Kategorie: Wszystkie | film | muzyka | pozostałe
RSS
poniedziałek, 23 czerwca 2008

odbyło się: 14.08.06

gdzie: Szczytno

kto: Napalm Death, Indios Bravos, Lipali, Arakain,  Chassis, Prana, Schizma i inni

FOTO: hunterfest.pl

 

  no robaczki, ostatnie Wielkie Czytanie was czeka. do opisania jest ostatni dzien hunterfestu.
jak juz wspominalem, co za duzo muzyki roznorodnej to niezdrowo. dlatego nie katowalismy sie wystepami od godziny 11.00 i przybylismy na koncert najbardziej chyba wyczekiwanego przeze mnie zespolu w kategorii POLSKA. schizma.
dwa i pol roku niewidzenia schizmy live to zdecydowanie za dlugo (dla spragnionych recki: Ucho 2004). potrzebowalem takeigo grania jak tlenu. dziwia tylko okolicznosci. metalowy fest, brak podloza ideologicznego. ale czy musi byc? czy zespoly hardkorowe musza wystepowac tylko dla "swoich"? zreszta to nie pierwszy koncert schizmy na tego typu imprezie wiec nie ma co mowic o szoku. najwyzej o takim, jak doskonale potrafia kupic i metalowa publike, choc to przeciez, pomimo nowoczesnych metalowych (by nie powiedziec metalcoreowych) nalecialosci, dosyc klasyczne granie. zadnego growlowania, punkowe bardziej tempo - ot, nasza polska odpowiedz na wystepujacy w tym samym miejscu sick of it all (choc roznice w muzie sa na tyle duze, ze jest to baaardzo luzne porownanie). zreszta wydaje sie ze publika w zdecydowanej wiekszosci taka sama jak na SOIA, tylko logo na ciuchach inne. i co najwazniejsze - przyjecie publiki (choc znacznie mniejszej) podobne. solidne circle pity i mosh. no, hardcore to my w koncu hehe. tradycyjnie bylo troche pogadanek ze sceny, czesto w nurcie przekazu hc, choc niekoniecznie. zwrocila uwage wrzuta w kierunku "czolowego recenzenta ciezkiej muzy". czyzby chodzilo o makaka? (notabene: podczas drugiego dnia byl przebrany za ...rycerza, trzeciego dnia przebil samego siebie paradujac w bialych, "anielskich" szatach i z rozowa parasolka). anyway, koncert tradycjnie swietny, choc jednak co koncert w klubie to koncert w klubie. czekamy wiec na odwiedziny w trojmiescie.
na kolejny zespol czekalem rowniez z niecierpliwoscia, choc zdecydowanie mniejsza nizli w przypadku zalogi z bydgoszczy. ciekawosc byla spowodowana glownie osobami samych muzykow Prany. a konkretnie wokalisty... i choc wydawalo sie ze bylem przygotowany na lekki szok, to jednak szczeneczka lekko opadla. chlopczyk, gora 16 lat, w koszuleczce i krawaciku, jeszcze przed mutacja. ale na pewno nie nalezy skreslac. zwlaszcza ze pan (?) wokalista zdecydowanie zasluguje na skierowana na niego uwage. od rapu po wrzask... bym powiedzial ze nawqet bardziej wczesny deftones niz limp bizkit. zaraz, wyobrazacie sobie chino moreno w wersji "zniewiescialy glosik"? az mi dyga na sama mysl. i niestety, paradoksalnie, pod wzgledem czysto muzycznym to wokal zasluguje na najwieksze i byc moze jedyne pochwaly. bo nie da sie ukryc, ze pomimo sprawnosci technicznej, takich zespolow jest w samej polsce tysiace. i tylko osoba wokalisty czyni zen cos wiecej. jasne, mozna posluchac, nawet w paru momentach sie podjarac, ale zaraz pojawiaja sie wyrzuty sumienia, ze tam gdzies, na slasku czy tez w lubuskim, jest mnostwo zespolow wartych zobaczenia, ktorzy nie maja szansy wystapienia przed tak liczna publika, bo wszyscy w zespole sa juz pelnoletni. by nie bylo jednak gorzko na koniec - o ile chlopaki z prany nie znudza sie graniem, to maja jeszcze duzo czasu by stac sie zespolem wielkim. i tego im zyczmy. nawet jesli powodow do takiego optymizmu nie ma tak wiele.
kolejna zaloga. znow gdanska reprezentacja. pieknie, serce sie raduje. i to jeszcze graja w porze gdy juz naprawde sporo osob ich oglada. zreszta - przed nimi grala schizma, zepsol legendarny. w jakis sposob to znamienne, co nie? chassis. jak wspominaelm w poprzedniej relacji z koncertu chassis (kwadratowa, pazdziernik 2005), bede sledzil uwaznie i dawal szanse. wiec sledze i dostrzegam zmiany. troszke szokujace, ale zamortyzowane wczesniej przez weste. nie ma jakobsa na perkusji i pawla na gitarze. zamiast nich muzycy mess age i enader. i chociaz jakiegos zubozenia nie dostrzeglem, to jednak troche szkoda. zwlaszcza ze to szare realia muzykowania w polsce znow zabraly nam dowch naprawde niezlych grajkow... no nic to, popatrzmy co mamy. a mamy, mimo wszystko, wlasciwie to samo. czyli dobrze kopiaca muza, ktora jednak wciaz traci kornem. wiernych kibicow chassis szalejacych pod scena (choc wydaje sie, i co cieszy, ze nie byla to tylko ekipa z 3miasta). tradycyjnie rozbrajajaca konfenansjerka miska. i tylko energii w brzmieniu zabraklo, zreszta podobnie jak na wczesniejszych pranie i schizmie. aha, i jeszcze cover. ale tym razem po raz pierwszy przeze mnie slyszany "sweet dreams" eurythmics. nie majajac nic do zarzucenia tej wersji, uwazam jednak, ze coverowanie tego numeru juz jest takim banalem, ze powinno byc karalne. moze jednak znow sprobowac z alice in chains?
i dalej dziwi brak "my way", skoro to przeciez lansowany przeboj.
anyway, dalej bedziemy obserwowac poczynania panow, zwlaszcza ze jest to na pewno rzecz ktora bolu nie sprawia. a rwecz przeciwnie. zwlaszcza teraz, po tej swoistej transfuzji. moze byla ona niezbedna, who knows... moze obserwujemy poczatek czegos nowego. who knows...
glod na pizze wygral z checia zobaczenia wystepow wu-hae i batalion d'amour. pojawiamy sie dopiero na maroon. taaaa... to byloby zbyt piekne. dlatego gdy makak oglasza ze maroon nie wystapi to opanowuje mnie jakis zaskakujacy spokoj. ale juz po chwili mega wkurw. bo niby choroba wokalisty, ale ja juz panom organizatorom nie wierze. mamy wiec za to sasiadow nie z zachodniej, a poludniowej granicy. czesi z arakain. ja chce mojego maronika, niech arakain spierdala. chociaz taka postawa meczyla mnie przez perwsze numeru wystepu czechow, to postanowilem im w koncu dac szanse. slusznie. swietny koncert w kategoriach wizualno-emocjonalnych, jesli moge tak to ujac. panowie postarali sie o lekka scenografie, a i swoimi osobami przyciagali uwage. przede wszystkim jednak - kapitalny kontakt z publika. arakain byl traktowany na stronach hunterfestu w kategoriach gwiazdorskich, ale takiego koncertu sie jednak nie spodziewalem. okej, niby czeski jezyk jest nietrudny dla polaka do wykumania, ale jednak ta latwosc w nawiazaniu kontaktu byla zdumiewajaca. okej, badzmy szczerzy - nawet najbardziej wyrozumiali fani muzyki na haslo "czeski metal" musza sie usmiechnac. ale arakain przez ten ponadgodzinny koncert pokazal, ze traktowanie ich wylacznie w kategoriach egzotycznej ciekawostki byloby wrecz herezja. po prostu rasowy metal, oldskulowy, ale w swej kategorii miszczowski. i co ciekawe - czeski jezyk, choc brzmi smiesznie, to jednak w przypadku arakain brzmial zamierzenie groznie, by nie powiedziec - metalowo. swietny koncert, jestem juz fanem.
przykrych niespodzianek ciag dalszy - habakuk nie dojechal. hmmmm... chociaz jakiejs specjalnej rozpaczy wsrod publiki nie dostrzeglem. coz, moze takie pierwotne reagge przekraczalo mizliwosci zdecydowanie najliczniejszych w szczytnie fanow metalu... chociaz... ale o tym pozniej. w zwiazku z absencja habakuka (co i tak nie umniejszylo rozmiarow obsuwy) na scene wskoczyla zaloga lipali. czyli znow gdansk, ale nie do konca. zreszta o lipali juz pisalem tyle razy (chociazby ostatnio - kwadratowa, kwiecien 2006), ze chyba nie ma sensu pisac ktoz zacz. mozna sie skupic na ewentualnych nowosciach i modyfikacjach. tym razem nasze power-trio wystapilo w... garniturkach. a konkretniej - dwoch wioslowych, przy czym lipa juz po paru numerach zdjal ciazacy mu gajerek. nie da sie jednak ukryc ze stroj ten byl jednak jak najbardziej adekwatny. bo granie Lipy to jest zdecydowanie rozrywka elitarna wrecz. klasyczne rockowe, gustowne granie, ktoremu byc moze blizej nawet do bardziej wymagajacego gitarowego grania pokroju sonic youth niz tak zwanego czadowania. i rzutowalo to na charakter wystepu. kontemplacja. smakowanie przezajebistego (wreszcie!) brzmienia. transowe odplywanie. nudzenie? nieeeeeeeee, Cycuszku :) a wszystko podlane tradycyjnymi pogadankami (a raczej - monologami, bo konfenansjerka lipy czesto wyglada tak jakby mowil do siebie samego) lidera.
a jednak pod sam koniec bylismy swiadkami zaskakujacego dysonansu. bo oto do uszu dociera charakterystyczne gitarowe intro... bez jakiejs specjalnej zapowiedzi... zaraz zaraz... NOZ!!!!!!!!!!! chyba nie trzeba dodawac, ze byl to najlepiej przyjety numer podczas calego wystepu?
cozesz sie stalo panie tomku, zes oto niczym syn marnotrawny wrocil na bezpieczne lono hitowego arsenalu macierzystej kapeli?
uderzamy coraz lzej. bo oto po lipali scene gospodaruja indios bravos. jesli, wg slow sielaka z radia bagdad, ich zepsol jawil sie na hunterfescie niczym kapela disco polo, to co maja powiedziec panowie z indios bravos? a jednak stala sie rzecz nieslychana. bo oto nagle pod scena zebral sie pokazny tlum, pelen kolorowych fanow reagge i co bardziej pankowych klimatow. na telebimach obrazki z babilonem, jamajskie kolory... normalnie ostroda. genialne bylo to, ze wreszcie mozna bylo odczuc totalne bezpieczenstwo. zadnego pogo, zadnego chamstwa, zadnych szatanow, zadnego zlowrogiego metala wymachujacego piesciami. haslo "muzyka milosci" nabralo tutaj naprawde dla mnie sensu. szkoda tylko ze gdzieniegdzie dalo sie zaobserwowac oslupionych metali z grymasem na twarzy. coz, pierdolic ich... tym bardziej, ze zarowno obiektywnie i subiektywnie, mogl to byc jeden z najlepszych, jesli nie najlepszy, wystep polskiego zespolu na tym festiwalu. tak po prostu, panowie banach, gutek i ekipa przyjechali ze swoim pozytywnym pzekazem, oczarowali wszystkich i odeszli w sina dal (choc nie, potem ich widzialem na napalm death hehehe). banach to w koncu dlugoletni zawodnik hey'a i wie, z czym sie je rockowe koncerty. ale obserwowanie gutka z jego hiphopowymi niemalze odzywkami, dzialajacymi na nerwy smierc-metalowcom, to byla czysta rozkosz. ale rozkosz to byla przede wszystim muzyka. wlasna ("pom pom", wywolujacy rejdzmenowe lzy "czas spelnienia" czy przedziwnie przeklimacone "drogi") jak i w znacznej ilosci cudza ("to co czujesz to co wiesz" brygady kryzys, "redemption song" boba marleya na sam koniec i, wielka dla mnie niespodziewanka, "between" Hey'a). co piosenka to przeskok od totalnej, spazmatycznej radochy to prawdziwego wzruszenia. Magia, panie.
po buszowaniu w przestworzach na koncercie indios bravos brutalne sciagniecie na ziemie przez punkowo-metalowy przekaz proletaryatu nie jawilo mi sie jako najfajniejsza opcja, wiec wolalem powoli opadac na bekstejdzu hehe. zwlaszcza ze zejscie na ziemie bylo iezbedny, by zobaczyc niespodziewana gwiazde (wobec nieobecnosci children of bodom) trzeciego dnia festiwalu.
NAPALM DEATH.
dluzsza przerwa techniczna, ale tz bez przesady. bo scenografia wlasciwie zerowa, trza bylo tylko przygotowac instrumenty na totalna destrukcje. tak, to chyba najodpowiedniejsze slowo na opisanie tego koncertu. totalna defloracja umyslow zarowno tych obeznanych w temacie, jak i zwlaszcza nieswiadomych. gdyby organizatorzy hunterfestu dali napalm death od razu po indios bravos, tak jak bylo to w planach, moglibysmy byc swiadkami czegos na ksztalt rzezi niewiniatek hehe... no szkoda, szkoda ;)
anyway, ogladanie koncertu grindcore'owego (zwlaszcza w wykonaniu niemalze ojcow tego gatunku) to ciekawe zjawisko. numery nie dluzsze niz 2 minuty, czlowiek musi byc caly czas na najwyzszych obrotach by zakumac co sie dzieje. wszystko moznaby wrec opisac nastepujacym schematem
1. zapowiedz wokalisty: this next song is called trallaalalaichuj
2. jedno wielkie instrumentalne TRRRRRRRRRRRRRRRRRRR
3. do tego TRRRRRRRRRR dochodzi wokalne AAAAAAAAAARGGGGGHHHARARARARRARA!!!!!!!
4. cisza i od razu "thank you" wokalisty

