Kategorie: Wszystkie | film | muzyka | pozostałe
RSS
sobota, 31 lipca 2010

rok wydania: 2009

wydawca: Nasiono

album do pobrania stad

 

znow wykazemy sie dzis lokalnym patriotyzmem.

Borys Kossakowski to postac doskonale znana wszystkim wtajemniczonym w trojmiejska kulture. tak jako sluchacze (Karol Schwarz All Stars, Towary Zastepcze), jak i bywalcy (Zak, gdzie Kossakowski odpowiedzialny jest za repertuar koncertowy). takze coraz wiekszy rozglos zdobywa jako wydawca i to wlasnie we wlasnym Nasiono Records wydal swa pierwsza solowa plyte.

repertuar na "Sunday Tracks" powstal w trakcie trzech sesji oddzielonych paromiesiecznymi przerwami. sesji w pelni improwizowanych, co slychac. Bossakowski w trakcie tych dwunastu, lacznie 60minutowych utworow zupelnie ignoruje poszukiwania za pomoca klawiszy fortepianu jakichs bardziej melodyjnych sekwencji, skupiajac sie na budowaniu nastroju. Leszek Mozdzer po ciemnej stronie mocy, moznaby rzec. o tym, ze taki "klimatyczny" trop jest tu jedyny sluszny swiadczyc tez moze zageszczenie ambientowych plam, z ktorych momentami wylania sie niemal industrialny halas. slychac jednoczesnie ze autor calosci kontroluje wszystko, ze jest to absolutnie przemyslana zabawa z dzwiekiem. na dodatek udanie wpasowana w koncept "nie-za-bardzo-leniwej niedzieli", podczas ktorej na wierzch wyplywa caly syf sobotniej szalonej nocy.

i chyba tyle. rozkladac na czynniki pierwsze, wyszukiwac "smaczkow" nie bedziemy, bo zupelnie to nic nie powie o wartosci tej plyty. plyty intrygujacej i wartej wielokrotnego przesluchania, choc nie ma co ukrywac - skierowanej do skrajnie waskiego grona odbiorcow.


najlepszy moment: RECALLING YESTERDAY

ocena: 7/10

17:15, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 30 lipca 2010

rok wydania: 2010

wydawca: DIY

album do pobrania stad

 

wreszcie znow z tego bloga moze byc jakis pozytek dla ludzkosci. popromujmy polskie, mlode, obiecujace kapele.

duet Twilite istnieje wprawdzie juz pare latek, ale chyba wciaz mozna ich okreslic mianem "czekajacych na swa szanse". i powinni ja dostac. juz. teraz. jak najszybciej.

bo EPka, udostepniona w maju za free w internecie, narobila mi takiego smaku, ze jestes gotow glosno obwiecic, ze dlugograj tego zespolu bedzie jedna z polskich plyt roku. 5 gwiazdek w Teraz Rocku, Nierdzewna Stal w Metal Hammerze, orgazm Ani Gacek na lamach Machiny, plakat w Pulpie, dzien z Twilite w Trojce, Lato Z Radiem.

nie wiem czy to co graja panowie z Twilite da sie sklasyfikowac gatunkowo. nie aby byli oryginalni - na samym polskim podworku podobne rzeczy gra przeciez Drivealone (Piotr Maciejewski zreszta odpowiada za produkcje "Else"), a zagranicznych nazw moglibysmy tu przywolac od groma. klasyfikacja muzy Twilite jako "akustyczne, oniryczne, przepelnione emocjami granie" nadawaloby sie najlepiej, choc zdaje sobie sprawe z totalnej czerstwowosci tejze. ale co z tego? ta muzyka jest piekna. stopniowanie napiecia "Another Day" to juz jest poziom Sigur Ros z przelomu wieku (zapomnijcie o ostatnich plytach islandczykow i przypomnijcie sobie, ze kiedys takie porownanie odebrane byloby jako najwyzszy komplement). ze tak niszczacego kombo wokal+giatara+fortepian jak w "Wake Up" nie bylo od daaaaawien dawna. a jesli ktos po uslyszeniu tych dwoch trackow uznalby Twilite za usypiajacy, zniewiescialy twor to moze przekona go "Fire", gdzie z linii wokalu wyziera nawet jakis bluesowy pierwiastek, a podklad ma wiecej z koszmaru niz z beztroskiego snu.

