Kategorie: Wszystkie | film | muzyka | pozostałe
RSS
wtorek, 30 czerwca 2009

rok wydania: 1998

wydawca: Maverick

 

jak pamietamy, wspolpracujacy z Anna Maria Jopek Richard Bona mial okazje udzielac sie na tym samym projekcie (mowa o "Prayer Cycle") co Alanis Morissette. powrocmy wiec do tej przesympatycznej Kanadyjki.

generalnie rzecz ujmujac - mylilem sie co do sofomora debiutu. "SFIJ" to baaaardzo przyzwoita plyta. choc mocno problematyczna.

na pierwszy rzut ucha wielkich odstepstw od "Jagged Little Pill" nie ma. brzmienie postgrungeowe, z gdzieniegdzie udzielajaca sie harmonijka ustna czy flecikami. elektroniczne podbicie spreparowane przez producenta glena ballarda to tez juz cos, co doskonale kojarzymy. na marginesie mowiac, poza ballardem pojawiaja sie juz raczej nowe nazwiska, na dodatek nie ma zadnych szalonych featuringow pokroju flea czy dave navarro. a wlasnie, skoro mowa o wioslowym jane's addiction - bass na SFIJ obsluguje chris chaney, ktory pare lat pozniej wyladuje w reaktywowanym JA.

no, ale odbieglismy od tematu. wiec dopiero przy kolejnych przesluchaniach dostrzegamy nowe podejscie Alanis do swej tworczosci. o ile debiut to byla kopalnia singli, wrecz evergreenow, tak tutaj nie dosc, ze czesto mozemy zapomniec o schemacie zwrotka-refren, to i z wylapaniem melodii moze byc problem. a poszukiwacze optymistycznych piesni na miare "head over feet" czy "Hand in my pocket" moga zdecydowanie dac sobie spokoj z drugim wydawnictwem alanis. no, moze lekko taneczny (choc mnie osobiscie strasznie irytujacy) "So Pure", posilkujacy sie harmonijka ustna "Unsent" czy singlowy "Thank U" (pamietacie klip z nagusienka Alanis?) jakos bronia honoru optymistyczniejszego oblicza alanis.

bo reszta to juz "ciemna strona ksiezyca". gdzie nawet jesli sam tekst mozna zaliczyc do pozytywnych, to towarzyszace mu dzwieki wywoluja zgola inne skojarzenia. czyli milosnicy "you oughta know" i "mary jane" maja za sprawa "SFIJ" solidna wyzerke. a do podstawowych dan zaliczylbym: "Joining You", w ktorym wieksza partia zwrotek oparta jest na samej partii metalowej wrecz gitary (nie wiem czemu, kojarzy mi sie z Metallika z okresu "St. Anger"); najlepszy chyba "I was hoping" z zajebiscie budujaca klimat elektronika i najbardziej "rockerski" "Baba". a jest jeszcze i oblicze, ktore tez juz znamy z debiutu, ale tutaj posiadajace znacznie silniejsza reprezentacje. o akustyczno-minimalistycznych balladach mowa. najsliczniej wypada to w "I would be good".

nie wiem, jakie Alanis ma (i miala) mniemanie o swoich mozliwosciach artystycznych. ale chyba dobrze sie stalo, ze zamiast podejmowania proby nagrania "Jagged Little Pill 2" z jeszcze wieksza iloscia przebojow, poszla w zupelnie innym kierunku, przynajmniej na ten jeden album. "Supposed..." wydaje mi sie najlepsza rzecza, jaka mogla wtedy wydac. a gdyby troche ograniczyc ilosc na rzecz jakosci (17 piosenek to jednak sporo), to naprawde moglo byc juz zupelnie poteznie.


najlepszy moment: I WAS HOPING

ocena: 8/10

17:51, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 czerwca 2009

rok wydania: 2008

wydawca: AnnaMariaJopekMusic

 

zostajemy przy polskiej nucie i wracamy do tematy Najladniejszej Polskiej Wokalistki, nie tylko w jazzie.

