Kategorie: Wszystkie | film | muzyka | pozostałe
RSS
wtorek, 31 sierpnia 2010

rok wydania: 2008

wydawca: DIY

album do pobrania stad

 

The Charlatans are soooooooo fuckin' great band, ya know?

dziekowac Najwyzszemu, ze w swiecie Darmowej Muzyki pojawila sie rowniez taka klasyczna kapela jak The Charlatans. i to jeszcze z tak kapitalnym albumem.

inna sprawa, ze z ta "darmowoscia" dziesiatej plyty angoli nie jest taka prosta sprawa. otoz w marcu 2008 roku zespol umiescil swoj nowy album na stronie internetowej radia XFM (i jak widac na powyzszym linku - dalej on tam wisi), by juz 2 miesiace pozniej wydac go oficjalnie poprzez Cooking Vinyl.

i wprawdzie nie dosc ze sam mam ten krazek w empetrojkowej formie i na dodatek linkuje tu ten album, to naprawde jest to wydawnictwo zaslugujace na wysuplanie paru zlotych z kieszeni. mimo iz wciaz ludzie kojarza ich jako tych "za bardzo zapatrzonych w Stone Roses", panowie Burgess i spolka wydaja raz po raz solidne albumy, majac juz ich na koncie prawie 5 razy wiecej niz ich mentorzy. i po raz kolejny, nie zaskakujac absolutnie niczym, dostarczyli 10 piosenek, z ktorych wlasciwie prawie kazda ma szanse byc kandydatem na solidnego repeata w winampie, a moze i nawet zakochania sie na zaboj. bo ja uwielbiam takie granie - klasyczne brytolskie piosenkopisarstwo poprockowe ze szkieletem w postaci oblednej, hedonizmogennej pulsacji. jesli nie toruja sobie drogi na parkiety najlepszych indie-potancowek ("Bad Days"!), to wpadaja w mantrowy ton ("My Name Is Despair") badz zabieraja na sentymentalne wycieczki ("This Is The End"). tylko tyle, ale rzadko kiedy jednoczesnie az tyle.

nie aby "You Cross My Path" stanowil az tak wybitny przyklad, ale jednak i tu nasuwa sie wniosek, ze jesli ktos ma watpliwosci, ze to Brytyjczycy rzadza od pol wieku w muzyce rozrywkowej, to kurcze.... to ma spory problem.


najlepszy moment: MIS-TAKES

ocena: 8/10

23:51, rejczmen
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 30 sierpnia 2010

rok wydania: 2007

wydawca: Williams Street

album do pobrania stad

 

dalej gramy indi srindi.

przyznam ze nie za duzo mowi mi nazwa Adult Swim. i szczerze mowiac niespecjalnie chce mi sie wnikac ponad to, ze jest to chyba jakis kanal telewizyjny amerykanski. nas interesuje jeden aspekt ich dzialalnosci - czyli wydawanie skladanek w kolaboracji z netlabelami, przewaznie darmowych. "Warm & Stratchy" to jedna z nich.

trzeba przyznac, ze jak na darmowy projekt to calkiem niezle  i tez wcale nie takie undergroundowe nazwy sie tu zebraly. z tego tez powodu wnikac za bardzo w te 14 utworow nie ma sensu - przypuszczam ze kazdy muzyczny geek ma rowniez ten zbior w swojej kolekcji, jak zreszta wszystko co opatulone latka "indie". a co z niezrzeszonymi? tez moga sie zalapac, a moze dzieki i tej skladance nawiazac flirt z subkultura blogowania, pitchforkowania, RYMowania i Porcysowania.

z malymi zastrzezeniami: nie zwracajcie uwagi na utwory dwoch kapel, na ktore przy okazji tej plyty najbardziej liczylem i chyba tez najbardziej sie zawiodlem. mowa o TV On The Radio i The Rapture. ci pierwsi w otwierajacym calosc "Me-I" osiagaja taki stopien What-the-fuck?'owatosci, ze nie do konca jednak jestem w stanie go ogarnac (pierwsze, niemal klasyczne skojarzenie - "Bugs" PJ). ich ziomble ze stanu Nowy York - The Rapture - tez mieli w repertuarze lepsze kawalki niz "Crimson Red", choc milo sie tu slucha nieodzalowanego Matta Safera.

