Kategorie: Wszystkie | film | muzyka | pozostałe
RSS
wtorek, 31 lipca 2012

rok wydania: 2012

wydawca: DIY

pobierz album

 

Z braku laku - dziś znów o Guccim.

No niestety Mane nie popłynął z falą, jaką sprokurował naprawdę niezłym "WOTW2". Znów rządzi southernrapowe średniactwo. Aczkolwiek da się wyróżnić co lepsze fragmenty. Po pierwsze - "Plain Jane" oparty na bassie puszczonym przez efekt typu "głębia oceanu". Czysta przezajebistość, fo' real. Po drugie - zwroteczka Jadakissa w "Blessing" (reszta gości dość oczywista - Waka Flocka, Yo Gotti itd itp). No i po trzecie -"Get It Back", gdzie wiodacy motyw melodyczny to nic innego jak główny temat z Game Boy'owego "Tetrisa". Autentycznie się wzruszyłem. Wie ktoś, czy da się jeszcze ten najbardziej zajebisty wynalazek Nintendo gdzieś w Polsce dostać? I po ile takie cudo może stać?

 

najlepszy moment: PLAIN JANE (FEAT. ROCKO)

ocena: 6,5/10

21:29, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 30 lipca 2012

rok wydania: 2012

wydawca: DIY

pobierz album

 

Co za weekend! Ledwo wczoraj jaraliśmy się udostępnionym za darmo efektem kolaboracji Izy Lach ze Snoop Doggiem (wciąż nie wierzę, że to piszę), a tu dostajemy kolejną free płytę i to od ekipy, która zasiliła parę dni temu szeregi Wielkie Joł. Czyli przynajmniej trzeba się zainteresować.

Ok, gdyby ktoś wierzył w teorie spiskowe, to nie uznałby za przypadek faktu, że młody Grzech odpowiedzialny w Bastrapie za podkłady to ten sam osobnik, którego ksywę widać było wcześniej w co drugiej produkcji wychodzącej od WJ. Tyle że Wielkie Joł to nie PZPN, a Jakuza to nie Grzegorz Lato (choć w sumie śmiesznie byłoby zobaczyć w kolejnej akcji promocyjnej WJ Jakuzę porównanego do Laty, a Tede do Zdzisia Kręciny; w ramach wdzięczności za tyle kozak mixtapeów odstępuję Wam ten pomysł za darmo, chłopaki) i dopóki tego typu układziki będą owocować tak sympatycznymi wydawnictwami, to ja nie mam nic przeciwko. 

Nie wiedzieć czemu zapoznanie się z konfiguracją personalną Bastrapu urodziło we mnie podejrzenie, że będziemy mieli do czynienia z jakąś powtórką z Sistars (lepiej) czy innej Sofy (gorzej). Na szczęście odpowiedzialna za wokale Mantha woli wokalem uwodzić aniżeli prowokować co przycinania komara (co nie wyklucza ustrzelenia paru przebojowych refrenów - tu od razu uwaga, by jednak lepiej dobierać w przyszłości śpiewających gości, bo "Chłosta" i "Nie ma prostych słów" mocno tracą w najważniejszych momentach), a płyta jako całość opowiada się jednoznacznie po hiphopowej stronie mocy.

No, właściwie to nie do końca. Bo oto w takich trackach jak "N.E.R.F.", wspomniana "Chłosta" czy "Leżę Sam" mamy do czynienia z (prawie) czystej krwi... dubstepem. Niby w czasach, kiedy nawet z numetalem łączy się tego typu dźwięki, nie powinno dziwić połączenie ich z rap/śpiewanymi wokalami. Ale w kontekście polskiej sceny tu chyba jednak wciąż novum. I pomimo tego, że ekipa odnajduje się również w klubowych bangerach ("Styl", "Balet"), a nawet w bajecznie popowych kawałkach ("Koniec Świata" - uzależniające!), to moim zdaniem w przyszłości właśnie tą dubrapową niszę powinni gospodarować. Może nie zagwarantuje to sukcesu komercyjnego, ale nie pozwoli zginąć w tłumie rap-śpiewanych kolaboracji. No i pomoże przymknąć oko na to, że zarówno Mantha jak i odpowiedzialny za rapy Biara reprezentują przyzwoity, choć średnio wbijający się w pamięć poziom (w przypadku tego drugiego dotyczy to także zawartości tekstów, które momentami dość mnie hmmm skonfudowały).