to najswiezsze wydawnictwo, tym razem koncertowe. BMW postanowilo zainwestowac w muzyke i stworzyli cykl imprez, ktorych gospodarzem zostala AMJ i jej malzonek Marcin Kydrynski. mamy do czynienia z rzekomo pierwszym odcinkiem serii albumow koncertowych.

czy sa jakies znaczace roznice miedzy tym albumem koncertowym a poprzednim, omawianym juz tutaj "Faratem"? niespecjalnie. jak anonsuje okladka, poza stalymi wspolpracownikami Ani (m.in. Napiorkowski, Miskiewicz, zabraklo natomiast Mozdzera) zgodzili sie ja wspomoc takie osobistosci jazzu jak Mino Cinelu, Dhafer Youssef i Richard Bona. co jakims mimo wszystko wielkim wydarzeniem nie jest - Cinelu juz bylo slychac na "Faracie", natomiast dwaj pozostali udzielali sie na studyjnym "ID". no ale okej, jest to jakas ciekawostka.

a sama muzyka? slyszymy dokladnie to, co mozna spodziewac sie po Ani, jak i jej wspolpracownikach. kunszt wykonawczy, tzw "elitarnosc", audiofilskie brzmienie. brak jakiegokolwiek pazura, ktory na "Faracie" jeszcze jakis wnosil Lehu Mozdzer. trza takie dzwieki lubic. na pewno pomaga w tym Osobowosc AMJ, a w szczegolnosci jej Glos - jestem w nim zakochany. warto tez zauwazyc, ze repertuarowo z "Faratem" wlasciwie punktow wspolnych brak. natomiast z "ID" zalapal sie cudny "Teraz i Tu", "Cisza na skronie, na powieku slonce" oraz "Sprobuj mowic kocham". wlasne piosenki wniesli tez goscie. niespecjalnie dziwi tez obecnosc "Tea In The Sahara" z repertuaru The Police, zwazywszy na dozgonne uwielbienie panstwa Jopkow dla Stinga. sam cover jednak niespecjalnie zachwyca. ot, sobie jest.

porzadny "wykon", choc "Farat" robil ciut lepsze wrazenie. aha, ktos w sztabie Ani przesadza z obrobka jej zdjec w photoshopie - NIE MOZNA BYC AZ TAK PIEKNYM.


najlepszy moment: TERAZ I TU

ocena: 7/10

15:13, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 czerwca 2009

rok wydania: 2009

wydawca: Wielkie Joł

 

zycie plynie dalej, trza jakos funkcjonowac ze swiadomoscia, ze Krol Popu opuscil tron. ale zostajemy w klimacie urban music, przy okazji chyba po raz pierwszy recenzujac plyte wydana nie wczesniej niz pol roku temu. ba, totalna swiezynka - premiera odbyla sie jeszcze na poczatku czerwca.

generalnie rzecz ujmujac - ja pierdoooooleeeeee! wrociiiiliiiiii!

a teraz rozwiniecie mysli. przyznam ze mialem obawy. "Nastukafszy" to byla jedna z najczesciej katowanych kaset pod koniec mego uczeszczania do podstawowki. i jednoczesnie ostatnie podrygi mej zajawki takimi brzmieniami. potem juz tylko bylo cos, co moznaby nazwac "trzymaniem oka" na to, co poczynaja panowie Tede i Numer Raz (Jan Mario jakos mi zupelnie zniknal z pola widzenia, zreszta pewnie nie tylko mi). jak diametralnie roznie potoczyly sie ich kariery. podczas gdy pierwszy, moim zdaniem absolutnie slusznie, zostal najpopularniejszym raperem w Polsce (na ile to zasluga "Fabryki Gwiazd" i obecnosci na pudelku to juz inna sprawa), tak drugi jakos zupelnie nie mogl sie odnalezc w ostatniej dekadzie. chwilowa popularnosc przy okazji solowej plyty jakies 5 lat temu i kolaboracji z Sistars, a potem znow cisza.  wielki comeback ciut okazal sie nadetym balonem, ktory, co gorsza, w mniemaniu niemalego grona wielbicieli hh zostal przekluty przez diss bananowca Mezo. to ostatnie juz moznaby uznac za potwarz dla Numera. trza bylo konkretnej rehabilitacji.

