Kategorie: Wszystkie | film | muzyka | pozostałe
RSS
sobota, 30 sierpnia 2008

rok wydania: 1965

wydawca: Parlophone

 

dzien dobry. tematem mojego dzisiejszego wypracowania bedzie "Dlaczego płyta zespołu muzycznego The Beatles jest drugą moją ulubioną, tuż po Sgt Pepper's Lonely Hearts Club Band".

otoz jest ona, czyli ta plyta, zajebista, poniewaz sa tu zajebiste melodie. a rozwijajac temat: poniewaz to wlasnie na tym albumie z zespolu swietnego wyklul sie zespol genialny. ta plyta ma trudniej niz Sierzzant Pieprz, poniewaz nie stoi za nia zaden koncept. nie ma tutaj zadnego kombinowania z forma. owszem, sa tu innowacyjne pomysly, jak przyspieszona, a przez to brzmiaca barokowo, solowka na klawiszach w "In My Life". nieczeesto tez przed ukazaniem sie "Rubber Soul" swiat mial okazje slyszec w muzyce popularnej sitar ("norwegian wood (the bird has flown)" z tego powodu uchodzi za piesn przelomowa). mimo wszystko, to wszystko brzmi jak the beatles. ktory juz wczesniej swiat znal. niby ten sam zespol, ale zupelnie inny. bo to sa TE MELODIE. okej, wlasnie TE. archetypy piosenek, moznaby rzec. sluchasz tej plyty i co chwila zaskakujesz "o kufa! ja to juz gdzies slyszalem! ten motyw, te harmonie, ten dzwiek!". dokladnie tak, oni to wszystko wymyslili. sluchajac tej plyty mozna zrozumiec, dlaczego dziewieciu na dziesieciu artystow inspiruje sie bitlesami (ten dziesiaty zreszta inspiruje sie tamta pozostala dziewiatka, wiec wszystko zostaje w rodzinie). niezaleznie czy mowimy o oasis, type o negative czy nirvanie. plyty the beatles to podstawa, jesli chcesz sie bawic w muzyke.

moznaby sie pobawic w opis kazdej piosenki, ale troszke by to czasu zajelo. tym bardziej, ze jest tu ich 14. w koncu wtedy byly takie standarty, ze numery nie trwaly dluzej niz 3 minuty (chociaz i w tej kategorii mamy tutaj rzecz pionierska - "you won't see me" trwa az 3:22 sekund). wiec moze zapodam takie moje absolutne top 5 z tej plyty (ktore i tak chociazby jutro moze zupelnie inaczej wyg;adac)

po pierwsze. "michelle". nie oszukujmy sie - the beatles to byly cztery genialne jednostki, ale najgenialniejsza byl john lennon (chociaz w ich przypadku tez sie sprawdza teoria, ze jako calosc byli czyms wiecej niz suma talentow 4 indywidualnosci). ale "michelle" to akurat autorstwa mccartney'a jest (chociaz z duzym wkladem lennona, wiec.... inspirowana francuska stylistyka, piekna piosenka o milosci. przeurocze, tak po prostu. po drugie - "in my life". czyli lennon podsumowuje swoj zywot. klasyczna dla niego melodia, kapitalna wspomniana juz partia klawiszy. no i ten tekst. idealny numer na pozegnanie na pogrzebie. zreszta, ponoc kurt cobain wlasnie tym numerem chcial byc zegnany i tego tez sie doczekal. po trzecie: "drive my car". rockandroll w najczystszej postaci. pi pi, pi pi, yeaaaaaah! po czwarte: "norwegian wood (the bird has flown)". znow lennon opowiadajacy o tym, ze dupy mu sie poderwac nie udalo, wiec spalil jej chate. hmmm historia jak z plyty cannibal corpse, ale muzycznie wszystko spoko, kolejna klasyczna lennonowa melodia. po piate: "i'm looking through you", piosenka o zlej kobiecie w wykonaniu macca. w ogole ta plytapod wzgledemlirycznym to tez przelom byl. zadne historyjki o trzymaniu sie za reke. wreszcie w tekstach mamy przedstawione mroczniejsze aspekty zwiazkow. yeah. "bo to zla kobieta byla"

a the beatlles to bardzo fajny zespol byl. i dalej jest zreszta. ponadczasowy wrecz.

