Kategorie: Wszystkie | film | muzyka | pozostałe
RSS
piątek, 26 września 2008

rok wydania: 2006

wydawca: DIY

 

no dobra, wrocmy na chwile do tego, co dzisiaj dzieje sie w muzyce.

grudzien 2006. do Negatywu w ramach trasy koncertowej zawital zespol Ocean. nie bedziemy jednak o nich mowic, tylko o supportujacym ich zespole. tak wyszlo, ze zostalem poproszony o przeprowadzenie wywiadu z panami z warszawskiej kapeli Weed. a konkretnie z basista i wokalista. sympatyczni kolesie, a wokal to juz mi sie wydal juz totalnie przegiety na bani. nie inaczej bylo na scenie. niektorzy mogli chlopaka uznac za wozacego sie buraka. dla mnie typ potwierdzil, ze jest psycholem. ale utalentowanym psycholem. zreszta, reszta zespolu w tym psycholstwie zapodawala mu godny akompaniament. 

o tamtym koncercie mozecie poczytac w archiwum, dzis nadszedl czas, by wreszcie skrobnac cos o plytce. EPka konkretnie. 6 numerow, w tym jeden w dwoch wersjach- normalnej i radiowej. ciekawa inicjatywa, niestety chyba zbedna. bo kto dzis puszcza taka muzyke w radiu? podkresle - niestety. bo to dobry material jest.

cieszy gebe, kiedy mozna wsrod amatorskich zespolow trafic na piosenki, ktore mozna zapamietac. a tak tutaj jest w niemal kazdym przypadku. niemal, bo jednak "Bunny" wydaje sie przegiety aranzacyjnie bez wyraznego pomyslu po kiego grzyba. skoki dynamiki, ostra riffowania obok melodyjek z kreskowek, wokal troszke jak jello biafra... zaraz zaraz, mowimy o Weed czy o System Of A Down?

no sami chyba przyznaja, ze bardzo lubia System Of A Down. w tym momencie jedni zarzuca ze xeroboje a drudzy ze numetal. a moze powiedzmy tak - warszawiaki maja bardzo podobny sposob myslenia o muzyce co ormianie.

z drugiej strony - nie przesadzajmy, tak dramatycznie numetalowo nie jest. czesciej brzmi to jak zwyczajny rock, zwlaszcza w spokojniejszych fragmentach. poza tym, jak juz powtarzam do znudzenia, to wszytsko niewazne jest, ze numetal, ze chujetal, ze mietall, ze stylistyka znaczy sie. badzmy ponad to. docenmy, ze zespol, a zwlaszcza wokalista, ma zajebisty zmysl melodyczny. "Chmury", ktore wlasnie maja ow dwie wersje, mogloby spokojnie blysnac w MTV2 czy Antyradiu. jesli mielibysmy sie bawic w porownania do SOAD, to to jest ichniejsze "Toxicity". a "Paranoje" spokojnie mogloby zawladnac parkietem kazdej tzw rockoteki w tym kraju. na podobnej zasadzie co "Sugar". tylko ze w tym przypakdu nie ma dramatycznych tekstow o zagladzie Armenii. wlasnie,nie abym byl przesadnym patriota, ale to jednak zawsze u mnie wzbudza szacun, ze komus nie tylko chce sie bawic w polskie teksty, ale przede wszystkim - ze bawi sie w to calkiem udanie.

dzieki takim zespolom jestem w stanie uwierzyc, ze w tym kraju mozna uprawiac rockmetalowe granie na poziomie. dobra odtrutka na pseudoindie szalenstwo w tym kraju. ryzykowna ocena, ale raz sie zyje.

 

najlepszy moment: PARANOJE

ocena: 7/10

17:42, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 września 2008

rok wydania: 1981

wydawca: Atlantic

 

wczoraj bylo o Piotrku Gabrielu, dzis bedzie o jego koledze z zespolu, ktory wczesniej tylko bebnil. ale jak Piotrek odszedl z Genesis, to Phil zaczal nie tylko bebnic ale i spiewac. dla niektorych w tym momencie sie Genesis skonczyl, ale dla mas sie dopiero zaczal. a Philek uznal ze jest tak zajebistym kolesiem, ze zaczal kariere solowa, z Genesis nie odchodzac. teraz to juz w ogole masy zaszalaly i koles sprzedal miliony plyt. niestety, sukces komercyjny nie szedl w parze z artystycznym. no bo sorry, czlowiek nagrywajacy soundtracki dla Disneya (i nie typu "Krol Lew", tylko jakiespopluczyny "Moj Brat NIedzwiedz" czy cos) nie moze byc traktowany serio. jednak pierwsza plyta, o ktorej dzis bedzie mowa, takiej tragedii nie zapowiadala.

