Kategorie: Wszystkie | film | muzyka | pozostałe
RSS
czwartek, 24 września 2009

rok wydania: 1976 (reedycja: 2000)

reżyseria: Peter Clifton, Joe Massot

 

Albo staję się rockowym dziadem, albo naprawdę muzyka sprzed paru dekad była najlepsza.

Anyway, dziś o filmie-klasyku. Chociaż w sumie wciąż są wątpliwości, na ile na ten kult wpłynął fakt, że przez długi czas (a konkretnie do 2003 i premiery "Led Zeppelin DVD") była to jedyna wizualna rejestracja występu Led Zep, a na ile jego rzeczywista wartość.

Film jest, nie ma co ukrywać, dość specyficzny. Właśnie - film. Bo obok obrazków stricte koncertowych oglądamy tu wstawki fabularne. I jest tu całkiem ich sporo, może nawet w przeważającej ilości. Aha, my tu mówimy o FABULArnych wstawkach, w pełnym tego słowa znaczeniu. Czyli żadne tradycyjne klipy z bakstejdżu, jakie widać na każdej niemal koncertówce, a sytuacje powstałe według konkretnego scenariusza. Np. taki początek - menago Led Zep, Peter Grant, przebrany za mafioza wkracza z kompanem na jakieś biznesowe spotkanie i urozmaica je serią z karabinu. Jednemu typowi odpada głowa, a z miejsca na którym się niedawno znajdowała (zwane popularnie "szyją") zaczyna tryskać niczym fontanna krew kolorów przeróżnych. Chwilę później widzimy John Paula Jonesa czytającego bajki swym dzieciom i dostający telegram o tym, by stawić się następnego dnia w Madison Square Garden. Robert Plant w otoczeniu ewokującym okładkę "Houses Of The Holy" dostaje od posłańca podobną wiadomość. Tak jak i pozostali. Cięcie. Widzimy następnie obrazki już bardziej typowe, czyli zespół wysiadający z samolotu, jadący samochodem na miejsce koncertu, wkraczający na scenę. Zaczyna się show.

I jeśli już w tych pierwszych minutach widz zaczyna rozkminiać, jakie dragi zainspirowały te sceny, tak po ogarnięciu całego filmu nie pozostanie mu nic innego, jak zaczerpnąć wiedzy u najbliższego dilera (lub ojca pamiętającego tamte czasy) - o ile ktoś nie jest wyczulony na kicz i pretensjonalność takich ćpuńskich wizji. Dla tych nieobeznanych z dziełem - swoistym clue całości są cztery wstawki fabularne, w jakiś sposób reprezentatywne dla każdego z muzyków i z nimi występującymi w rolach głównych. I tak np. podczas klawiszowego sola w "No Quarter" (dobór piosenek nieprzypadkowy) zakapturzony John Paul Jones, z dziwaczną maską na facjacie, wraca do domu. Page podczas "Dazed And Confused" wspina się po klifie, by na samym szczycie spotkać mnicha, którym okazuje się być on sam, tyle że parę dekad starszy. Wszystkich przebił jednak Plant jako rycerz, który najpierw podczas odpoczynku pod drzewem podziwia zerwanego niedawno muchomora (ehehehehehe, serio?), potem konno szusa do zamku, gdzie walczy na miecze z jakimś jegomościem i wymienia spojrzenia z bliżej nieokreśloną pannicą. Dla odmiany John Bonham (podczas solówki w "Moby Dicku" oczywiście) w swej wizji gra w bilarda, obserwuje swego syna Jasona podczas gry na perce i pomyka bolidem.

Ktoś powie, że w swej wstawce Bonham potwierdził bycie prostym kolesiem, zupełnie niepasującym do mistycznej otoczki Led Zep. W moim zaś odczuciu facetowi udało się uniknąć pretensjonalności i nadęcia, jakie stały się udziałem jego kolegów. OK, coś za coś. Skoro dzięki mniejszemu bądź większemu wpływowi dragów możemy słuchać wszystkich naszych ulubionych płyt tego kwartetu (no chyba nie uważacie, ze jest inaczej?), to musimy też zaakceptować fakt, że na haju mogą się przytrafić pomysły mniej udane, a nawet przegięte. Ale no naprawdę, ciężko nie powstrzymać fali beki widząc jak Plant modli się do wbitego w ziemię miecza.