na szczescie wokalista mark to arcysympatyczny angol z przezajebistym akcentem. az dziw bierze ze tak lagodnie usposobiony (?!?!) koles moze dowodzic Takim zespolem. fajne sympatyczne pogadanki, choc przekaz wcale nie taki milusi. oberwalo sie polityce (tradyjnie bush i blair), ale tez i kosciolowi. przy czym nie bylo to zwykle "fuck off", ale racjonalnie uzasadniona argumentacja.
wlasnie, "fuck off". chyba w tym przypadku tez mielismy do czynienia z zespolem ktory ma na koncie jeden najbardziej wyczekiwany numer. w koncu zabrzmial, ku uciesze wszystkich. "nazi punks fuck off!". nawet jesli to cover dead kennedys, to wersja napalm death jest tak mocarna i wlasna, ze trudno tu mowic o robieniu kariery na cudzesie.
trzy slowa do czytajacych: krotko, intensywnie, genialnie.
mysle ze dobrze ze childreni nie przyjechali. zblazniliby sie stajac w szranki z napalm deathowymi bogami.

wiec oto podsumowanie. zajebiscie ze jest cos takiego jak hunterfest. ktos moglby powiedziec ze przeciez jest juz metalmania. tak, metalmania z nalozonym embargo na inne niz metalmindowe zespoly. a poza tym - ktos sobie wyobraza lipali czy indios bravos na metalmanii? tak, hunterfest jest potrzebny. zajebiscie cieszy ze cieszyn, ze 3 godziny jazdy. zajebiscie ze 3 edycja i postep jest az tak wyrazny. 3 dni, zagraniczne kapele. i tylko bukiet rozg za zbytnie pospieszenie sie z robieniem miedzynarodowego festiwalu. i nawet jesli brak childrenow czy opeth niesspecjalnie mnie zabolal, to jednak niesmak pozostal. o rym. i tym milusim akcentem konczymi i liczymy dni do ogloszenia skladu hunterfest 2007. moze znow bedzie warto jechac.