wiecie co mi sie marzy? aby wreszcie w Polsce przestano z tym co swieze, nowe i na international levelu kojarzyc takie nazwy jak Out Of Tune, Renton czy Kumka Olik. pewnie, kapele z H&M'u tez sa na cos przydatne swiatu (chocby po to, by pracownicy H&M'u mieli co do garnka wlozyc). ale moze osoby najbardziej zobligowane wreszcie zaczna uzywac mozgu i uszy zamiast oczu przy wylapywaniu co ciekawszych nazw z undergroundu i w walce o uznanie naszej kultury muzycznej w swiecie wystawiia w pierwszej kolejnosci wlasnie takie kapele jak Twilite?

sobe i Wam tego zycze, wymierzajac "Else" najnizszy wymiar kary tylko po to, by przy dlugograju juz nie miec litosci przy wystawianiu oceny.


najlepszy moment: ANOTHER DAY

ocena: 7,5/10

19:19, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 lipca 2010

rok wydania: 2008

wydawca: DIY

album do pobrania stad

 

ze skrajnosci w skrajnosc ostatnio.

nie, Oxy.gen nie gra jak Slayer. zdecydowanie nie. ale nie wiem, czy notka o ich plycie jest godna nastepowac po dotyczacej Marka Grechuty. bo teksciarsko Oxy.gen prezentuje sie.... hmmmm... no coz, powiedzmy ze wcale sie nie prezentuje. nawet tytuly piosenek zenuja: "Angela (Gdybym wiedzial, ze istniejesz)", "Yvett (Blisko jest gdzies za daleko)", "Banshee (Jestes, zebym byl)", itd itp. z tymi imionami to taka beka, ze to prawdopodobnie chodzi o koncept jakis, wspolna mysl. nie no, pewnie i takowa jest, ale... dobra, nie znecajmy sie. tym bardziej, ze cala reszta skladowych tego wydawnictwa prezentuje sie znacznie lepiej.

zaskakujaco lepiej. bo pamietam Oxy.gen sprzed 7-8 lat, z debiutanckiej plyty "Toxygen" i koncertow w 3miescie. szum wokol kapeli wynikal glownie z faktu, ze grala w niej polowa skladu nieodzalowanego Illusion (konkretnie: Pawel Herbasch i Jarek Smigiel). po tym, jak Lipa solowy wyskoczyl z plyta osadzona po calosci w elektronice oczekiwano, ze moze chociaz jego kumple z Nowego Portu w nowym projekcie poniosa pochodnie rockowego pieprzniecia. niestety - choc Oxy.gn lansowano usilnie jako absolutne novum na polskiej scenie, brzmienie XXI wieku, to w praktyce to byl zwyczajny pop rock. owszem, inkrutowany elektronika i hiphopowymi przeszkadzajkami, ale nie w wiekszym stopniu niz u Incubusa, ktorego mega sukces zasial u poczatku dekady zamet wsrod polowy gitarowej sceny. koncept idealny, trafiajacy do wszystkich - sluchaczy rmf fm, dziewczyn w arafatkach i wrazliwych numetalowcow. w praktyce skonczylo sie tak jak w przypadku kazdej ideologii genialnej tylko w teorii - po dwoch sezonach Oxy.gen wyparowal ze sceny muzycznej i tyle o nich slyszelismy.

az tu nagle nadszedl rok panski 2008 i co sie okazalo? Oxy.gen jednak zyje! nawet wiecej - plyte nowa wydal! juz bez medialnego halasu, po cichaczu, bez jakiejkolwiek promocji chlopaki sobie album wrzucili do neta i udostepnili wszystkim chetnym. normalny ruch w sumie - trza o sobie przypomniec, a wlasciwie zaczac budowac fejm od nowa, bo 6 lat, jakie dziela "Dziewczyny" od debiutu, to szmat czasu we wspolczesnej muzyce. o ile za normalne uznamy takze to, ze wrzucona przez takiego debiutanta (chocby nawet i "wielokrotnego") plyta jest udostepniona w wyjebanej jakosci wav'ach, nagrywana jest w najlepszym studiu nagraniowym w Polsce u boku jednego z najlepszych producentow (Marcin Bors, Fonoplastykon), a dodatkowo udzielaja sie na niej calkiem znane nazwiska pokroju Jacka Kuleszy, Karoliny Kozak czy... Sokoła.

