Kategorie: Wszystkie | film | muzyka | pozostałe
RSS
piątek, 31 lipca 2009

rok wydania: 1998

wydawca: Sony

 

ROOOOOOARRRRRRRRR! czyli wracamy do rokendrola.

znow omowimy soundtrack do chujowego filmu. moje obcowanie z amerykanskim rimejkiem Godzilli nie bylo specjalnie dlugie - zasnalem po jakichs pieciu minutach. na szczescie sciezka dzwiekowa prezentuje sie znacznie lepiej. nawet jesli podejscie do tematu muzyki bylo podobne co w przypadku filmu. czyli mam byc ultrakomercyjnie. na szczescie pod koniec lat 90tych w komercji nie dzialo sie jeszcze tak zle. numetal jeszcze nie byl u szczytu, wiec jest po prostu sporo tzw alternatywnego rocka. i nie tylko.

jak juz wspominalismy, obiektywna wartosc soundtracka nalezaloby oceniac pod katem ilosci premier czy po prostu wczesniej niepublikowanych piosenek. i na "godzilli" jest calkiem niezle pod tym wzgledem. postarali sie wszyscy zebrani. a producenci albumu to docenili i poslali spora czesc materialu na single.

tak jak np otwierajacy calosc "heroes", czyli david bowie w wykonaniu the wallflowers, dowodzonych przez jakoba dylana. tak, z tych dylanow. szalu nie ma, ale o herezji tez nie ma mowy. znacznie wiecej problemow dostarczyl kolejny numer, szczegolnie wsrod braci rockowej. otoz sean combs (czyli diddy, p. diddy, a wtedy znany pod swa najbardziej popularna ksywa - puff daddy) postanowil zarapowac pod sampla z "kashmiru" led zeppelinow. jakby tego bylo malo, sam autor zsamplowanej gitary nie tylko ten ruch zaakceptowal, ale postanowil na nowo zagrac ow slynny gitarowy motyw, przez co w indeksie figuruje szumne "puff daddy featuring jimmy page" (na udzial toma morello z ratm, pomykajacego tutaj wyjatkowo na basie, juz nikt uwagi nie zwrocil). coz... sam pomysl nie byl zly. ba, ja jestem wrecz jak najbardziej na tak. efekt finalny tez nie jest tak wkurwiajacy jak pamietny "i'll be missing you", dzieki ktoremu na konto stingo po raz kolejny wplynela pokazna suma pieniedzy. problem w tym jednak, ze raper z puff daddy'ego zaden, a tu jeszcze wieksza fuszerke odstawia niz zazwyczaj. wobec czego "come to me" bardziej zostal zapamietany jako (kolejny) skok na kase puffa niz przelomowe dla zacierania muzycznych granic nagranie.

na szczescie z kolejnym numerem problemow nie ma. nigdy nie bylem fanem jamiroquai, ale "deeper underground" rozklada mnie na lopatki. niby typowe dla jay kaya i jego ekipy granie inspirowane funkiem (w przypadku "DU" nawet mocniej niz zwykle), ale ta akurat melodia uzaleznila mnie jak zadna inna w ich dyskografii. prawdziwym hajlajtem jest jednak "no shelter" rage against the machine. kawalek-pomost pomiedzy "evil empire" a "battle of los angeles" (zreszta powstal wlasnie w czasie pomiedzy wydaniem obu materialow). w klimacie jeszcze mocno kojarzacy sie z poprzednim materialem, ale juz brzmieniowo znacznie blizej przystepnosci "BOLA". tekstowo tym razem wielki diss na bzdurne wytwory kulturalne odwracajace uwage od prawdziwych problemow. hmmmm... zwazywszy na miejsce umieszczenia tracka to ja nie wiem, czy to jeszcze rozwalanie systemu od srodka czy juz hipokryzja. niemniej jest pysznie - track mozna spokojnie wrzucic na winampa miedzy "bullet in tha head" a "ashes in the fall".