 

najlepszy moment: NAPALM DEATH - NAZI PUNKS FUCK OFF

rooooooooooooarrrrrrrr!

ocena: 7,5/10 

22:04, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »

odbyło się: 13.08.06

gdzie: Szczytno

kto: Fear Factory, Amorphis, Sick Of It All, Decapitated, Totem, Radio Bagdad i inni

FOTO: hunterfest.pl

 

pobudka w szczytnie bardzo wczesna. a to dlatego ze chce zobaczyc jak sobie dadza rade na tak duzym festiwalu ziomy z radia bagdad. gdy jednak pojawiam sie na terenie festiwalu o 11.30, o ktorej to zaplanowany jest wystep RB, panowie dobiero sie szykuja. czyli bedziemy znow swiadkami obsuwy. i jak sie pozniej okaze - znaaaaaaaacznej.
no ale. dzieki temu zalapuje sie na wystep pierwszej kapeli. Ciryam. ja przepraszam bardzo, ale no nie pamietam wiele z tego wystepu. pani na wokalu, jakos tak troszke z gotycka to pachnialo... moze za wczesna pora, moze nie to miejsce... moze innym razem.
teraz moze popuszcze wodzy subiektywnosci, ale smiem stwierdzic, ze radio bagdad zasluzyl swym wystepem na wystep o pozniejszej porze, dla znacznie wiekszej ilosci osob niz byla obecna. ba, smiem wrecz zawyrokowac, ze za rok taka sytuacja nastapi. w koncu mowimy juz o zespole z podpisanym kontraktem. widac - mozna sie wybic. i to w przeciagu niecalych dwoch lat. wiara we wlasna tworczosc, upor, troszke umiejetnego marketingu. no i jednak Muzyka przede wszystkim. okej, latwiej im bylo. bo jednak propozycja muzyczna rb ladnie sie wpasowuje jednoczesnie w gimnazjalne klimaty pokroju pidzamy porno i happysad, a z drugiej strony- unosi sie nad tym klimat nu rockowej mody, zwlaszcza tej z pierwszej fali, ktora przyniosla the strokes i the hives. latwo wiec byloby zarzucic koniukturalizm. tym wieksze brawa dla panow za wymieszanie tego takich proporcjach, ze pozostaje to autentyczne, swieze, a dzieki lirykom sielaka i oryginalne.
oj, laurka powstala. a jednak nie byl to koncert perfekcyjny. bo naglosnienie zdecydowanie nie stalo po ich stronie. i niestety, choc widzialem panow pierwszy raz w takich warunkach, to nasuwa sie wniosek, ze zdecydowanie lepiej panowie wypadaja w kameralnych, ah - punkowych warunkach, jak chocby z koncertu w gdanskim infinium (grudzien 2005 - lukaj tu). swoja droga, w tamtej notce zastanawialem sie czy zmiekczenie brzmienia nie jest brnieciem w slepa uliczke. jak sie okazalo - mialo to sens. jest konktrakt, jest sukces. gratuluje chlopaki.
niestety mzawka ktora dala o sobie znac podczas wystepu radia, z czasem zamienila sie w konkretna ulewe. dlatego tez ominely nas spora ilosc wystepow, m.in. ametrii, butelki czy delight. w pewnym momencie ten konkretny deszczor zamienil sie w takie oberwanie chmury, ze trza bylo przerwa impreze, co spowodowalo jeszcze wieksza obsuwe. no ale co tam, nigdzie nam sie nie spiedzy. zalapujemy sie na podziwianie koncertow dopiero na wysokosci setu zespolu totem. co tu duzo mowic - miazgaaaaaa. wiadomo, jest death metal i death metal. my tutaj na tym blogu cenimy bardziej ten, w ktorym chodzi o cos wiecej niz popisy techniczne i wpakowanie jak najwiekszej ilosci nut w jeden takt. i my tutaj stalismy sie natychmiast fanami totemu jako reprezentantow wlasnie tego fajniejszego death metalu. tym fajniejszego, bo wzbogaconego o dwa wokale. a jesli dodamy do tego, ze jednym z tych wokali jest pani weronika (rowniez od niedawna sceptic), na ktora i milo popatrzec, to juz w ogole robi sie arcyciekawie. bo chociaz jazda w obu wokalnych przypadkach jest growlowa, to i dalo sie wyhaczyc rowniez kombinowanie. zaraz zaraz, czy dobrze slyszalem - melodie? dodajmy do tego niezly kontakt z publika (ktora, jak juz wczoraj wspomnialem, byla ewidentnie zlakniona takich dzwiekow) i wychodzi na to, ze mamy do czynienia z zespolem, ktory ewidentnie powinien stanac w szranki z behemothem i vaderem w walce o miedzynarodowa publike.
no i z decapitated. panowie wlasnie z tej kapeli zagoscili na scenie po totemie. wstyd sie przyznac, na zywo widzialem po raz pierwszy. i jedno moge z pewnoscia juz stwierdzic - kontrakt z earache (jakby ktos nie wiedzial - wytwornia amerykanska wydajaca extremistow, w tym i moich ulubiencow z anal cunta) to nie przypadek. sensacyjnie mlody wiek muzykow moze i pomogl, ale herezja byloby w nim upatrywac zrodla sukcesu. sa po prostu piekielnie dobrzy i tyle. moze maja zapedy w kierunku nudnego trchnicznego metalu, przez co staje sie to muzyka uzytkowa przeznaczona wylacznie na koncerty, ale i w tej kategorii nie maja sobie rownych. dodatkowe plusy maja jeszcze za nowego frontmana zgarnietego z atrophi red sun (nie wiem jak sprawdzal sie na zywo jego poprzednik - sauron, ale wierze ze zespol na tym transerze nie stracil) oraz za nietypowa w tej muzie obecnosc tylko jednej gitary, co wcale nie zubaza brzmienia, a co wiecej - zyskuje dzieki temu na czytelnosci. Klasa.
temperatura juz wysoka, a mialo byc jeszcze lepiej. bo oto juz do aktu destrukcji totalnej szykowala sie pierwsza z zagranicznych gwiazd - Sick Of It All. co ciekawe, wcale nie nastapila wielka rotacja wsrod publiki. widac ze pomimo iz mamy tu do czynieania z legenda muzyki hardcore to i fani nawet najbardziej extremalnych odmian metalu moga sie na takie brzmienia zalapac. choc wiekszosc publiki to byli ci, ktorzy najprawdopodobniej specjalnie na soia przyjechali do szczytna. czyli juz na wstepie dobry kontakt z publika zapewniony. ale to nie mogl byc zaledwie "dobry kontakt". przypomnijmy - mowimy tu o legendzie muzyki, ktorej wizerunek tworza m.in. genialne koncerty, na ktorcyh zaciera sie w sposob doszczetny bariera artysta-sluchacz. koncerty, ktore daly swiatu takie zjawiska jak stage diving, singalongi czy radykalniejsze odmiany zabawy pod scena (circle pit, anyone?). oczywiscie na tak duzej imprezie plenerowej o tak znacznej interkacji z publika nie oglo byc mowy, jednak soia to wyjadacze ktorzy i w takiej formule potrafia sie doskonale odnalezc. ale ale. duzo na koncercie bylo dla ciala i oka, ale najwazniejsze jednak to co dla ucha. zarzuca sie sickom ze tworza coraz to nudniejsze plyty, gdzie numery coraz mniej sie od siebie roznia. moze. ciezko obalic ta teze argumentacja slowna. posluzylbym sie bootlegiem z koncertu. ani chwili nudy! a przeciez i nowy material byl. inna sprawa, ze hardcore to jednak koncerty, to w takich warunkach ta muzyka nabiera sensu. sluchanie plyt hardkorowych jest jak lizanie czekoladowych mikolajow. moze i przyjemne, ale tak nie mozna. przeba wpierdolic, przezuc, przelknac by skumac o co chodzi. w hardkorze chodzi o to by sie sciskac na koncercie z ludzmi, czuc pot obcych na sobie i oberwac przypadkowym cios karate. i to wszystko, choc w ogranczonej dawce, bylo. uczta muzyczna (BRZMIENIE!!) i kapitalna zabawa. pierwszy WIELKI koncert festu. i zal ze tak krotko trwajacy.
no ale. po sickach trza bylo sie zmywac do ratusza w szczytnie, by sie zalapac na konferencje z fear factory. gwiazdeczki troche sie spoznily, ale sie pojawily. GODDAMIT, mialem burtona w zasiegu reki! wprawdzie tylko burton i christian sie pojawili (a fajnie byloby sie zapytac raymonda o to, jak mozna TAK grac na perkusji), ale nie wymagajmy za wiele. szkoda ze konferencja na totalnego betona, bo fajnie byloby sie zapytac o cos. a tak to tylko foteczki i to watpliwej jakosci... niemniej lans jest ze chuj. przesympatyczni kolesie. nawet jesli wymuszony, to i tak obizajacy cisnienie spotkania luz. i tylko jedno mnie zastanawia u burtona. jak mozna miec TAK wysokie czolo?
przez konferencje odpadly koncerty hurtu i huntera. by jakis wielki zal, nie powiedzialbym. dobrze natomiast ze udalo sie zobaczyc druga gwiazde wieczoru (hunter gwiazda? no dajcie dzieciaki spokoj) - finski amorphis. przyznam ze bym byl fanem to raczej tak nizbyt. ale naprawiam swoj blad. kapitalnie melodyzujacy metal bez uszczerbku na obecnosci tak zwanego Jaja. czyli ciezar dajacy sie sluchac, a nawet wpadajacy w ucho. okazuje sie ze finlandia staje sie (jesli juz sie nie stala) kolebka gitarowego grania na miare manchesteru czy seattle. przy czym, w przeciwienstwie do tamtych wiosek, tutaj panuje wieksza jednorodnosc. roznie z tym ciezarem jest (no chyba ze the rasmus i him potraktujemy jako przykry wyjatek), ale restza zadziwiajaco zgodna. melodia i mrok. tylko ze trzeba uwazac z proporcjami. bo moze wyjsc smiesznie, jak u children of bodom. u amorphis ta mixtura ciiezaru (choc u nich tez z tym roznie bywa - raz growlem potraca by innym razem poglaskac HIMem... ale what da ya know - wychodzi to zajebiscie!), klimatu i przebojowosci zadzialala arcyciekawie. tyle muzyki. a show? moze pan lider do wulkanow energii sie nie zalicza, ale jest na tyle charakterystyczny (nie tylko ze wzgledu na pokazne dredy) i przekonywujacy, ze niewatpliwie zespol zyskal duzo dzieki obsadzeniu go w roli nowego frontmana. zaskakujaco zajebisty koncert.

