Kategorie: Wszystkie | film | muzyka | pozostałe
RSS
wtorek, 28 września 2010

rok wydania: 2009

wydawca: DIY

album do pobrania stad

 

zostajemy w Polsce.

2PU (a w rozwinieciu: 2 Public Use) zajawil sie swiatu 5 lat temu plyta wydana przez Universal. a ze ta wytwornia swego czasu specjalizowal sie w marnowaniu karier zespolow numetalowych po wydaniu im zaledwie jednej plyty (vide K2 czy Wrinkled Fred), tak i naszych dzisiejszych bohaterow udalo im sie udupic. na tyle, ze nowe EPke wydali po 4 latach, do darmowego uzytku publicznego.

tyle historii, srednio ciekawej, ale i tak bardziej intrygujacej niz muzyka zespolu. wspominalem juz ze graja nu-metal? co wiecej, bardzo wczuwaja sie w klimat - eyelinery, czarne ciuchy z lancuchami, cover (hed) p.e. w repertuarze, wsrod majspejsowych przyjaciol Linkin Park, SOAD, Deftones... oraz Evanescence, jako ich Top Przyjaciel. paradoksalnie, pomimo wokalistki w skladzie, 2PU wcale nie brzmia jak zespol Amy Lee. brzmia za to jak tysiace innych numetalowych kapel z wokalistka na wokalu. moglbym troche odswiezyc pamiec i zabawic sie w solidny namechecking, ale po co - jeszcze nasz wesoly kwartecik uznalby mnogosc tych porownan za nobilitacje i komplement, a nie o to chodzi. ograniczmy wywod do jednej nazwy - Guano Apes (ktorych, o dziwo, wsrod friendow na MySpace nie maja - czyzby chodzilo o odsuniecie i tak juz czesto padajacych zarzutow o zrzynanie?).

bo fakt, od numetalu rozni 2PU to samo, co wyroznialo Guano Apes - rapu i skreczy tu nie ma. pomimo niskobasowego brzmienia myslenie o kompozycji jest raczej konwencjonalne, moze nawet poprockowe. tylko ze cos ekstremalnie malo popu w tym popie. przez co nawet nie da sie tych 4 utworow rozpatrywac w kategorii guilty pleasure. ok, obiektywnie musze przyznac - wokalistka, chyba najjasniejszy punkt w tym projekcie, stara sie jak moze by dalo sie te utwory zapamietac. umie dziewczyna spiewac... moze nawet i reszta skladu tez grac potrafi. tylko co z tego, skoro absolutnie nic z tego nie wynika. schemat goni schemat, co rusz zapraszajac do zabawy groteske. nuda jak w polskim filmie. choc wlasciwie takze dzieki 2PU moznaby juz mowic o nudzie jak w polskim numetalu.

nie chce sie znecac - mozna pochwalic zespol, ze przynajmniej nie rzucili sie koniunkturalnie na granie pseudoindie i w 2010 roku chce im sie grac numetal. na pewno tez slyszalem gorsze kapele od nich. dlatego zakoncze krotkim: Jestem na Nie. ale moze Agnieszka badz Malgosia powiedza cos milego.

choc ode mnie musi jednak pasc rada: ja wiem, marzenia piekna rzecz i warto za nimi gonic, ale naprawde nie wiem jaki jest sens forsowac to granie na iTunesach czy innych Napsterach. jaki jest sens wozic drewno do dawno zapomnianego przez ludzkosc lasu?


najlepszy moment: CHORA GRA

ocena: 6/10

18:59, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 września 2010

rok wydania: 2010

wydawca: DIY

album do pobrania stad

 

przenosimy sie do Polski. a nawet konkretniej - do Tczewa.

tam wlasnie jakis czas temu powstala idea skladanki "Sztuka Przeciwko Przemocy", udostepnianej za darmo w necie. i nawet jesli momentami teksty piosenek nijak sie maja do konceptu albumu, to generalnie wykonawcy staneli na wysokosci zadania jesli chodzi o ofiarowane na kompilacje utworu.

nawet jesli jednak z jakichs smutnych powodow ktos ma w dupie przekaz projektu, to i tak nie powinien przechodzic obok niego obojetnie. zwlaszcza jesli interesuje sie tym co w polskiej muzyce sie dzieje. Tczew specjalnie wielkim miastem nie jest, wiec chyba mozna uznac te 14 kawalkow za dobra reprezentacje tego, co sie na tamtejszej scenie muzycznej dzieje.