najbardziej jednak zaskakujace w tym wszystkim jest to, ze ta plyta jest calkiem strawna! okazuje sie znow, ze dobre melodie potrafia zdzialac cuda. oczywiscie nie zawsze - poziom plyty jest wyboisty jak jasna cholera i sporo tu fragmentow wrecz smutnych, uswiadamiajacych, ze polskojezyczne granie a'la 5 woda po incubusowym kisielu nie jawi sie w 2010 roku jako zbyt swiezy pomysl. a jednak wystarczy by wlazla do kompzycji dobra melodia, by miss nagle okazal sie hitem, by przestal przeszkadzac nawet momentami dosc fajansiarski wokal pana Wysockiego. a moze po prostu zdziadzialem bez reszty, a potrzeba melodii rzucila mi sie juz totalnie na mozg? a moze swoje robi sentyment, ktory kaze przychylnie patrzec na wszystko z mniej lub bardziej silna koneksja z cudownym okresem poczatku nowego wieku? tak, 2003 w trojmiescie to byl piekny czas.

przed komplementowaniem Oxy.genu wstrzymuje takze to, ze najlepsze fragmenty plyty - poza w pelni autorska "Thiara" - nie do konca naleza do zespolu. szczegolnie dotyczy to "Nobody's model" - panowie, owszem, dostarczyli kapitalny, siadajacy na banie podklad. ale to jednak Karolina Kozak kradnie tutaj show, udowadniajac przy okazji, ze Bogdan Kondracki powinien olac wszystkich i skupic w pelni swoj potencjal producencki na nagraniach swej zyciowej partnerki. a, i jeszcze ta nieszczesna "Angela"... w kregach blizszych blokowiskom ten ficzuring Sokola zebral dissy tak potezne, ze krytyka "W aucie" wypada przy nich niczym przyjacielski przytyk. tymczasem ten numer to jest tak dramatycznie inna rzecz od tego z czym artystycznie kojarzy sie szef Prosto, ze trudno tak na dobra sprawe go nie docenic. nawet jesli trzeba troche przymknac oko na jego emo-aspekt.

Oxy.gen to zdecydowanie nie jest zespol niezbedny do zycia jak tlen, ale warto sie sztachnac. lokalne propsy dla chlopakow.


najlepszy moment: TSHIARA (POD BIAŁYM PARASOLEM)

ocena: 7/10

23:05, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 lipca 2010

rok wydania: 1981 (reedycja: 2001)

wydawca: Pomaton

 

zmieniamy klimat. i to baaaaardzo.

bo czy ktokolwiek widzial, ktokolwiek zna Muzyke spokojniejsza, nastrojowa niz ta ktora tworzyl swietej pamieci Marek Grechuta? spora liczba epitetow moznaby opisac tworczosc Grechuty, ale szczerze watpie by znalazl sie wsrod nich "agresywny", "wsciekly", "brutalny". no, nie dogadalby sie pan Marek ze Slayerem.

choc na pewno znalazloby sie paru takich wykonawcow zza granicy, ktorzy by z chluba polskiej kultury znalezli wspolny jezyk. ba, moze jakims szalonym ficzuringiem by sie takie spotkanie skonczylo. jestem spokojnie w stanie sobie wyobrazic taki "Bird On The Wire" featuring Marek Grechuta. bo jesli taki Kaczmarski tu i owdzie jest tagowany jako "polski Dylan", to Grechuta ma sie tak do polskiej muzyki, jak Leonard Cohen do kultury swiatowej. czyli tekst bedacy najprawdziwsza z prawdziwych poezja i podloze muzyczne - czasem bardziej, czasem mniej istotne. najczesciej jednak optymalne, czyli tak by z jednej strony uniemozliwic kielkowanie jakichkolwiek hookow, a z drugiej strony by mozna bylo mowic wciaz o Muzyce.