no dobra, ale wiadomo ze w calej tej imprezie chodzilo o wystep wlasnie TEJ kapeli...
FEAR FACTORY.

godzina 2.00. pozno jak na koncert. ale jednak choc daleko mi do sadystycznych zapedow i domagam sie humanitarnego traktowania ludzi a zwlaszcza muzykow, to jednak pora na wystep takiej kapeli jak FF idealna. laikom nie tlumaczymy o co chodzi. a dla obeznanych w temacie przechodzimy od razu do konkretow.
introoooooooo!
wchodza!!!!!!!
lewa strona - nowy nabytek na basie, byron straud (wczesniej strapping young lad). po prawej - christian. zero pozostalosci po hiphopowym wizerunku z okresu digimortal. metal attitude jak w morde strzelil. z tylu raymond herrera za swoim mega zestawem. w tle obrazek z ostatniego albumu "transgression". i wlasnie od tego kawalka zaczynaja. i juz szal wsrod publiki. tak, publika zdobyta od pierwszej sekundy. kontakt z gawiedza oceniamy na ocene szostkowa.
burton. przyznam ze oczekiwalem wiekszej ruchliwosci z jego strony. owszem, stac w miejscu nie stal. nieustanne gibanie sie, zarzucanie cialem. ale wszystko w obrebie osi wlasnego ciala. chociaz moze za duzo oczekiwalem. jedno jest pewne - axl rose he ain't.
ale to bzdury. natomiast jedna rzecz nie daje mi spokoju jednak. przy calym na_kolana_chamy uwielbieniu dla osoby burtona c. bella i jego wokalu jedna rzecz trza zauwazyc. perfekcja techniczna instrumentalistow (tak, PERFEKCJA) nie szla w parze z tym co burton prezentowal. no, chlopak czasem po prostu nie wyrabial przy spiewanych partiach. ale nie zmienia to faktu, iz, i na tym zakonczmy ta kwestie, JEST I TAK GENIALNY.
ogladanie setlisty przed koncertem uwazam za paranoje. no po co pozbawiac sie elementu zaskoczenia? z drugiej strony powystrzelalbym coponiektorcyh stefanow. "linczpiiiin!", "zirosajgnaaal!" "repliiiiiiicaaaaaaa!" i tak w czasie kazdej przerwy. no wiocha zwyczajna. zwlaszca ze haslo "replica" padalo tak czesto, ze mialo sie wrazenie, jakby tylko z tego numeru byly faktory znane. rozumiem, kazdy moze miec swego faworyta, no ale... moim ulubiencem zas jest plyta "obsolete" i nie obrazilbym sie gdyby setlista skladala sie glwonie z tej plyty. na razie nie jest zle - po poczatkowym transgression rozbrzmiewaja pierwsze dwa numery z "obsolete" - "shock" i hiciarski "edgecrusher". uhhhh! potem moze cisnienie opada, ale jeno minimalnie. burton i spolka siegaja po numery z nowej plyty jak i po starocie ale te mniej mnie robiace. albo inaczej - nie AZ TAK wyczekiwane. chociaz pewnie inni wlasnie na te numery jak "self bias resistor", "pisschrist" czy "demanufacture" czekali. dla mnie znow arcygoraca sie zrobilo przy starociach absolutnych. "martyr" a zaraz po nim "scapegoat" - no pieknie no. i juz nie popuszczaja. przebojowy, numetalowy "linchpin" jest o tyle szokiem, ze przeciez z wypowiedzi muzykow wynikalo, ze odcinaja sie od "digimortala" gruba kreska. milo ze zrobili wyjatek dla tego numeru. robi sie coraz bardziej killersko. "cyberwaste" miazdzy, ale to jeszcze nie TO... "ARCHETYPE"!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! dwa numery ktore potwierdzaja ze jednak i bez riffowego mistrza dino cazaresa fear factory ma racje bytu i nie odcina kuponow. ale to jednak wienczaca set wlasciwy "replica" spotyka sie z najlepszym przyjeciem... no coz, kazdy zespol ma takiego na koncie Hita Absolutnego. dobrze, jesli kariera sie nie opera na jednym tym hicie.
krotka przerwa. okrzyki na bis. ale wychodzi sam burton. i do podkladu z kompa niszczy wszystkich przepieknym "timelessness". i tym samym zapominam o tym ze dlaczego nie bylo "zero signal", skoro do taktow tego numeru techniczni szykowali scene. zapominam o wokalnych mankamentach burtona. daje sie poniesc genialnosci tego kawalka. ale schodze na ziemie i juz tutaj oceniam ten koncert jako jeden z najlepszych w tym roku na polskiej ziemi, w tym wieku, w tym moim zyciu.

