Kategorie: Wszystkie | film | muzyka | pozostałe
RSS
poniedziałek, 31 sierpnia 2009

rok wydania: 2008

wydawca: Printel

 

zanim przejdziemy do meritum: rip DJ AM. warto odnotowac, mysle.

a teraz meritum. i jednoczesnie rzecz niebywala. bo po raz pierwszy od dluuugiego czasu nie bedzie ani o muzyce ani o meczu polskiej reprezentacji (btw: WASILEWSKI, DAJ RADE!!!!!).

w temacie kabaretow mam raczej sprecyzowane zdanie: generalnie nie lubie. nie to, zebym uwazal ze to slabe (chociaz czesto jest slabo), ze niegodne, ze pospolite itp itd. po prostu nie rusza mnie ten typ humoru. tym bardziej, jak jest to ujete w formie skeczu. sa wyjatki oczywiscie. pierwsze co przychodzi na mysl to oczywiscie Monty Python. tyle ze to byla na tyle genialna idea, ze nazwanie ich kabaretem byloby obraza. podobnie jak Hicksa czy Kaufmana. swoja droga, idea stand-up comedy nie jest taka zla, tylko w polsce leszcze pokroju kryszaka musieli zrobic z tego zenade. no ale wlasnie, skoro jestesmy na gruncie lokalnym - tutaj tez da sie znalezc wyjatki, ktore jednak jak najbardziej mozna nazwac kabaretami. Grzegorz Halama - to jesi chodzi o solistow. absolutny krol. po drugie - Mumio (choc troche zatracili sie w tych reklamowkach dla Plusa, niestety). no i moi absolutni faworyci - nieodzalowany Potem. i mialem nadzieje obczajajac dzis omawiane wydawnictwo, ze do tych nazw bede mogl dopisac tez Hrabi. w koncu polowa tej ekipy to byli Potem'owcy. niestety, przeliczylem sie. srogo.

zacznijmy od tego, ze idea calosci jest swietna. malo oryginalna, oczywiscie, ale juz same pomysly na skecze - strzaly w dziesiatke. i tym wiekszy zal, bo mozna powiedziec, ze temat zmarnowano koncertowo, doslownie i w przenosni.

co chwila, a takze po obejrzeniu calosci z parokrotnie zdwojona sila, uderza na mysl wniosek, jakim geniuszem kabaretu byl Wladyslaw Sikora. czyli czlowiek, ktory w glownej mierze odpowiadal za scenariusze w Potemie. a jednoczesnie najmniej kojarzony czlonek z ow kabaretu, ktorego charyzma sceniczna nijak nie rownala sie z tym, co prezentowal Leszek Jenek, Darek Kamol czy przede wszystkim Asia Kolaczkowska. i ogladajac popistych dwoch ostatnich w Hrabi teoretycznie wszystko sie zgadza. czyli juz przez samo ich obserwowanie czlowiek lezy i kwiczy ze smiechu. i po wszystkim chcialby, by przy gestach i mimice zostali.

i jednoczesnie czlowieka bardziej zorientowanego dziw bierze. bo przeciez, z tego co wiesc gminna niesie, to ow dwojka miala tez wplyw na scenariusze w Potemie. byc moze okazali sie najpojetniejszymi uczniami Sikory, w najlepszym stopniu kumajacymi flow Sikory. i owszem, bywaja i w Hrabim przeblyski geniuszu (np "Korupcja w Rodzinie" czy "Rozliczmy sie synu"), ale przewaznie bywa nijako, a momentami wrecz zenujaco niesmiesznie. dramatyczny brak puent az wola o tak zwana pomste do nieba. nie wiem, moze to zbyt wyrafinowany humor, moze trzeba dojrzec. ale w tym kontekscie jeszcze bardziej doceniam Potem, gdzie proporcje miedzy wyrafinowaniem a przystepnoscia byly dobrane idealnie. generalnie rodzi sie marzenie, by scenariusz spektaklu poddano solidnej obrobce. oczywiscie nie mialbym nic przeciwko, gdyby poczynil to Sikora.

inna sprawa, ze nie przekonuje mnie zupelnie pozostala dwojka w Hrabim. nie wiem, moze prywatnie Tomasz Majer to przesympatyczny, ultrasmieszny koles. ale jako osobowosci scenicznej zupelnie nie jestem w stanie go polubic. a przeciez to chyba obowiazkowy warunek by wystepowac w kabarecie? jesli zas chodzi o Pietscha Lukasza - coz, trudno ferowac wyroki na temat typa, ktory przez caly czas siedzi za pianinem i w calym spektaklu mowi pare zdan. no ale jesli porownac go do spelniajacego podobna role w Potemie Adama Pernala... jak to mawiaja - niebo i ziemia.