Inna sprawa, że te impresje wizualno-dźwiękowe na pewno miały w jakimś stopniu wpływ na rozwój wideoklipu. To raz. Dwa... cholera, ma to jakiś perwersyjny urok. Zwłaszcza, jeśli koresponduje to z równie niebanalnym potraktowaniem obrazków stricte koncertowych. Pełno tu montażowych zabaw, jakiegoś dzielenia ekranu (finał "Stairway To Heaven" to pod tym względem Kosmos) itp itd. No i, last but not least, rzecz najważniejsza -  Muzyka ci wszystko wybaczy. A tutaj to już krytyki być nie może. Będzie bite, jak ktoś z takową wyskoczy. Niech zresztą fakty przemówią same:

a) repertuar: m.in. "Black Dog", "Whole Lotta Love", "No Quarter", "Dazed And Confused", "Since I've Been Loving You", "Heartbreaker"

b) grają: John Bonham, Robert Plant, John Paul Jones, Jimmy Page

c) wszyscy panowie wymienieni w punkcie b) perfekcyjnie się rozumieją, są bossami w swoich kategoriach, dbają by wersje koncertowe piosenek różniły się od studyjnych

Aha, jeśli pozwolicie, muszę wspomnieć o pewnej kwestii. Otóż mój Ojciec, będący total weirdo na punkcie Led Zep i dysponujący taką wiedzą o Muzyce, że moja jest o-tak-zajebiście-mała, mówi, że przy całej sympatii dla zespołu, nigdy nie postawiłby Page'a w jednym rzędzie obok Hendrixa czy Claptona. Bo Page nie umiał improwizować, uczył się solówek na pamięć i takie tam. Być może, nie zaglądałem mu do sali prób. Ale co z tego? Co z tego, skoro jest jednym z najbardziej pomysłowych gitarzystów jakie nosiła nasza planeta, zarówno jeśli chodzi o konstrukcje riffów jak i ich, hm, wykorzystanie (nie mówiąc już o samej produkcji muzycznej, bo to już w ogóle HELOU)? Ogarnijcie "Dazed And Confused", zabawy ze smyczkiem czy thereminem. Haloooo. Poza tym w mojej ocenie muzyków spore spore znaczenie ma ich działalność na polu kompozytorskim. A tutaj to już nie ma przebacz - gdzie Page, a gdzie Clapton, którego przeważający procent twórczości prowokuje do solidnego cięcia komara? Wybacz Tato.

Okej, podsumowań czas. Krótka piłka - trzeba (po)znać, choć nie za wszelką cenę. Bo wartość historyczna, nietypowe potraktowanie tematu rejestracji koncertu - to jedno. Ale jeśli chodzi o samą zawartość muzyczną, to o lepiej wypada "Led Zeppelin DVD", gdzie mamy dwa dyski z czterema koncertami z różnych okresów działalności zespołu. Też nieźle zarejestrowanych zresztą. Dochodzi także aspekt jakości dźwięku, który na "The Song..." jest co najmniej słaby. Niby lepiej wypada wydanie filmu z 2007 roku, ale jeśli wpadnie mi ono w ręce to nie omieszkam porównać na blogu. A na razie -


najlepszy moment: NO QUARTER

ocena: 8,5/10

19:11, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 września 2009

rok wydania: 1992

wydawca: Imago

 

kontynuujemy watek Zajebistych Postaci Muzycznych. Bossow po prostu.

Henry Rollins. jedna z najcharyzmatyczniejszych postaci, jakie wydala na swiat scnea hc/ punk. a byc moze muzyka gitarowa w ogole. jesli sa w swiecie ciezkiej muzyki (a moze po prostu Muzyki?) osoby, ktore moznaby stawiac mlodziezy za wzor, to wsrod nich na pewno musi znalezc sie Heniek. totalna dyscyplina, w ktorej zawieraja sie m.in. totalna abstynencja alkoholowa i narkotykowa oraz dbanie o tezyzne fizyczna pozwalaja mu zachowac umysl ostry jak zyleta i blyskotliwy jak najbardziej oczojebna blyskotka. dzieki czemu koles poza tworzeniem muzyki moze zjamowac sie takimi blahostkami jak prowadzenie wytworni, wlasna audycja radiowa, pogadanki na uczelniach, kampanie na rzecz LGBT, regularne i osobiste wspieranie na duchu zolnierzy w iraku i afganistanie, wlasne tv show, pisanie ksiazek, produkcja muzyczna, dubbing filmowy i wystepowanie w filmach. chlopak raczej nie wie, co to znaczy nudzic sie.