nastepny w kolejnosci "air" ben folds five to juz niestety znaczny spadek temperatury. smetne plumkanie, jakiego nie powstydzilby sie keane na przyklad. nudnawy watek na plycie kontynuuje michael penn (tak, z tych pennow) z "macy day parade". sporo tez tu post grunge'u w postaci fuel, days of the new czy silverchair. najlepiej wypadaja ci ostatni (choc "untitled" to balladowe poszukiwania rodem z "neon ballroom") - days'ow broni niezly wokalista (choc troche za mocno czerpiacy i z morrisona, i z weilanda), a fuel to juz nic nie broni. "A320" foo fighters to ciekawy przypadek utworu, w ktorym pomimo przesadnie rozbuchanej aranzacji wlasciwie nic sie nie dzieje. no, moze przesadzam ze absolutnie nic, ale mogloby byc lepiej. przynajmniej nie ma "rockerki". "brain stew" green daya to remix utworu z "insomniac". kwestia remixerska sprowadza sie do podlozenia lekkiej dawki elektroniki i, hm, odglosow paszcza godzilli. numer sympatyczny, tak jak sympatycznym zespolem byl green day w tamtej dekadzie. temat punkrockowy na albumie podejmuja jeszcze fuzzbuble, ale to juz zenada jakas.

na koniec mamy jakies dziwne swingowe "undercover" niejakiego joey'a deluxe i dwa filmowe instrumentale davida arnolda. calkiem okej.

calkiem okej album. nie ma sensu kupowac, a sciagac muzyke z internetu to grzech, wiec zainteresowanych zapoznaniem sie z tym albumem zapraszam do siebie do domu. posluchamy razem, przy winie i swieczkach.


najlepszy moment: RAGE AGAINST THE MACHINE - NO SHELTER

ocena: 6,5/10

18:17, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 30 lipca 2009

rok wydania: 1996

wydawca: Reprise

 

popatrzmy, jakiego to ja dzis soundtracka z szafy wygrzebalem...

nie mam zielonego pojecia, co to za serial ten "Party Of Five". sadzac po okladce obstawiam klimaty "Friend"... niewazne. wazna jest za to muzyka. no, chociaz tak nie do konca.

bo jesli klimat sciezki dzwiekowej odzwierciedla to, co dzieje sie w serialu, to chyba blizej temu dzielu do "M jak milosc" niz "Twin Peaks". a scislej rzecz ujmujac - totalna muzyka srodka. amerykanski pop rock z inklinacjami countryowymi, ktory europejczykow obchodzi tyle co zeszloroczny snieg. my mamy Feela, oni takich wykonawcow jak The BoDeans, Holly Palmer czy Laurie Sargent. nie aby to bylo jakies dramatyczne zle - wiekszosc rzecz to naprawde mile melodie (a juz taki "Send Me On My Way" Rusted Root to masakrycznie przebojowa sprawa). tyle ze wlatujace jednym, a wylatujace pare minut pozniej drugim uchem. do radia, w trakcie sprzatania, pilowania paznokci, robienia obiadu - spoko. ale zeby tak po prostu Sluchac... no, niekoniecznie.

wlasciwie tylko pare wyjatkow od reguly tu sie znalazlo. "Cruel Spell" niejakiego Big Voodoo Daddy to stricte jazzujaca sprawa, mimo iz w bardzo chwytliwej odmianie. Chaka Khan i Stevie Nicks to juz jednak wyzsza polka tak komercyjnie, jak i artystycznie. co slychac, zwlaszcza w przypadki frontmanki Fleetwood Mac przerabiajacej Toma Pettyego "Free Fallin". najbardziej klimatycznie wyrozniajacym sie, a zarazem najlepszym fragmentem jest jednak "Blue Skies" elektronicznego wyjadacza BT. goscinny wokal Tori Amos nasuwa skojarzenie z jej "Professional Widow", tyle ze tu jest znacznie fajniej. przede wszystkim dlatego, ze tutaj wokal jest pelnoprawnym partnerem podkladu, a nie tylko dodatkiem (nie trzeba dodawac, ze interpretacja wokalna Tori kladzie na lopatki - lata 90'te to byl zdecydowanie jej najlepszy okres). poza tym podklad BT nasuwa skojarzenia z tym, co robia Crystal Method czy Chemical Brothers. a w tym temacie jestem jak najbardziej na tak.