czy Tczew ma szanse zostac drugimi Myslowicami? coz, chyba nie za bardzo... choc moze to i dobrze. bo britpopowego pitolenia tu brak na szczescie. co zatem w Tczewie sie gra? w Tczewie generalnie gra sie na gitarach (za wyjatkiem rapowego W Gore Rece Projekt i calkiem przyjemnych ragga zaspiewow Ras Ziuta w "Rudie Trauma"). na bardzo rozne sposoby, tak stylistycznie jak i jakosciowo. coz, dzis juz raczej granie rocka nie odbieram jako wartosc sama w sobie. i dlatego nie moge nie pastwic sie nad 8 minutami tak kuriozalnego, wymeczonego Toolowania jakie prezentuje zespol Proteza - tylko dlatego, ze opanowali wiosla i perkusje.

na szczescie wiecej jednak jest pozytywow. przede wszystkim juz troche bardziej oslawieni od reszty skladu California Stories Uncovered. choc panowie reprezentuja postrockowa szufladke, to Proteza moglaby zaciagnac u nich pare korepetycji z zakresu budowania napiecia i klimatu za pomoca muzyki. rownie mocna marka, choc w zupelnie innych kregach, moze pochwalic sie Aporia. i otwierajaca calosc "Moja Perspektywa" pozwala zrozumiec dlaczego. swoja droga calkiem silna reprezentacje ma tu scena hc/punk - vide nagrania One Foot Japan, Idol Falls czy No Libab Dab (choc tym ostatnim blizej jednak do Jarocina niz NY)

a reszta? coz, nawet jesli cos bardziej wpadnie w ucho to trudno oprzec sie wrazeniu, ze obcujemy z kapelami jakich przewija sie przez polska muzyczna rzeczywistosc tysiace - pare lat pogramy, troche koncertow zaliczymy i na tym koniec, bo robotniczo-studencko-emigracyjne realia skrzydel rozwinac nie pozwoli, a wiara w to co gramy AZ TAK silna nie jest... mimo wszystko warto zwrocic uwage na to, ze np takie Vertigo - choc to nie za bardzo moja stylistyka - ma pojecie o komponowaniu piosenek. szkoda ze kiepski glos wokalisty niweczy starania. moze transfer tego pana z zespolu Insomnia, skadinad tez przyjemnie, melodyjno-rockowo rzezbiacego? swoja droga ten album dobitnie pokazuje, ze nie tylko 3miejski undeground ma problem z wyrazistymi wokalistami. akurat tu wyjatkowo wiem co mowie - sporo tego trzeba bylo sie nasluchac za Progressive Rage'owych czasow.

idea albumu troche podwyzsza ocene, ale jesli jacys obywatele Tczewa czytaja te notke, to mam dlan wiadomosc - mozecie byc dumni!


najlepszy moment: CALIFORNIA STORIES UNCOVERED - SILVER

ocena: 7/10

22:54, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 września 2010

rok wydania: 2010

wydawca: DIY

album do pobrania stad

 

czy wspominalem juz, ze uwielbiam brytyjska muzyke? i nie mam na mysli tylko tego, co kojarzy sie z terminem "brytyjska muzyka" - czyli the beatles, oasis i franz ferdinand. lykam wszystko co ma brytolski akcent, nawet jesli jest to silnie zainspirowane muzyka zza oceanu. choc po prawdzie jakby ktos powiedzial ze przeciez ja uwielbiam KAZDA muzyke to niewiele by sie mylil.

bo Earthtone9 to taki dziwak rodem z Nottingham, ktory ze swoja muzyka nie mial szans na sukces na Wyspach. od czasu Judas Priest i Iron Maiden anglicy maja generalnie w dupie metal, a jesli dodac fakt, ze E9 - jako band najbardziej aktywny na przelomie wiekow - byl (nieslusznie) wrzucany do worka z napisem nu-metal, to juz totalnie mieli przejebane. przez co panowie rozwiazali kapele juz w '02 roku, po zaledwie 4 latach dzialalnosci, trzech plytach i bez zaznania prawdziwie komercyjnego sukcesu. w kontekscie tego ostatniego moze troche dziwic powrot na scene po 8 latach, bo umowmy sie - jakies oszalamiajace rzesze fanow na ich reunion nie czekaly. tym bardziej ze mowimy tu o sympatycznej, acz nie jakos wybitnie grajacej kapeli.

