Kategorie: Wszystkie | film | muzyka | pozostałe
RSS
niedziela, 31 maja 2009

rok wydania: 1985

wydawca: RCA

 

kontynuujemy watek.

dwa lata i dwie plyty pozniej Clannad jest juz uznana firma. ktora postanowila dyskontowac sukces. "Macalla" jest pierwszym albumem Clannadu, ktory zostal odnotowany na amerykanskiej liscie Billboardu. czyli ze znow okazuje sie, jak amerykanie sa glusi.

mozna oczywiscie docenic to, ze zespol nie stoi w miejscu, ze eksperymentuje. i wcale nie musi to byc zle (a wrecz przeciwnie), ze postanowili mocno poflirtowac z popem. niestety, nie wyszlo to tak fajnie jak moglo byc. bo to naslabsza odmiana popu, tapeta radiowa, totalnie nieangazujaca. symbolem tego singlowe "Closer to Your Heart", choc akurat z tego nurtu to i tak najciekawszy kawalek. ale juz np choralne "lalalala" w "Journey's end" to dramaaaaat. sa wyjatki jednakowoz - singlowy "Almost seems (too late to turn)" i wyjatkowo pozbawiony glosu pani Brennan "Blackstairs". Clannad jaki znamy z "Newgrange" chociazby slychac wlasciwie tylko w otwierajacym calosc "Caislean Oir"

szkoda, tym bardziej ze aranzacyjnie dzieje sie sporo. "normalne" instrumentarium zagoscilo juz na dobre. tu i owdzie slychac sympatycznego saksofoniste Mela Collinsa (m.in. King Crimson). swiat jednak przede wszystkim zwrocil uwage na kawalek nagrany z innym symbolem irlandzkiej nuty, niejakim Bono. coz, dzisiaj taka kooperacja bylaby odebrana jako kolejny ak dramatu pt "Bono jest juz takze w Twojej lodowce". ale w '85 roku to byl przeciez lider mistycznego U2, nawet nie tego od "Joshua Tree", ale od "War" czy "The Unforgettable Fire". i naprawde, slychac w tym wykonaniu pasje, za ktora dalo sie tego faceta wrecz uwielbiac. nawet jesli sam numer jakis wybitny nie jest.

abysmy zle sie nie zrozumieli - to bardzo sympatyczna plyta. ale staram sie tu tez ocenami hierarchizowac dokonania danego zespolu. a "Macalla" to plyta zwyczajnie slabsza od "Magical Ring".


najlepszy moment: ALMOST SEEMS (TO LATE TO TURN)

ocena: 7/10

14:58, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
sobota, 30 maja 2009

rok wydania: 1983

wydawca: RCA

 

padla wczoraj nazwa Clannad, wiec poswiecmy troche czasu temu zespolowi, okej?

przypuszczam, ze znacznie wiecej osob moze kojarzyc muzyke tego irlandzkiego zespolu niz sama jego nazwe. a przynajmniej ci urodzeni w latach 80tych, co zalapali sie na ogladanie Robin Hooda w polskiej telewizji. tak, main theme to wlasnie sprawka Clannadu. tego dziwnego zespolu, co do eterycznego glosu pani wokalistki doklada choralne meskie glosy i celtyckie instrumentarium. w glowie automatycznie rysuje sie przy tych dzwiekach obraz ultrazielonej, magicznej Irlandii. choc nigdy w tym kraju nie bylem, to chce wierzyc, ze chociaz czesciowo ten obraz pokrywa sie z rzeczywistoscia.

siodmy album Clannadu, o ktorym dzis mowa, jest uwazany za przelomowy dla tej grupy, przede wszystkim w komercyjnych kwestiach. a to glownie za sprawa rozpocznajacego calosc utworu "Theme From Harry's Game". numer przebijajacy kilkakrotnie popularnoscia serial w ktorym zostal wykorzystany. nie bedziemy sie silic na oryginalnosc - to naprawde prawdopodobnie najladniejszy numer, tak na tej plycie jak i w calej dyskografii zespolu (choc konkurencja w postaci obecnego tez tutaj "Coinleach Ghlas An Fhomhair" dosyc silna). sto procent Clannadu w Clannadzie - wszystko to o czym pisalismy w poprzednim akapicie tu jest. z podobnej bajki jest "Newgrange" i to rowniez cudna piesn.