 

najlepszy moment: IN MY LIFE

ocena: 9,5/10

16:53, rejczmen , muzyka
Link Komentarze (2) »
piątek, 29 sierpnia 2008

rok wydania: 1978

wydawca: Vertigo

 

nudzi mnie nowa muzyka. dlatego ostatnio mam podejscie ze im cos jest bardziej retro tym lepiej. a chyba trudno o bardziej retro zespol niz Dire Straits. znacie ich? mozliwe ze jo, choc pewnosci nie ma. niestety, niby dobre sprzedajacy sie zespol, niby klasyka, ale jakos malo kto go wymienia w kontekscie najlepszych zespolow rocka. przyznam ze jako gowniarza zupelnie mnie nie obchodzili. fajna opaske na czole mial pan wokalista, prawie jak rambo, ale poa tym to zero kumacji z mojej strony. i wlasciwie dlugo trwal ten stan. az do niedawna.

w ogole taki kontekst: rok 1978. wielka brytania. walka miedzy progresywnorockowymi dinozaurami a punkowymi rebeliantami.a tu nagle wyskakuje ni z gruchy, ni z pietruchy zespol ktory postanowil przypomniec swoja muzyka o czyms takim jak rhytm'n'blues. odmieniec, znaczy sie. wtajemniczeni docenili od razu, masy pozostaly niewzruszone. do czasu az z albumu wyplynal singiel. mega hit, ktory spowodowal, ze z markiem knopflerem i jego kompanami trzeba bylo sie liczyc.

oczywicie mowa o "Sultans of Swing". definicja ich wczesnego stylu w najbardziej przebojowej odmianie. zajebisty groove jak z westernowego soundtracku do filmu o beztroskich kowbojach (i nie mowimy tu o "brokeback mountain"). kapitalny motw gitary, a na dobicie dwie soloweczki i obie mozna zaliczyc do TOP 10 solowek swiata. jeden z najlepszych dowodow potwierdzajacych zajebistosc knopflera-gitarzysty. wiecie ze koles nigdy nie uzywal kostki do grania? wtajemniczeni wiedza, ze to jest kurwa duza sprawa.

wlasciwie reszta numerow jest utrzymana w dosyc podobnym klimacie. juz na tym albumie udalo im (a wlasciwie markowi knopflerowi, wsak calosc jest wylacznie jego autorstwa) sie definiowac swoj styl. rytm i blues jak w morde strzelil, ale z takim brytolskim posmakiem. choc momentami, jak w "in the gallery, robi sie bardzo rasowo. no ale gitara jest nie do pomylenia. i w sumie wokal tez, choc momentami moze sie kojarzyc z bobem dylanem.

zadanie domowe na dzis, dzieciaczki: polukajcie na youtubie na teledyski, moze nawet posciagajcie cos z torrenta. i nie poprzestancie na "money for nothing", choc wiem ze to jeden z ich najzajebistszych numerow.

 

najlepszy moment: SULTANS OF SWING

ocena: 7,5/10

19:42, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 sierpnia 2008

rok wydania: 1991

wydawca: A&M

 

 ostatni juz chyba raz o Stingu, bo wiecej fajnych albumow to on nie ma hehe.

a tak powaznie rzecz ujmujac - wyszedl mu ten album. jak juz raczej nigdy pozniej. jeszcze byl w formie po wydaniu "...nothing like the sun". przynajmniej jesli chodzi o forme muzyczna.