Tym razem ocena wstrzemięźliwa, ale mam szczerą nadzieję, że Wielkie Joł nie da tej ekipie zginąć i pozwoli się rozwijać. Sporo tu powodów, by wierzyć, że inwestycja opłaci się w przyszłości.

 

najlepszy moment: KONIEC ŚWIATA

ocena: 7/10

22:20, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 29 lipca 2012

rok wydania: 2012

wydawca: DIY

pobierz album

 

Zanim skupimy się na samej zawartości muzycznej tego wydawnictwa pomówmy o okolicznościach powstania tego materiału, gdyż są one dla większości - co w sumie dość zrozumiałe - znacznie bardziej sensacyjne niż on sam. Zwłaszcza dla sceptyków, do których sam się zaliczam. W końcu ile mieliśmy tak medialnie rozdmuchanych kolaboracji na linii polski artysta - światowy artysta, które w praktyce okazywały się totalnymi ściemami albo w najlepszym wypadku kosmicznym wyolbrzymieniem szczęśliwego splotu okoliczności typu "pan światowa gwiazda po pijaku pomylił numery telefonów i dodzwonił się do studia nagraniowego, w którym akurat nagrywała pani polska gwiazda, która wstawiła tak zarejestrowaną rozmowę do swej piosenki". Zresztą - jakiś czas temu mieliśmy sytuację bardzo podobną do dzisiejszej, kiedy to polska nieżal-gwiazda wystąpiła w jednym kawałku z gwiazdą światowego black music. Wiecie pewnie o kogo chodzi i pamiętacie, jak to reklamowano w polskich mediach.

Nie ma co ukrywać - fakt kolaboracji Izy Lach ze Snoop Doggiem też wzbudza nieufność. Bo niby powszechnie wiadomo - zaczęło się od wygrania przez Izę konkursu, w którym nagrodą było dogranie się do nowego kawałka autora "Doggystyle". Ale żeby od razu cała wspólna płyta? Taka młoda siksa, której wciąż daleko do popularności choćby Moniki Brodki czy nawet Gosi Andrzejewicz, z G-W-I-A-Z-D-Ą światowego rapu? Dlaczego Snoop jako producent płyty ukrywa się pod pseudonimem "Berhane", o której nikt wcześniej nie słyszał? Czemu wikipedia nic nie wspomina o tej współpracy? Czy nawijki Snoopa które słychać na płycie są premierowe czy wygrzebane z kosza i sprzedane podjaranym polaczkom? Dlaczego płyta o tak niewiarygodnym backgroundzie jest udostępniana za darmo? Co na to EMI, dotychczasowy wydawca Izy. And so on, and so on.

Ale nie bądźmy chujkami. Tym bardziej, że sam materiał ani przez chwilę nie trąci ściemą. Co jo godom - on jest świetny!

Nie będę ukrywał, nigdy nie podzielałem zachwytów blogosfery i nieżal-portali osobą Izy, ale zdecydowanie należy ją przypisywać do jasnej strony mocy polskiego popu. Ale tym materiałem zdecydowanie zbliżyła mnie do grona jej fanów, może nawet z przedrostkiem psycho-. W tych jedenastu trackach dzieje się tyle na płaszczyźnie zarówno kompozycyjnej, jak i przede wszystkim aranżacyjnej, że można by tym obdzielić wszystkie polskie pozycje na rocznej liście OLiSu. Do płyty nie dołączono creditsów, ale prawdopodobnie znów - wzorem "Krzyku" sprzed roku - to ona jest odpowiedzialna za kształt tych piosenek. Aha, jeśli ktoś nie wie - mówimy tu o koleżance z rocznika '89. Jako osobnik, który w jej wieku wciąż uważał Toola za szczyt wyrafinowania muzycznego, wypada mi tylko paść na kolana i oddać hołd. Naprawdę, co trzeba mieć w głowie, by track tytułowy osadzić na tak kozackim loopie perkusjonalnych (trochę mi "1 thingiem" trąci, ale to przecież przeszlachetna inspiracja, rajt?), "I got ya back" dzięki wykorzystaniu smyków i chórków przekształcić w pieśń, która brzmi jak wyjęta z jakiegoś klasycznego musicalu sprzed ponad pół wieku, a "Yellow Brick Road" nadać tak minorowy klimat, by całość brzmiała jak soundtrack do pożegnania ze światem (albo piosenka... Radiohead)? Albo "Defend Your Love", z tymi kosmicznymi, pinkfloyd-psychodelicznymi dźwiękami w tle, które zamiast prowadzić do jakiegoś przećpanego grande finale ustępują miejsca słodkiej, oldskulowej wstawce (w sumie to jest przećpane grande finale). Dziewczyno, nie kompromituj swych starszych kolegów po fachu, którzy nigdy do takich pomysłów aranżacyjnych nie dojdą.