wymyslajac oryginalny patent na wlasna tworczosc latwo popasc w monotonnosc, nie silac sie na kombinacje. tutaj Clannadowi sie chce, wprowadzaja urozmaicenia. a to w "Tower Hill" dadza na przod meski wokal, a to za sprawa gitary elektronicznej i wyraznej perkusji zbliza sie w "Thios Fan Chosta" do rock krainy. za sprawa "I see red" zas zbliza sie do tradycyjnej popowej piosenki. inna sprawa, ze to cover z solowej plyty panny z Abby. skoro jestesmy w temacie cudzesow, to irlandzka piatka czesto siega po tradycyjne piesni, aranzujac je po swojemu. najmilej to wypada w instrumentalnym "The Fairy Queen". tutaj juz silnie wizualizuje mi sie posiadowa w irlandzkim pubie.

na sobotnio-niedzielny chillout plyta jak znalazl.


najlepszy moment: THEME FROM HARRY'S GAME

ocena: 7,5/10

15:32, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 29 maja 2009

rok wydania: 1992

wydawca: Morgan Creek

 

zmieniamy klimat.

jak drodzy sluchaczoczytelnicy dobrze pamietaja, o tym soundtracku juz pisalismy. zdania raczej nie zmieniam, no, moze odrobine pozytyniej teraz oceniam. temat glowny jest ladniejszy niz wczesniej przypuszczalem, pare fragmentow rzeczywiscie zapada w pamiec. ale jednak wiekszosc to tapeta. takie granie trzeba lubic.

dlaczego jednak wracamy do tego tematu? otoz wpadlo mi w lapy oryginalne wydanie tej sciezki dzwiekowej, ktora paroma rzeczami sie rozni. po pierwsze odkladka, bedaca jednoczesnie plakatem reklamujacym film. po drugie - zmieniono kolejnosc utworow. zamiast kolejnosci pojawiania sie trackow w filmie mamy podzial na kompozycje Trevora Jonesa i Randy'ego Edelmana. dzieki czemu mozna zauwazyc, ze chyba jednak ten pierwszy wykonal lepsza robote. podobno dokonano zmian takze w samej muzyce, ale jakos slabo zauwazalne te zmiany.

no i przede wszystkim - tutaj mamy sliczniuchny numer Clannadu "I Will Find You". oczywiscie bardzo w stylu tego zespolu. zenski wokal na przedzie, czajace sie z tylu meskie choralne glosy, new-age'owo zwiewny podklad... dla mnie bombeczka, choc to tylko poltorej minutki. barzo lubie takie piosenkowe rodzyneczki na soundtrackach, a ten jest naprawde wyborny.

wiec jesli ktos chcialby posluchac muzy z tego filmu, to polecam to wydanie.

 

najlepszy moment: CLANNAD - I WILL FIND YOU

ocena: 7/10

14:38, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 maja 2009

rok wydania: 1999

wydawca: Roadrunner

 

wczoraj stwierdzilem ze Messi to nie pilkarz, to jebany robot. i chociaz nie kibicowalem zanadto zadnej ze stron w finale Ligi Mistrzow, to slusznie sie stalo, ze Barca wygrala. piknie grali.

no ale wracamy do naszych muzycznych rozterek. zostajemy przy gitarowym graniu, chociaz w zmodyfikowanej formie.

lubicie remixy? ja baudzo. i nie rozumiem ludzi, ktorzy odrzucaja remixy, jarajac sie jednoczesnie coverami. przeciez remix to tez interpretacja cudzego uworu, tylko ze z uzyciem elektroniki (c tez nie jest regula). oczywiscie duzo jest chujowych remixow, ale przeto podobnie ma sie sprawa z  kowerami. a czasem potrafia wyjsc cudenka nawet przebijajace oryginaly, jak np "Heartbeats" The Knife w remixie Rex The Dog.