co tez wzmaga w jakis sposob zal to to, ze tak przecietny program wydano w perfekcyjny sposob. powaznie - tak powinno byc opracowane kazde dvd. poczawszy od opakowania, poprzez wyglad menu (intrygujacy pomysl z wybieraniem klonow), konczac na dodatkach. zacznijmy od tego, co znajdziemy jeszcze na pierwszej plycie. czyli spektakl widziany... zza kulis. co ciekawe, nie chodzi o podziwianie plecow kabareciarzy na scenie, a kulis jako takich. co wiecej - kamera przez cale poltorej godziny pozostaje nieruchoma. jak wyglada to w praktyce? troche bardziej jak "Camera Cafe" niz ukryta kamera. bo owszem, widac przebierajacych sie kabareciarzy, ale przewaznie uwage na sobie skupiaja dziwne jednostki jak baletnica, pseudopudzian, dwoch kalesi grajacych w szachy czy mim. w sumie idea ciekawa, choc po pewnym czasie ciut sie nudno robi. i nie pomaga zapowiadany co chwile taniec erotyczny. zreszta, koniec koncow lala okazuje sie srednia.

druga plyta juz jest wypelniona po brzegi. "wywiad hrabi z hrabi", czyli dokladnie to na co wskazuje tytul. cztery filmiki, kazdy gada z z kazdym, wlasciwie tylko o stricte "hrabiowych sprawach" - jak sie zaczelo, co najbardziej lubisz a czego nie, w jaki sposob pracujesz itepe itede. kolekcja filmow wytworni A'Yoy. czyli ogladamy przede wszystkim Kamysa, w wersji zdecydowanie abstrakcyjniejszej, blizszej jakiegos Mumio. choc czy atrakcyjniejszej - to juz mozna polemizowac. ale generalnie jestem na tak. no i na koniec dwa dzialy zwiazane z omawianym tu spektaklem. "Przymiarki do premiery" to skecze w wersji zarodkowej. coz, jest jeszcze mniej smiesznie... natomiast takie "Wpadki i bledy" to dla odmiany najsmieszniejsza rzecz na calym wydawnictwie (i nie przeszkadza, ze krecona amatorska kamera). ja sie okazuje, pomimo iz scenarzystami czlonkowie hrabi okazuja sie srednimi, to poza byciem swietnymi odtworcami sa tez genialnymi improwizatorami (lacznie z Majerem). i znow dociera do mnie, ze wlasnie taki spontaniczny humor najbardziej lubie.


najlepszy moment: ROZLICZMY SIĘ, SYNU

ocena: 6/10

19:48, rejczmen , film
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 30 sierpnia 2009

rok wydania: 1996

autor: Leszek Gnoiński

 

polska muza ist de best.

znow jest okazja by, podobnie jak w przypadku recenzji skladanek, pokusic sie o pare ogolnych refleksji. wiec oto takowe:

po pierwsze, skupiajac sie na samych acidach - mozna oczywiscie nie lubic takiej muzyki, mozna nawet (choc tego juz nie do konca rozumiem) uwazac ich za zupelnie nieistotny zespol, nawet w skali lokalnej, zaloge metalowych rzemieslnikow. ale na pewno nie sposob nie przyznac, ze to kolektyw jednych z najciekawszych osobowosci w historii polskiej muzyki. oczywiscie mowa tu glownie o duecie titus-litza, ale popcorn i slimak to tez jak najbardziej wyrozniajace sie persony, ktorych biografie kupilbym w ciemno. i tutaj sprawdza sie zasady, ze przeciwienstwa sie przyciagaja - tutaj tez mamy do czynienia ze skrajnie roznymi postawami. titus - chodzaca definicja rokednrolowca, mentalny krewniak lemmy'ego. totalny luz na granicy nihilizmu. litza - profesjonalista, pracoholik, a jednoczesnie czlowiek-dusza, niekoniecznie majace swe uzasadnienie w praktykowanym chrzescijanstwie. no i druga linia: popcorn i slimak. niby w cieniu, niby niesmiali, ale w zadnym wypadku mniej rokendrolowi od wczesniejszej dwojki. przyznam, ze dopiero dzieki lekturze tej ksiazki dowiedzialem sie, ze pod kopula kolesia zapatrzonego w kiss i reprezentujacego z titusem w AD frakcje konserwatywniejszego myslenia o muzie kryje sie calkiem lebski facet. filozof wrecz, ktoremu po prostu *nie chce sie* dzielic swiatem swoimi przemysleniami i dopiero Gnoinskiemu, za sprawa indywidualnych wywiadow z kazdym z czworki acidos udalo sie wyciagnac z popcorna pare nieglupich sentencji. no i slimak - za sprawa wyznawanej wiary i otwartosci na nowe rzeczy w muzyce sprawiajacy ciut wrazenie mlodszej wersji litzy, ale zdecydowanie posiadajacy wlasna, unikalna jazde (polecam wywod na temat tatuazy). chcialoby sie powiedziec, ze polaczyla ich muzyka, ale niestety nie da sie pominac znaczacego udzialu w integracji trunkow wysokoprocentowych, z "tytulowymi" jabolami na czele. zreszta, nawet jesli z wypowiedzi muzykow nie wynika, aby stanowili paczke najlepszych przyjaciol, to na pewno nie ma co tez mowic o wyrachowanym dzialaniiu, czystym zbijaniu kasy na rokendrolu. firma owszem, ale tylko jesli chodzi o profesjonalne podejscie do grania. i to jest chyba najbardziej niesamowita rzecz w zjawisku zwanym Acid Drinkers - to polaczenie rozrabiarstwa z profesjonalizmem, spontanu z fachura. zreszta, mysle ze ten cytat najlepiej odda istote rzeczy:

(...) A dziesiec minut przed koncertem Titus musial Litze stawiac na nogi i wypychac na scene. Titus: Wyszlismy, zaczelismy grac. Krece pala i patrze na Litze, a on stoi i sie gapi w przeciwlegla sciane. Podjechalem do niego: "Machaj, kurde, ta pala! Za to ci placa! Gdyby chcieli nas sluchac, kupiliby sobie plyte". On mi odpowiedzial blagalnym tonem: "Nie rozumiesz ze mam potwornego kaca? Jezeli bede krecil glowa, to umre!". "Umrzyj" - ja na to - "przynajmniej bedzie cos sie dzialo". Litza machnal dwa razy i... widze, ze rzuci pawia. Ale sie zreflektowal i polknal... Wiecej tego dnia juz go nie meczylem.

na pewno wartosc wydawnictwa, choc w niezamierzony sposob, podnosci moment jego wydania. po pierwsze: swiezo po wydaniu "State of mind report". moze z dzisiejszej perpektywy zaledwie sredni to album, ale bardziej liczy sie fakt, ze pierwszy wydany w lokalnym oddziale majorsa (oficjalnie niby Polton, ale jednak Warner). co na pewno nie tylko sie przelozylo na podwyzszenie i tak juz wysokiego poziomu popularnosci, ale tez na wreszcie profesjonalna promocje (coz, moze "Raport o AD" nie powstawal na zlecenie wytworni, ale na pewno byl po mysli jej marketingowego dzialu). po drugie - tu wciac mowa jest o Acidos jako o najbardziej rozrywkowej ekipie muzycznej w polsce. niby spektakularnego odebrania tytulu od tego czasu nie bylo, ale chyba wynika to bardziej ze slabosci konkurencji. troche mi brakuje obecnie tego jajcarskiego oblicza acidow. niby ludzie sie starzeja, co tym samym oznacza ze staja sie powazniejsi. moze gdyby kontynuowali tak suto zakrapiany i czasem bolesny tryb zycia to by sie wykonczyli. ale jednak... no i po trzecie i najwazniejsze - Litza wciaz byl na pokladzie. wprawdzie juz po operacji serca, ktora dokonala przewrotu w jego swiatopogladzie i tym samym oddalila go ciut od Titusa. ale postanowienie Popcorna, ze Acid Drinkers zawsze bedzie gralo w tym skladzie wciaz bylo aktualne...