 

najlepszy moment: FEAR FACTORY - Edgecrusher

choc rowniez timelsness, archetype... ahhh ciezki to byl wybor

ocena: 8/10 (zakładając że występ FF to okolice dziewiątkowe, a reszta tak na 7) 

21:50, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »

odbyło się: 12.08.06

gdzie: Szczytno

kto: Coma, TSA, Acid Drinkers, Farben Lehre, Molly's Gusher, None, Sjel, Archeon, Jary Band

FOTO: hunterfest.pl

 

oj a bedziecie mieli teraz czytane. czas zrelacjonowac najlepszy rockmetalowy fest w polsce. choc pewnie z tym epitetem nie kazdy sie zgodzi. ale o tym pozniej.
w skladzie nizej podpisany i ewelinchen dojezdzamy dwoma pociagami do szczytna kolo godzin 16.00. juz w kolejce rzuca sie w oczy dominacja czarnych barw. no w koncu metal fest, a polska to jednak bardziej konserwatywny kraj nieprzygotowany na extrawagancje kolorystyczna w wygladzie. szczytno. miastecxzko kolo olsztyna wielkosci bardzo nieduzej. cos jak malbork? no i zamek tez ma. i wlasnie miedzy zamkiem a slicznym jeziorkiem umiejscowiona byloa scena. trzeba przyznac - za lokalizacje nalezy sie organizatorom duzy plus.
przybywamy najpierw do naszej noclegowni. schronisko, dwudziestoosobowy pokoj. o dziwo spokojnie, zadnych burd charakterystycznych dla co bardziej ortodoksyjnych metali. jedyne kontrowersje wzbudzal jedynie jeden z kolegow, ktorego chrsapanie mialo taki volume ze co noc odbywala sie masakra totalna. koles nie bral jencow. nie wiem czy potoczna w swej relacji pozdrowi wesola alkoholowa ekipe spod Lodzi, ja to zrobie. elo! i dzieki za towarzystwo!
tyle okolicznosci, czas juz na muzyczne aspekty wycieczki. idziemy do punktu odbioru identyfikatorow i juz na dzien dobry niemila wiadomosc - gwiazda pierwszego dnia festu - Opeth - nie zagra. okazuje sie ze sprzet nie dojechal costamcostam. niestety to wersja tylko oficjalna. bo prawdziwa nie jest do dzisiaj zbytnio znana. ale niestety znow sprawdza sie stara maxyma, ze jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniazki. i z tego samego powodu odpadla gwiazda dnia trzeciego - Children Of Bodom. wprawdzie, przyznajac sie bez bicia, strata w moim odczuciu zupelnie bezbolesna, ale rozumiem rozgoryczonych fanow (a akurat, sadzac po koszulkach fanow, wielbicieli childrenow bylo na fescie najwiecej). tym wieksza sciema pachnie odwolywanie dwoch wystepow w dniu, gdy te gwiazdy maja wystapic. no cos tu nie halo. by nie bylo - doceniam postep. mowimy o trzeciej edycji festu, a juz z takim gwiazdorskim skladem i z takim rozmachem. big respect za zrobienie koncertu Fear Factory. marzenie sie spelnilo. ale nie sposob nie przywolac kolejnego starego powiedzonka - nie potrafisz to nie pchaj sie na afisz. najwyrazniej za wysokie progi dla panow z Huntera i ich menago. i nie ma ze polska - heinekenowy open'er pokazal ze mozna. ze moze byc wszystko dopiete na ostatni guzik. a organizacja hunterfestu lezala i kwiczala. i jako osoba ktora widziala to wszystko od niemalze srodka mowie to z pelna swiadomoscia.
anyway. opaski rozowe lansiarskie na lapach sa, wchodzimy do srodka wejsciem dla waznych person. szybko jednak dostajemy sie na teren dla szaraczkow, bo co za duzo wozonka to niezdrowo heh. ominely nas wystepy paru kapel, jako ze dzien festiwalowy zaczynal sie juz o 11.00 rano. i nawet z dwugodzinnym opoznienem (co niestety stalo sie norma kazdego dnia) nie dalo rady zobaczyc m.in. wrinkled freda czy reprezentantow trojmiasta - blindead. chyba jednak tyle zespolow to byla jednak przesada, choc nie sposob docenic faktu, ze stworzono szanse zaprezentowania sie publicznosci tylu kapelom, dla niektorych może jedyna szanse wystapienia na tak duzej impprezie. niestety w zwiazku z obowiazkowymi obsuwami zespolom skracano sety do 3-4 numerow. nie jest to dawka ktora gwarantowalaby dobry wystep. kapela sie rozkreca, razem z nia publika, a tu juz trzeba zwijac kramik. w tak bardzo okrojonej dawce widzielismy wystepujacego jako pierwszy po naszym przybyciu jary band. czyli nie kto inny jak niegdysiejszy lider oddzialu zamknietego krzysztof jaryczewski. ciezko mowic o porywajacym wystepie. cieszy fakt ze jary po problemach z glosem wrocil do gry i nagrywa albumy. fajnie ze jest to melodyjne acz nie odcinajace kuponow od przeszlosci (tj. od Oddzialu Zamknietego) granie. ale to chyba nie byl, najdelikatniej rzecz ujmujac, ten czas i to miejsce. obojetnosc publiki, niespecjalne zaangazowanie kapeli. koncert sie odbyl. tyle chyba mozna w tym temacie. moze innym razem bedzie lepiej.
wystep kolejnego wykonawcy pokazal, ze przynajmniej pierwszego dnia, ale chyba tez i przez calosc festu, panowala tendencja "im ciezej tym lepiej". archeon zmasakrowal metalem z piekla rodem co spotkalo sie z zaskakujaco dobrym przyjeciem. wprawdzie dla mnie nie byl to koncert wieczoru, ale doceniam i licze na zobaczenie tej zalogi w trojmiescie, plujac sobie w brode ze nie znalem panow wczesniej. polgodzinny dobry wyziew.
kolejna kapela - Sjel. twor zupelnie mi nieznany wczesniej. i w sumie dalej nie wiem co powiedziec o tej ekipie. rockmetalowo z pania na wokalu. chyba jakies klawisze, jakies echa lombardu... chyba znow - nie ten czas, nie to miejsce. innym moze razem. choc chlopaki, trza przyznac, dobrze sie lansowaly na bekstejdzu hehehehe.
po kolejnej przerwie technicznej i kolejnym konfenansjerskim wystepie Makaka, ktory z kazdym objawieniem sie sprawial wrazenie coraz bardziej najebanego, scena zawladnal bydgoski None. bylem ciekaw tego wystepu, bo sledze kariere tych panow i troche martwily mnie wiesci z tego obozu - transfer jednej z glownych postaci, Olassa, do Acid Drinkers, problemy z wydajacym ich Metal Mindem... po wystepie panow stwierdzam - jest dobrze. a przede wszystkim - jest ciezko. ciezej chyba niz kiedykolwiek. to juz nie numetal, a nawet nie nowoczesne wyziewy pokroju machine head. blasty niemalze! a przede wszystkim patrze na lidera i zastanawiam sie - whatdafuck? to ten sam fajfer, numetalowiec z farbowanym jezem na glowie lansujacy sie na klipach sweet noise? w szczytnie obserwowalismy kolesia z dlugimi czarnymi herami i zdzierajacym glos az niemilosiernie. bardzo udany lifting panowie! czekam na show w gdansku.