jakos przy tej wszechobecnosci na polach wszelakich Henka zapomina sie ciut o jego dokonaniach muzycznych. stety badz nie, zazwyczaj pierwsze co przychodzi na mysl w kontekscie henka-muzyka, to jego posada wokalisty klasycznego Black Flag. dyskredytowac tu bandu nie bedziemy, bo bym musial sam siebie ukarac za taki czyn. ale warto miec w pamieci nieistniejacy juz niestety kolektyw muzyczny, ktory Rollins opatrzyl wlasnym nazwiskiem i byl jego niekwestionowanym liderem. nawet jesli zaden ich album pozycja obowiazkowa nazwac sie nie da. choc dzisiaj omawianemu albumowi jest do tego najblizej.

nie wiem czy wole Koniec Ciszy od "Weight", o ktorym sobie tez na dniach pomowimy. na pewno fakt, ze oba albumy dzieli odstep dwoch lat moze swiadczyc o tym, ze na poczatku lat 90tych byl u szczytu formy. zreszta, kto wtedy nie byl? Rollins Band nie wymienia sie wsrod najwazniejszych kapel tego okresu, ale oni tez dolozyli cegielke na budowe potego Alternatywnego Rocka.

choc korzenie mieli zgola inne. Henry jest hardkorem. ale najprawdziwszym z prawdziwych. takim, ktore teksty ktore moga zmienic twoje zycie. takim, ktory stawia na zywiol, energie, przybierajaca najsluszniejsza forme w prezentacji scenicznej. zywiol, ktory pozwala calkowicie wybaczyc bra w sumie wiekszych hookow i melodii (tak jakby Henkowi na takich bzdurach zalezalo, pffff).

jesli jednak jakis rozentuzjazmowany milosnik hatebreeda czy agnostic front, nieswiadom istnienia Rollinsa, siegnie po "The End Of Silence" moze sie rozczarowac. bo po pierwsze - na singalongi nie ma co liczyc. wokalnie ten album to teatr jednego, wiadomego aktora. sa tacy, ktorzy nie moga zniesc rollinsa-spiewaka. okej, wielkim wokalista, w klasycznym tego slowa rozumieniu, nie jest. ale nie przeszkadza mi to. jego darcie ryja, ktore nie sposob z kimkolwiek pomylic , w zupelnosci mi to wynagradza. chociaz zdaje sobie sprawe, ze dla ludzi wiekszym problemem jest rollinsowa gadanina. czego tym bardziej nie rozumiem, zwlaszcza jak ktos mowi o braku emocji w tym. przeciez te monologi kipia od emocji, w tych momentach sila Rollins Band! facet nawet czytajac ksiazke telefoniczna zrobilby to w taki sposob, ze nie pozostalbys obojetny. a dochodzi jeszcze fakt, ze te monologowe fragmenty idealnie dynamizuja kompozycje.

no, i tu musimy przejsc do drugiego, rozczarowujacego fana hatebreeda aspektu jestestwa Rollins Band. czyli muzyka. zaden metalcore, nyhc. predzej mysl fugazi, dischord records, moze nawet sonic youth. czyli potezna wyobraznia i halas swidrujacy uszy. doloz kolesia zapatrzonego w hendrixa i sekcje wiedzaco co to groove w muzyce. jesli juz metal, to ten w najszlachetniejszej, black sabbathowej odmianie ("Blues Jam"). chociaz... na wysokosci 3 minuty wchodzi tak silnie kojarzaca sie z Toolem gitarka, ze na nich tez mozna sie polowac. zwlaszcza druga czesc albumu, z piosenkami w dlugosci dochodzacych do 11 minut, moze zaintrygowac fanow "Aenimy" na przyklad. "Undertow" tez, choc fani tej pozycji akurat nazwisko Rollinsa musza kojarzyc.

ja obecnie jestem na etape takiego zapatrzenia w melodie, ze juz nie padam tak na kolana przed dokonaniami Rollinsa. ale no nizszej oceny dla tej plyty na pewno byc nie moze.