Dobra, ale gdzie w tym wszystkim Snoop Dogg? Jest, jak najbardziej. Choć to nie są jakieś "gościnne rapsy", bardziej coś jakby bardziej rozwinięte dopowiedzenia, alternatywne narracje do opowiadanych tu historii (zresztą niektóre piosenki są zupełnie pozbawione wokali Pana Dogga). W prawdziwą interakcję z głosem Izy wchodzi dopiero w kapitalnym, zmysłowym (Snoop Dogg w zmysłowym kawałku, koniec świata coraz bliższy) "Let Me B The 1". Zastanawia mnie jednak, na jakiej zasadzie Snoop funkcjonuje tutaj jako "executive producer". Bo chyba nie jako ktoś, kto miał wpływ na samą muzykę? Jeśli tak, to w sumie właśnie jesteśmy świadkami kolejnej, być może nawet największej sensacji. Fakt, chłopak lubi eksperymentować jak mało który mainstreamowy raper, ale żeby firmować materiał tak wyrafinowanie popowy? Jedyna rzecz, jaka tu ma wspólnego z funkiem to zwrotki "Back In Love", ale mówimy tu o stricte funku, a nie jego g- odmianie.

I w sumie jedyne, czego można żałować, to małego potencjału instant przebojowości, który wspomógłby projekt na płaszczyźnie komercyjnej. Jeden "Set It Off" (który też z hiciarstwem nie ma wiele wspólnego) to może być za mało. A szkoda, gdyby skończyło się na podjarce użytkowników twittera i bywalców warszawskich hipsalonów.

(BTW czemu "Set It Off" jest tu w tak nagle ucinającej się wersji?)

 

najlepszy moment: LET ME B THE 1

ocena: 8/10

19:18, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »

rok: 2012

reżyseria: Christopher Nolan

 

Trudno nie oceniać tego filmu w oderwaniu od tragicznych wydarzeń, jakie miały miejsce podczas jego premiery w Colorado. Trudno też nie skontestować, przypominając sobie co działo się "przy okazji" "Mrocznego Rycerza" 4 lata temu, że trylogia Batmana w reżyserii Nolana jest obciążona swoistą klątwą. Być może będzie to zbyt daleko idący wniosek, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że w obu przypadkach te tragedie miały ścisły związek z treścią filmów, którym one towarzyszyły. Śmierć Heatha Ledgera przecież pośrednio była spowodowana przemęczeniem organizmu, na który bez wątpienia wpłynęło wyczerpujące psychicznie odgrywanie Jokera, jednej z najbardziej obłąkanych postaci jakie dała nam popkultura. Natomiast, jaki związek z treścią "MRP" ma strzelanina w kinie? Teoretycznie - żadnego. Nie będę spoilerować mówiąc, że tego typu sceny nie zobaczycie w filmie. Ale jeśli pierwsze co przychodzi Wam na myśl w związku z masakrą w kinie w Colorado to bezsens (oczywiście zakładając, że można oceniać sensowność czyjejś śmierci), grotestka i swego rodzaju pustota, to dokładnie to samo zobaczycie w "MRP".

Ktoś powie "Ty debilu, przecież to komiks jest!". Tak, wiem co to są komiksy, czytałem je jak Ty jeszcze w pampersa robiłeś, man. Ale to nie znaczy, że przenosząc go na ekran nie pokusić się o porzucenie tej umowności, konwenansów obowiązujących w świecie komiksu. Albo przynajmniej wrzucenie ich w głębszy, odnoszący się bardziej do rzeczywistego świata kontekst. I to udało się przecież Nolanowi w "Mrocznym Rycerzu", dlaczego więc nie mogłem tego oczekiwać od "MRP"?

