Kategorie: Wszystkie | film | muzyka | pozostałe
RSS
środa, 29 sierpnia 2012

rok wydania: 2012

wydawca: DIY

pobierz album

 

No to kończymy temat Future'a. Najświeższy mixtape, tak jak właściwie się spodziewałem, nie przynosi rewolucyjnych zmian. Choć jest minimalnie lepiej. Ale to kolejna porcja southernrapowego pitu pitu, jakich właściwie wiele i tylko charakterystyczny wokal Future'a pozwala go odróżnić od innych mixtapeów zalegających w necie. Jest tu parę aranżacyjnie ciekawszych tracków, szczególnie te z wykorzystaniem gitar - łkająca w "Deeper Than The Ocean", migająca w "Transform" i przede wszystkim przepyszne bluesujące muśnięcia w najlepszym "Riderze". Czy jednak ta dotychczasowa mixtape'owa dyskografia każe upatrywać w Futurze nowej gwiazdy mainstream rapu? Mam wątpliwości.

 

Aha, byłbym zapomniał! Z racji mojego wyjazdu chciałbym Wam życzyć udanej reszty lata i tym samym widzimy się w połowie września. Nie zapomnijcie zajrzeć tu ponownie, emaaaaaaa.

 

najlepszy moment: RIDER

ocena: 6,5/10

21:10, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 sierpnia 2012

rok wydania: 2011

wydawca: DIY

pobierz album

 

Kolejny mixtape do omówienia, a tu dalej brak weny, trzeba ogarnąć wyjazd i w ogóle. Future dalej klepie to samo, więc tym bardziej się nie chce. Jeden numer sympatyczniejszy ("If You Knew What It Took"), jeden ficzur z Guccim Mane'm i tyle właściwie. Szkoda, bo im dłużej słucham kolesia, tym bardziej jestem przekonany do jego umiejętności - zwłaszcza tego dość nietypowego talentu do rapowania, które jednocześnie ma coś i z rapu i ze śpiewu. Pewnie na legalu, gdzie i podkłady lepsze i autorowi bardziej się chce pewnie to lepiej wygląda. Można by się zainteresować tematem.

 

najlepszy moment: IF YOU KNEW WHAT IT TOOK

ocena: 6/10

22:24, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 sierpnia 2012

rok wydania: 2011

wydawca: 2011

pobierz album

 

Kurczę, nie będę Wam ściemniał. Bardzo miałem ambitny plan, by napisać jakąś kolejną fajną recenzję. Ale od wczoraj łeb mi normalnie urywa z bólu, a dodatkowo myślami to jestem już na urlopie rozpoczynającym się za parę dni. Może gdyby na tym mikstejpie więcej się działo... ale w sumie dzieję się niewiele. Niby godzina muzyki, są bity, coś tam pogrywa w podkładach, bólu nie sprawia, a jednak mało mnie to absorbuje. Poza paroma wyjątkami, ale tym razem naprawdę ich mało - jest to zaledwie "Long Time Coming", ze względu na ekhm balladowy klimat. No i też nie ma co przesadzać ze wzruszeniami. Wkleiłem zresztą link na fejsa i już jest beka ze mnie. Chyba czas naprawdę porzucić to Południe Rapu i zabrać się znów za porządną muzykę.

 

najlepszy moment: LONG TIME COMING

ocena: 6/10

23:15, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »

rok: 2012

reżyseria: Woody Allen

 

Wow, drugi raz w kinie w przeciągu roku. Zostaję kinomanem!

Przyznam że nigdy jakimś specjalnym fanem Allena nie byłem. Oczywiście nie kwestionuję jego talentu, ale wątpię, czy w jakimkolwiek stopniu mój świat był uboższy bez tych dwóch filmów na krzyż z jego repertuaru, które dane mi było obejrzeć. I szczerze mówiąc nigdy nie miałem ciśnienia, by bardziej się rozeznać w temacie. Tym bardziej, że facet trochę tych filmów naprodukował. Zobaczmy - od jakiegoś '71 roku kręci nowe dzieło praktycznie co roku. Każdy film to przynajmniej 1,5h. Co daje nam łącznie około 60godzinny seans. Uh, sorry, zostawiłem czajnik na gazie, na razie.

Zmierzam do tego, że "Zakochanych w Rzymie" obejrzałem bez jakichkolwiek oczekiwań i obciążeń. Jedyny cel - odpiąć się w trochę bardziej wysublimowany sposób. I się udało w stu procentach właściwie.

Nie będę ukrywał, że Allen kupił mnie już samą konstrukcją fabuły. Zawsze miałem słabość do filmów z kilkoma, niezależnymi od siebie (przynajmniej przez większą ich część) wątkami. Z tego też powodu nawet "Sezon na leszcza" Bogusia Lindy wspominam z sympatią jako prawdopodobnie jedyna osoba w tym kraju. I w "Zakochanych" też mamy kilka wątków, które przede wszystkim splata to, że rozgrywają się w stolicy Włoch. Jest wątek Jerry'ego (w tej roli sam Allen), niespełnionego reżysera operowego (hmmm...), który przybywa z żoną do Rzymu z zamiarem poznania wybranka serca jego córki, by koniec końców odkryć wybitny talent wokalny u rodzica ów wybranka, na co dzień parającego się prowadzeniem zakładu pogrzebowego. Jest wątek Leopoldo (Roberto Benigni), totalnie zwyczajnego pracownika biurowego, który z zupełnie niezrozumiałych dla siebie powodów staje się nagle celebrytą. Trzeci wątek to historia świeżo poślubionej pary, która przyjeżdża do Rzymu z małego miasteczka. Pan młody o imieniu Antonio ma tam spotkać się z krewnymi, którzy są w stanie załatwić mu intratną fuchę. Żona wychodzi tylko na chwilę by poprawić u fryzjera włosy, przy czym chwila ta wydłuża się do całkiem pokaźnych rozmiarów, zaś w międzyczasie do drzwi Antonia puka sama Penelope Cruz, co skutkuje całym łańcuchem zbiegów okoliczności. No i ostatni wątek, chyba najciekawszy. Czyli historia podstarzałego architekta Johna (świetny Alec Baldwin) i jego relacji ze spotkanym przypadkiem studentem Jackiem, miotającego się w uczuciach między swą długoletnią dziewczyną i jej artystycznie przegiętą na umyśle przyjaciółką.