najlepszy moment: LOW SELF OPINION

ocena: 7,5/10

19:42, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 września 2009

rok wydania: 1998

wydawca: Biodro

 

mowimy o klasykach, czas wspomniec wreszcie o polskim klasyku. Ryszard Tymon Tymanski, jedna z najwazniejszych postaci polskiej muzyki.

zabrzmi to gejowsko, ale nic na to nie poradze - uwielbiam tego faceta. prywatnie bylo dosyc malo tych kontaktow, wiec ciezko mi sie ustosunkowac do niego jako czlowieka, ale jego kreacje medialna i artystyczna szczerze, stuprocentowo ubostwiam. tez np za bycie ostatnim prawdziwym alternatywniarz w tym kraju - nigdy nie musial dawac dupala do "Idola" czy zakladac projektu pobocznego nastawionego na hajs. wystarczy tworzyc muzyke do teatrow czy robic show w ramach promocji dobrego w "Łossskocie". no wlasnie, promocja - Biodro, Scianka, Pogodno. wystarczy? dolozmy jeszcze dzialalnosc na polu teksciarstwa, bedaca absolutnym bossostwem i scisla czolowka w tym kraju obok Jarka Janiszewskiego i Kazika sprzed lat. no i mamy z grubsza zarysowany portret psychologiczny pana Tymona.

a, no i jeszcze muzyka przeciez. i tu pojawia sie dylemat. sam Tymon, mozna odniesc wrazenie takie, chcialby byc ceniony glownie za rzeczy tworzone "na powaznie". oczywiscie, yassowe jazdy to gruba sprawa, zreszta to wspoltworca tego gatunku. jesli chodzi o tzw gitarowa alternatywe w Polsce, to persone Tymanskiego tez mozna uznac za jednego z ojcow i mentorow. no ale co zrobic, ze nie umiem uznac za jego artystyczne opus magnum innego albumu niz przesmiewczego "P.O.L.O.V.I.R.U.S."a?

okej, gdybysmy mieli oceniac wartosc samej muzyki pod katem "doznawalnosci", wyrafinowania i generalnie wszystkich pozostalych powaznych kryteriow, to trzeba byloby sobie odpuscic najwyzsze noty. ale tu nie o to chodzi. nawolujac do Franka Zappy (wiem, pojade po bandzie, ale... by ominac dyskredytujacego okreslenia "polski Ktos tam", powiedzmy ze Zappa to amerykanski Tymanski): czy humor przystoi Muzyce? wielu nie chce uznawac komedii za wyzsza forme Sztuki, co dopiero albumy bedace jednym wielkim pastiszem. ale jesli powiemy, ze "Polovirus" jest Najsmieszniejszym Albumem Powstalym W Polsce, a nawet - a co tam - Jednym Z Najsmieszniejszych Albumow W Historii Muzyki W Ogole, to sprawa juz robi sie powazna. a naprawde, tak jest. mowimy tu o dowcipie na poziomie Monty Pythona. czyli najwyzszym.

dowcip ma jednak to do siebie, ze jego, hm, moc nie jest wieczna. czasem przestaje smieszyc juz po pierwszym opowiedzeniu, zwlaszcza jesli nie ma w nim jakiegos drugiego dna, przewrotnosci. Tymonowi udalo sie tego uniknac w stu procentach. dlatego "Polovirusa" mozna sluchac zawsze i wszedzie, czego nie da sie powiedziec o dokonaniach Big Cyca, Kabanosa czy Piersi.