oczywiscie tak "polski Dylan", jak i "polski Cohen" to okreslenia cokolwiek przegiete. przede wszystkim Grechuta byl zbyt duza Osobowoscia, by szkalac jego imie porownywaniem go do kogokolwiek, chyba ze na zasadzie jakichkolwiek punktow odniesienia dla kogos, kto np zaczal sluchac muzyki wczoraj. secundo - no jednak Cohen i Grechuta to zadne tam mentalne blizniaki. Kanadyjczyk to rockandrollowiec w skorze dzentelmena-pisarza, buddysta-jebaka, ktory przez pare dekad dzialalnosci wypracowal sobie miejsce w Poczecie Freakow Muzycznych. nasz piesniarz z kolei, choc kolaboracjami z Anawa i WIEM przysluzyl sie ksztaltowaniu sie sceny rockowej w PL, to z gatunkiem tym w sensie mentalnym nie ma absolutnie nic wspolnego. artysta z glowa w chmurach, zwiazany ponad 30 lat z ta sama kobieta, ktory zadawal sie z Piwnica Pod Baranami bynajmniej nie po to, by miec z kim zalac pale.

rozni sie takze stosunek do dyskografii tych artystow przez tzw masowa swiadomosc muzyczna. choc akurat wynika to niekoniecznie z kwestii stricte muzycznych, a bardziej ze specyfiki polskiej kultury. mowiac prosciej - kazdy kto chocby kojarzy Cohena musi znac takie tytuly "Songs Of Leonard Cohen" czy "Songs Of Love And Hate". chocby z obowiazku - mowimy o Kanonie Muzycznym. u nas, gdzie o normalnej fonografii mozna mowic dopiero od niecalych 30 lat, Marek Grechuta jest kojarzony przede wszystkim z pojedynczych kompozycji (przez wiekszosc spoleczenstwa aka *przebojow*), a moze nawet i z samego "Dni, Ktorych Nie Znamy". zreszta, kazdy kto mial stycznosc z polskimi mediami pod koniec 2006 roku wie o czym mowie. ale sprobujcie rzucic wszystkim tym, ktorzy lamentowali w tym czasie za pomoca opisow gadu gadu, hasla typu "Droga za widnokres" czy "Magie Oblokow". moglibyscie dojsc do smutnych wnioskow.

ze "Spiewajacymi Obrazami" pewnie byloby jeszcze gorzej. choc gwoli sprawiedliwosci trza przyznac, ze malo kto wlicza ten album do najwiekszych dokonan Grechuty. co nie znaczy, ze znac nie trzeba. trzeba, choc trzeba tez sie przygotowac na nienajlatwiejsza przeprawe. o wspomnianych przebojach nawet nie ma co mowic, ale nawet trudno bedzie o jakies melodyjniejsze punkty zaczepienia. no, przynajmniej nie po pierwszych przesluchaniach. niewiele pomaga fakt, ze Grechute tu wspomagaja (gdzieniegdzie nawet wyreczaja) dwie wokalistki. a wlasciwie to aktorki, Dorota Pomykala i Urszula Kiebziak. summa sumarum powstala plyta, ktora choc miala przetransferowac slynne dziela sztuki artystow pokroju Da Vinciego czy Picasso do swiata muzyki, to jednak ma najmniej wspolnego z ta dziedzina Sztuki.

inna sprawa, ze spojnosci calosci nie pomaga fakt, ze druga polowa plyty to muzyka w glownej mierze ilustracyjna do teatralnej wersji "Otello". paradoksalnie to wlasnie ta czesc plyty wypada tu najlepiej, tak pod wzgledem aranzacji jak i chwytliwosci. w szczegolnosci przepiekny temat "Ostatnia Piesn Desdemony". przede wszystkim te 20 minut to najlepszy chyba dowod, ze Grechute mozna nie tylko rozpatrywac w kategoriach poety, ale takze genialnego kompozytora.