bo z forma psychiczna to ponoc bylo inaczej. NLTS byl dedykowany zmarlej matce, choc tak naprawde jedyny numer tam, ktory nawiazuje do tej tragedii to "be still m beating heart". na "soul cages", ktory powstal po smierci ojca Stinga, juz jest inaczej. spokojnie moznaby nazwac TSC koncept albumem, jako ze wszystkie teksty dotycza ojca bylego Policjanta. a konkretnie zamilowania pana Sumnera Seniora do zeglowania. i muzycznie tez sobie ta muzyczka plynie... choc jest to bardzo, ale to bardzo spokojny rejs.

zaczyna sie piekna, celtycka melodyjka wygrywana przez piszczalke. wchodza skrzypeczki, delikatna gitara (tym razem za partie gitar na albumie w calosci odpowiada dominic miller) i uduchowiony spiew stinga. niby numer ktory moglby znalezc sie na kazdym pozniejszym albumie. to juz sting ktory juz nawet nie jazzuje, co zwyczajnie smuci. ale jakze przemujaca tutaj ten facet smuci. tak wlasnie brzmi smutek wyrazony przez dzwieki, gdy zabiera sie za to dojrzaly artysta a nie emo gownazeria. zadne rozdzieranie szat, a powazna refleksja.

niby drugi numer moze dziwic w kontekscie tej plyty, bo "all the time" to kawal popu, ktory przy okazji podciagnal sprzedaz plyty. troszke zwrotki kojarza sie z "you can call me al" paula simona, co oczywiscie zarzutem nie jest. no a refren to juz poezja... ultrachwytliwa sprawa. ale spoko spoko, dalej obracamy sie na wysokim poziomie kompozycyjnym. numer trzeci zas to " mad about you" z, powiedzmy to glosno, przepieknymi motywami gitary i klawiszy na poczatku. szkoda ze juz prze reszte piosenki ich nie slychac.

potem juz jest spokojniej. czasem bardziej rockowo jak w "jeremiah blues (part 1)" (chociaz tutaj blues w tytule nieprypadkowy w sumie) czy numerze tytulowym, przewaznie jednak bardzo stonowanie. mozna sie pozachwycac instrumentalna miniaturka "saint agnes and the burning train", mozna sie przejac piesnia o wymownym tytule "why should I cry for you". a na dodatek wszystko brzmi ultrawybornie, dzieki zastosowaniu innowacyjnego w tym czasie Qsoundu. jesli wyrzucimy z glowy kontekst o nazwie "plyta kolesia od the police", to mozna naprawde spedzic mile chwile przy tej plycie. no chyba ze ktos w the police uwielbial glownie balladki typu "every breath you take, to tym bardziej mu sie "the soul cages" spodoba. 

 

najlepszy moment: ALL THIS TIME

ocena: 7/10

17:38, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 sierpnia 2008

rok wydania: 1987

wydawca: A&M

 

dziadek Sting wciaz w moim odtwarzaczu. cemuby wiec nie poswiecic mu kolejnej notki?

jedynie dwa lata minely od poprzedniej plyty opowiadajacej o niebieskich zolwiach, choc sluchajac NLTS ma sie zupelnie odmienne wrazenie. moze nie slychac dimatralnej roznicy, ale niesamowite, ze juz na drugiej plycie stal sie w pelni Stingiem, jakiego dzis znamy. czyli Stingiem elitarnym, jazzujacym w wersji smooth, slowem - elitarnie prynudajacym. choc robiacym to w bardzo dobrym stylu.

