmienic, ze ten film mial trzy wersje. w pierwotnej wersji z '72 roku, pokazywanej w kinach, to byl sam zapis wloskiego koncertu. dopiero dwa lata pozniej rezyser postanowil poprzeplatac ten zapis scenami "bekstejdzowymi" oraz ze studia, gdzie panowie wlasnie nagrywali "Ciemna strone ksiezyca" (choc tak naprawde to aktorska sciema - material byl juz dawno zarejestrowany i znajdowal sie aktualnie w fazie mixow). ciekawie wypadaja wypowiedzi samych muzykow - widac i slychac, ze ten zespol to uspiony wulkan, ktory tak jak Wezuwiusz juz niedlugo mial wybuchnac. jesli zas chodzi o "Wersje rezyserska", o ktorej dzis rozmwiamy, to zmiany sa wlasciwie kosmetyczne. w genialne wykonanie "Echoes", ktory podzielono na czesci rozpoczynajace i zamykajace calosc, wpleciono sceny startu promu kosmicznego oraz komputerowo wygenerowane animacji wybuchu wulkanu (troche archaicznie wygladajace niestety - wyobrazcie sobie "futurystyczna" grafike gier komputerowych z poczatku lat 90tych, a bedziecie mieli wstepne pojecie). na szczescie dla tych, ktorzy darza sentymentem pierwsza wersje, jest ona umieszczona w dodatkach. jak rowniez wywiad z rezyserem (dosc ciekawie gada), plakatami i artykulami z epoki, fotkami itp.

wybaczcie, ale sen juz mnie troche bierze we wladanie. mam nadzieje ze choc troche Was jednak przekonalem, ze to Najlepszy Film Koncertowy W Historii Muzyki.

 

najlepszy moment: A SAUCERFUL OF SECRETS

ocena: 9,5/10

01:07, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 września 2011

rok wydania: 1991

wydawca: Geffen

 

tymczasowo konczymy przygode z Rickie L.J. niekoniecznie happy endem.

kiedys wspominalismy o tym, ze lata 90te nie byly specjalnie zyczliwe dla songwriterskich bohaterow poprzednich dekad. Lee Jones niestety nie jest wyjatkiem - "Pop pop" to totalna klapa komercyjna. inna sprawa, ze sama temu jest troche winna.

niewatpliwie nalezy docenic za poszukiwania. o ile poprzednie plyty, choc wygladaly w roznych stylistycznych kierunkach, zawsze jednak trzymaly sie tego jazz/pop/rockowego sedna (ewentualnie roznicujac proporcje wplywow tych trzech gatunkow), tak "Pop pop" to juz jazzowy odlot na calego, nijak majacy sie wlasciwie do poprzednich dokonan.

co wiec tu mamy? podstawa aranzacji tych 12 kompozycji jest gitara akustyczna z kontrabasem (na tym drugim m.in. sam Charlie Haden). i na tym sie opiera poczatek albumu, ktory jesli bylby filmem, to kusiloby by wyjsc z seansu juz w trakcie ich trwania. takie to nudne cholerstwo. plyte wylaczyc wprawdzie jest jeszcze latwiej, ale mam taka glupia zasade, ze wytrzymam do konca trwania dziela czy to muzycznego czy filmowego, chocby katusze byly nie do zniesienia. na szczescie "Pop Pop" nabiera wigoru przy czwartym kawalku, jakim jest interpretacja "Up From The Skies" Hendrixa (cala plyta to covery, glownie z amerykanskiego songbooka). pojawiaja sie urozmaicenia instrumentalne, nawet czasem dosc spore (w "Dat Dere" caly czas przewijaja sie jakies dzieciece odglosy i sax sp Joe Hendersona, a w "Love Junkyard" akompaniament jest czyniony m.in. za pomoca... smieci), choc o rytmie mozna wlasciwie zapomniec, pojawia sie rzadziej niz sporadycznie. stylowe to na maxa, fakt, ale co tu duzo mowic - tez malo porywajace. co gorsza, o ile wokal w wysokich rejestrach przypomina kto zacz, tak o zwiewnosc znana z przebojow plyt minionych zupelnie wyparowala.

zawsze to bede okreslal - poszukiwania, eksperymenty to dla mnie istota Sztuki, rowniez tak niezbyt wysokiej jaka jest muzyka rozrywkowa. ale to nie znaczy, ze bede zadowalal sie kazdym efektem takich dzialan. sorry Rickie, nie tym razem.