zwazywszy jednak na to, ze "Blue Skies" mozna znalezc na albumie BT nie wiem czy jest wiekszy sens nabywac tego skladaka. chyba ze ktos chce znac amerykanskie odpowiedniki Bajmu czy Feela. to spoko, prosze podrzucac CD-R'y, to wypale.


najlepszy moment: BT - BLUE SKIES (feat. Tori Amos)

ocena: 6/10

16:06, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
środa, 29 lipca 2009

rok wydania: 2000

wydawca: Hollywood

 

witajcie. na dzisiejszych zajeciach bedziemy kontynuowac posrednio watek Metalliki. a przy okazji wrocimy do dawno nie omawianych soundtrackow.

przyznam szczerze, ze zupelnie nie pamietam drugiej czesci "Mission: Impossible", jeno tylko tyle, ze ogladalem go w jeszcze co swiezo otwartym Gemini w gdyni. cos tam wybuchlo (na filmie w sensie, nie w kinie), kogos zabili, tom cruise sie polansowal i tyle. film fajny do odciecia sie od swiata na jakies poltorej godziny i szybkiego zapomnienia o nim po opuszczeniu sali kinowej.

znacznie wiekszego szumu narobila sciezka dzwiekowa. w przypadku pierwszej czesci M:I wlasciwie zwrocono uwage tylko na temat glowny popelniony (a wlasciwie przerobiony) przez sekcje rytmiczna U2. malo kto sie zainteresowal cala plyta z numerami Bjork, Pulp czy Massive Attack. czyli wykonawcow bardzo zacnych, acz dla masowego odbiorcy amerykanskiego zupelnie niezrozumialych. zreszta, pierwsza czesc M:I, nakrecona przez De Palme, tez byla w duchu bardziej europejska. przy drugiej czesci serii cruise i ekipa poszla na komercyjna calosc. za kamera postawiono fachowca od filmow typu "zabili go i uciekl" - johna woo. na sciezke dzwiekowa zas wpakowano to co najmodniejsze bylo w rocku na przelomie wiekow. tak, wiecie o jakim gatunku mowa.

jak juz wspominalismy, przy ocenie soundtracku, poza sama wartoscia muzyki, ktora jest i tak kwestia subiektywna, wazna jest takze "premierowosc" materialu. a pod tym wzgledem to naprawde jest tu calkiem zajebiscie. same nowosci, z ktorych sporo wyladowalo na singlach.

historycy rocka w zwiazku z tym albumem pamietaja przede wszystkim Bitwe O Motyw Przewodni. pokoleniowe starcie miedzy oldskulem a nowa szkola. Metallica kontra Limp Bizkit. wiadomo ze cala wojne wygrala Metallica - o numetalu malo kto ma odwage nawet mowic, nie mowiac do przyznawania sie do sympatii dla tego zespolu. ale sama walke wygral LB. przynajmniej na pierwszy rzut oka. to ich "Take A Look Around" opatrzono mianem tematu glownego, na dodatek skubancy wykorzystali numer by podciagnac sprzedaz cienkiego jak tylek weza "Chocolate starfish...", track by zdobyc track Mety trzeba nabyc ten soundtrack. natomiast jesli  chodzi o artystyczny aspekt, ktory i tak jest ultrawzgledny... okej, w miare sympatyczny ten numer LB, pare imprez sie przy nim wytanczylo, fajna gitarka prowadzaca i pomyslowo wpleciony motyw muzyczny z "M:I". ale to "I disappear" jest tu moim faworytem. ba, rzeklbym nawet, ze to jeden z najlepszych, jesli nie najlepszy, numer Metalliki od czasu Czarnego Albumu (konkurencja niewielka, ale jednak). wkrecajaca sie w glowe zagrywka gitarowa osadzona na swietnym groovie, a przede wszystkim cudny, zaskakujaco wyciszony refren. naprawde uwielbiam. aha, zajebisty tez klip.