no i drugi, dla mnie rownie wazny aspekt kazdego pozycji ksiazkowej traktujacej o jakims wykonawcy. czyli wglad w owczesna scene muzyczna. przyznam ze jestem totalnym najntisofilem i uwielbiam te dekade w muzyce. a jeszcze milej czyta sie o tym wycinku historii w realiach polskich. w koncu, jakby nie bylo, w tym sie w jakims malutkim stopniu uczestniczylo. i az lezka w oku sie pojawia natrafiajac na takie nazwy jak Odjazdy, Marlboro Rock-In, Brum, Tylko Rock (nawet tutaj kreca beke z ocen wystawianych w recenzjach tego pisma). oficjalnie poczatki AD to jeszcze lata 80te, wiec mozna natrafic na takie marki jak Klub Plytowy Razem, Jarocin. oczywiscie tez Metalmania - sporo swoja droga tu o szefie Metal Mindu, Tomaszu Dziubinskim, ktory nierozerwalnie jest zwiazany z historia Acidow. skoro juz jestesmy przy nazwiskach - takowych tu na peczki. co nie dziwi, w koncu mowimy o najbardziej imprezowej, wiec tez mocno towarzyskiej zalodze muzycznej w tym kraju. kogo tu nie ma: Kazik, Para Wino, Liroy, Lipa, Skiba, Kukiz, Anja Orthodox, Grzegorz Skawinski, Edyta Bartosiewicz, wymieniac moznaby dlugo. nawet miejsce dla "niejakiego Gulczasa" sie znalazlo (pamietam ze w "Barze" sciemnial ze byl pierwszym basista AD - ta naprawde kapela nie miala nazwy, a i tak gral w niej przez pare dni). to, tak na marginesie, jest niesamowite - ksiazka ma blisko 150 stron, poswiecona jest zespolowi na tamten czas istniejacemu od zaledwie 7 lat, a nie tylko nie ma tu zadnego lania wody, co wrecz ma sie poczucie ze mozna bylo jeszcze wiecej informacji i anegdot tu wpakowac. a przeciez kazdy bardziej zorientowany fan slyszal o historiach typu "litza z titusem kopiacy sie nago w scieku" czy "picie wodki z glana titusa razem z lipa i skawinskim". wiem, nie kazdego ruszaja takie historie. ale dla kogos takieog jak ja, ktorego zyciowa/imprezowa postawa sporo ma wciaz z klimatu "wychlalem, rzyglem, wiec bylo fajnie" to naprawde nie byle historie. a juz ciut powazniej - tego mi brakuje w dzisiejszej polskiej scenie muzycznej. Osobowosci. naturalnych, nie wykreowanych. czy dzis mozna cos wiecej powiedziec o muzykach grajacych w kapelach (poza liderami, teoretycznie), ba, nawet solistach? zreszta, jaka scena muzyczna? kazdy w swoim kregu muzycznym, ze scisle okreslonymi granicami. kazdy musi sie okreslic czy robi w indie, hiphopie czy popie. ktos powie ze naturalna kolej rzeczy, ludzi na swiecie przybywa wiec scena muzyczna tez sie rozrasta, a wraz z nia jej galezie. i juz raper nie musi trzymac sztamy z metalem, a ten z popgwiazdeczka. nie musi? fuck it.

sie znow rozpisalem, a trza wspomniec o formalnej stronie ow dziela. coz, na pewno widac ze rzecz napisal fan. i wszelka krytyke (wlasciwie to takowa dotyczy tylko wspolnych nagran z Malgorzata Ostrowska) mozna wpisac na margines bledu. ale mozna to wybaczyc - tak naprawde Acids nigdy nie zaliczyli jakies oczywistej porazki artystycznej. na dodatek Gnoinski ma umiejetnosc takiego przedstawiania wydarze, jakby sam byl ich uczestnikiem (jesli naprawde tak bylo to przepraszam najmocniej). no i generalnie - naprawde calosc czyta sie swietnie. choc to chyba juz zasluga barwnych osobowosci muzykow. przez "Kult Kazika" nigdy nie udalo mi sie przebrnac... a, i ilosc literowek tez mocno kluje w oczy.

mam to szczescie dysponowac papierowym wydaniem "Raportu", ktory przypuszczam ze juz jest totalnie niedostepny. przez co jakis czas temu ponoc umieszczono w necie elektroniczna wersje za free. troche bezsens - lepszym pomyslem byloby zaktualizowane wydanie. a byloby co aktualizowac...


najlepszy moment: wlasciwie to kazda wypowiedz Titusa - flow tego faceta, doprawione dodatkowo poznanskim slangiem, to czysty, nomen omen, Absolut

ocena: 7,5/10

21:51, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
sobota, 29 sierpnia 2009

rok wydania: 2006

wydawca: Pomaton EMI

 

okej, czas napisac wreszcie o czyms co zostalo wydane nie wiecej niz 5 lat temu.

ulubiony polski zespol plemienia dziennikarskiego i muzycznych geekow w tym kraju. podpisanie z nimi papierow przez pomaton uznawane jest ponoc przez branze za najlepsza decyzje polskiego oddzialu majorsa (jakiegokolwiek) od wielu lat. ploty chodza takze takie, ze druga plyta TCIOF jest jednym z najlepszych wydawnictw jakie wydalo rock/alternatywna polska mlodziez w tej dekadzie. i sporo w tej plotce prawdy. choc nie stanowi stu procent jej zawartosci.