i nawet jesli nie brzmi za fajnie teza, ze to Numerowi zdecydowanie bardziej byl potrzebny ten reunion WFD, to efekt spokojnie na calej rozciaglosci albumu wybija z glowy te niecne podejrzenia o cel "Powrocifszy". Warszafski Deszcz, tak jak 10 lat wczesniej, to dwoch calkowicie rownorzednych partnerow w rapie. jesli uda im sie tym powrotem odbic tron Krola Polskiego Rapu (o ile Tede juz go nie zajmuje, choc zapewne zdania sa podzielone), to powinni podzielic sie wladza po rowno. a maja chlopaky ku temu calkiem konkretne podstawy. a konkretnie 17 podstaw. nie liczac skitow.

calosc otwieraja "Juz od '99 plyne" i "Tak sie robi hiphop". czyli obok "Dekady", zamykajacej calosc, utwory promujace album. i owszem, jako tracki dajace wstepne wyobrazenie o idei materialu, sprawdzaja sie niezle. wysylaja wyrazny mesydz - po pierwsze: to nie powrot zza grobu i skok na kase z pomoca znanej marki, a ponowne spotkanie dwoch jegomosci nieprzerwanie mniej lub bardziej funkcjonujacych w swiadomosci odbiorcow rapu w polsce. po drugie: pokazemy znow, co to znaczy Prawdziwy HipHop. nie pierwsi oni, ani pewnie nie ostatnie. ale dammit, z takim materialem moga sie chlopaki wozic.

uzywanie sformulowan typu "oldschool" jest coraz bardziej ryzykowne, bo coraz mniej wiadomo, co to wlasciwie oznacza. ale sluchajac "powrocifszy" naprawde czuje sie jak te 10 lat temu, kiedy mialem najwieksza zajawke taka nuta. ktora coraz silniej zreszta do mnie powraca. tyle ze wlasnie ta pierwsza fascynacja przypadla na najciekawszy okres w polskim hiphopie. 3/4 najwazniejszych nazw zaliczalo wtedy debiuty, czesto bedace najwiekszym dokonaniem w ich dyskografii. a i komercyjnie dzialo sie nie najgorzej, bo kto mial na serio sie zainteresowac hiphopem ogladal mtv squad badz czytal Slizg i wcale nie byl potrzebny do tego hiphopolowy potwor w roli "posrednika". i takie wlasnie obrazki i refleksje nasuwa odsluch "powrocifszy". i jest dzieki temu przepieknie. tym bardziej, ze poza przeszloscia slychac tu takze perspektywy na przyszlosc. jak juz wspomnialem, wymienione wczesniej promo single dobrze sie sprawuja, ale nagromadzone na poczatku (plus trzeci w kolejnosci "Czas nas zmienil chlopaki") moga dawac wrazenie, ze beda dominowac w tekstach plyty wspominki i narzekanie na terazniejszosc. a tu nie. pozniej jest o wiele lepiej, tak tekstowo jak i muzycznie. swoja droga przyznam ze nie kumam zajawki podkladami Kixnare'a - inne podklady wypadaja o wiele ciekawiej, zwlaszcza Luxona. obok rymujacego duetu bohatera tej plyty. kapitalnie korespondujacy z "pozytywistycznym" przekazem energiczny podklad w "wiecej ruchow", halasliwy "Robi sie przester", melanzowy "Moglby byc juz piatek" - tymi walkami koles nadaje rytm calej plycie. swietny jest cudnie sentymentalny "Wez to kurwa podglosnij", gdzie OSTR potwierdza, ze ostatnie o wiele lepiej radzi sobie jako producent niz raper (tak na marginesie - Numer z Teduniem radza sobie na tyle dobrze, ze zupelnie niepotrzebne sa im featuringi, a Kielbasa w "Czas nas zmienil chlopaki" wrecz przeszkadza). stuprocentowo hiphopowe przeboje. a jesli juz "sie sprzedaja" i chwytaja po pop-melodie w refrenie, to wychodzi im najprzyjemniej bujajacy numer w polsce od wielu miesiecy. mezo z "Sacrumem" moze, za przeproszeniem, spierdalac.