sa tez tacy, ktorzy wrecz z zalozenia odrzucaja remixy kawalkow metalowych. i chociaz to dla mnie kolejny przejaw metalowego ignoranctwa, to prawda jest, ze mega ciezko zrobic (dobry) remix metalowego, czy nawet gitarowego kawalka. gdzie mnostwo zonglowania dynamika, tempem, klimatem w obrebie jednego kawalka. posrednio sam tego doswiadczylem, bawiac sie tyle lat w rockowego didzeja. abstrahujac od tego, ze rockfani nie lubia jak im sie modyfikuje ulubione kawalki, to czasem nawet uzycie crossfadera bylo ryzykowne.

dlatego tym wiekszy szacun mam dla tych, ktorzy podejmia sie remixu gitarowego tracka. zwlaszcza jak zrobia to dobrze. czy tak sie stalo w przypadku prob podjetych na singlu "Tribe"? 3 remixy, z czego dwa kawalka "Tribe" i jedna interpretacja "Quilombo". za remixy odpowiedzialne sa takie persony jak Roy Mayorga, The Rootsman i Josh Abraham. czyli perkusista Soulflaja, zawodowy dj i remixer oraz producent. i najlepsza robote wykonal wlasnie zawodowiec. bo tylko w przypadku "Quilombo (Zumbi Dub Mix)" wyszla nowa jakosc, cos co moze funkcjonowac niejako na wlasnych prawach, w oderwaniu od oryginalu. inna sprawa, ze Quilombo to znacznie bardziej nadajacy sie do remixowania kawalek niz Tribe. mocno rytmiczny w oryginale, dzieki dodaniu dodatkowych partii Mayorgi wyszedl killer, ktorzy moglby zagoscic na parkiecie co bardziej pojebanych imprezowni. w przypadku pozostalych dwoch remixow to jest takie bardziej macenie, zabawa w remix, bez wiekszego celu. nie slucha sie tego zle, ale nikt przy zdrowych zmyslach nie postawi tego na rowni z oryginalem.

lubie single. mysle ze czasem jakies opiszemy jeszcze.

 

najlepszy moment: QUILOMBO (ZUMBI DUB MIX)

ocena: 6,5/10

13:33, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 maja 2009

rok wydania: 2000

wydawca: Ars Mundi

 

Stepien, bedziemy Cie pamietac.

no, zostajemy w temacie polskiego rocka, choc zmierzamy w znacznie ciezsze rejony niz Dzem.

podobnie jednak jak Dzem, na fascynacje Armie tez sie nie zalapalem. niemniej trudno nie dostrzec wielkosci Legendy czy Triodante. uwielbiam klimat jaki wytwarza ten zespol, w szczegolnosci bajkowosc tekstow Budzynskiego (dla mnie to jeden z faworytow jesli chodzi o teksciarzy tego kraju, Rogucki powinien uczyc sie od Budzego jak korzystac z abstrakcji i impresjonizmu nie popadajac w banal) czy waltornia Banana. unikalna mieszanka poezji/duchowosci z punkowa energia, w pozniejszym okresie sprzezona dodatkowo z metalowym brzmieniem. "muzyczna apokalipsa" w kontekscie Armii nabiera zupelnie nowego znaczenia. zaskakujace, ile, pomimo posepnosci muzyki, jest jednoczesnie w tych dzwiekach nadziei, ducha, pozytywnej energii. jako jeden z nielicznych w tym kraju Budzy potrafi spiewac o Bogu nie popadajac nawet na sekunde w jakies oazowo-zenadne klimaty (w przypadku kolegow Budzego  z 2TM2,3 to niestety nie zawsze bywa fajnie). jednym slowem - mega szacun i sympatia. nie trzeba sie wstydzic przed bardziej obcykanym muzycznie Swiatem.