ale generalnie bedzie jednak pozytywnie. choc kusi oczywiscie by zdissowac hehe. bo rzecz w tym, ze przecietnemu zjadaczowi chleba nazwa The Car Is On Fire nic nie mowi, ale w "branzce" (rozszerzmy to pojecie takze o sluchaczy udzielajacych sie aktywnie na forach internetowych itp) to juz zespol niemal kultowy, legendarny, no a na pewno podwyzszajacy znacznie cisnienie. i, niestety, nie tyle za sprawa muzyki, co jej bylego juz lidera, borysa dejnarowicza. coz, czy nam sie to podobabadz nie, jest to jakas postac w tym malusienkim kregu zwanym "polska alternatywa". i tez - czy tego chcemy czy nie - Porcys, ktorego byl wspolzalozycielem i za sprawa ktorego zyskal sobie opinie jednego z najkontrowersyjniejszych, ale tez jednoczesnie najlepszych dziennikarzy w tym kraju (choc juz w "Teraz Rocku" stawial odwazne tezy), stanowi obecnie obok Trojki i Open'era najsilniejsza instytucje i podstawowe centrum dyskusji w tejze polskiej alternatywce. i wioska byloby robic z kolejnej recenzji dokonan muzycznych Borysa D analize jego jestestwa medialnego (tym bardziej, ze TCIOF to nie tylk on), ale jednak nie da sie od tego uciec. tym bardziej, ze odwolanie to nie jest zupelnie od czapy, zwlaszcza w kontekscie "L&F". bo ta plyta kazdym dzwiekiem potwierdza, ze stworzona zostala ona przez muzycznych erudytow, ktorzy conajmniej polowe zycia spedzili na sluchaniu muzyki. mozna czasem natrafic w wywiadach z muzykantami przeroznymi (szczegolnie tymi polskimi) ktorzy, niekiedy z duma, wyznaja ze nie sluchaja w ogole muzyki. no chyba ze swojej. uznaja to niektorzy za zalete, bo przynajmniej nie ma ryzyka ze takowy wykonawca bedzie kogos zrzynal. najczesciej jednak po zapoznaniu sie z artystycznymi plodami takiego osobnika kaze skontestowac, ze obcujemy ze zwyczajna ignorancja i dokladaniem cegielki do polskiego skansenu muzycznego.

i dlatego zupelnie mi nie przeszkadza, ze moznaby w przypadku tej plyty zarzucic pierdyliardem nazw, ktorymi bez watpienia ta czworka muzykow sie inspirowala. bo po pierwsze - beda to w 90 procentach dobre marki, niezaleznie czy chodzi o prince'a, radiohead, the beatles czy the rapture. zreszta, pewnie pare nazw by ich zaskoczylo  - taki "Nexteam" wciaz usilnie slysze "Just A Man" Faith No More, choc wiem ze to tylko me zboczenie na punkcie tego zespolu. po drugie - kto bedzie uruchamial mozg by przypomniec sobie skad on zna te dzwieki, kiedy ucho i serducho sie raduja. pomyslami ci kolesie mogliby obdzielic polowe sceny muzycznej w tym kraju. w tym kontekscie na pewno slychac progres od czasu niezlego, choc ciut jednowymiarowego debiutu. juz tam bylo slychac, ze odrobili lekcje ze znajomosci The Beatles i innych fundamentalnych nazw z historii Muzyki. i nie dotyczy to tylko wiedzy na temat muzykantow poslugujacych sie gitarami. ale to "L&F" pokazuje w pelni, ze w ich mniemaniu alternatywa i "kumatosc muzyczna" to znacznie wiecej niz garaz i przester. a prosciej rzecz ujmujac - rozeznanie muzyczne tych chlopakow pozwala im na stworzenie piosenki, gdzie sllychac jednoczesnie modest mouse i kylie minogue, z polaczenia ktorych wychodzi zamiast potworka kolejny cudny dzwiekowy kolaz. przypuszczam ze gdyby chcieli, to bezproblemowo mogliby dorzucic de la soul i mastodona. a tak swoja droga - w moim mniemaniu na "L&F" najlepiej wypadaja wlasnie te fragmenty, w ktorym najmniej gitar (sztandarowy przyklad - bewstydnie popowy singiel "can't cook (who cares?)". kiedy juz wlaczaja przester, to wychodzi roznie - conajwyzej przyjemnie ("ex sex is (not) the best (title)"), ale czesciej nijako ("kiss kiss", "red rocker"). produkcja Leszka Biolika to wlasciwie wisienka na torcie, choc na pewno znaczaco wplywajaca na smak calosci. bardziej ten jego udzial odbieram symbolicznie - trudno uznac tciof za nastepcow Republiki, bo to jednak inne klimaty zupelnie, ale jesli chodzi o swiatowosc w mysleniu o muzyce - poziom zblizony.