ostatnio znow coraz lepiej sie dzieje w polskim rapie. gdyby "Powrocifszy" ukazalo sie pare lat temu, spokojnie zgarneliby tytul Plyty Roku. a tu juz na polmetku 2009 roku maja konkurencje w postaci Ortegi Cartel czy Mesa. a jesli dodac do tego, ze przebic legendy "Nastukafszy" chyba nie ma szans (byloby to w ogole mozliwe?), to mozna nawet sie spodziewac, ze pare osob bedzie zawiedzionych tych powrotem. ale dla mnie jest zajebiscie. tak po prostu. a inaczej rzecz ujmujac: jaaaaaaaraaaaaaaam sieeeeeeeeeeee.


najlepszy moment: KOLEJNY RAZ (TU I TAM)

ocena: 8/10

17:58, rejczmen , muzyka
Link Komentarze (1) »
sobota, 27 czerwca 2009

rok wydania: 1996

autor: Kevin J. Fox

 

spoko, nie szykuje sie posmiertna seria notek o Krolu Popu. ale trudno nie "wykorzystac okazji", by wospominac go juz w ramach recenzji konkretnego wydawnictwa.

stara to ksiazka, juz nawet nie pamietam jakim sposobem znalazla sie w moim domu. jak juz wspominalismy przy okazji recki "Moonwalk", trudno ocenic, ktore podejscie - ksiazka pisana z perspektywy samego artysty czy oceniajacego go dziennikarza - jest bardziej wartosciowe. dlatego juz na wstepie stwierdze, ze dobrze jest miec zarowno "Moonwalk", jak i dzielo Foxa. chociaz przyznam, ze nie znam innych pozycji ksiazkowych o MJ, wiec ten werdykt moze byc pisiola wart.

ale na pewno ma te zalete nad "Moonwalk", ze wydana zostala 8 lat pozniej. w przypadku Jacksona to szmat czasu, bo to wlasnie w latach 90tych dzialo sie najwiecej w jego zyciu, przede wszystkim osobistym. a wlasnie o nim glownie traktuje ta ksiazka. oceny poczynan muzycznych nie ma tu w ogole, a tytuly albumow czy singli MJ pojawiaja sie tylko jako pretekst do historii zwiazanych z ich wydaniem. poza tym brak tu raczej chronologii, przez co trudno tu mowic o dokumentacji ciagu przyczynowo-skutkowego wydarzen z zycia Jacko. trudno, moze w innej ksiazce.

za to mamy podzial na takie aspekty zycia Krola Popu jak Jacko-aktor, Jacko-biznesmen czy Jacko-filantrop. nie brak tu rozdzialow o slynnym Neverland (i w ramach tego samego rozdzialu o hm relacjach ze zwierzetami), o malzenstwie z Lisa Marie Presley i o, nie ma co ukrywac, najbardziej rzutujacym na Jacko-artyste i Jacko-czlowieka wydarzeniu lat 90tych, czyli oskarzeniu o pedofilie. udaje sie Foxowi zgrabnie balansowac na granicy oddzielajacej wzbogacanie dziela osobistym komentarzem od subiektywnego kreowania historii Jacksona.