a to dopiero poczatek smakolykow. bo oto atakuje niegdysiejszy lider White Zombie, czyli pan Rob, tez Zombie. problem z tym typem jest taki, ze od wielu lat wlasciwie walkuje ten sam numer. takie jednoosobowe ac/dc industrialnego rocka. a jednak w pojedynczej dawce rozjebuje totalnie. nie inaczej jest ze "Scum Of The Earth". temat gitar w krainie elektroniki kontynuuja psychopaci z Butthole Surfers. ich obecnosc tutaj raczej tlumaczylbym epizodycznym flirtem z mainstreamem (czytaj: deal z majorsem) niz obeznaniem muzycznym producenta soundtracka, narzekac jednak byloby idiotyzmem. bo "They Came In" reprezentuje dokladnie to, za co mozna uwielbiac ten zespol. jest swietnie.

z dalsza czescia albumu bywa roznie. sporo tu numetalowych badz postgrungeowych wynalazkow, slusznie dzis zapomnianych (apartment 26, diffuser, buckcherry, tinfied, the pimps - choc ci ostatni jeszcze jakos w miare daja sie zapamietac). godsmack nie nazwalbym sezonowa sensacja, jednak nigdy nie bylem specjalnym fanem tej kapeli i "Going Down" tez raczej mnie do nich nie przekonuje. ciut zmodyfikowana wersja "Mission" (tu jako "Mission 2000") z solowego debiutu Chrisa Cornella zbliza sie klimatem dziwnym trafem do dokonan Soundgarden. to dobrze. zle, ze tego porownania nie wytrzymuje, choc dramatu tez nie ma. natomiast protegowany kid rocka o xywie uncle kracker (mentor wspiera go w sferze produkcji) to jakas pomylka, ktorej nie chce mi sie omawiac dalej.

wiec przechodzimy do byc moze najkontrowersyjniejszego fragmentu tutaj. foo fighters biora sie za pink floyd. spokojnie, nie chodzi o barrettowe odloty, a rockerke "have a cigar". coz, dave grohl wydaje sie przesympatycznym gosciem, a w jego post nirvanowej dyskografii mozna znalezc pare naprawde kapitalnie napisanych numerow. niemniej wydaje mi sie, ze jego songwriterskie podejscie moznaby wyglada cos na zasadzie "dajemy najpierw rockowego czadu, a melodie i jakikolwiek sens sie najwyzej pozniej dorzuci". i do tego coveru chyba podobnie podszedl, przez co wyparowala gdzies cala przesmiewczosc i magia oryginalu. okej, zostal Czad, ktorego wciaz slucha sie dobrze (zwlaszcza za sprawa solowki gitarowej Briana May'a), ale jednak szkoda.

i o ile 14 pierwszych trackow (troche sporo, trza przyznac) wydaja sie w miare sensowna caloscia (nawet jesli wspolnym, malo wyszukanym mianownikiem jest obecnosc gitar), tak z koncowki albumu robi sie lekki groch z kapusta. no bo jaki sens zestawiac z grunge/numetalowcami kameralna tori amos, filmowca hansa zimmera i world musicowa Zap Mame? inna sprawa, ze tori amos przerabiajaca evergreen bossa novy "Carnival" to jeden z najlepszych fragmentow calosci.