Byśmy się źle nie zrozumieli - w gatunku ekranizacji komiksu to wciąż bardzo przyzwoita rzecz. Jeśli ktoś oczekuje rozmachu, sensacji, swoistej epickości, klasycznego zwycięstwa dobra nad złem, rozrywki dla oczu - jak najbardziej to wszystko otrzyma. Niestety, moim zdaniem absolutnie nic więcej. Intelekt ani razu nie zostaje połechtany, co przecież w poprzednich częściach trylogii miało miejsce, zwłaszcza w filmie z 2008 roku. Seans niestety potwierdził obawy, które można było mieć czytając wypowiedzi Nolana przed rozpoczęciem zdjęć do "MRP". On nie do końca chciał kręcić ten film, wiedząc że "Mrocznym Rycerzem" wyczerpał temat, zawieszając poprzeczkę zbyt wysoko. Zgodził się na trzecią część tylko pod warunkiem, że będzie ona konkluzją cyklu. I za dużo Nolan daje tu powodów by nie myśleć, że chodziło o zwykłe wypełnienie kontraktu. Że po prostu zrobił trzeci film o Batmanie, najlepszym superbohaterze jaki dał nam świat komiksu. I nic więcej.

Moim skromnym zdaniem można wyodrębnić dwa powodu tej klęski:

Primo: główny Antagonista. Już Burton się skumał, że to właśnie o Bad Guy'ów w tym wszystkim chodzi, kompletnie marginalizując postać Batmana w swoich filmach. Nie ma genialnego wroga, nie ma filmu. Nolanowi dwa razy się udało - w "Batmanie Początek" skupiając się na narodzinach Batmana, przez co odsunięta była nasza uwaga od jego antagonistów (choć Scarecrow czy Ra's al Ghul to przecież nie ułomki), a w "MR" sięgając po Jokera, Wroga Nr 1. Gdy świat obiegła informacja, że nowym wrogiem Batmana będzie Bane, nie byłem zachwycony. Bo moim zdaniem postać ta zasłynęła jedynie tym, że złamałaBatmana. Ok, to nie mało. Ale poza tym ekhm drobnym szczegółem nie jest to postać, która fascynuje, której podłoże psychologiczne można analizować czy rozpatrywać w szerszym, nie tylko komiksowym kontekście. Tom Hardy jako Bane dał z siebie 100 procent, nie można mu nic zarzucić. Zresztą kto widział "Bronsona" z jego wybitną tytułową rolą wie, że typ był stworzony do odegrania tej postaci. Kapitalnym zabiegiem, choć kontrowersyjnym, jest dysonans między jego osiłkową aparycją a dystyngowanym wysławianiem się, mającym coś z Seana Connery'ego. Ale to, jak scenarzyści poprowadzili postać Bane'a w filmie... Nie wiem, czegoś mi zabrakło. Podobnie zresztą jest z Catwoman - niby spoko i wyjątkowo sexy ta Anne Hathaway, ale gdzie tam jej do terroru, jaki czyniła jako Catwoman Michelle Pfeiffer w "Batman Returns". W sumie to najfajniejsze wejście (choć niekoniecznie wyjście) ma (SPOILER ALERT) trzeci antagonista. Aczkolwiek tu taka uwaga, że niekoniecznie doceni je osoba niezorientowana w komiksowej historii Batmana. Tu jeszcze dodałbym, że na plus można przypisać fajne cameosy postaci z poprzednich części. Co by nie mówić - Nolanowi udało się stworzyć w trylogii uniwersum z całkiem logicznie zazębiającymi się trybikami. Nie wiem, czy to takie oczywiste w kontekście X Muzy.

Inna sprawa, że nie jestem pewien czy chciałbym przebywać w tym świecie. I bynajmniej nie chodzi o to, że mieszkańcy Gotham mają dość ciężkie, mało bezpieczne życie. Tu dochodzimy do secundo, które najkrócej można by ująć pytaniem - kto dał Paulo Coelho dialogi do napisania? Ja naprawdę rozumiem, że to komiks, że to amerykański film mainstreamowy itp itd. Ale niektóre suchary, jakie padają z ust bohaterów filmu są wręcz dyskwalifikujące. "- Przybyłeś zobaczyć jak niszczę Twoje miasto?" "-Nie, przybyłem Cię pokonać!". NIGGA PLEASE. Resztę podobnych rodzynków sami wyłapiecie, nie będzie to zresztą trudne. Z kwestii dialogów możemy płynnie przejść ponownie do problemu ze scenariuszem. By znów nie walnąć spoilera: climax filmu to czysta autozrzyna.