z reszta trackow wszystko w porzadku. Fennesz w "Winter" tworzy konstrukcje dzwiekowa nie ogarnialna dla zwyklych smiertelnikow, The Raveonettes w "Dead Sound" po raz kolejny probuja udowodnic (z niezlym skutkiem), ze na podklady wziete od Velvet Underground i Jesus And Mary Chain mozna nalozyc ultrapopowe wokale, a "The Bunting Song", nawet w akustycznej wersji nie zaciera wrazenia, ze projekt The Good The Bad And The Queen lokowal sie ponizej poziomu, do jakiego nas przyzwyczail Damon Albarn (rowniez uwzgledniajac Gorillaz). choc osobiscie ja upatruje faworytow tej skladanki gdzie indziej. przede wszystkim w podkreconym elektronicznie remixie "Silver (Original Beats)" Jesu, kawalku takim ze O JEZU (haha, powinienem copywriterem zostac). a takze innych, bardziej halasliwych niz uspokajajacych zalogach: Les Savy Fav ("The Equestrian" - ale zwrotki!), Amusement Parks Of Fire oraz Asobi Seksu. ogolnie to koncowka tej kolekcji rzadzi, bo Liarsi w "Sunset Rodeo" tez poziomu nie obnizaja.

korzystajcie i ssijcie.


najlepszy moment: JESU - SILVER (ORIGINAL BEATS)

ocena: 7,5/10

22:28, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 29 sierpnia 2010

rok wydania: 2008

wydawca: DIY

album do pobrania stad

 

dzis o klasycznym zespole, choc o malo klasycznym albumie.

bo z tego co zauwazylem to niespecjalnie byl naglosniony fakt, ze nowojorczycy z Mercury Rev z okazji premiery ostatniego swego albumu - "Snowflake Midnight" - udostepnili jednoczesnie po pobrania z ich website'u za free drugi album. blad, bo to kawal kapitalnej muzyki.

glowna cecha tego albumu jest to, ze jest on w pelni instrumentalny. nie smiem uzyc slowa "zaleta", bo moglbym przez to zarobic kiedys kose w brzuch od zwolenniczakow Jonathana Donahue, ale fakt jest taki, ze jest to dosc intrygujacy aspekt calosci. przez taka forme jeszcze blizej im do soundtrackowosci, ktora i tak intensywnie bila z poprzednich materialow. soundtrackowosc ta bynajmniej nie ma nic wspolnego z hollywoodzkim tapeciarstwem, choc akurat to wydaje sie byc rzecza oczywista - sciezki dzwiekowe tworzone przez wykonawcow bardzo szeroko pojetej muzyki rozrywkowej maja to do siebie, ze zupelnie obce sa im "reguly soundtrackowej gry".

inna sprawa, ze "Strange Attractor" formalnie zadnym soundtrackiem nie jest, wiec brak tu tez jakichkolwiek tematow, motywow przewodnich. a jednak trudno opedzic sie od obrazow w glowie przy odsluchu tego materialu. trudno nie miec obrazow, trudno nie odplynac, trudno sie nie zakochac. a juz calkowicie niemozliwe, a moze nawet bezsensowne wydaje sie rozkladanie tego materialu na czynniki pierwsze. choc niektorzy przebakuja cos o tym, ze coraz wiecej elektroniki u Mercury Rev, co juz slyszalne bylo na "Snowflake Midgnight". ale czy to wazne? mowimy o zespole, ktory tak jak ich ziomki z Flaming Lips graja w swojej wlasnej kategorii gatunkowej, wiec nawet gdyby nagrali plyte przepelniona perkusyjnymi blastami trudno byloby mowic o zaskoczeniu - w przypadku MR zaskoczenie jest niejako wpisane w istote tego zespolu, w fundament percepcji ich muzyki. na tej plycie akurat blastow nie ma, wrecz wyzbyta jest ona w calosci z rytmiki. i dobrze, niepotrzebnie sprowadzaloby to na ziemie (chociaz w "Love Is Pure" jest taki fragment z takim pieprznieciem, ze az milo lechce w rockizmowe sentymenty).

nie sciemniam ze jestem jakims ekspertem od Mercury Rev, ciezko oceniac mi ten album w kontekscie calej dyskografii. ale na tyle ile znam ten zespol wiem jedno - kolejny raz udalo im sie nie zejsc ponizej pewnego poziomu. switenego poziomu.


najlepszy moment: NOCTURNE FOR NORWOOD

ocena: 8/10

19:54, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
sobota, 28 sierpnia 2010

rok wydania: 2007

wydawca: DIY

album do pobrania stad

 

okej, czas wrocic do normalniejszej ciut muzyki.