no dobra, a teraz spora lyzka dziegcu. tak jak czworke tych muzykow mozna uznac za wybitnych aranzerow (no, by sie nie zblaznic w tych zachwytach - ograniczmy sie do polskiego podworka), tak wybitnymi kompozytorami tylko bywaja niestety. i to mnie najbardziej boli w tej plycie, ze mam wrazenie, ze zabraklo pokory tak w tworzeniu utworow (no bo wlasnie - czasem trudno nie odniesc wrazenia, ze nie zawsze o stworzenie piosenki chodzi, co przy silnie slyszalnej inspiracji fab four wywoluje mocna konsternacje), jak i w tworzeniu ostatecznej tracklisty. godzina muzyki to nie jest duzo, ale objetosc plyty licze raczej w ilosci numerow, a 23 to dosyc duzo (i niewazne, ze zebralo sie tez pare skitow/miniaturek). ale skupmy sie na hajlajtach - "the car is on fire early morning internazionale", czyli tciof a dancepunk. "it's finally over" - mam wrazenie ze totalnie niedoceniona piosenka, a przeciez ten beatlesowski dwuglos w refrenie i solowka na akustyku to 10.0. podjarki "Oh, joe" za to nie do konca rozumiem - okej, kapitalny jest ten final niby prince'owy, ale jednak bardziej kylie minogue'owy (mehehe). z drugiej strony - ow druga czesc pasuje imho do pierwszej jak piesc do nosa, wiec jakosc calosc rzecz nie jest AZ TAK zajebista. "neyorkewr" - piekny refren, a juz skrzypeczkowy final to bezdyskusyjne zwyciestwo w obdzieraniu pojecia patos z pejoratywnego wydzwieku. "what life's all about" i "Love" czyli piosenki typu "az chce sie zyc".  "take me there" - zaczyna sie skitowo, by przejsc w postrockowe plumkanie gitary na ciekawie polamanym bicie, w koncowce mamy jazgotliwo-kozacka solowke gitary, a ja znow sobie uswiadamiam, ze jestem mistrzem w zdaniach wielokrotnie zlozonych. no, dolozmy jeszcze "parker posey", "north by northwest" i powiedzmy ze wyczerpalismy temat.

druga lyzka dziegcu - strona wokalna. nie oszukujmy sie - chlopaki NIE UMIĄ spiewac i basta. choc ta uwaga nie dotyczy do konca plyty. bo jakos w polaczeniu z muzyka ten wokal dejnarowicza ma swoj urok. ale kiedy przypominam sobie wystep na open'erze, to az mi zeby zgrzytaja. ponoc po odejsciu borysa jest pod tym wzgledem jeszcze gorzej... aha, i niestety - po raz kolejny okazuje sie, ze moze milosc dodaje skrzydel, ale uodparnia jesli chodzi o wyczucie banalu. ale nigdy specjalnie na teksty uwagi nie zwracalem, wiec i tutaj afery nie bede robil.

troszke ocena na wyrost, bo wspomniane wady naprawde kluja w ucho i serduszko i nie pozwala w pelni im sie radowac. ale plusow tego albumu jest tyle, ze dawac ocene mniejsza byloby lans-przekora i pustym hejterstwem, na dodatek nie wywolany sama muzyka, co otoczka w wielu elementach nie majaca z muzyka nic wspolnego. no i trzeba pamietac o kontekscie. bo fakt jest taki, ze w tym kraju naprawde tak nie gra nikt.


najlepszy moment: IT'S FINALLY OVER

ocena: 8/10

20:34, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 28 sierpnia 2009

rok wydania: 1975

wydawca: Columbia

 

oh, jak dobrze wrocic do Konkretnej Muzyki.

coz, znow omawiamy best of'a wiec prowokuje to do refleksji ogolnych na temat danego wykonawcy. ale pisalismy juz o Cohenie nieraz, co mozna nowego dodac? dla mnie to jeden z Najwazniejszych Wykonawcow Ever. nie, ze ulubiony. nie, ze slucham go na okraglo. ale gdy slucham tych piosenek to mam wrazenie, ze bez tego faceta nie byloby takiej Muzyki Rozrywkowej, takiej muzyki XX wieku, jaka dzis znamy. po prostu Esencja. jesli chodzi o songwriterow (dzialajacych solo), to dla mnie jest dwoch - Dylan i Cohen wlasnie. zreszta, obu panow laczy takze to, ze poza historia muzyki zmienili takze historie teksciarstwa w tejze muzyce. zreszta, jak kazdy zapewne wie, kiedy Cohen zaczynal kariere muzyczna w latach 60'tych, byl juz uznanym poeta. a poza tym, byc moze najwazniejsze - Leo jest Bossem. jest Kozakiem, jest Cool. jesli bycie cool utozsamiamy z rockandrollem, to Cohen jest rokendrolowcem na rowni z Hendrixem, Morrisonem i calym skladem Led Zep. choc na takiego nie wyglada, a w jego cv zapewne malo jest incydentow typu demolka w hotelu. ale jest cos, co laczy Cohena z wczesniej wymienionymi muzykami. zgadnijcie co.