O tym, że Christopher Nolan jest artystą a nie hollywoodzkim wyrobnikiem przekonał raz, a skutecznie "Memento", jeden z najbardziej genialnych filmów jakie w życiu widziałem. Dlatego można było przy poprzednich częściach Batmana przymknąć oko na swoiste "holiłudy" w scenariuszu jako konieczny kompromis między artystyczną wizją a wymaganiami producentów i statystycznego amerykańskiego widza. "Mroczny Rycerz Powstaje" sprawia w tym kontekście wrażenie, jakby Nolan totalnie sobie odpuścił. A paradoks polega na tym, że największy plus filmu jest taki, że pozwala docenić jak genialny (jednak!) był "Mroczny Rycerz", jak niedocenionym filmem jest "Batman Początek" i jak, summa sumarum, pozytywnie wypada trylogia Nolana jako całość. Tym bardziej boli ocena końcowa "MRP". Ten cykl filmów naprawdę zasłużył na lepszy finał.

 

najlepszy moment: cytaty wplecione z "Knightfalla"

ocena: 7/10

13:39, rejczmen , film
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 lipca 2012

rok wydania: 2011

wydawca: DIY

pobierz album

 

Ok, wreszcie się doczekałem - naprawdę przyzwoite southernowe wydawnictwo!

Nie wiem jakie były tego powody, ale już pierwszy odsłuch udowadnia, że tym razem Gucciemu naprawdę się chciało. Jasne, to 70 minut muzyki, więc poziom jest ostro nierówny i sporo tu (t)rapowego szlamu. Ale zdecydowanie więcej dobrych tracków, w których aranżacjach naprawdę coś się dzieje. Weźmy taki "Brrr (Supa Cold)". Sampel wokalnej harmonii z lat 60tych, jakieś mariachi dęciaki, no kapitalna sprawa! Na przeciwległym biegunie pod względem klimatu, ale tym samym jeśli chodzi o jakość leży "MVP", z kapitalnym głównym motywem brzmiącym jak wycięty z jakiejś retro-gry i ujmującym refrenem. Albo "Two Dope Boys" - tytuł to nie przypadek, bo choć aranżacyjnie to zupełnie sprawa, to klimat równie upalony co w klasyku Outkastu (pochodzenie zobowiązuje). Kurcze, jest co wymieniać!

Wykazali się producenci, wykazali też i raperzy. Sporo tu młodzieży o nic nie mówiących ksywach, ale parę gwiazd też przyjęło zaproszenie. Być może jakiś hajs za to wzięli, ale opłaciło się. Totalnie rozpierdalającą zwrotkę położył na "Too Turnt Up" Yelawolf. Może trąci Eminemem, ale zapamiętajcie tą xywę, bo powinna jeszcze ostro namieszać w rapgrze (zresztą już miesza). Niespodzianką jest udział samego 50 Centa w "Recently" i to niejako podwójną. Bo nie tylko trudno było się spodziewać jego udziału w tak odległym mu klimatycznie projekcie, ale i tego, że zaprezentuje tak energetyczne flow.

Chcesz wiedzieć o co chodzi z tym Guccim - sięgaj po "WOTW2". Zdecydowanie!

 

najlepszy moment: BRRR (SUPA COLD)

ocena: 7,5/10

22:14, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
 Skala

10-"Ideału Potęga"

9,9-9,0-"widzę szczyt, a za szczytem zaszczyt za zaszczytem"

8,9-8,0-"będę brał cię, cię, ehe"

7,9-7,0-"joł joł, joł joł joł joł joł, wielkie joł!"

6,9-6,0-"ch** na to kładę bo i tak damy radę"

5,9-5,0-"będzie dobrze dzieciak, elo, do góry głowa!"

4,9-4,0-"to nie z mafią układy tylko szołbiznes"

3,9-3,0-to nie jest kawałek żeby się podobać"

2,9-2,0-"Boże, czy jeszcze coś gorszego stać się może?"

1,9-1,0-"ile dałbym by zapomnieć cię..."

0,9-0,0-"pozerskie gówna a prawdziwy rap to dwie odmienne k***a sprawy!"