wlasciwie to najlpeije by bylo, gdyby ten album konczyl sie na pierwszym numerze. "In The Air Tonight". jeden z najwiekszych hitow i tak na dobra sprawe najkonkretniejsza propozycja artystyczna tego pana. niepokojacy, ambientowy podklad, jakies gitarowe zgrzyty i inne dziwne dzwieki. pelen zlosci tekst, zupelnie nie w stylu tego kolesia. i nagle, w pewnym momencie TO wejscie perkusji. wyczytalem gdzies, ze w jakims rankingu ta perkusja zostala uznana za najbardziej cool moment w historii muzyki. i naprawde, wcale mnie to nie dziwi. jesli riff do "Money For Nothing" jest najzajebistsza rzecza gitarowa w kategorii soft rock, to w dziedzinie perkusji wygrywa moment z "ITAT". powiew geniuszu, powaznie. ale to tylko potwierdza, ze co jak co, ale perkusista to facet jest wybornym.

no ale mamy tu jeszcze 11 numerow. i tu zaczynaja sie schody... bo juz  nastepny w kolejce "This Must Be Love" to Collins jakiego dobrze znamy. balladowy, mdly, o milosci, bez jaja zupelnie. niby w tych jego tekstach przewija sie bol jakis, bo sie chlopak w tym czasie rozwodzil, ale tego w ogole nie slychac w muzyce. zdarzaja sie ciekawe momenty, jak instrumentalny "Droned" ktory jest najlepszym przykadem na to, ze chlopak potrafi tez niezle numer zaaranzowac. "The Roof Is Leaking" urzeka minimalizmem, na ktory skladaja sie wokal, piano i banjo. "I Missed Again" mimo obrzydliwej popowosci w sumie moze sie podobac bardziej wymagajacym sluchaczom. ale... no nie jest to po prostu tak jajcarski pop jak w przypadku Gabriela. czasem efekt jest wyborny, a czasem totalnie nieznosny. na dodatek fragmenty, ktore mogloby cieszyc ucho, rozczarowuja. gitary Erica Claptona w "If Leaving Me Is Easy" w ogole nie slychac. a dwa covery to tez chybione strzaly. o ile po "Behind The Lines" Genesisa sie wiele nie spodziewalem, tak "Tomorrow Never Knows" nie ma nic z uroku oryginalu. a jak pamietacie, nieudolne coverowanie Fab Four uwazam za przestepstwo.

dlaczego wiec tak wysona ocena? bo koles mimo wszystko wydaje sie strasznie sympatyczny i nie chce go ranic. tylko ze to jest plyta, po ktorej jedyna sluszna reakcja powinna byc "dobra Phil, pokazales ze mozesz tez solo plyte nagrac, ze aranzacje, ze wokal masz, ze jeden numer to nawet genialny jest. ale wracaj juz za perkusje, no juz juz". swoja droga, szkoda ze Dave'owi Grohl nikt tak nie powiedzial 10 lat temu.

 

najlepszy moment: IN THE AIR TONIGHT

ocena: 7/10

20:05, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
środa, 24 września 2008

rok wydania: 1986

wydawca: Geffen

 

 no siemano dzieciarnia! co jeeee? poniewaz brak mi pomyslu na inteligentny wstep do tejze notki o panu Gabrielu, to bedzie w starym rejdzmen.blog.pl-stylu o tym co u mnie! ha! a wiec Jakuza z Wielkie Jol jest spoko, koncze prace magisterska i jest wielce realna szansa na obrone za 2 tygi. a dziewczyny z autobusow sa jeszcze bardziej spoko! wiec generalnie chyba jest bardziej do przodu niz do tylu, awww yeah.

 okej, meritum. nie lubie Genesis. jak wspominalem, rock progresywny mnie nudzi.okej, sa gorsi zawodnicy w tej dziedzinie niz ten zespol, ale jednak. natomiast to co mi sie zawsze podobalo w tym zespole to liderzy. i powaznie, zarowno Peter Gabriel, jak i jego nastepca Phil Collins. to co solowo nagrywali to juz inna bajka, ale charyzmy nie mozna im odmowic. dlatego jutro bedzie o lysolu, a dzis o Panu Piotrze.