ocena tej plyty zalezy od tego, czego oczekujemy od artysty/zespolu, zwlascza takiego, ktorego znamy z dokonan pod innym szyldem. niektorzy oczekuja tego, by queens of the stone age bylo kyussem 2, sa tez tacy, ktory nie obraziliby sie na stinga grajacego solowo tak jak to czynil w the police. niestety (dla mnie), wybral inaczej. o ile debiut solowy choc jazzowo, a nie rockowo, to jednak zarl. na wysokosci NLTS chlopak jednak postanowil, ze bedzie tworzyl dla ludzi, ktorzy wola na koncercie posiedziec i napic sie herbaty niz browara. nawet jesli ten album zapowiada poniekad takie "cudenka" jak "brand new day" czy "sacred love", to jednak album broni to, na czym niejednokrotnie pozniej sie sting wykladal - melodie. zwlaszcza ze sa one osadzone w bardzo roznorodnych kompozycjach. co ciekawe, zadna juz nie kojarzy sie tak usilnie z the police jak to bywalo na poprzedniej plycie. zakrawa na ironie wiec fakt, ze wlasnie na ta plyte sting zaprosil bylego kolege z policjantow - andy'ego summersa. mozna posluchac go w dwoch numerach otwierajacych album - "the lazarus heart" i "be still my beating heart". zwlaszcza ten pierwszy urzeka, choc nie gitara, a pieknym saxofonowym motywem. no i jakas fajna dynamika jest w tym numerze, co juz pozniej nie bedzie na tej plycie oczywiste. skoro mowa o goscinnych udzialach gitarzystow, to w "they dance alone" mamy goscinne gitary samego erica claptona i marka knopflera. szkoda tylko ze prawie w ogole ich nie slychac... na dodatek, pomimo iz o waznej tematyce (sting znow politykuje, choc na tej plycie jakby mniej niz wczesniej), to strasznie nudny ten numer. zamykajac temat slynnych gitarzystow - znow mamy na albumie stinga cover. tym razem samego jimiego hendrixa - "little wing". choc jest gitarowa soloweczk, to jednak pan sting zrobil rzecz po swojemu. nawet jak nie ma czego och-owac i ach-owa, to i tak szacuneczek.

co jeszcze? hity. po pierwsze - "englishman in new york". rytmicznie jakby police'owate reggae, ale takie hmmm subtelniejsze. najlepszy na tej plycie saxofon i jeden z najlepszych refrenow stinga w jego karierze. na dodatek zaskakujaca wstawka w srodku z z pieprznieciem perkusji. troche jakby kommunikat "halo! nie spac! sluchac dalej mojej plyty!". swoja droga, bardzo polecam przerobke tego numeru w wykonaniu Anal Art All Stars pod tytulem "jestem zulem". klikaj tutaj by odsluchac. po drugie - "fragile". balladowa bossa noba, stinga na gitarze, piekna melodia. kruchosc nad kruchosciami i wszystko kruchosc. a zaraz potem rzecz z zupelnie innej bajki "we'll be together". sting w wersji big bandowej i ultra popowej. i dobrze, bo rzecz swoja jajcarskoscia wrecz ewidentnie sie wyroznia tutaj. dodajmy jeszcze powtorke jazzu knajpianego typu "moon over..." w postaci "sister moon" i mozemy juz zamknac temat tej plyty.

jesli zaczac i skonczyc edukacje nt solowego stinga na jednej plycie, to mozecie, a wedlug niektorych nawet powinniscie siegnac wlasnie po ten album. ale jesli chcecie solowego i zajebistego stinga, nawet jesli nietypowego, to zdecydowanie jednak lepiej zakupic (no bo nie sciagnac, przeciez) "dream of the blue turtles".

 

najlepszy moment: ENGLISHMAN IN NEW YORK

ocena: 8/10

16:51, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 sierpnia 2008

rok wydania: 1985

wydawca: A&M

 

cos ostatnio w starociach zagustowalem znow. wczoraj The Beatles, dzis plyta 20 lat mlodsza wprawdzie od Sierzanta Pieprza, jednak do swiezynek trudno ja zaliczyc.