omawiany dzis Greatest Hits trudno uznac za przekrojowy. wydany w '75 roku, wiec "pomija" kolejne trzy dekady dokonan artystycznych Leo. w ktorych sporo bylo udanej muzyki (by podac najoczywistszy przyklad - "Hallelujah") i nowych pomyslow na granie, ktore znaczaco wplynely na artystyczne jestestwo tego pana. ale nie ma co ukrywac - to pierwsze cztery plyty, z ktorych wyciagnieto numery na ta kolekcje, to Absolutny Mus jesli chodzi o Cohena. i raczej nikt nie bedzie polemizowal, czy dobor utworow jest sluszny.

okej, jest to strasznie parszywe produkcyjnie. okej, nie jest tak, ze KAZDY utwor mnie z tej kolekcji rusza ("Last Year's Man" czy "Take This Longing" bez zalu bym stad wyrzucil). ale kurcze, juz takie utwory jak "So Long, Marianne", "Bird On The Wire", "Suzanne", "Who By Fire" czy przede wszystkim "Famous Blue Raincoat" to Archetypy. moze nie takie jak piosenki The Beatles, ale jednak wciaz trzeba te tracki znac i tyle. ze wzgledu na ascetyzm muzyczny (aranzacje to wlasciwie tylko wokal + gitara akustyczna + skrzypeczki czasem) i wcale nie tak latwo wkrecajace sie w glowe melodie mozna miec z tymi piosenkami problem. sa zreszta tacy, dla ktorych Cohen jest absolutnie niestrawialny. coz, przyznam szczerze, ze sam mam tak, ze najbardziej podobaja mi sie te piosenki, w ktorych wokal Cohena (niesamowite swoja droga, jak mu ten glos sie zmienil przez te wszystkie dekady) jest wspomagany chorkami zenskimi. nie zgadzam sie zupelnie z przeczytana gdzies opinia, ze Cohen to swietne melodie, genialne teksty i slaba interpretacja wokalna (na co dowodem mialyby byc sukcesy przerobek jego piosenek), ale rzeczywiscie - milej mi sie slucha glosu Cohena w duecie z zenskimi, anielskimi niemal wokalami.

to skladanka, poza tym pomijajaca jednak swietne numery z lat pozniejszych. ale jednak dziewiatka przynajmniej musi byc. to historia w koncu. aha, okladka tez bossowska.


najlepszy moment: FAMOUS BLUE RAINCOAT

ocena: 9/10

15:30, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 sierpnia 2009

rok wydania: 2000

wydawca: Box Music

 

przemysl fonograficzny w okresie PRLu to byl jeden wielki burdel, ktorego poklosie w sumie do dzis jest odczuwalne. nigdy nie bylo wiadomo, czy dane wydawnictwo nalezy do oficjalnej pozycji w dyskografii wykonawcy czy nie, nie mowiac juz o tym, czy dane nagrania zostaly wydane za zgoda zespolu. w przypadku takiego zespolu jak Dzem, ktory lubial "rozmemlac" swa dyskografie roznymi albumami koncertowymi, skladankowymi itepe itede sprawa jest jeszcze trudniejsza. nie zmienilo sie to rowniez w latach 90tych i pozniejszym. ba, wrecz proceder jeszcze bardziej sie rozkrecil. jakos chyba zespol sie pogubil po smierci Riedla... w efekcie czego wydany w roku milenijnym "Byc albo miec" jest de facto dopiero drugim studyjnym albumem po smierci kultowego juz lidera. i ostatnim jednoczesnie nagranym z jego nastepca, Jackiem Dewodzkim.

zostanie album ten zapamietany przede wszystkim jako album ostro przekombinowany. oczywiscie nie ma nic zlego w odswiezeniu praktykowanej przez dwie dekady formuly, wrecz przeciwnie. rzecz w tym, ze nie wszystkie eksperymenty wyszly tu na dobre.

zacznijmy od najpozytywniejszego elementu: sekcja deta. wspominalismy wczoraj o silnie odczuwalnym w Dzemie sznycie regalowym. w polaczeniu z deciakami daje to juz taki wypisz-wymaluj Akurat. czy moze bardziej nawet nasz lokalny Majestic (pozdrawiamy!), bo jednak ska tu niewiele. i sa to chyba najbardziej przebojowe fragmenty (mowie glownie o piosence tytulowej i "Chociaz raz, jeden raz") na tej w sumie mocno piosenkowej plycie. no wlasnie - jeszcze nigdy Dzem nie brzmial tak optymistycznie. nie aby wczesniejsza tworczosc to byl mrok i depresja. ale wspomniane wyzej pop-reaggae kawalki czy funkowo (!), moze nawet latynosko (!!) brzmiacy "Za plecami" nijak by pasowaly na ktorymkolwiek albumie z Ryskiem na wokalu. ale to tez mila odmiana. choc na pewno nie rusza to serducha jak klasyi sprzed lat.