Pan Piotr w czasach Genesis lubial teatrzyk, malunki na twarzy i bajkowosc. takie dalekie echo syda barretta. nie wiedziec czemu, mam wrazenie ze Budzynski z Armii inspirowal sie Gabrielem. no ale niewazne. wiec pan gabriel odszedl z genesis, zaczal nagrywac solowe plyty. ale jakies takie meczace te plyty byly. co innego "So". tutaj ponoc PG sie sprzedal. i zrobil to w zajebistym stylu.

dzisiaj tego pana kojarzymy z bardzo mocnym flirtem z world music. nie inaczej bylo na wysokosci "So". ale tutaj te swiatowe wplywy potrafil przekuc w cos calkiem niezle przystepnego. POP, wrecz. no bo o ile otwierajacy album "Red Rain" to cos czemu w pierwszej kolejnosci mozna dac late "rock", to juz kapitalny singlowy "sledgehammer" to funk, soul, motown jakis. trabeczki, fleciki, nozeszkurcze no! uwielbiam. swoja droga, nie wiedziec czemu jak bylem mauy to mnie klip do tego numeru bardziej przerazal niz cieszyl oko. no. w rownie dynamicznym stylu utrzymany jest "Big Time", w ktorym kapitalnie pogrywa sobie bass (ponoc brzmienie osiagniete poprzez nawalanie w bass... paleczkami od perki. czyli innowacyjnosc tez jest na tej plycie).

no ale tez jest druga strona popowego medalu. np trzeci na plycie "Don't Give Up". niby goscinnie Kate Bush, wiec powinno byc mega. a jest strasznie mdle, nieznosna pop balladka. ja jestem na nie. na szczescie jest to jedyny przyklad takiej czarnej strony popu na tej plycie.

tak skoro mowa o Kate Bush to trza przyznac, ze calkiem niezla ekipe dobral sobie tutaj Piotrus. produkcja:Daniel Lanois (U2). bass: Tony Levin (King Crimson). perkusja: Manu Katche (Sting), Stewart Copeland (The Police). a wokalnie poza Bush - Jim Kerr (Simple Minds), Laurie Anderson czy Youssou N'Dour w "In Your Eyes", do ktorego chyba najlepiej pasuje termin "afro-pop". brzmi tak slodko i afrykansko.

warto miec generalnie to wydawnictwo na polce.

 

najlepszy moment: SLEDGEHAMMER

ocena: 8/10

22:19, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 września 2008

rok wydania: 1978

wydawca: Dreyfus

 

nudzi mnie nowa muzyka. co wiecej, jesli mam posluchac starej nudnej muzyki i nowej nudnej muzyki, to wybieram ta pierwsza. wiec dzis bedzie o francuskim nudziarzu.

ustalmy kilka faktow dotyczacych pana Żara: 1. koles ewidentnie ma swoj styl 2. koles lubi duze koncerty a duze koncerty lubia jego (ja tam zdecydowanie nie zaluje, ze poszedlem 3 lata temu na Stocznie) 3. w jakis sposob jego muzyka byla nowatorska 4. facet nie nagral od lat godnej uwagi plyty. niektorzy twierdza ze od 20, inni ze nigdy wlasciwie nie nagral dobrej plyty. a skoro prawda lezy w srodeczku, to z rozkladu t-studenta wychodzi nam, ze ostatnia dobra plyta to "Equinoxe" z '78. bingo!

pewnie niektorzy pukna sie w czolo i rzekna "jarre to Oxygene, przeciez!". nie zaprzeczam. ale nie badzmy tacy oczywisci. siegnijmy po nastepna w kolejnosci jego plyte. 8czesciowa suita, stanowiaca soundtrack do dnia, ukazujaca symbioze w jakiej zyje czlowiek i natura, blablablabla. a w praktyce - fajna muzyka do czilautu, gdzie przewaznie jest spokojnie, choc na wysokosci 4 czesci wkracza rytm i umc umc umc, dzieki czemu zwichrowani psychicznie klubowicze mieli do czego tupnac nozka. czy tam New Age'owcy, jak oni tam sie zwa.