Cztery wątki, które aż do samego końca pozostają niezależne od siebie, a jednak mają więcej wspólnego niż może się wydawać. Przede wszystkim - to Allen razy cztery. Allen, którego doskonale znamy z wcześniejszych jego filmów. Neurotyczny, sarkastyczny, lekko sfrustrowany, gamoniowaty. Owszem, nie są to kalki jeden na jeden - u Jerry'ego przeważają inne cechy niż u Antonio, a jeszcze inne u Jacka. Ale wszystkie te postaci sprawiają wrażenie wyjętych z tej samej linii produkcyjnej, co umacniane jest też przez całkiem zbliżoną fizjonomię i ubiór. Jak najbardziej dotyczy to też Leopolda, choć Benigni kreuje tą postać totalnie w swoim stylu. Jeśliby pójść dalej w interpretacji, to można dostrzec w samych tych historiach wtręty autobiograficzne nie tylko na płaszczyźnie charakterystyki ich głównych bohaterów, ale także ich perypetii. Czy Allen nie czuł się ze swą sławą równie nieswojo co Leopold? Czy jego wkraczanie do świata rozrywki  nie przypominało konfrontacji Antoniowej prostolinijności z Wiecznym Miastem? Czy jego zawirowania w życiu osobistym miały coś z tego, co przeżywa Jack? I czy wreszcie Jerry, utyskujący na fakt, że czując twórczą potencję wszyscy wysyłają go na emeryturę nie jest jakimś apelem samego reżysera "Zakochanych"?

No dobra, ale niby to miała być komedia romantyczna. Więc gdzie ta miłość? Niby jest, niby wielu z bohaterów przeżywa stany romantycznego uniesienia. Ale wydaje się, że znacznie częściej miłość kierowana jest tutaj do własnej osoby, zamiast dawania jest tu brania, dominuje potrzeba atencji. U Jerry'ego, u Milly - żony Antoniego, u Moniki, obiektu westchnień Jacka. Także Leopold, chociaż przed nią się broni, w końcu też jej ulega. Choć równie dobrze można by tu wspomnieć o zjawisku zwanym sławą i jego różnym wpływie na ludzi. Przeważnie złym, chociaż są tu wyjątki jak teść córki Jerry'ego, który woli jednak wciąż śpiewać pod prysznicem.

Czyli co? Czyli jednak inteligentna rozrywka. Wątki, szczególnie ten z Jackiem/Johnem, dopuszczają wiele możliwości interpretacji. Rozrywki też sporo, choć przybiera ona dość różne postacie. Wątek z Benignim to one-man show znane choćby z "Życie jest piękne", podczas gdy wątek Antoniego to czystej krwi komedia przypadku (chociaż tu Penelope też daje show, tyle że aktorskie). W tym kontekście najlepiej jednak wypada wątek z samym Allenem. Niektóre dialogi to czysty majstersztyk. Ale bez rozdzielania - film wypada kapitalnie jako całość. Nawet jeśli za rok prawdopodobnie nie będę o nim pamiętał. 

 

najlepszy moment: aktorka grająca Milly (z całym szacunkiem dla Penelope i jej... hmmm... no wiecie)

ocena: 8/10

01:26, rejczmen , film
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 sierpnia 2012

rok wydania: 2011

wydawca: DIY

pobierz album

 

No i znów Future.

Przyznam szczerze, że najciekawsza w tym drugim mikstejpie Future'a jest jego nazwa. Słyszeliście o "brudnym Sprajcie"? Poszukajcie w google'ach, ciekawa sprawa. Aż dziw, że producent tego bądź co bądź smacznego zacnego napoju jeszcze nie uaktywnił swoich prawników.

No, a jeśli chodzi o muzykę - znów jest dosyć podobnie jak na poprzednim mixie. Czyli przyzwoity początek z utworem tytułowym na czele, opartym na dość obłąkanym pianinku. Fajnie wypada delikatna partia gitary elektrycznej w "balladowym" "Never Been This High". No i najlepszy tu, rozśpiewany "4 my people". 

No, i tyle właściwie dobrego...

 

najlepszy moment: 4 MY PEOPLE

ocena: 6/10

15:49, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4
 Skala

10-"Ideału Potęga"

9,9-9,0-"widzę szczyt, a za szczytem zaszczyt za zaszczytem"

8,9-8,0-"będę brał cię, cię, ehe"

7,9-7,0-"joł joł, joł joł joł joł joł, wielkie joł!"

6,9-6,0-"ch** na to kładę bo i tak damy radę"

5,9-5,0-"będzie dobrze dzieciak, elo, do góry głowa!"

4,9-4,0-"to nie z mafią układy tylko szołbiznes"

3,9-3,0-to nie jest kawałek żeby się podobać"

2,9-2,0-"Boże, czy jeszcze coś gorszego stać się może?"

1,9-1,0-"ile dałbym by zapomnieć cię..."

0,9-0,0-"pozerskie gówna a prawdziwy rap to dwie odmienne k***a sprawy!"