zreszta, rozpatrzmy rzecz na dwoch plaszczyznach. najpierw - stricte muzycznej, bo tu sprawa jest znacznie prostsza. bo po prostu NIE MA mozliwosci, by tacy muzycy jak Tymanski, Mozszer, Deriglasoff, Olter, Pawlak, Mazzoll, Gwincinski czy Nawrocki (by wymienic kilku) podpisali sie pod muzyka jednoznacznie debilna, zla sama w sobie. i jest tu od groma momentow potwierdzajacych slusznosc tej tezy - jazzujaca wstawka na pianinie w "Smierdzi mi z ust", kraftwerkowy poczatek (zreszta pozniej tez nie jest tak jednoznacznie discopolowo) w najslynniejszej "Jesienna deprecha" (jak sie odmienia ten drugi wyraz?), cala druga czesc w "Nie Martw sie, Janusz" i chyba najblizszy "powazce" "Lemur". okej, to sa niby tylko fragmenty, ktore sasiaduja na dodatek z wybitnie prostackimi rozwiazaniami brzmieniowymi czy aranzacyjnymi. ale te drugie podane sa w tak karykaturalny sposob, ze nie ma mozliwosci by potraktowac je chocby na sekunde powaznie. zreszta, nawet jakby ktos uznal ze np w "Trygławie" panowie postanowili dac czadu, to jesli ogarnie calosc albumu to zauwazy, ze za duzo tu gatunkowego misz maszu, by w jakikolwiek sposob wyroznic akurat ten fragment. no bo jak po metalowej piosence moze nastapic reggae w "Nie Mam Jaj", country w "Moj pies", jazz w "Moim dzezie", a wczesniej np hardcore hiphopowy "kibolski" czy kaczmarski-style "Idealy Sierpnia"? musielibysmy mowic albo o zespole totalnie niezdecydowanym co chce grac albo o bandzie wariatow jadacym po kazdym gatunku jaki skazil polska scene muzyczna. no, pytanie retoryczne.

no i teksty. tu jeszcze mniejszy sens ma tlumaczenie czegokolwiek. jesli kazdy bardziej rozeznany w muzyce wie, czym "Polovirus" dzwiekowo stoi, tak teksty to juz jazda obowiazkowa. nie ma chyba drugiej plyty, ktorej teksty moglbym wyrecytowac nawet obudzony o trzeciej w nocy. przeciez te teksty wlazly do mowy potocznej, przynajmniej wsrod ludzi ktorych znam. "moze jestem nienormalny, za krotko bylem w wojsku". "badz patriota, zmyslnie produkujac miod". "jaja to zdwojone ja". "to nieznosne uczucie upodlenia, jutro kupie sobie sztuczny czarny penis". "a krytyk wlasnie zesral sie". "czy kumasz kestowicza?". "czy wciagasz serial Dom?" czy mam wymieniac dalej? nawet jesli wywolywanie smiechu nie jest tak teoretycznie powaznym celem dla teksciarza jak wywolywanie wzruzenia chociazby, to dla mnie i tak Tymon na tej plycie osiagnal Absolut.

nie wiem czy jakikolwiek numer da sie wyroznic. dzis Tymon z Transistorsami wykonuje np "Szatana" czy "Nie mam jaj". to dobry wybor. ten pierwszy, z tytulowym zaspiewem w refrenie, po wsze czasy pozostanie najlepsza parodia rockerki lamanej metalem. a ten drugi, bedac dla odmiany najlepsza pariodia stylu reggae, pozostaje tez jednym z najlepszych numerow w polskiej odnodze tego gatunku (tak, wiem, wychodzi ze mnie znow antypatia do reggae). powiedzmy wiec, ze jedyna opcja to subiektywny wybor wlasnego faworyta. na dzien dzisiejszy bedzie to wiec...

(aha, bedzie jednak zarzut, choc nie do muzyki co samej reedycji. pozbawienie tego kultowego wydawnictwa rownie kultowej ksiazeczki uwazam za profanacje. szkoda troche)


najlepszy moment: ŚMIERDZI MI Z UST

ocena: 9,5/10

16:01, rejczmen , muzyka
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 21 września 2009

rok wydania: 2007

reżyseria: Murray Lerner

 

kontynuujemy watek rockowych poetow. i wracamy do dylana, bo dawno go tu nie bylo.

historie muzyki (ograniczmy sie do rozrywkowej, tej rzadzacej swiatem od polowy ubieglego wieku) tworza nie tylko plyty czy same piosenki. to takze koncerty. niekoniecznie pelnoprawne sety - The Beatles wystarczylo pare piosenek odegranych w "Ed Sullivan show", a The Doors wlasciwie jedno "Light My Fire" w tym samym programie. czasem to sa cale festiwale, jak Woodstock '69. ciezko powiedziec, by Newport Folk Festival jako taki zapadl w pamiec. gdyby nie wystep Boba Dylana w '65 roku.