a teraz o ewidentnie poronionym pomysle. okej, Rolling Stonesi, ktorzy na pewno znajduja sie wsrod inspiracji Dzemu, tez mieli zenskie chorki. ale i tak uwazam, ze do rockowego grania w 95% przypadkach pasuja jak piesc do nosa. nie inaczej jest na "Byc albo miec". w przypadku mniej typowych dla Dzemu kawalkow jakos to przejdzie, ale juz w "Kruka glosie" czy "Geronimo" wychodzi czysta groteska. choc akurat pierwszy z nich to calkiem OK kawalek, z zagrywka gitarowa jakby zerznieta z "Layla".

skoro juz o Claptonie mowa - jesli juz natkniemy sie na tradycyjniejszego Dzema, to silnie traci on wlasnie klimatem spokojniejszego oblicza niegdysiejszego lidera Cream - vide "Niebo na wyciagniecie reki". sa tez tu dwa Dzemy w wersji ogniskowej - "Chce ci cos powiedziec" i "Ukryj mnie" - oraz Dzem bluesujacy w postaci zamykajacego stawke "Na swoim brzegu". szkoda ze to jednak blade raczej echo starych dokonan w tych tematach. chociaz to wlasciwie jest problem z cala dyskografia post-riedlowa, w ktorej nie ma ani jednego numeru na miare "Lunatykow", "Listu do M." czy nawet "Cegły"... na dodatek na tej plycie panowie instrumentalisci postawili na, nazwijmy to, mega skromnosc. czy Pawel Berger w ogole bral udzial w sesji nagraniowej?

ale nie zaledwie sympatyczne w wiekszosci przypadkow piosenki sa najwiekszym problemem tej plyty. latwo da sie go opisac: Jacek Dewodzki ≠ Ryszard Riedel. gowniarskie jest oskarzanie wykonawcow o sprzedanie sie. rozumiem, ze to duze chlopaki, dla ktorych to jest jedyne zrodlo dochodu. a na pewno pod nazwa "Dzem" jest ono solidniejsze niz jakby mieli startowac od nowa, z nowa marka i nowymi piosenkami. ale na palcach jednej reki da sie policzyc zespoly, w ktorym udalo sie komus zastapic mega charyzmatycznego lidera. i nic nie pomoze mega wielki talent, jak w przypadku Paula Rodgersa i Queen czy Ian Astbury i The Doors. niestety, Dewodzki raczej z tymi panami rownac sie nie moze. zadna jego interpretacja wokalna na wyzyny sie tutaj nie wzbija (no, refren "Ukryj mnie" ma cos w sobie). inna sprawa, ze tez niespecjalnie ma co interpretowac, bo jego teksty tez do poezji najwyzszych lotow nie naleza. ale z drugiej strony trza mu przyznac, ze ma swoj styl. co warto odnotowac w kontekscie jego nastepcy Macieja Balcara. jakis dluzszy czas temu widzialem fragment koncertu Dzemu w TV i uznalem, ze chlopak polegl. porzucil wlasny styl na rzecz nasladownictwa Riedla, ku uciesze wszystkich tych, dla ktorych Riedel byl najlepszym i jedynym slusznym wokalem Dzemu (czyli de facto mowimy o kazdym, kto kojarzy nazwe Dzem). dlatego plus dla Dewodzkiego za odwage.

(watek dla gadzeciarzy: CD zawiera flashowy dodatek multimedialny z tekstami z plyty, krotkim bio, paroma fotami, linkiem do niedzialajacej juz strony netowej zespolu i klip do tracka tytulowego. koncert z przebitkami fabuly i dewodzki wygladajacy bardziej jak wokalista numetalowej zalogi, heh. jestem konsumentem, lubie takie multimedialne bajery, dlatego od teraz zawsze bede takie drobiazgi odnotowywal)


najlepszy moment: CHOCIAŻ RAZ, JEDEN RAZ

ocena: 6,5/10

17:50, rejczmen , muzyka
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
 Skala

10-"Ideału Potęga"

9,9-9,0-"widzę szczyt, a za szczytem zaszczyt za zaszczytem"

8,9-8,0-"będę brał cię, cię, ehe"

7,9-7,0-"joł joł, joł joł joł joł joł, wielkie joł!"

6,9-6,0-"ch** na to kładę bo i tak damy radę"

5,9-5,0-"będzie dobrze dzieciak, elo, do góry głowa!"

4,9-4,0-"to nie z mafią układy tylko szołbiznes"

3,9-3,0-to nie jest kawałek żeby się podobać"

2,9-2,0-"Boże, czy jeszcze coś gorszego stać się może?"

1,9-1,0-"ile dałbym by zapomnieć cię..."

0,9-0,0-"pozerskie gówna a prawdziwy rap to dwie odmienne k***a sprawy!"