choc sluchajac tego umieszczonego w lipcu w sieci best of'a pojawia sie uczucie lekkiego zalu. a jest to zwiazane z tym, ze Earthtone9 bedzie mi sie kojarzyl przede wszystkim z jednym incydentem. otoz panowie dokladnie 10 lat temu mieli poprzedzac w warszawskiej Stodole Soulflaja. mam szczegolny sentyment do tego gigu, poniewaz byl to moj pierwszy "dorosly" koncert poza rodzinnym 3miastem - czyli nie tylko bez rodzicow (no co? z matka w wieku lat 10 bylo sie na H-Blockxx'ach w Kwadratowej, to sie nazywa liberalne wychowanie!) ale nawet i bez siostry, za to z ziomblami glownie poznanymi przez internet. a ze ziomble byly dosc wyedukowane muzycznie (core-pl, pamietamy), to strasznie psioczyli na fakt, ze E9 nie przyjechaly do Polszy. i ja psioczylem razem z nimi, jednoczesnie po pozersku zatajajac fakt, ze tak naprawde to nawet tego E9 nie slyszalem. i de facto naprawilem zaleglosci dopiero niedawno. ah, good old times.

tak naprawde to pozerstwo moje bylo nie tylko zle, ale i wrecz niepotrzebne. bo tak naprawde ostateczny support zespolu Cavalery - Glassjaw - doszczetnie rozjebal na koncercie system, a i plytami udowodnil ze jest to konkretna, istotna kapela. a Earthtone9... no bylo blisko, ale to jednak nie to.

bo tak: na pewno mozna im przyznac pewne pionierstwo, zwlaszcza na rodzimym rynku. tak jak Glassjaw po czesci zapoczatkowalo nowozytnia odmiane screamo, tak u E9 mozna znalezc zarowno taki watek, jak i znacznie wyrazniejszy w postaci wspolczesnego progresywnego metalu. posluchajcie tych kapel, ktore dzis niby prezentuja niby to ambitniejsze oblicze metalu - sporo tych brzmien znajdziecie u E9. niestety problem w tym, ze samych E9 trudno uznac za pionierow - bo kiedy panowie zaczynaja kombinowac, to wychodzi z tego produkt Tool'opodobny.

ale fakt tez jest taki, ze to wlasnie te momenty sa tu najciekawsze, najbardziej zapamietywalne. mowa zarowno o momentach progresywnie przegietych (plemienny "O..O..O.."), jak i tych wyposrodkowanych,  instrumentalnie (czad/kombinowanie) jak i wokalnie (krzyk/spiew). bo niestety utwory takie jak "I Nagual Eye" czy "Vitriolic HSF", gdzie blizej do jednznacznego hardcore'owego wyziewu, moze i przyjemnie zmasakrowalyby na koncercie, ale w warunkach domowych troche nuza... poza jednym wyjatkiem - "Simon Says". przepyszczy oblakanczy wygrzew godny Dillingera, ktory bylby jeszcze lepszy, gdyby panowie mieli pomysl na pociagniecie watku az do konca utworu (bo chyba TO COS na koncu to nie jest zamierzony final utworu?).

odcedzic troche kawalkow (73 minuty takiej muzyki to sporo jednak), zwlaszcza z tych posthardkorowych pitupitu i byloby swietne wejscie w nowa dekade. ale i tak jest spoko.


najlepszy moment: TAT TWAM ASI

ocena 7,5/10

22:32, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 września 2010

rok wydania: 2010

wydawca: Major Label

 

niesamowite - wciaz piszemy o calkiem swiezej muzyce!

chociaz... tak, o Hurts mowia wszyscy. radio - i to zarowno zetka jak i Trojka, blogosfera, twoj znajomy dres z dzielni, twoja siostra, nawet Twoja matka juz wie ktoz zacz.perfekcyjny band? nie, ale wciaz kapitalny.