a sama tresc? naleze do tych, co wyznaja zasade, ze o zmarlych nalezy mowic albo dobrze albo wcale. fakt jest taki, ze udzielajac sie w pierdyliardzie akcji charytatywnych, a nawet sama muzyka dal sporo milionom pociech tego swiata. moze nawet, nie przesadzajac, cale dziecinstwa. a czy zdarzylo mu sie jakims dzieciom "cos" zabrac... sady na ziemi ocenily go przychylnie. a jak bylo naprawde, to juz teraz najlepiej to oceni Ten Na Gorze.


najlepszy moment: ?

ocena: 7/10

22:14, rejczmen , muzyka
Link Komentarze (1) »

na poczatku nie dowierzalem. tak jakby ktos mi powiedzial ze swiety mikolaj zmarl. bo raz ze mowimy o postaci, ktora, przynajmniej dla mego pokolenia, jakby byla *od zawsze*, niczym (tak!) JP2. dwa, ze choc muzyka tego kolesia byla mi bliska tez *od zawsze* i wciaz, to jednak relacje z nia sa dosyc hm abstrakcyjne i nie da sie porownac tego do smierci kogos z kim jadasz rodzinne obiady czy pijesz browara. no, przeciez wiadomo o co kamon, nie bede takich oczywizmow tlumaczyl.

niedowierzanie tez bralo sie stad, ze przeciez mowimy o Czlowieku ktory niedlugo mial skonczyc 51 lat. nie wiem jaki to jest "wiek na umieranie", ale majac 51 wiosen na koncie to jednak *powinno sie* jeszcze zyc i aktywnie uczestniczyc w zyciu publicznym. no i wlasnie - przeciez 50 koncertow mialo byc, a reedycja "Thrillera" rozbudzila nadzieje na nowy album, ktory przepedzi rozczarowanie ostatnim albumem "Invincible".

potem, kiedy ogladajac CNN wciaz zwlekajace na oficjalne potwierdzenie smierci MJ (co pozwalalo ludzic sie, ze moze to wszystko nieprawda, ze obudzi sie, ze costam, costam...), dopadla mnie zlosc. "facet, blagam, nie rob mi tego. nie w moje urodziny. przeciez to JA odtwarzalem Cie w Mini Liscie Przebojow, tanczac do Twojego "Bad". toc to JA (no okej, plus siostra z ktora wspoldzielilem pokoj) mialem obwieszony kazdy mebel i sciane plakatami z Twoja podobizna. byles obok rodzicow moim Bohaterem Dziecinstwa. no facet, i Ty mi umrzesz tak niespodziewanie w moje urodziny?". wiem, brzmi to mega lamersko, ale naprawde tak sobie myslalem.

i choc chyba wciaz nie dociera do konca do mnie ta smierc (a moze juz jestem totalnie wypruty z empatii i wspolczucia?), to jest jakos mega kurewsko dziwnie. przynajmniej z dwoch powodow.

primo: jak ktos slusznie zauwazyl, przy calej "naglosci" tej smierci jakos nie sposob byc nia zaskoczonym. ba, wrecz wydaje mi sie ona na swoj sposob przerazajaco sensowna. czlowiek zyjacy pod taka presja oczekiwan, ktora spokojnie moznaby porownac z tym, co odczuwaja glowy panstw czy nawet i przywodcy religijni. przesada? fakt pierwszy, potwierdzony statystycznie: mowimy o najlepiej sprzedajacym sie artyscie w historii muzyki. fakt drugi, potwierdzony empirycznie: MJ sluchal (badz wciaz slucha) KAZDY. kazdy z twojego podworka kupujacy kasety taktu, rodzice, melomani, zachodni swiat, azja radykalniejsza i mniej radykalna, afryka tez go obwolala swoim Krolem. The Beatles Stworzyli muzyke popularna, ale to Michael wprowadzil ja do KAZDEGO domu. nie ma sensu rozgraniczac, na ile to zrobil jako kompozytor, na ile jako wokalista, performer, tancerz. pewnie dzieki konglomeratowi wszystkich tych aspektow jego dzialalnosci. ale Tak Bylo.