 

najlepszy moment: I WON'T GROW UP

ocena: 6,5/10

19:58, rejczmen , muzyka
Link Komentarze (1) »
niedziela, 25 września 2011

rok wydania: 1989

wydawca: Geffen

 

az 5 lat kazala Pani Jones czekac na swoj kolejny album. i sluchajac efektu finalnego nalezy uznac, ze dobrze sie stalo.

przede wszystkim - jest pozytywniej. byc moze podzialala Nowa Milosc zapoznana we Francji, ktora takze pomagala wspoltworzyc nowy material, moze kontrakt z nowym labelem tez dal mobilizujacego kopa. w kazdym badz razie komercyjnie "Kowboje" poradzily sobie komercyjnie ciut lepiej niz "The Magazine", przede wszystkim jednak artystycznie to powrot na wlasciwie tory.

a moze chodzi tez o producenta? Lee Jones juz wczesniej cenila sobie wspolprace z obozem muzykow ze Steely Dan, tym razem jednak poszla w tej znajomosci krok dalej, oferujac Walterowi Beckerowi posade producenta. tak wiec jesli ktos wie z czym sie je ten haniebnie niedoceniany w Polsce zespol, nie moze przejsc obok "FC" obojetnie. to producencko-aranzacyjny majstersztyk. pewnie, juz wczesniejsze albumy RLJ pod tym wzgledem przebijaly dokonania konkurencji o kilka dlugosci (na debiutanckim albumie audiofile do dzis testuja sprzet, choc od jego wydania minelo 30 lat!), ale tym razem to czysty odlot. kazdy z dzwiekow, ktorych jest tu od groma (a jak zwykle na wezwanie Pani Prezes stawilo sie mnostwo sidemanow, jako ciekawostke mozna wymienic nazwisko Vondy Shephard, ktora dekade pozniej wypromowala sie na muzyce do "All McBeal"), jest dopieszczony do granic przyzwoitosci. wiem, ze to nie jest wyznacznik jakosci Muzyki, ale trudno nie pasc na kolana z zachwytu, JAK ten album brzmi.

przede wszystkim jednak cieszy, ze to CO wybrzmiewa znow moze sie naprawde podobac. o ile pogodzimy sie z brakiem przebojowosci rodem z debiutu, to te melodie naprawde moga sprawic sporo radosci. szczegolnie te osadzone w stylistyce dotad raczej obcej RLJ, czyli reggae. i to w az dwoch odslonach - "Ghetto On My Mind" i przede wszystkim "Love Is Gonna Bring Us Back Alive". "Don't let the sun catch you crying" tez buja w sposob jednoznacznie pozytywny, choc robi to w bardziej karaibski anizeli jamajski sposob. na przeciwleglym biegunie mamy "Ghost Train", bluesior jak sie patrzy. a pomiedzy - "The Horses" i "Satellites", inteligentny poprock jakiego moc tworzenia dostepna jest tylko nielicznym. no i na sam koniec - melodyjno-aranzacyjne opus magnum tego albumu, "Atlas' Marker". jesli mozna mowic o muzyce per natchniona, to wlasnie w przypadku tego typu kompozycji.

debiutancki album na stale zapisal sie na kartach historii Muzyki, ale cholera wie - moze "Flying Cowboys" jest jeszcze lepszy?

 

najlepszy moment: ATLAS' MARKER

ocena: 7,5/10

18:11, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
 Skala

10-"Ideału Potęga"

9,9-9,0-"widzę szczyt, a za szczytem zaszczyt za zaszczytem"

8,9-8,0-"będę brał cię, cię, ehe"

7,9-7,0-"joł joł, joł joł joł joł joł, wielkie joł!"

6,9-6,0-"ch** na to kładę bo i tak damy radę"

5,9-5,0-"będzie dobrze dzieciak, elo, do góry głowa!"

4,9-4,0-"to nie z mafią układy tylko szołbiznes"

3,9-3,0-to nie jest kawałek żeby się podobać"

2,9-2,0-"Boże, czy jeszcze coś gorszego stać się może?"

1,9-1,0-"ile dałbym by zapomnieć cię..."

0,9-0,0-"pozerskie gówna a prawdziwy rap to dwie odmienne k***a sprawy!"