gdyby nie pare pierwszych numerow to bylby tylko gadzet dla fanatykow rocka, a w szczegolnosci jego numetalowej odmiany. no bo chyba nie dla wielbicieli filmu, z ktorym album nie ma nic wspolnego poza tytulem i okladka. no ale wlasnie - zwazywszy na to, ze takie soundtracki-skladanki to przewaznie wizytowka wydawcy, przepelnione odrzutami z sesji zespolow z katalogu wytworni, to z "M:I 2 OST" nie jest tak zle. generalnie jest jak z samym filmem - glosno, wybuchowo, efektownie. i tylko w wiekszosci przypadkow srednio zapamietywalnie.


najlepszy moment: METALLICA - I DISAPPEAR

ocena: 6,5/10

20:09, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 lipca 2009

rok wydania: 1984

wydawca: Vertigo

 

no skoro bylo wczoraj o Machine Head logicznym jest, ze dzis musimy cos skrobnac o Metallice. tym bardziej ze dawno nie goscili na tym blogu.

thrash metal, rajt? jak odroznic fana traszu od blek metalu czy death metalu? fan traszu (treszu?) troche bardziej od innych przedstawicieli gatunku lubi piwo, no i tylko on nosi dzinsowe katanu, najczesciej z naszywkami zespolu. poza tym chyba zaden inny fan metalu nie jest tak konserwatywnie nastawiony na Nowe w muzyce. glowny cel kazdej traszmetalowej kapeli: musi przenosic w "stare dobre lata 80te". nie ma zmiluj. a jednak jest cos rozczulajacego i pociesznego w tej zatwardzialosci muzycznej i mimo wszystko optymistycznego nastawienia do swiata. to, mniej na pewno to bejowe i wkurwiajace niz stereotypowi fani blacku czy death (Westa, powiedzialem: STEREOTYPOWI!)

jak wiadomo, bylo ich czterech w thrashu: Metallica, Slayer, Megadeth i Anthrax. z nich zas najwieksza jest Metallica. podobno. pod wzgledem komercyjnym to nie ma co polemizowac. a i artystycznie wydaje mi sie, ze ciezko podwazyc status ekipy Ulricha. to ich plyty przewaznie laduja najwyzej z wydawnictw calej czworki we wszelakich rankingach, do inspiracji wlasnie nimi przyznaje sie najwiecej dzisiejszych artystow. oczywiscie gdyby probowac robic jakas srednia wazona z wartosci calej dyskografii, to mogloby byc roznie. taki sllayer wciaz trzyma poziom, mysle ze podobnie megadeth, a juz o metallice tego powiedziec nie mozna od jakichs, hm, 15 lat? niemniej krotka pilka musi poleciec, czy to sie komus podoba czy nie: w latach 80tych to oni rzadzili i dzielili w swiecie metalu.

niesamowite, jak tak mlodym chlopaczkom (srednia wieku oscylujaca gdzies w okolicach dwudziestki) udalo sie stworzyc tak dojrzale dzielo jak "Ride The Lightning". wprawdzie juz na "Kill'em All" bylo grubo, ale "RTL" to juz jest afera na skale przynajmniej swiatowa. choc debiut bynajmniej prostackim nie byl, to zachwycal (przynajmniej mnie) swoja bezkompromisowoscia, adrenalina przekraczajaca wszelkie normy. pierwsze slowo przychodzace na mysl po odsluchaniu nastepcy "Zabij'em Wszystkich" to PROGRESJA. strasznie pretensjonalne slowo, ale tutejsze kompozycje to sa naprawde monumentalne budowle. pomyslowosc dzwiekow, na jakich oparte sa te numery, to czyste bossostwo. jeden killerski motyw goni drugi. a przeciez budowane sa one przewaznie na tych samych patentach i brzmieniach, przez ktore 85% thrash metalowych kapel brzmi przynajmniej groteskowo. i to jest fascynujace. to tak jakby zaserwowac gromadce dzieci budulec w postaci klockow lego. malo powazny material do budowania konstrukcji, ktorymi moznaby zaintrygowac kogos innego niz inne dzieciaki w piaskownicy. metallice to sie udalo. metallica to najzdolniejsze dziecko w piaskownicy zwanej thrash metalem, przynajmniej w okresie pierwszych albumo-budowli. choc slayer to tez hmmm pieknielnie utalentowane dziecko, choc tworzacy rzeczy przerazajacy ogol.