no i po kims takim, samemu sobie tez stawiajacemu surrealistyczne wymagania, oczekuje sie kolejny przelomowych plyt, nie schodzacych przy tym w sprzedazy ponizej paru milionow. tylko ze wciaz piszac to wszystko mam watpliwosci, czy zdecydowanie bardziej nie wpedzily go do grobu cala otoczka wokol jego tworczosci, czasem nie majaca z nia nic wspolnego. tak, oczywiscie ze mowa tez o oskarzeniach o pedofilie. ale tez o "tradycyjnej" regularnej nagonce paparazii, nieprzerwanej od paru dekad. o zyciu w swietle reflektorow od 6 roku zycia. i wszystkich tego nastepstwach, ktore potocznie moznaby nazwac trwalymi zmianami na psyche. o, delikatnie rzecz ujmujac, niezbyt madrym dysponowaniem majatkiem, ktore zaowocowalo kilkaset milionowymi dlugami. o calych sztabach otaczajacych go pseudodoradcow i innych pijawek. moznaby tak wymieniac w nieskonczonosc. i, jako ta wisienka na torcie, zakontraktowane 50 koncertow pod rzad w Londynie. Celine Diony i Eltony Johny wychodza zmasakrowani fizycznie i psychicznie po takiej serii koncertow w Las Vegas. a my przeciez tu nie mowimy o kims, kto spedza koncert stojac przy statywie czy siedzac przy fortepianie! i taki 50letni facet, ktory na dodatek ostatnie takie mega-spektakle taneczno-wizualne dawal 10 lat temu, mial temu podolac, a moze nawet, jak zapewne niektorzy oczekiwali, przycmic wszystko co na koncertach wczesniej prezentowal? chyba malo kto w to nie watpil. byc moze sam MJ zaczal watpic? wiem, ze takimi teoriami zblizam sie mentalnie do fanow Elvisa, wciaz wierzacych w to, ze ich Krol gdzies dozywa spokojnej starosci, ale chcialbym, by to wszystko okazalo sie jedna wielka mistyfikacja w celu unikniecia ostatecznego blamazu. gigantyczna ucieczka od problemow przeszlych, terazniejszych i przyszlych. hm, pewnie nie jestem odosobniony w tym zyczeniu.

no i ten wspomniany wczesniej drugi powod... nie lubie okreslen typu "wraz ze smiercia X skonczyla sie pewna epoka". pustoslowie, banal, w przewazajacej wiekszosci brak jakiegokolwiek uzasadnienia. ale kurcze, tutaj naprawde mozna mowic o czyms takim. w koncu kto uczynil z videoklipu forme sztuki, nierzadko podstawowy element windujacy artyste na wyzszy level popularnosci? czyje dziela wspinaly sie na taki poziom zapotrzebowania mas, ze byly juz nie tylko jedna z wielu opcji na umilenie czasu, a staly sie rownie podstawowym elementem wyposazenia mieszkania co same odtwarzacze? w mieszkaniu, jak juz byl odtwarzacz cd czy kaset, to musial byc i "Thriller", a w dalszej kolejnosci inne plyty MJ. rynek filmowy chyba nie ma takiego odpowiednika, nie mowiac juz o innych dziedzinach sztuki. no i byc moze najwazniejsze - nie wiem czy jest jakikolwiek artysta w stricte popowym swiecie (jakos The Beatles nie pasuja mi tutaj, choc imho blizej im do popu niz rocka) bardziej zaslugujacego na miano geniusza. moze i nie nieomylnego, ale patrzmy na bilans wszystkich dokonan na wszelakich tych polach, jakie okupowal MJ. kurcze, nie wiem co on mial w glowie (nie wiem nawet, czy chcialbym tam zagladac), ale wierze, ze majac na celu nagranie albumu-bestsellera nie chodzilo mu o profity pieniezne z tym zwiazane, a o udowodnienie, ze jest Najlepszym. ten facet byl najlepszym argumentem obalajacym teze, ze Artysta Pop to oksymoron. Artysta, na dodatek, Totalny. czasem sie zastanawiam, co to okreslenie oznacza, ale patrze na klipy/wystepy tego faceta juz sobie przypominam.