bo chociaz podtytul zawiera magiczne slowko "live", to film oglada sie przede wszystkim jako dokument. dokument historyczny. dokument o tym, jak rodzila sie Gwiazda, jeden z najwazniejszych tworcow XX wieku. tu juz musze wspomniec o jednym z najbardziej fascynujacych zjawisk muzyki lat 60tych i 70tych, ktora i tutaj ma swoje miejsce. w porownaniu z tym okresem dzisiejszy rozwoj muzyki bardziej przypomina ped najebanej slonicy w ciazy. dzis normalny cykl wydawniczy wynosi conajmniej dwa lata. a przewaznie trudno mowic o jakichs radykalnych zmianach w muzyce tychze. a 4 dekady temu prosze - led zeppelin czy the doors wydawali co roku po dwa albumy, kazdy dajacy sie okreslic mianem genialnego. nie inaczej bylo w przypadku dylana - 3 wystepy festiwalowe, w przeciagu 3 lat, trzy zupelnie rozne oblicza Roberta Zimmermanna. w pierwszej czesci, dotyczacej wystepu w '63 roku, obserwujemy dylana niesmialego, wrecz skrepowanego, wspomaganego duchowo i wokalnie przez "starsza kolezanke po fachu", Joan Baez. zreszta mozna odniesc wrazenie, ze i na rozciaglosci samego tego wystepu w '63 roku mozna zaobserwowac pewien rozwoj. na poczatku zapowiadany jako "cudowne dziecko muzyki folkowej", wykonujac pierwsze piosenki ciezko uznac, by zaslugiwal na jakis bardziej wyszukany tytul. kiedy jednak konczy set (okej, gwoli szczegolowosci - to sklejka dwoch roznych wystepow, bo tradycja festiwalu bylo dawanie tego samego dnia dwoch koncertow, za dnia w tzw "workshopie" i wieczorem na scenie glownej) wykonujac "Blowin' in the wind" w towarzystwie czarnoskorych Freedom Fighters i Baez, czuje sie ze dzieje sie Historia. i ze wlasnie ten mlody chlopaczek te historie tworzy.

w '64 roku do Newport Dylan przyjezdzal juz jako gwiazda folku. a ze w tych czasach folk nie byl jakims egzotycznym wynalazkiem tylko nurtem niemal wiodacym w muzyce, mozna mowic o Gwiezdzie *w ogole*. ktorej wizerunek, z tym wznoszeniem gitary i harmonijka przymocowana do ust byl rownie ikoniczny co elvis trzesacy biodrami i jagger wykrzywiajacy usta. Gwiazda, ktora juz wtedy wystepujacy na tym samym fescie Johnny Cash okreslal mianem najwazniejszego artysty tego wieku.

no i chyba ten najwazniejszy, najbardziej legendarny wystep. 1965 rok. lekkie zblazowanie dylana, ale w dopuszczalnej dawce. najpierw obserwujemy akustyczny wystep we wspomnianym workshopie. pare numerow pozniej jestesmy swiadkami proby Dylana i jego kapeli. zaczyna sie "Maggie's farm". Dylan w skorze, towarzyszacy gitarzysta wycina solowki ze hej. Halas. Rock. i po zakonczeniu koncertu buczenie. nie jakies donosne, ale w porownaniu z ekstaza publiki, nie pozwalajacej zakonczyc Dylanowi wystep rok wczesniej - buczenie znaczace. do dzisiaj muzykolodzy rozkminiaja co sie stalo. dzis, w dobie rzucania w kierunu sceny butelek i bochenkow chelba takie problemy moga dziwic, ale wtedy to naprawde byl szok. ale zaraz po wykonaniu genialnego "Like a rolling stone" obserwujemy zwrot publiki o 180 stopni. znow szal, Dylan ma wracac na scene. wraca, ale juz z gitara akustyczna i harmonijka. dal za wygrana? niekoniecznie. samo wykonanie chocby cwierc utworu w rockowej oprawie na folkowym festiwalu bylo ryzykiem popadajacym w akt samobojczy. takie czasy, dzieciaki. mowienie, ze wtedy narodzil sie Dylan Elektryczny moze wydawac sie jakas zajawka starych dziadow. ale hej! zaznaczylismy, ze mowimy o Historii przede wszystkim. a bez tego wydarzenia na pewno pare rzeczy potoczyloby sie zupelnie inaczej.