The Crimea, w zwiazku z tym, iz na skutek slabej sprzedazy debiutu zostali wyrugani z wytworni, drugi (i jak na razie ostatni) krazek udostepnili za darmo w necie. jak sami sie chwala, wpadli na taki pomysl jeszcze w czasach, gdy Thom Yorke nawet nie wiedzial co to mp3, ale i tak swiata ponownie nie zawojowali.

mozna zrozumiec czemu. to na wskros brytolskie granie, ktore dekade wczesniej plynelo z britpopem na fali popularnosci, choc nie tak zuchwale jak czolowi przedstawiciele gatunku pokroju Oasis, Suede czy Blur (no niech bedzie, ze tych ostatnich tez zaliczymy do BP). blizej Crimea ma do Ash, Supergrass czy Feedera, czyli kapel ultrapopularnych, ale tylko na lokalnym rynku i zupelnie niezrozumialych poza jego granicami. to, plus fakt, ze w roku 2007 przecietny sluchacz amerykanskich z nowych brytyjskich kapel kuma tylko Coldplay'a sprawil, ze "Secrets..." sam skazal sie niejako na komercyjny niebyt.

no i dochodzi trzeci aspekt, byc moze najwazniejszy. brakuje troche Crimea (Crimerze?) piosenek nawet nie tyle takich, przez ktore radiowcy padliby na kolana, ale tez takich, ktore zostawalyby w glowie na dluzej, nie mowiac juz o sercu. jeden "Loop A Loop", ktorego potencjal dostrzegli tworcy reklam (i troche on tez taki reklamowkowo glupkowaty) to ciut za malo. nie mowiac juz o tym, ze na aranzacjach tez trudno ucho zawiesic, wszystko utrzymane w raczej podobnym klimacie (choc dla niektorych nazywa sie to zapewne spojnoscia). jakby tego bylo malo, szumnie zapowiadany goscinny udzial Reginy Spektor spelzl na niczym - jej wokale usunieto z finalnej wersji albumu (choc czy to nie ona spiewa w "Requiem Aeternam"?).

moze troche przesadzam. slucha sie tego naprawde sympatycznie, slychac ze panowie grac potrafia i maja pomysl na siebie. ale brak bardziej wyrazistych melodii w takim graniu jest cztery razy bardziej widoczny niz w przypadku innych gatunkow.


najlepszy moment: LOOP A LOOP

ocena: 7/10

 

 

19:16, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 sierpnia 2010

rok wydania: 2009

wydawca: DIY

album do pobrania stad

 

dzis bedzie o piosenkach... o kompozycjach wrecz, wieloczesciowych, multimotywowych, klimatycznie zroznicowanych...

czyli progresywny rock. na szczescie ow progresywny rock w wykonaniu powracajacego po latach niebytu, raczej nieznanego u nas Maudlin Of The Well, blizszy jest The Mars Volcie niz Dream Theater. i cale szczescie. malo co mnie tak meczy jak pink-floyd-wannabies zainspirowani Iron Maidenemu, zwlaszcza na polskiej ziemi, ostatnio wyrastajacych jak grzyby po deszcz. wprawdzie MOTW wyrasta z korzeni metalowych, jednak na czwartym ich albumie zupelnie tego nie slychac.

co wiec slychac? mnostwo smyczkow, spelniajacych rownie wazna role w tych pieciu utworach co gitary. chociaz... o wyzszym poziomie wtajemniczenia zespolu, a przede wszystkim jej masterminda Toby Drivera swiadczy to, ze naprawde aranzacyjnie poczynia sobie z taka swoboda, ze trudno tu nawet mowic o szeroko pojetym rocku. o smykach wspominalismy, sporo tu jednakze dzwiekow, ktorych raczej zaden instrument nie jest w stanie wygrac. i nie mowie tu o jakichs banalnych odglosach deszczu czy natchnionego pierdzenia, a brzmienia, ktorych nie powstydziliby sie najwieksi awangardowcy pokroju Johna Zorna (ktorego zreszta Driver jest ziomem).

i wszystko fajnie, gdyby dalo sie znalezc w tym jakis punkt zaczepenia w postaci chocby skrawka melodii. niestety zespol nawet nie udaje, ze mu na takowych zalezy. dlatego jednak ja ciut odpadam, bo forma nie przekonuje mnie na tyle, by rozkoszowac sie nia z wieksza regularnoscia. chociaz na pewno w przyszlosci sie spotkamy. cos w ttch dzwiekach jednak jest.


najlepszy moment: LABORATORIES OF THE INVISIBLE WORLD (ROLLERSKATING THE COSMIC PAMISTRIC POSTBORDER)

ocena: 7/10

19:40, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
 Skala

10-"Ideału Potęga"

9,9-9,0-"widzę szczyt, a za szczytem zaszczyt za zaszczytem"

8,9-8,0-"będę brał cię, cię, ehe"

7,9-7,0-"joł joł, joł joł joł joł joł, wielkie joł!"

6,9-6,0-"ch** na to kładę bo i tak damy radę"

5,9-5,0-"będzie dobrze dzieciak, elo, do góry głowa!"

4,9-4,0-"to nie z mafią układy tylko szołbiznes"

3,9-3,0-to nie jest kawałek żeby się podobać"

2,9-2,0-"Boże, czy jeszcze coś gorszego stać się może?"

1,9-1,0-"ile dałbym by zapomnieć cię..."

0,9-0,0-"pozerskie gówna a prawdziwy rap to dwie odmienne k***a sprawy!"