dzis tego wszystkiego, czego symbolem byl MJ, nie ma. mtv, ktora swoja popularnosc moze zawdzieczas wlasnie MJ, emitowalo wczoraj caly dzien jego teledyski, ale juz dzis wrocilo do "normalnosci" - (sur)reality showy typu "date my mom" czy "fuck my dog". albumy juz nie sa stalymi pozycjami nawet w winampach, nie mowiac juz o odtwarzaczach cd. a mainstreamowy pop, choc brzmiacy coraz lepiej, to coraz bardziej pozbawia zludzen, ze nabijanie portfeli nie jest w nim na pierwszym miejscu. kiedy MJ nagrywal z Eddiem Van Halenem "Beat It", chodzilo o zacieranie granic miedzy gatunkami. wykonawca wywodzacy sie z czarnych brzmien Motown posilkuje sie energia hardrockowej gitary. dzis takie kolaboracje to juz glownie poszerzanie targetu.

to przykre. kurewsko przykre.

dlatego wyciagnijcie z piwnicy (bo chyba nie wyrzuciliscie je na smietnik?) zakupione na rynku kasety Michaela. poszerzcie, bo pewnie nie kazdy jest w tym dziale dokonan MJ rozeznany, wiedze o to co robil najpierw z Jackson 5, a potem z The Jacksons (a niech mnie - mozecie nawet wspomoc sie torrentem). przypomnijcie sobie Imprezowy Klasyk "Off The Wall". pozniej Klasyk Absolutny "Thriller". jeszcze pozniej Klasyk Mojego (I Moze Tez Waszego) Dziecinstwa "Bad". nastepnie Niedoceniony Klasyk "Dangerous". powspominajcie przy "HIStory" wizyte w ramach promocji tego wydawnictwa MJ w Polsce - tez juz klasyk, zwlaszcza sam koncert na Bemowie, w ktory mialem to nieogarnialne szczescie uczestniczyc. dajcie szanse "Invinceble" - moze z czasem to tez zostanie Klasykiem. ogladajcie na youtube jego teledyski. przypomnijcie sobie znow przed lustrem jego ruchy, tak jak to robilscie za dzieciaka (dzis probowalem znow ten chwyt co na fotce powyzej i znow prawie sobie zeby wybilem). celebrujcie i nie zapominajcie.

zajebiste dzieki, Michaelu Jacksonie.

17:10, rejczmen , muzyka
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
 Skala

10-"Ideału Potęga"

9,9-9,0-"widzę szczyt, a za szczytem zaszczyt za zaszczytem"

8,9-8,0-"będę brał cię, cię, ehe"

7,9-7,0-"joł joł, joł joł joł joł joł, wielkie joł!"

6,9-6,0-"ch** na to kładę bo i tak damy radę"

5,9-5,0-"będzie dobrze dzieciak, elo, do góry głowa!"

4,9-4,0-"to nie z mafią układy tylko szołbiznes"

3,9-3,0-to nie jest kawałek żeby się podobać"

2,9-2,0-"Boże, czy jeszcze coś gorszego stać się może?"

1,9-1,0-"ile dałbym by zapomnieć cię..."

0,9-0,0-"pozerskie gówna a prawdziwy rap to dwie odmienne k***a sprawy!"