Sting uchodzi za etatowego nudziarza. kazdy lubi The Police i kto kwestionuje wielkosc Policjantow jest ignorantem. ale Sting solowy? nudy, nudy, nudy, popowe pseudoelitarne piardy, przy ktorych doznaje conajwyzej marcin kydrynski. owszem, rzeczywiscie ostatnie dokonania tego pana to bol. ale nie zawsze tak bylo. i mowa rowniez o solowym etapie kariery Stinga. na "snie o niebieskich zolwiach" (co za tytul!) bylo naprawde zajebiscie.

pierwszy album po rozpadzie The Police. jeszcze nosi Stinga energia, ktora emanowal jego poprzedni zespol, choc z drugiej strony jest to jednoczesnie chyba najbardziej ujazzowiona jego plyta. ale jak sie dobiera do skladu takich muzykow jak darryl jones (teraz the rolling stones koncertowy) to trudno, by bylo nudno. w ogole to ciekawostka taka swoja droga, bo darryl basista jest przeciez. zaowocowalo to albumem, na ktorym sting wyjatkowo pomyka na gitarze. i wychodzi mu to calkiem zgrabnie, choc do klasy Summersa nie ma co porownywac.

jazz jazzem, ale plyta zaczyna sie thepolice'owato. na dzien dobry hicior "if you love somebody set them free". wlasciwie taki pomost to miedzy rockowa przeszloscia a tym, co pan sting zaprezentuje nam pozniej na tej plycie. potem juz jednak mamy czysty the police w jego najbardziej regalowatej wersji - kolejny przeboj o nazwie "love is the seventh wave". ponadto numer konczy sie cytatem z "every breath you take", wiec jest ciekawie. potem najpowazniejszy fragment plyty - "russians" i slynne rozterki stinga czy rosjanie tez kochaja swoje dzieci. zreszta dosyc duzo na tej plycie politykowania - videliryki do "children's crusade" czy "we work the black seam". sa tez nawiazania do literatury - jak "wywiad z wampirem" w "moon over bourbon street".

wiec mamy jazz. knajpiany w "moon over..." czy magicznym, opartym na hipnotycznym klawiszu w "we work the black seam". mamy jazz szalony, improwizowany w numerze tytulowym. mamy jazz i w "shadows in the rain" czyli przerobce numery bylego zespolu stinga. przerobienie na jazz kawalka rockowego zaowocowalo czyms na ksztalt naszego voo voo.

dla mniektorych ta wlasnie przerobka byla najbardziej kontrowersyjna sprawa, za ktora wielu fanow policjantow zdissowalo stinga. wyobrazacie sobie? sting popelnil plyte ktora wywolywala kontrowersje. takiego stinga mi dzisiaj brakuje wlasnie. walczacego, kontrowersyjnego, zaskakujacego. a nie dziadka, ktory to nagrywa z soul gwiazdeczkami, to bierze na warsztat numery ze sredniowiecza. a w obu przypadkach jaja w tym zero. 

fajnie ze reaktywowal the police chocby na jedna trase. nie lubie Wielkich Reaktywacji, ale moze dzieki temu koles sobie przypomni, ze kiedys tworzyl muzyke, ktora kasala, a nie zaglaskiwala na smierc. i moze znow popelni taki numer jak cudowny, kojarzacy sie z "wrapped around your finger" numer zamykajacy ten album - "fortress around your heart". zreszta wydaje mi sie, ze zbieznosc tytulow to tez nie przypadek.

 

najlepszy moment: FORTRESS AROUND YOUR HEART

ocena: 8,5/10 

16:23, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
 Skala

10-"Ideału Potęga"

9,9-9,0-"widzę szczyt, a za szczytem zaszczyt za zaszczytem"

8,9-8,0-"będę brał cię, cię, ehe"

7,9-7,0-"joł joł, joł joł joł joł joł, wielkie joł!"

6,9-6,0-"ch** na to kładę bo i tak damy radę"

5,9-5,0-"będzie dobrze dzieciak, elo, do góry głowa!"

4,9-4,0-"to nie z mafią układy tylko szołbiznes"

3,9-3,0-to nie jest kawałek żeby się podobać"

2,9-2,0-"Boże, czy jeszcze coś gorszego stać się może?"

1,9-1,0-"ile dałbym by zapomnieć cię..."

0,9-0,0-"pozerskie gówna a prawdziwy rap to dwie odmienne k***a sprawy!"