tyle jesli chodzi o oryginalne wydanie z '81. bo reedycja to kolejne 40 minut muzyki. a ze nie jest to wybitny material, to tym wiekszie prawdopodobienstwo, ze malo ktory nie-fan Grechuty przelknie bez popitki te 76 minut. no ale zobacmzy co tu mamy... alternatywne wersje m.in. "Piruetu na polnej drodze", "Szarego golebia na ramieniu" i "Innej Kuchni, Innej Mody" (zadne tam diametralne roznice). cztery kolejne utwory z konceptu "udzwiekowienie obrazow" (niezly "Kobieta Niesie Chleb"). dwa kolejne instrumentale filmowe. nagrania koncertowe, gdzie Grechuta wykonuje kompozycje Moniuszki w troche jednak malo natchnionej, a zbyt meczaco zartobliwej interpretacji. no i mega rarytas - nagranie z festiwalu w Opolu '77, gdzie Grechuta coveruje "Do lezki lezka" wespol z jego autorka, Maryla Rodowicz... i z Jonaszem Kofta na ficzuringu. zdecydowanie najfajniejszy moment tych dodatkow.

dla wielbicieli zapewne uczta, dla mnie troche za duzo jednak tego dobrego na tej plycie.


najlepszy moment: OSTATNIA PIEŚŃ DESDEMONY

ocena: 7,5/10

21:48, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 lipca 2010

rok wydania: 2001

wydawca: American

 

jedziemy dalej z dzwiekowa rzeznia.

w 2001, 3 lata po wydaniu "Diabolus In Musica" bylo juz po wszystkim w temacie "Slayer i nowinki brzmieniowe". dobrze sie stalo? tak!

przyznam, ze jestem troche niekonsekwentny w ocenie zespolow jesli chodzi o ich podejscie do restrukturyzacji wlasnego soundu. w sensie - lubie jak zespoly nie nagrwaja wciaz tej samej plyty. a jednak Slayerowi jestem w stanie to wybaczyc, nawet jesli sami otwarcie okreslaja sie w tym kontekscie jako "hardcoreowa wersja AC/DC". pewnie, uwielbiam jak sie zmieniaja, wprowadzaja nowe elementy do swej muzyki - dalem zreszta temu wyraz we wczorajszej notce. a jednak ryj sie szczerze cieszy slyszac poczatek "God Hates Us All". tym bardziej, ze dosyc sprytnie go skonstruowano: "Darkness Of Christ" to poltoraminutowa zajawka, w ktorej niby cos tam gra, ale strasznie (jak na Plyte Slayera oczywiscie) cichutko. czlowiek podkreca glosnosc by wszystko sie zgadzalo i nagle jak nie pierdolnie (pardon, ale inaczej tego nazwac nie mozna) "Disciple"! walcowata kaskada riffow, Araya wydziera sie w najlepsze, Bostaph mlynkuje taak by godnie zapracowac na miano "nastepcy Lombardo" no i ten opetanczy refren ze slowami-mottem tej plyty. "Bog nienawidzi nas wszystkich". smiem watpic. gdyby tak bylo, nie powstawalyby tak kapitalne plyty jak "GHUA". ktos ta teze wysmieje, moze nawet powie ze to sprawka Lucyfera bardziej. a czy Lucyfer odpwiada za Piramide Cheopsa czy Krzywa Wieze w Pizie? bo przeciez tylko w kategoriach Cudu mozna rozpatrywac to, ze po blisko 30 latach zespol potrafi wciaz nagrywac tak wsciekle, bezkompromisowe, a przede wszystkim - zajebiste albumy.

moze wynika to z tego, ze tak na dobra sprawe Slayer nie nagrywa wciaz tej samej plyty, tylko na przemian dwie plyty? raz szybkostrzelna, raz wolna i masywna. pisalismy wczoraj o "DIM" ze w duchu to dosc punkowa plyta, ale na dobra sprawe sporo w niej bylo chwil na zlapanie oddechu, a moze nawet i takich, ktore da sie zanucic. z "GHUA" tego "problemu" nie ma. wolniejsze momenty wciaz moga spowodowac totalna defloracje mozgu, a w najlepszym wypadku trwale uszkodzenie sluchu i wrazliwosci. nawet nie ma co wskazywac kawalek najbardziej przegiety pod wzgledem ekspresji i szybkosci - trzeba byloby wymienic 2/3 plyty.