mowimy o Historii, ale co z sama Muzyka? okej, bez snobowania sie - na pewno nie jest mi Dylan tak bliski jak The Beatles, Pink Floyd czy Led Zeppelin. wynika to z tego, ze - chyba kazdy sie zgodzi - u Dylana najpierw jest Tekst, potem Muzyka. czyli inna kolejnosc niz ta preforowana przeze mnie. poza tym w skumaniu wielkosci Dylana mocno pomaga kontekst historyczny. niemniej facet i tak popelnil tyle bezwzglednie genialnych melodii, ze dyskredytowac go moga tylko debile i antysemici (co zreszta generalnie sie laczy). "Like a rolling stone" czy "Mr Tambourine Man" ruszaloby nawet zaspiewane po czesku (sorry, czechofile). inna sprawa, ze opisywane w tym filmie wydarzenia znaczaco podniosly wartosc dzialalnosci Dylana w sferze dzwiekowej. dzieki elektronicznej gitarze i sekcji rytmicznej jakos tak naturalnie zrobilo sie wiecej Muzyki w muzyce Boba...

trzeba znac. na tyle, ze pozwalam Wam sciagnac rzecz z netu. bo dvd w polsce chyba nie wydano, a w dodatach mamy tylko nudny w ch** monolog rezysera. sluchajcie Dylana i badzcie dla siebie dobziiiiiii.


najlepszy moment: LIKE A ROLLING STONE

ocena: 8/10

18:54, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 września 2009

rok wydania: 1985

wydawca: Elektra

 

jakos tak mi sie czasem zdarza labelowac Air jako "piosenki The Doors grane przez Jean Michel Jarre'a". dlatego czas wreszcie pomowic o tej rock-legendzie, ktorej nigdy na tym blogu nie goscilismy.

coz, skladankowa forma omawianego wydawnictwa znow prowokuje do refleksji bardziej ogolnikowych, dotyczacych zespolu jako takiego. ale co wlasciwie mozna madrego napisac o The Doors? na pewno nie cenie ich tak jak The Beatles czy Pink Floyd. ba, wrecz wydaje mi sie, ze poza debiutanckim albumem wiodlo im sie o wiele lepiej na singlach niz albumach. niemniej i tak nie sposob nie wrzucic ich do szufladki z napisem "bossostwo muzyczne".

wezmy chociaz sam instrumentalny aspekt. niesamowite, ile w zespole, uznawanym przez spora czesc ludnosci za archetypiczny dla muzyki rockowej, jest jazzu. przede wszystkim w grze Johna Densmore'a. zadne tam pieprzniecie Bonhama, co nie znaczy, ze koles piescil uszy gra miotelkami. czy taki Robby Krieger - niby palesaja sie tu i owdzie solowki, przy ktorych moga doznawac rockowi entuzjasci, ale jednak fakt, ze koles po rozpadzie The Doors paral sie przez chwile jazzem przypadkiem nie jest. no i dochodzi ta odpowiedzialnosc w zwiazku z byciem jedynym wioslowym w zespole. no wlasnie - brak basu. ciekawie, co nie? okej, niby czasem sie panowie wspomagali muzykami sesyjnymi w tej kwestii, ale na koncertach za dolne rejestry byl odpowiedzialny juz tylko Ray Manzarek. i tu juz watpliwosci nie ma - absolutnie jeden z najgenialniejszych klawiszy w muzyce rozrywkowej. kiedy slyszysz obecnie w muzyce gitarowej (choc tez niekoniecznie - vide casus Air) majestatyczne, czesto przepelnione melancholia plumkanie, to nie ma opcji, by nie skojarzyc z gra Manzarka (to co robi w "Riders On The Storm" to WZOR). no i Jim Morrison. Krol Jaszczur. bezkompromisowy poeta. koles, ktory zrobil TO z Nico i TAMTO z Janis Joplin. ulubieniec studentek humanistyki. prekursor rockowego frontmantswa, jesli mozna tak rzecz ujac. wczesniej zespoly to byly zespoly, gdzie moze jedni czlonkowie bardziej sie wyrozniali od pozostalych, ale wciaz mozna bylo mowic o grze zespolowej. a w tym przypadku mamy Jima Morrisona i The Doors. ale o tym wiedza wszyscy, ktorzy choc pobieznie zapoznali sie z historia The Doors. warte podkreslenia jest tez to, ze poza twarza byl tez tak na dobra sprawe mozgiem zespolu. niby podpisywali sie pod numerami wspolnie. ale tajemnica poliszynela jest, ze wiekszosc numerow na najslabszym "Soft Parade" popelnil Krieger, w zwiazku z kryzysem tworczym pana Mojo Risin'.

jeszcze mniejszy pomysl mam na to, co mozna napisac o tych 19 piosenkach tu zebranych. przeciez to elementarz muzyki, klasyka. podejdziemy wiec do tematu inaczej. oto bardzo subiektywny wybor pieciu, moim zdaniem najlepszych piosenek The Doors. albo nie - po prostu mych ulubionych.