nastepnie zas zespol dla ktorego zdecydowalem sie byc rowniez i pierwszego dnia na hunterfescie. pierwszy raz widzialem szwedow z Molly's Gusher w Kwadratowej w pazdzierniku tamtego roku (czek tutaj)i bylo to dla mnie swego rodzaju objawienie. koncert na 20 osob a granie swiatowe. a przy okazji sympatyczna zaloga jak sie okazalo. ciesze sie ze promocja trwa dalej. teraz kolejny wystepp przed wielka publika, a juz niedlugo, wedlug zapowiedzi pani menago - plyta w metal mindzie... jak juz wspomnialem - wiekszosc publiki to byli mniejsi lub wieksi metalowi ezxtremisci, a jednak zostala ona przez szwedow kupiona. ile w tym zaslugi niekonwencjonalnej integracji w postaci rzucania kubkow z piwem to juz inna sprawa... nie zabraklo najbardziej przebojowego "queen of my heart" jak i coveru Muse "hysteria". dla mnie koncert dnia.
nie zalapuje sie na wystepy frontside i happysad gdyz do przeprowadzenia jest wywiad z molly's gusher. jeszcze raz sie okazalo - przesympatyczne chlopaki. i gadatliwe. niezmanierowani. sama przyjemnosc z takiego wywiadu. i tylko zal ze musieli sie meczyc z moim chujowym angielskim.
i tak sobie mysle ze bez Cycuszka pewnie tego wywiadu by nie bylo. ale to bylby banau dziekowac na blogu. wiec podziekuje juz jutro na zywo.
wracamy na wystep Farben Lehre. farbeni w swoim stylu. choc moze "metalowe" okolicznosci sprawily ze byl to znacznie bardziej punkowy koncert niz ten w ramach punky reagge live 2006 (marzec 2006, parlament - lukaj tu). pozytywkowych melodii zero. czysta sieczka dla staryzh zalogantow. hura hura matura itepe itede. a przede wszystkim "judasz". mi znow zabraklo coveru kobranocki. niemniej - wszyscy mysle ze byli zadowoleni.
acid drinker to juz tak dawno nie widzialem na zywo ze hej. a konkretnie to chyba jakos w 2003. wiec troche sie pozmienialo od tego czasu. nie ma juz lipy, choc wciaz ostatnim albumem zespolu jest "rock is not enough" nagrany z lipa wlasnie. co ciekawe, o ile pamietam, na koncercie nie zabrzmiala ani jedna piosenka z tego albumu. szkoda, bo to zdecydowanie jeden z najbardziej udanych krazkow kwasozlopow. no ale moze nowy gitarzysta nie lubi. wlasnie. byla to pierwsza okazja by zobaczyc jak sie sprawuje wspomniany wczesniej olass, ktory to porzucil none wlasnie dla acidow. nie wiem jak bylo z pierwszymi koncertami w tym skladzie, ale teraz jest juz pewne - olasio sie wtopil w kapele doskonale. na tyle, ze osmiele sie zawyrokowac, iz moze byc to juz koniec problemow poznaniakow z gitarzystami. wiadomo, litzy nikt nie przebije. i juz. ale osmiele sie stwierdzic, ze olass jest najlepszym gitarzysta dla acidow od czasu roberta. bo to nie chodzi tylko o umiejetnosci gitarowe. acidzi to tez imidz, menelski stajl, jajo generalnie. olass to wszystko ma + swieza krew. co chyba obecnie jest niezbedne dla kapeli.
no wlasnie. bo o ile olassa mozna uznac za najwiekszy plus wystepu acidow, to za najwiekszy minus mozna uznac... titusa. gorszy dzien? boje sie ze nie. dawno nie widzialem tak znudzonego, rutyniarsko traktujacego wystep muzyka. bardzo bym chcial jak najszybciej zobaczyc znow acidow by moc stwierdzic ze nie, ze przypadek, ze wydawalo mi sie moze. bo niesmak pozostal po dzis dzien straszny. tylko "drug dealer" i kapitalna wersja "another brick in the wall" pozwalaja uznac ten wystep za przyzwoity. ale nie sadzilem ze kiedykolwiek uznam wystep powszechnie uchodzacych niegdys za sensacje koncertowa poznaniakow za "przyzwoity".
w zwiazku z absencja opetha nastapila mala roszada w line-upie i tak oto gwiazda pierwszego dnia festiwalu uczyniono... Come. no ale zanim to nastapilo zaprezentowali sie wyjadacze z TSA, ktorzy to bezposrednio mieli poprzedzac wystep opeth. wprawdzie calkiem niedawno widzialem piekarczyka i spolke (marzec 2006, kwadratowa - lukaj szybko tu). no ale wtedy to bylo akustycznie. z pradem to panow widzialem z kolei na Festiwalu Jedynki w 2005 roku, gdzie byly dwa numery i do domu. wiec teraz nadarzyla sie okazja by zobaczyc caly wystep. i tak prawde powiedziawszy to niespecjalnie zostalem rozwalony. ale zrzucam to na barki zmeczenia nadmiarem muzyki. bo trzeba przyznac obiektywnie ze tsa to full profeska i tyle. w kazdym aspekcie. a jak ktos nie lapie estetyki to wypierdalac, bo to rokendrol. moze i liryzm w spokojniejszych numerach jest na poziomie gimnazjalisty lub zniszczonego browarem i spailinami harlejowca, ale nie maja w swej dziedzinie lepszych. take it or leave it, jak to mawiaja.
juz bylo zdrowo po 1.00 w nocy, gdy po godzinnym wystepie tsa wyszli na scenie emocjonalni terrorysci z comy. drugi koncert w przeciagu miesiaca (nie zapodaje linkiem, po prostu poszukaj nizej), wiec wszystko wskazywalo na to ze zaskoczen nie bedzie. a jednak. robienie z comy, ktora ma dwie plyty na koncie, gwiazdy wieczoru ma sens nie tylko pod wzgledem komercyjnym. to nie sa znudzeni graniem acidzi z ta sama setlista od miesiecy. niby material nieduzy,a jakze inny to byl koncert od tego w gdansku! okolicznosci podobne - ograniczenie czasowe, publika niekoniecznie przyszla specjalnie dla nas. wyzwanie. podolali. choc zaczeli tradycyjnie od "zaprzepaszczonych sil wielkiej armii swietych znakow", tak juz pozniej bylo inaczej niz w gdansku. byly highlight kazdego wystepu - "leszek zukowski". ale byl tez i numery nieobecne w gdansku, jak "zbyszek" czy przesliczne, wienczace wystep "100 tysiecy jednakowych miast". troche za pozno ta notka powstaje by pamietac co bylo a czego nie (zwlaszcza ze troche koncertow godnych spamietania tego dnia sie odbylo), ale wlasnie obecnosc tych dwoch numerow sie rzucila w uszy najbardziej. jak i to, jakim slicznym zgrzytem popisali sie muzycy przy odgrywaniu "zbyszka". ale, no kurde - przeciez to nawqet niehumanitarne kazac zespolowy grac o tak poznej porze. dlatego bedaz tak zajebiscie wyrozumialym oceniam ten wystep jako najlepszy w kategorii "polskie wystepy pierwszego dnia festiwalu".