bo wezmy taki absolutnie wymiatajacy jak dla mnie "For Whom The Bell Tolls". wezcie ten perfekcyjnie rozkrecajacy sie poczatek. dzwon. wejscie gitar. przedziwnie sfuzzowany bass, na ktorym wlasciwie opiera sie ten poczatek. genialne w swej prostocie zagrywki gitar. no i perkusja, grajaca DOKLADNIE TO CO POWINNA ZAGRAC. w sensie: "no ja pierdole, ta perka NO NIE MOGLABY INACZEJ TEGO ZAGRAC." trafione w dokladnie, absolutnie samo sedno. i nikt mi nie powie, ze lars u. jest slabym perkusista. nie zagralby byc moze wiekoszsci tego, co wymyslilby dave lombardo. ale z drugiej strony - byc moze dave nie wpadlby na wiekszosc bossowskich w swej prostocie partii larsa. a wracajac do "Dzwonow" - srodek numeru to juz danie glowne o wartosci odzywczej rownej solidnej porcji salatki warzywnej popitej swiezo wycisnietym sokiem multiowocowym i przegryzionej kotletem schabowym. jeszcze outro-deser i mozemy lezec brzuchem i uszami do gory przez miesiac. ulubiony numer, bez dwoch zdan. no i wiadomo - godzina 22, "DZWONYYYYYYYYY", to znak ze czas wyjsc na parkiet. i dostac w tancu w pysk od Zlotego.

mowilem o bezkompromisowosci debiutu. a tutaj hetfied i spolka sa rownie bezlitosni. no bo jak mogli bo "Dzwonach" dac rownie rozkladajacy na lopatki numer w postaci "Fade to black", no jak? tu dzieje sie historia, oni tu definiuja na nowo pojecie metalowej ballady. bez romantycznych pierdol w dzwiekach i tekscie. zamiast tego poczucie beznadziei, rozpacz, pragnienie pociecia sie czerstwa bulka. nie no, ale seriously - naprawde przygnebiajaca rzecz. james hetfield w sferze wokalnej to taki odpowiednik swego kolegi perkusisty z zespolu. zadna tam wielka technika, wybitnej skali, a z drugiej strony - niespotykanej zdolnosci do nasladowania glosem pralki czy Ciasteczkowego Potwora (chociaz rykniecie hetfielda ma zajebisty urok, nie powiem). a jednak znow - trafia dokladnie w punkt. i sie zastanawiam - jak taki chlystek mogl tak przekonujaco wyspiewac taki tekst? ale przede wszystkim muzyczny masterpiece. przede wszystkim w robocie wioslowych - cudny akustyczny poczatek i wlasciwie to tez cale pozostale akustyczne plumkanie. a przede wszystkim - przelom w srodku utworu, wejscie gitar i solowka Hammetta. to co poczynil tutaj Hammett to chyba najmocniejszy argument za sensownoscia istnienia instytucji zwanej Solowkami Gitarowymi. a, kolejne skojarzenie imprezowe - metale tanczace z pannami przy "balladowej" czesci i odpychajacy je, by we wlasnym, samczym gronie doznawac przy popisie Hammetta. ABSOLUT.

rozpisalismy sie, a jeszcze nie zamknelismy tematu swietnych numerow (dobrze ze to tylko 8 trackow). "creeping death" to wlasciwie encyklopedyczna definicja thrash metalu, przynajmniej w moim mniemaniu. charakterystyczne tylko dla tego gatunku tempo, zasilane bateria gitar no i absolutnie oldskulowo krzykliwy wokal. nie jestem wielkim fanem tego kawalka, ale nie sposob nie docenic jego "wzorcowatosci" rodem z Sevres.