choc poczatek debiutanckiego albumu duetu Hurts (co za nazwa! wszystkie emo kapele moga sie schowac) zapowiada naprawde rzeczy wybitne. dokladnie takie, jakie sie spodziewalem slyszac slyszac wczesniej zajawki tego albumu. czyli bardzo generalnie rzecz ujmujac - przepyszne, ejtisowe granie wzorowane glownie na Depeche Mode circa koncowka tamtejszej dekady z lekka nutka joy divisionowej dekadencji. dokladnie tak moznaby opisac "Silver Lining",a przede wszystkim drugi, singlowy "Wonderful Life". coz sie bede rozwodzil - ten drugi to dla mnie singiel roku i najlepszy numer od... ponad 20 lat? nie no, zarcik taki, ale refren to zdecydowanie jedna z najlepszych rzeczy jakie dal nam revival lat 80tych w muzyce popularnej. i choc nie ma muzycznie nic wspolnego z przebojem niejakiego Blacka o dokladnie tym samym tytule, to zastanawiajaco podobne skojarzenia on wywoluje. swiatelko w ciemnym tunelu zwanym szumnie "Zycie", melancholia i sentyment za czasami minionymi i dzecinstwem (szczegolnie jesli przypadalo ono na lata 80te, czyli count me in). no i solidna wisienka na torcie, czyli tekst. na papierze moze sprawiac wrazenie pretensjonalnego, ale jesli zaakceptujemy koncept - w czym musi pomoc TA melodia - to absolutnie przestanie dziwic, ze od paru miechow nowozency masowy wybeiraja wlasnie ten track na swoj tzw Pierwszy Taniec. ba, jestem w stanie zrozumiec nawet tych, ktorzy beda zawdzieczac mu porzucenie pmyslu pociecia sie zyletka (czy nawiazujac do tekstu - rzucenia sie z mostu). powaznie, mega propsy dla tego kawalka.

niestety na wysokosci trzeciego kawalka "Blood, Tears & Gold" cos zaczyna sie psuc. co mowie z przykroscia, jako ze dla Mojego Sweetheart z pokoju obok jest to ulubiony numer. i moze muzycznie spadku jakosci nie ma, to nagle zaczynamy dostrzegac, ze pan wokalista jak na frontmana "nowych Depeche Mode" ma w glosie troche za malo glebi i charyzmy. co z jednej strony moze stanowic plus taki, ze oddala troche od miana bezczelnych zrzynaczy z Depeszow, natomiast zbliza do wynalazkow pokroju The Killers a nawet One Republic. biorac pod uwage komercyjny sukces Hurts - nie zdziwilbym sie, gdyby te trzy kapele w przyszlosci pojechaly na wspolna trase. jeszcze bardziej utwierdza w tym przekonaniu - a pod wzgledem jakosci takze i smuci - nastepny w kolejnosci "Sunday", bedacy wykapanym sequelem "Spacemana" kapeli dowodzonej przez Brandona Flowersa.

na szczescie jest cos, co pozwala oceniac Hurts znacznie wyzej od tamtych kapel - stopien guilty pleasurewatosci jest kilkunastokrotnie wyzszy. naprawde trudno uwolnic sie od melodii ze "Stay" czy "Illuminated". singlowy i najbardziej dynamiczny tutaj "Better Than Love" ("Question Of Time" moze?) to uniwersalny morderca parkietow, zarowno tych weselnych, jak i indie-prywatek. sa tez i fragmenty takie jak "Evelyn" - spokojniejsze, wrecz majestetycznie potezne, pozwalajace wierzyc ze nie obcujemy z pop-przekretem. podobnie jest zreszta z "Devotion", choc musze przyznac, ze troche wiecej sie spodziewalem po duecie z Kylie Minogue (no co? przeciez Kylie lubia wszyscy?)...

w sumie nie wiem - z jednej strony jest naprawde niezle, spokojnie na liste podsumowujaca 2010 rok. troche glupio obwiniac samego wokaliste, ale faktem jest ze "Wonderful Life", w ktorym wokal ma ustawiony dosc nietypowo pozwalal wierzyc, ze mamy do czynienia z rewelacja ktora pobedzie na rynku dluzej niz dwa sezony. a tak - mam spore watpliwosci. naklanianie do zlego to nic dobrego, ale moze wystarczy by wokalista, nie wiem, uderzyl w narkotyki jakies i generalnie troche wiecej tego bolu doswiadczyl?


najlepszy moment: WONDERFUL LIFE

ocena: 8/10

16:43, rejczmen , muzyka
Link Komentarze (2) »
czwartek, 23 września 2010

rok wydania: 2010

wydawca: DIY

album do pobrania stad

 

zostajemy przy nowosciach.