 

najlepszy moment: MOLLY'S GUSHER - HYSTERIA

nawet nie wiedzialem ze ten numer ma takiego kopa.

ocena: 7/10

21:40, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »

odbyło się: 26.08.06

gdzie: Stocznia Gdańska, Gdańsk 

 

uoh, nie wiedzialem ze tak dlugo mnie nie bedzie. wyszlo przypadkiem. wiec bedzie podsumowanie tego co bylo. ale wpierw i glownie - o rzekomo najwiekszym wydarzeniu muzycznym tego roku w polsce. tak zapowiadano przed koncertem, a jak sie okazalo w praniu - mozliwe ze NAPRAWDE bylo to najwieksze wydarzenie.
ale o co chodzi? rowno niemalze rok temu swietowalismy 25lecie Solidarnosci i jako muzyczne podsumowanie tych obchodow wystapil jean michel jarre. nie trzeba bylo akcentow wspominkowyc by zapachnialo historia, bo sam jarre dla wielu jest artystycznym reliktem przeszlosci. ale duzo luda do stoczni gdanskiej wpadlo i koncert zobaczylo, i okej, sam przyznam szczerze, moglo sie podobac jesli nie oczekiwalismy rzeczy wielkich. a kontekst historyczny czynil wieczor naprawde wyjatkowym. wobec niewatpliwego sukcesu komercyjnego organizatorzy postanowili pojsc za ciosem i w tym roku swietowac juz dwudziestoszesciolecie Solidarnosci, zapraszajac kolejna Legende muzyki. fajnie, jesliby sie to stalo coroczna tradycja. choc tym razem poprzeczka zostala uwieszona naprawde wysoko. bo chociaz gilmour wydal niedawno pierwsza od 10 lat plyte "on an island", to pomimo iz powszechnie nie uchodzi ona za, delikatnie rzecz ujmujac, dzielo wielkie i rowniez o gilmourze mozna powiedziec ze najwiekszych rzeczy dokonal dekady temu, to jedno nie ulega watpliwosci - ten koles znow jest na topie. Absolutnym.
ta roznica sprawila ze bilety kosztowaly znacznie wiecej niz na jarre'a (choc chyba fakt, ze jarre zrezygnowal ze swojego honorarium tez mial wplyw). no ale HELOU, gilmour - PINK FLOYD, no kto nie wysupla tych 100 zlotych? ja wysuplalem, choc potem plulem se w brode bo moglem miec bileta taniej. oh well. anyway, razem z wesol ekipom w skladzie cycuszek i westa uderzamy na 19.00 na stocznie. tym razem organizatorzy pokombinowali na wzor swiatowy i najpierw trza bylo wymienic bilet na opaske. troche dziwne, skoro to nie festiwal parodniowy a jednowieczorowy happening, no ale okej. po co stac w jednej kolejce, skoro mozna postac w dwoch. juz jestesmy po prawie godzinie w srodku, juz uderzamy na gastronomie. nawet obecnosc muoodej nie zmienia faktu, ze musimy wybulic skandaliczne 6 zlotych za kazdy produkt, poczawszy od coca coli po drozdzowke. ciezko powiedziec by taka cena za zwykla drozdzowke byla podyktowana normami swiatowymi... nic to, uderzamy nach nasz sektor. B1. choc wpierw byly watpliwosci czy nie lepiej gdzies w drozszych sektorach A, to w plaktyce sie okazalo ze byl to genialny wybor. widocznosc swietna (no chyba ze ktos ma potrzebe podziwiania zmarszczek na gilmourowej twarzy). choc sektory C to chyba juz by nie bylo tak slodko. w tym momencie tez podziekowania dla Ciotki za rezerwacje miejsc :) zaczyna sie wielkie oczekiwanie. na stojaco, na siedzaco, na wesolo, na powaznie, na spokojnie, na goraczkowo ("panie, ja tu od piatej stalam, co mi sie pan wpycha!"). ale temperatura naprawde wzrasta punk 21.00, gdy gasna swiatla i na scene wychodza spowici wszechobecnym mrokiem muzycy. gosh, jak ja kocham te momenty. zaczynaja grac... zaraz, o co chodzi, toc to brzmi znajomo... plan imprezy byl juz od wielu dni doskonale znany - najpierw numery z solowej plyty, a potem pink floydowe hity. a tu nagle znajome intro z "dark side of the moon" i to cudowne wejscie gilmoura... "breathe... breathe in the air"... AAAAAAA!!!!!!! wszechobecna ekstaza paru pokolen... tak, bo chociaz zwlaszcza polakom bliski jest tematycznie album "the wall", to jednak wlasnie "ciemna strona ksiezyca" jest tym Wielkim, Uniwersalnym Ponadczasowym albumem ktory bez problemu porusza i rowiesnikow gilmoura jak i tych nastolatkow co wiedza ze muzyka nie zaczela sie od pearl jam i korna.
po tym jednak wszystko wraca do normy. gilmour wita sie z publika (oczywiscie "dziekuja!" musi byc) i zapowiada odegranie materialu z plyty "On An Island". chociaz pogadanki gilmoura do publiki moznaby policzyc na palcach jednej reki (sliczny brytyjski akcent, indeed!), to absolutnie to nie przeszkadzalo. jak ktos liczyl na obrazki z janem pawlem II i lecha walese czytajacego z kartki, to sorr, nie ta liga. gilmour kupuje publike dzwiekami, ktorych wielkosci nikt nie jest w stanie odmowic (wiecznych malkontentow probojacych blysnac jakos w recenzjach nie liczymy).
okej, jak juz wspomnialem - ostatni album gilmoura wielkim albumem nie jest (przynajmniej jeszcze nie). przeszkadza zwlaszcza nadmiar sentymentalnych wycieczek, grania moze nie tyle do kotleta, ale do posiadowke na kanapie przed kominkiem. tak czul, mial tak prawo pograc. polska zas nie jest krajem wybranym i chociaz na oficjalnej stronie gilmoura koncert w gdansku byl potraktowany wyjatkowo (rowniez ze wzgledu na to, iz byl to ostatni koncert na trasie), to przeciez wyjatku dla nas nie bedzie robil grajac same hity pink floyd. niemniej jednak, choc "on an island" jest dobrze chodliwym towarem w polsce, to jednak widac bylo znudzenie u coponiektorych. i nawet niekoniecznie u tych stefanow, co to przyszli "na pink floyd". dlatego ta czesc koncertu wygrywala glownie dwoma dynamiczniejszymi numerami i nietypowymi zagraniami, jak np gilmour grajacy na saxofonie czy banjo. dobrym rozwiazaniem chyba byloby wyciac pare numerow, no ale dobra, koniec narzekania. gdy dzwieki nie prywaly, byl czas na rozkminienie aspektow wizualnych wydarzenia. telebimy - podzielono na 6 czesci, zgodnie z iloscia muzykow na scenie. czyli, zgodnie z kolejnoscia "telebimowa", od lewej - phil manzanera, niegdys roxy music, dzis wspierajacy gilmoura na gitarze, a czasem i wokalu. guy pratt, rowniez roxy music, ale tym razem bass. steve di stanislao, niegdys crosby and nash, teraz wspomaga gilmoura perkusyjnym bitem a czasem i wokalem. czwarty prostokacik przeskakujemy, bo pana gilmoura przedstawiac nie trzeba i przeskakujemy do przedostatniej czesci, bo tu jest bardzo ciekawie. richard wright - pink floydowe klawisze a rowniez i wokal. czyli mamy polowe pink floydow na scenie. a nawet i wiecej, ale o tym pozniej... pierwszy z prawej prostokacik zarezerwowano na wizje jona carina wspierajacego gilmoura na drugich klawiszach. ale na tym liczna muzykow sie nie konczy. co jakis czas pojawial sie pan dick parry, ktory wspiera dzwiekami swego saksofonu gilmoura od lat, miedzy innymi na "dark side of the moon". z lewej strony umiejscowiona byla orkiestra polskiej filharmonii baltyckiej pod kierownictwem zbigniewa preisnera. obecnosc oczywista ze wzgledu na znaczny udzial tego pana na ostatnim gilmouroym wydawnictwie. ale orkiestra wspierala znacznie rowniez i w pinkfloydowej czesci koncertu. choc gilmour mowil rowniez o leszku mozdzerze i slychac bylo partie jego painina, to operatorzy kamer jakos nie uchwycili jego obecnosci. bardzo szkoda.
wiadomo, gilmour to nie mlodzieniaszek. rowniez i jego sceniczni kompani. dlatego bylo statecznie az do bolu (choc bywaly wyjatki w dynamiczniejszych czesciach koncertu, gdy pan pratt to nawet chyba podskoczyl ze swym bassem). ale nie nudno. fajnie ze gilmour, przy calej swej wielkosci i ikonowatosci wrecz, na luzie podchodzi do swej dzialnosci i jest w stanie sobie pozwolic nawet na pomylki, zacyznanie jakiegos numeru od nowa. nie bylo tego az tyle by mowic o skandalu, a w magiczny sposob wplywalo na interakcje. i nie umniejszalo show. pieknego muzycznie i wizualnie show... SWIATLA! SWIATLA! LASERY! zapachnialo w momentach nagromadzonych efektow swietlnych jarrem, ale na szczescie nie na tym opieral sie koncert, a jedynie wzmacnialo wymowe utworow. brawa i za ten aspekt...
po godznie 22.00 nastepuje okolo 20 minutowa przerwa. ale nie ma sensu sie nigdzie ruszac wiec wszyscy stoja w miejscu. gdy po 22.30 znow gasna swiatla i gilmour zapowiada odegranie "shine on you crazy diamond" rozlega sie wrzawa potwierdzajaca to, na co jednak czeka publika. magiczne intro z uzyciem... kieliszkow? zupelnie niepodobnie do wersji plytowej, choc juz z wejsciem gitary gilmoura robi sie bardziej "swojsko"... ale i tak bylo inaczej, zwlaszcza ze zabraklo "wybuchow" przy tytulowych slowach piosenki. nienmniej i tak byl to jeden z najlepszych frahmentow wieczorow. choc i tak kazdy zapewne wymienilby inna piosenke w tym miejscu. wiec odnotujmy co szczegolnie moglo sie podobac... znaczna czesc "echoes" zaskoczyla, bo przeciez jest to hit, ale tylko dla maniakow. "astronomy domine" - kolejny piekny uklon w strone syda barreta, nie tylko jako czlowieka, ale i tworcy. "fat old sun", "a great day for freedom"... to numery dla wybranych. wiekszosc poruszyla sie przy Klasykach Absolutnych, zwlaszcza w ujeciu komercyjnym.
"high hopes". ostatni wielki numer pink floydow. udowadniajacym cos, co wielbicielom rogera watersa, ze Slynnym Pieniaczem na czele, nie daje pewnie po dzis dzien spac po nocach. Pink Floyd bez watersa mial racje bytu. a dla mnie i cala "momentary lapse of reason" to potwierdza (swoja droga, zal ze jednak "learning to fly" sie do setlisty nie zalapal...). summa sumarum - najbardziej wzruszajace pare uderzen pianina w historii muzyki.
"wish you were here" - to z kolei jedna z najbardziej wzruszajacych piesni ever. i znow barrett. i wszyscy Ci, ktorych zal ze nie ma... moze mianiacy pink flydow oburzaja sie jakie numery wymieniam za highlitsy wieczoru, ale sorry - kazdy uwielbia pink floyd za co innego. wiec jako ostatni wielki numer wiecozru wymieniam...
"comfortably numb"... czyli "the wall". stefany pewnie liczyli ze zabrzmi "another brick in the wall pt.2", no ale oczekiwania stefanow przemilczmy. sam numer jest piekny i na pewno jeden z najwiekszych na koncie gilmoura, ale duzo tutaj znaczy fakt, ze zabrzmialo cos z "the wall". albumu, ktory, jak juz wspomniano, jest autobiograficznym wyrzutem watersa, ale polakom w szczegolnosci bliski. dlatego nawet jesli prawdopodobnie zupelnie nieswiadomy, to jednak mily gest w strone publiki.
i tym wlasnie numerem zakonczyl sie ten