no i zamykajacy calosc, instrumentalny "The Call Of Ktulu". nie chce mi sie specjalnie rozpisywac nad potega tego kawalka, moze wiec z tej okazji niech padnie wreszcie to nazwisko: Cliff Burton. nie, to nie przypadek ze jest on otoczony takim kultem. on naprawde byl Mistrzem. i nie tylko w kategorii metal-music. zreszta, kto ma uszy juz dawno to uslyszal. szkoda troche jednak, ze jego bossostwo bylo przeklenstwem, przez ktore nie dano jego nastepcy Newstedowi nawet szansy pokazania na co go stac. byc moze malo kto wierzyl, ze bedzie w stanie dorownac Burtonowi i oszczedzono mu porazki.

a co z reszta utworow? ano jest. na pewno nie ma tu sytuacji takiej jak z omawianego wczoraj debiutu machine head, gdzie w tym slabszych utworach czadem proboje sie zakryc mialkosc kompozycji. na "RTL" po prostu te pozostale piosenki nie sa AZ TAK wymiatajace jak wczesniej wspomniane. i to wlasciwie ich glowny problem.

wiem, ze chwalenie metalliki jest malo dżezi and a ciut uncool, bo zrownuje nas nie tylko z milionami fanow rocka, prenumeratorami "teraz rocka" oraz "metal hammera" i gospodyniami, ale tez z omawianymi wczesniej maniakami thrashu. no ale kurrrrrwaaa. kto nie doznaje kozactwa tego albumu i najstarszej metalliki, ten z policji.


najlepszy moment: FOR WHOM THE BELL TOLLS

ocena: 9/10

17:34, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 lipca 2009

rok wydania: 1994

wydawca: Roadrunner

 

zmieniamy klimat. do tejze notki sprowokowal mnie tegoroczny Hunterfest. absolutnie nie mialem zamiaru sie na niego wybierac, ale tylko przez moja ostatnimi czasy totalna antykoncertowosc (choc tegoroczny lineup jakos specjalnie mi nie zaimponowal). szkoda jednak ze tak nabito w butelke tych, co zdecydowali sie wybrac do szczytna (czy gdzie tam to sie odbywalo). coby nie mowic o metalu i jego najbardziej (prywatnym zdaniem) groteskowych odmianach, fani tej muzyki to tez ludzie, zaslugujacy na festiwal z prawdziwego zdarzenia a nie na taka zenade jak Hunterfest 2009. lacza sie w bolu z rozgoryczonymi. i beka z tych dajacych sie dymac w dupala przez organizatorow udajac, ze nic sie nie stalo, a wyzywajac narzekajacych na brak np zaplecza sanitarnego od francuskich pieskow.

jednym z najwiekszych gwiazd tej zenady mial byc Machine Head. podobnie jak wiekszosc zagranicznych gwiazd odwolal wystep w ostatniej chwili. i trudno wlasciwie sie dziwic - zespol do ostatniej chwili sadzil, ze organizator wywiaze sie z umowy i nie bedzie musial rozczarowywac fanow odwolaniem koncertu. nie ma tego zlego - machine head wystepuje w polsce dosyc czesto. moze bede mial w koncu okazje by ich zobaczyc.

bo machine head to w sumie sympatyczny zespol. nigdy jakiejs wielkiej podjarki nie mialem, ale byc moze z tego powodu moje relacje z tym zespolem najmniej ucierpialy na tym, gdy metalowe granie zaczelo mi troche kluc w uszy. moznaby ponarzekac, ze wiecej w ich graniu podazania za trendami niz ich wyznaczania. zreszta ta dyskografia MH charakteryzuje sie unikalna systematycznoscia. 6 plyt. kazde kolejne dwie plyty stanowiace reakcje na najpopularniejszy obecnie nurt w metalu. pierwsza plyta w takim dwupaku naprawde niezla, naprawde wnoszaca cos wlasnego do ow nurtu i kolejna dupna, bedaca karykatura tegoo nurtu. moim ulubionym wydawnictwem juz chyba pozostanie "burning red" - choc numetalowy, choc z rapowankami nazelowanego robba flynna, to jednak calkiem pomyslowy.