przenikanie swiata rocka i rapu? bajka stara jak swiata w roku 2010 to nawet rownie czerstwa co dowcipy z "Akademii Policyjnej". najwiekszym problemem raprocka bylo zawsze to, ze za rymowanie zabierali sie rockersi, posiadajacy wrecz minusowe flow i nawet sobie z tego sprawy nie zdajacy. lepiej robilo sie, kiedy dochodzilo do kolaboracji kapel gitarowych z prawdziwymi raperami, zajmujacymi sie tym na codzien. pmijajac chlubne wyjatki pokroju beastie boys czy body count, przewaznie jednak byly to jednorazowe projekty, po ktorych kazdy rozchodzil sie do domow - run dmc/aerosmith, anthrax/public enemy czy z nowszych rzeczy: ice cube/korn czy sweet noise/peja (tak!). zawsze tez odnosilem wrazenie, ze to rockersom bardziej zalezalo na inkorporowaniu rapu niz odwrotnie. pewnie, snoop dogg cos tam wciaz pieprzy ze pragnie byc gwiazda rocka i nagrywac z jaggerem i franz ferdinandem, ale na szczescie na bajdurzeniu sie konczy. dosc powiedziec ze najslynniejszy w ostatnim sezonie taki transfer rapera do swiata rocka - lil waynowy "rebirth" - skonczyl sie sromotna porazka. tymczasem bez szumnych zapowiedzi, a wlasciwie to nawet w duchu konspiracyjnym (glowny winowajca projektu dlugo nie chcial ujawniac swoich prawdziwych danych), na sieci pojawil sie album enigmatycznego projetu Japanese Cartoon. w koncu prawda wyszla na jaw - niejakim Percival Fats'em, frontmanem kapeli, okazal sie byc nie kto inny jak jedno z najlepszych odkryc Jay-a Z, Lupe Fiasco.

i co? i sukces. oczywiscie juz na podstawie hiphopowej tworczosci obu panow mozna bylo uznac, ze Lupe to jednak pod wzgledem inteligencji i muzycznego obycia stoi kilkanascie leveli wyzej niz tworca Tha Carter'owej sagi. mozna bylo sie spodziewac, ze na kopiowaniu ratm sie nie skonczy. ale zeby od razu brytolskie inklinacje, nasladowanie tamtejszego akcentu i japonska otoczka wizualna? glowa eksploduje od absurdu. dobrze ze uszy ocalaly i moga delektowac sie tym, co Lupe z zespolem serwuje przez te pol godziny.

wybaczmy Lupe postrzelone porownanie swej nowej tworczosci do Joy Division. oczywiscie, nie kwestionuje ze zaloga Curtisa go inspirowala - slychac to w napedzanej wyrazistym basem motoryce calosci i w lekko dusznym klimacie, szczegolnie w promujacym calosc "Heirplanes" czy kapitalnym, onirycznym "Gasp". tyle ze ani na "Unknown Pleasures" czy "Closer" nie bylo tyle elektroniki (sklad kapeli to sam wokal, bass i magik od elektroniki wlasnie) co tutaj. a ze Lupe mimo wszystko ma w glosie wiecej ulicznej bezposredniosci niz Curtisowego natchnienia, to calosc brzmi jak The Streets z wieksza iloscia gitar. choc jesli mialbym sie wglebiac w namechecking, to silniejsze skojarzenie plynie w strone ekstrmalnie zapomnianej i niedocenionej kapeli Pitchshifter. a juz w najsilniejszym stopniu jaja przemieniaja sie w berety, kiedy wchodzi kojarzace sie z M. Mansonowym "Disposable Teens" skandowanie w "Crowd Participation", solowka (!!) w "Bejing" czy thrashowy riff (!!!!) w "You Are Here". a, jakbym jeszcze nie wspomnial - to naprawde wszystko sie klei, wrecz zre jak jasna cholera.

gdyby "Teraz Rockowi" naprawde zalezalo na dobrym Rocku, to nie tylko zwrociliby uwage na ten projekt, ale i daliby mu przynajmniej 3 gwiazdki. ponoc kolejny album juz w drodze. jaram sie.


najlepszy moment: CROWD PARTICIPATION

ocena: 7,5/10

23:09, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
 Skala

10-"Ideału Potęga"

9,9-9,0-"widzę szczyt, a za szczytem zaszczyt za zaszczytem"

8,9-8,0-"będę brał cię, cię, ehe"

7,9-7,0-"joł joł, joł joł joł joł joł, wielkie joł!"

6,9-6,0-"ch** na to kładę bo i tak damy radę"

5,9-5,0-"będzie dobrze dzieciak, elo, do góry głowa!"

4,9-4,0-"to nie z mafią układy tylko szołbiznes"

3,9-3,0-to nie jest kawałek żeby się podobać"

2,9-2,0-"Boże, czy jeszcze coś gorszego stać się może?"

1,9-1,0-"ile dałbym by zapomnieć cię..."

0,9-0,0-"pozerskie gówna a prawdziwy rap to dwie odmienne k***a sprawy!"