1. "Break On Through" - jeden z najlepszych albumowych openerow ever. "Smells Like Teen Spirit" lat 60tych. czyli wjazd na impreze (moze byc Flower Power na Kazamatach), "entertain us!", potrzeba tylko dwoch i pol minuty by rozpedzic totalna orgie po katach. CZAD. i wprawdzie jestem wrogiem ingerencji w cos, co juz jest perfekcyjne, ale rzeczywiscie temu numerowi dobrze zrobilby jakis porzadny remaster.

2. "Alabama Song" - cover niby, ale poza tym, ze go uwielbiam, to dobrze obrazuje, jak szerokie byli inspiracje tych panow. sklonnosc do teatru w zachowaniu scenicznym Jima to jedno. ale sama muzyka byla przesiaknieta melodiami i zagrywkami rodem ze sciezki dzwiekowej kabaretu czy cyrkowych popisow. jestem zakochany w tym rytmie na dwa. no i "mentalnie" to jakby sequel "Break On Through". czyli przenosimy sie do Whisky Baru. tylko wskazcie nam droge.

3. "Five To One" - Najlepszy Podklad Hiphopowy Ever. wiedzial o tym buc Kanye West, dzieki czemu Nas nie mial najmniejszych szans wygrac beefu z Jay-Z, ktoremu nasz zdolniacha w specyficznych okularach ow podklad (okej, niby to po prostu sampel, ale jednak) dostarczyl.

4. "Hello, I Love You" - gdybym byl smielszy i wokalnie zdolniejszy, to refren by mi sluzyl za podstawowa bajerke imprezowa. choc bez towarzystwa TYCH klawiszy chyba by takiego wrazenia nie robilo.

5. "Riders On The Storm" - z tym wyborem mialem dylemat. jakis dlugograj musial tu sie znalezc, a "The End" i "When The Music's Over" to powazna konkurencja. ale padlo na TE klawisze, na TE odglosy burzy i TEN klimat. btw - wykorzystanie "The End" w "Czasie Apokalipsy" to klasyka, wiadomo. ale pamietacie poczatek moim zdaniem calkiem niezlego filmu Oliviera Stone'a o The Doors?

nie bede ukrywal - nie kazdy numer tu mnie rajcuje w tym samym stopniu. gdyby nie melodia w "Touch Me", to uznalbym ten numer za straszny kicz. nie wiem jakim cudem Morrison nie czul sie glupio spiewajac w towarzystwie takiej sekcji detej. natomiast "The Unknown Soldier", z ta swoja wojenna wstawka rodem z dramatow Rogera Watersa nigdy mnie nie przekonywal. brakuje mi tu tez np "Love Street". niemniej - ocenic trza calosc wysoko. tym bardziej, ze panowie Manzarek i Krieger wciaz bez zenady doja kase na legendzie, wydajac m.in. kolejne best ofy. wyroznijmy wiec dzis omawiany skladak. w zupelnosci on jeden wystarczy.


najlepszy moment: BREAK ON THROUGH

ocena: 9/10

19:33, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
 Skala

10-"Ideału Potęga"

9,9-9,0-"widzę szczyt, a za szczytem zaszczyt za zaszczytem"

8,9-8,0-"będę brał cię, cię, ehe"

7,9-7,0-"joł joł, joł joł joł joł joł, wielkie joł!"

6,9-6,0-"ch** na to kładę bo i tak damy radę"

5,9-5,0-"będzie dobrze dzieciak, elo, do góry głowa!"

4,9-4,0-"to nie z mafią układy tylko szołbiznes"

3,9-3,0-to nie jest kawałek żeby się podobać"

2,9-2,0-"Boże, czy jeszcze coś gorszego stać się może?"

1,9-1,0-"ile dałbym by zapomnieć cię..."

0,9-0,0-"pozerskie gówna a prawdziwy rap to dwie odmienne k***a sprawy!"