debiutancki "Burn My Eyes" wpisuje sie w maszinhedowa formule jako plyta stanowiaca podwaliny groove metalu (dzis podobne granie nazywa sie New Wave Of American Heavy Metal, huh). teoretycznie. bo choc nie jest tak thrashowa jak ostatnie ich plyty, na ktorych postanowili byc bardziej metallikowi niz sama metallica, to zdecydowanie wiecej tu oldskulu niz na wydawnictwach fear factory czy pantery. w koncu pochodzenie z Bay Area zobowiazuje. choc jesliby bawic sie w porownania z klasykami, to wiecej od ekipy Larsa U. slychac tu Slejera. zarowno tego budujacego klimat, powolnego jak najebana zolwica przy nadziei, jak i szybkostrzelnego, wrecz punkowego.

mam problem z uznaniem zarowno "BMY", jak i machine head jako zespolu tak przelomowego dla metalu jak Pantera czy Fear Factory. przeszkadzaja zarowno niekorzystne proporcje miedzy wlasnym wkladem w gatunek a mieleniem tego co bylo juz wczesniej, a takze mimo wszystko czasem mocno niespecjalnie mocny songwriting. pierwsza plyta to przede wszystkim jej poczatek. "Davidian". do dzisiaj najgenialniejsza oferta tego zespolu. z absolutnie wybitnym intrem i rozkurwiajaca perkusja na czele. skoro Coma po "Leszku Zukowskim" przez pol roku odpoczywala po tak emocjonalnie wyniszczajacej pracy nad tym utworem, to po "Davidianie" popelniliby zbiorowe seppuku. na naprawde, czapki z glow.

juz nie razacy taka zajebistoscia, ale wciaz solidnym utworem jest drugi singiel, "Old"em zwany z jednym z najlepszych riffow jakie wyszly spod lapy Flynna (a moze to byl Logan Mader?), nawet jesli dosyc Panterowym. solidnym strzalem w pysk mozna okreslic tez closera "Block", a takze poprzedzajacy go "Real Eyes, Realize, Real Lies". choc to niby bardziej miniaturka muzyczna, ale jednak robiaca piorunujace wrazenie. no i byc moze najlepszy efekt pracy flynna-teksciarza, na tamten czas mocno zaaangazowanego spolecznie.

a pomiedzy? metalowe lojenie, osiagajace moze cele stawiane w tym gatunku, ale jesliby potraktowac je kryteriami obowiazujacymi w Muzyce jako takiej to juz tak fajnie nie jest. innymi slowym - CZAD i niewiele wiecej. tak to widze. niemniej - chcac miec pojecie o metalu lat 90tych nie mozna nie znac tej plyty,


najlepszy moment: DAVIDIAN

ocena: 7/10

15:29, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
 Skala

10-"Ideału Potęga"

9,9-9,0-"widzę szczyt, a za szczytem zaszczyt za zaszczytem"

8,9-8,0-"będę brał cię, cię, ehe"

7,9-7,0-"joł joł, joł joł joł joł joł, wielkie joł!"

6,9-6,0-"ch** na to kładę bo i tak damy radę"

5,9-5,0-"będzie dobrze dzieciak, elo, do góry głowa!"

4,9-4,0-"to nie z mafią układy tylko szołbiznes"

3,9-3,0-to nie jest kawałek żeby się podobać"

2,9-2,0-"Boże, czy jeszcze coś gorszego stać się może?"

1,9-1,0-"ile dałbym by zapomnieć cię..."

0,9-0,0-"pozerskie gówna a prawdziwy rap to dwie odmienne k***a sprawy!"