najlepsze jest to, ze zadaje ta plyta klam logicznemu w sumie twierdzeniu, ze agresja zawarta w muzyce "dziala" najlepiej, gdy sie ja odpowiednio dozuje, kiedy nabiera rozpedu coby uderzyc z podwojna sila. Slayer takich sztuczek nie potrzebuje. moze wynika to z tego, ze przez te wszystkie lata opanowali soniczny atak do perfekcji? moze dlatego ze wzorem opisywanych przez siebie w tekstach psycholi znaja wszystkie sposoby swiata na gwalt na uszach? moze to ich wlasnie rozni od calej rzeszy ciasteczkowych potworow death metalu - nie tylko blasty, ale i groove. nie tylko riffy, ale i "kaczki", klimatyczne plumkniecia, niekedy elektroniczne podbicia. no i przede wszystkim zaden tam growl, a wrzask, skandowanie, cedzenie slow, a czasem i henry rollinsowa deklamacja ("Deviance").

no i last but not least, a byc moze w kontekscie tej plyty aspekt najwazniejszy - teksty. tak jak biorac pod uwage sama warstwe instrumentalna nie smialbym postawic jakiejkolwiek plyty Slayera ponad "Reign In Blood", tak w kwestii lirykow odwaze sie wyrazic opinie, ze panowie z plyty na plyte sa coraz lepsi. a "GHUA" to moze nawet i apogeum w tym temacie. 4 lata temu kazdy zespol metalowy za punkt honoru postawil sobie wydac plyte badz jakikolwiek inny format szostego czerwca (dla mniej kumatych: 6.6.06). Slayer, ktory juz dawno temu zauwazyl, ze Szatana nalezy upatrywac nigdzie indziej jak w samym Czlowieku, z wydaniem "GHUA" nie mogl trafic lepiej. 11 wrzesnia 2001. nawet nie chodzi o sama symbolike daty - wszak tego dnia mialo premiere sporo wydawnictw. potega tego zbiegu okolicznosci jest wieksza - oto dnia, kiedy najbardziej wytrwaly w wierze musial zwatpic (a wszystko to przeciez spowodowane zaslepieniem w "innego boga"), plyte wydaje zespol ktory jak malo ktory zalazl za skore Kosciolowi Katolickiemu. bo przeciez Black Sabbath czy Judas Priest to byly tylko igraszki z satanizmem, a black/death nie maja takiej sily razenia co wydana przez majorsa kapela Hannemana. a ten atak na religie na tej plycie brzmi na tyle dosadniej, ze trudno nie pomyslec, ze skubancy przewidzieli badz poskurnie wyczuwali, co sie wydarzy te pare miechow po ukonczeniu prac w studiu.

tak powinna brzmiec Bluzniercza Muzyka. patrzcie i uczcie sie, wy wszyscy smieszni metalowcy malujacy ryje na bialo i charczacy do mikrofonu.


najlepszy moment: DISCIPLE

ocena: 8/10

23:47, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
 Skala

10-"Ideału Potęga"

9,9-9,0-"widzę szczyt, a za szczytem zaszczyt za zaszczytem"

8,9-8,0-"będę brał cię, cię, ehe"

7,9-7,0-"joł joł, joł joł joł joł joł, wielkie joł!"

6,9-6,0-"ch** na to kładę bo i tak damy radę"

5,9-5,0-"będzie dobrze dzieciak, elo, do góry głowa!"

4,9-4,0-"to nie z mafią układy tylko szołbiznes"

3,9-3,0-to nie jest kawałek żeby się podobać"

2,9-2,0-"Boże, czy jeszcze coś gorszego stać się może?"

1,9-1,0-"ile dałbym by zapomnieć cię..."

0,9-0,0-"pozerskie gówna a prawdziwy rap to dwie odmienne k***a sprawy!"