ponad 3godzinny wystep. sporo. ale to nie Kult. to Pink Floyd, zespol ktory moglby grac i 7 godzin i by nie zmeczyl.
Pink Floyd? przeciez roger waters mowi otwarcie: "pink floyd to ja". jesli ktos jest masochista i lubi sie katowac muzycznymi odzwierciedleniami kompleksow tego basisty (gwoli sprawiedliwosci - czasem naprawde udanych, jak "the wall" czy "amused to death", a moze i nawet "the final cut", czesciej jednak meczacych) to pewnie sie z tym stwierdzeniem zgodzi. ja jednak cenie pink floyd za Melodie, kojacy glos gilmoura i jego przecudownozajebiste partie gitary. dodac do tego monumentalnosc wieczoru, obecnosc wrighta i parry'ego i wychodzi nam zaskakujacy, ale cieszacy rezultat. ze pink floyd to david gilmour. i naprawde, niczego mi nie brakowalo.

bylismy swiadkami wystepu pink floyd w polsce. w gdansku. jak sie z tym czujecie? bo ja przezajebiscie.

 

najlepszy moment: WISH YOU WERE HERE

ocena: 8,5/10 

21:17, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »

odbyło się: 10.08.06

gdzie: Multikino, Gdańsk 

 

ah, fajnie byloby tak zatytulowac notke relacjonujaca prawdziwy koncert depeszow. niestety, choc panowie grali w tym roku dwa razy w polsce, nie zalapalem sie na zaden koncert. pozostaje sie wiec zdac na takie inicjatywy na jakie wpada Multikino i czekac az puszcza w sali kinowej jakis koncert. jak "101".
godzina 18.00, trafiam do kina. sporo depeszowcow. ale raczej tych normalniejszych, zadnych extremistow. fryzur "na zelazko" typu gahan z lat 80tych nie zauwazylem. bileci, wchodzimy do sali. trafiamy punktualnie. zajmijmy nienajlepsze miejsce (frekwencja wyszla niezla) i rozkoszujmy sie.
jak juz wspomnialem, material zaprezentowany to byl film "101". czyli rzekomo najlepszy udokumentowany koncert depeszow. i rzeczywiscie cos w tym jest. zespol zostal udokumentowany w najlepszym swym czasie pod wzgledem popularnosci i kondycji kapeli. jeszcze w wilderem w skladzie. jeszcze slicnziutcy, mlodziutcy, rozkosznie zatopieni w oparach instrumentow typowo elektronicznych. klawisze itepe. to nie ten depeche mode flirtujacy z rockiem z lat 90tych. tutaj im blizej do madonny niz alice in chains. a przy tym juz wtedy bylo widac ze to jest ewenement w muzyce pop. inteligencja w melodii, inteligencja w tekstach. mroczny pop, ktory tak bardzo zachwycal owczesnych (liczne przebitki publicznosci i widok przepysznej mieszanki stylu lat 80tych z zapedami mrocznymi cieszy oko tak ze aua) jak i terazniejszych gotow. mroczna muzyka, ale sam wizerunek jeszcze nie byl mroczny, co mialo miejsce w latach 90tych. tutajmamy gore'a w bialym kapelusiku, fletchera we wdzianku zapietym po ostatni guziczek i wildera ze spinkami we wlosach. a nad nimi i tysiacami sluchaczy niepodzielnie goroje ON. david gahan. sliczna fryzurka, sliczne biale wloski. rozsadzajaca energia, ruchy frykcyjne, dyrygowanie publicznoscia. showman. mlody bog. zapewne gdyby sie blizej kamera przyjrzec to nie byloby jeszcze ani sladow po flircie z dragami.
czyli wysmienita forma. ale czy w muzyce rowniez? juz wtedy dysponowali cala armia hitow, ktorymi spokojnie mogliby obsadzac kazdy koncert. a i tk paru numerow zabraklo. braowalo "question of time", no ale zrekompensowaly ta strate wszystkie inne kawalki. "master and servant", "strangelove", "behind the wheel" czy "i just can't get enough". tylo malutki wycinek.
a jednak nie bede ukrywal, ze depeche mode na wysokosci Violatora stal sie GENIALNYM zespolem, a swa wielkosc w pelni potwierdzil najlepszym "songs of faith and devotion". niestety koncert odbyl sie pod koniec lat 80tych. trasa promujaca "music for the masses" czyli juz tylko krok do Violatora. nie uslyszelismy "personal jesus", "policy of truth" czy przede wszystkim "enjoy the silence".
tak prawde powiedziawszy to i tak moglismy wiecej uslyszec. calosc trawala bowiem niecala godzine i w wersji dvd nie wiedziec czemu zostala znacznie okrojona z materialu w pornwaniu do wersji cd i video.
to pierwsza rzecz.
druga dotyczy dwoch spostrzezen, wiekszych i mniejszych. bardziej odkrywczych i mniej odkrywczych.
pierwsza rzecz to potwierdzenie tego co czytalem, slyszalem, widzialem wczesniej. ze andy fletcher to dodatek. taki jak leeroy w prodigy. jak niespiewajacy chlopcy w boysbandach. koles niby stoi za tymi klawiszami, ale sprawia wrazenie jakby jego glownym zadaniem bylo namiawianie publiki do klaskania.
a z drugiej strony mamy alana wildera. niedocenionego na tyle ze odszedl z zespolu przed "ultra". i juz na "101" widac czemu. koles ze swoim niesamowitym talentem, artystycznym posmakiem osobowosci ginal w tle takich magow jak gore czy gahan.
depeche mode. zespol ktory za pomoca elektroniki zrobil to samo co the beatles za pomoca gitar. maximum melodii, maximum serca. zespol WIELKI.

 

najlepszy moment: NEVER LET ME DOWN AGAIN

ubustfiam 

ocena: 8,5/10 

21:11, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 35
 Skala

10-"Ideału Potęga"

9,9-9,0-"widzę szczyt, a za szczytem zaszczyt za zaszczytem"

8,9-8,0-"będę brał cię, cię, ehe"

7,9-7,0-"joł joł, joł joł joł joł joł, wielkie joł!"

6,9-6,0-"ch** na to kładę bo i tak damy radę"

5,9-5,0-"będzie dobrze dzieciak, elo, do góry głowa!"

4,9-4,0-"to nie z mafią układy tylko szołbiznes"

3,9-3,0-to nie jest kawałek żeby się podobać"

2,9-2,0-"Boże, czy jeszcze coś gorszego stać się może?"

1,9-1,0-"ile dałbym by zapomnieć cię..."

0,9-0,0-"pozerskie gówna a prawdziwy rap to dwie odmienne k***a sprawy!"