no ale nie bede jednak oszukiwal Was i siebie przede wszystkim - Jarre to taki elektroniczny Dream Theater. no fajnie ze kunszt muzyczny, ze wiele sie dzieje. ze ma te wszystkie instrumenty ktorych nazw nie sposob spamietac. na tej plycie czasem bywaja momenty,  ze naprawde potrafia sluchacza otumanic. no ale czy porwac, tak po prostu, tak za serduszko? niezbyt.

troche zawyzona ocena, ale tak se pomyslalem "no niech chlopak ma. w koncu jakos sie zapisal w historii muzyki, a dla niektorych to mogl nawet stanowic inspiracje". byc moze gdyby nie jarre to nie byloby daft punka czy air, wiec niech juz za to nalezy mu sie uznanie. ba, nie mam nic przeciwko, by wybrac sie na kolejny duzy koncert (ej, za rok mija 200 lat od Bitwy Pod Raszynem, jest okazja!) ale naprawde, posiadanie wiecej niz jednej plyty tego pana byloby przegieciem. wiec ja rekomenduje "Equinoxe".

 

najlepszy moment: EQUINOXE PART 4

ocena: 7,5/10

17:58, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 września 2008

rok: 2003

 

lubie filmy dokumentalne. wole fakty niz fikcje. oczywiscie nie obejrze dokumentu o przemysle drzewnym w rosji, poniewaz zwyczajnie I don't give a fuck about that topic. ale np dokumenty o zyciu muzykow - jak najbardziej. oczywiscie nie kazdy artysta ma ciekawe zycie i warto o nim krecic film. ale akurat o johnie lennonie da sie cos opowiedziec.

ba, da sie nawet duzo opowiedziec. na tyle, ze 50 minut filmu to chyba dosyc pobiezne potraktowanie tematu. ogladamy obrazki z dziecinstwa i ani sie zorientujemy, juz jest o The Quarry Men, a chwile potem ogladamy juz obrazki beatlemanii. chwila gadki o sierzancie pieprzu, przeskakujemy do lennona i yoko ono spedzajacych miesiac miodowy w lozku, a zaraz potem widzimy rozpacz ludzi po zastrzeleniu lennona przez chapmana. strasznie szybko to zlatuje. i sam nie wiem, czy film ten odkrywa jakies nowe fakty z zycia bitelsa w okularkach. no ale jako wprrowadzenie do tematu moze sie nadac. oczywiscie Apple to ludzie mega wyczuleni na wykorzystywanie piosenek Fab Four, wiec zadnych dzwiekow z ich plyt nie uswiadczymy. zwazywszy na dopisek "Unauthorized" nie dowiemy sie o niczym z samego zrodla. chociaz nie, akurat sa jakies archiwalne wypowiedzi lennona, fragmenty wywiadow. ale jesli chodzi o aktualne wypowiedzi to musimy liczyc tylko na tak wazne persony tej historii jak szofer beatlesow czy koles ktory wynajmowal pokoj z lennonem w hamburgu. no, moglo byc w sumie gorzej. zwlaszcza ze np siostra lennona czy prezes Apple to juz mozna traktowac jako istotne persony.

jakbyscie mieli okazje obejrzec to spoko, czasu nie stracicie. btw pierwsza zona lennona jest pierdyliard razy ladniejsza od yoko ono. no ale spoko. tak sobie pomyslalem tez, ze paul mccartney to calkiem uroczy typ. no, to do jutra.

 

najlepszy moment: brak

ocena: 7/10

19:52, rejczmen , film
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
 Skala

10-"Ideału Potęga"

9,9-9,0-"widzę szczyt, a za szczytem zaszczyt za zaszczytem"

8,9-8,0-"będę brał cię, cię, ehe"

7,9-7,0-"joł joł, joł joł joł joł joł, wielkie joł!"

6,9-6,0-"ch** na to kładę bo i tak damy radę"

5,9-5,0-"będzie dobrze dzieciak, elo, do góry głowa!"

4,9-4,0-"to nie z mafią układy tylko szołbiznes"

3,9-3,0-to nie jest kawałek żeby się podobać"

2,9-2,0-"Boże, czy jeszcze coś gorszego stać się może?"

1,9-1,0-"ile dałbym by zapomnieć cię..."

0,9-0,0-"pozerskie gówna a prawdziwy rap to dwie odmienne k***a sprawy!"