i choc wklad Roberta Brylewskiego w to, czym jest Armia jest nie do przecenienia, to imho zespol na jego odejsciu zanadto nie stracil. z Michalem Grymuza nagrali przeciez drugi klasyk - "Triodante". no a potem pojawil sie Popcorn. koles z punkiem nie majacym nic wspolnego, ale nie przeszkodzilo mu to spedzic z Armia dziesieciu lat. w miedzyczasie wprowadzajac ja na momentami jebitnie metalowe tory. i bardzo dobrze ona na tym wyszla. ba, stwierdzilbym nawet, ze wlasnie gra w Armii, a nie w Acid Drinkers Popcorn  zasluzyl na miano jednego z lepszych gitarzystow w tym graju. w kwasozlopach jakos dla mnie zawsze stal w cieniu to Litzy, a pozniej Perly, na dodatek w porownaniu z nimi dwoma wypadajac jak metalowa konserwa. a w Armii prosze - niby wciaz slychac, ze metalisthelaw, ale blizej temu do awangardy jakiejs niz ronnie james dio. martwi mnie wiec, ze Popcorn pozegnal sie z Armia (ostatniego albumy ekipy Budzynskiego jeszcze nie slyszalem).

"SSS" to juz druga koncertowka Armii, ale pierwsza (i zarazem ostatnia wlasciwie) dokumentujaca Popcornowy etap. dobrze wiec ze rzecz wydano, bo i tu slychac wszystko to, o czym mowilismy w poprzednim akapicie. inna spawa, ze na pierwszej czesci (z dwoch) "SSS" prawie polowa albumu to tracki z Popcornowych albumow ("Duch" i "Droga"), a pare kolejnych numerow to kawalki z reedycji pierwszych Armijnych plyt, w ktorych to juz gral nowy zespol. i dobrze, bo slychac ze zespol dobrze sie w tych kompozycjach czuje. sama "Legende" reprezentuje tylko jeden kawalek... ALEZATOJAKI. "Opowiesc zimowa". co tu duzo mowic - jeden z najwybitniejszych numerow ciezszej odmiany rocka w Polsce. panowie z Green Daya powinni sie na przykladzie tego kawalka uczyc, jak zenic punk z progresja (dokladajac jeszcze symfoniczne sprawy i metal). gitara, tekst, nozeszszszsz. nie mam wiecej pytan.

ale mocarnych momentow jest wiecej. jak niewymieniony w spisie na okladce "Pieknoreki". "Bracia Bum" i "Adwent" z jednymi z lepszych zagrywek gitarowych, jakie wyszly spod lapy Popcorna. ladniuchnie robi sie, kiedy zespol chwyta za akustyki, jak w "Piesnia moja jest Pan" czy Demarczykowej "Mojej stodole". muzycznie wiec jest bardzo, bardzo ok.

jesli zas chodzi o okolomuzyczne zagadnienia... niby wiochy realizacyjnej nie ma, ale rewelacji tez nie ma. nie ma tez zanadto wielkiej interkacji Budzego z publika. wlasciwie chyba w dwoch momentach sie odzywa wiecej, w jednym z nich psioczac na makdonalda (ah ci szaleni pankowcy). ale nie przeszkadza to. sam doswiadczylem to na koncercie Armii w Bieszczadach pare lat temu, ze koncerty tego zespolu maja cos z misterium. nie tylko ze wzgledu na aspekt chrzescijanski.

once again - dobra dokumentacja jeszcze lepszego okresu w historii calkiem wyjebanego zespolu.

 

najlepszy moment: OPOWIEŚĆ ZIMOWA

ocena: 7,5/10

17:56, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
 Skala

10-"Ideału Potęga"

9,9-9,0-"widzę szczyt, a za szczytem zaszczyt za zaszczytem"

8,9-8,0-"będę brał cię, cię, ehe"

7,9-7,0-"joł joł, joł joł joł joł joł, wielkie joł!"

6,9-6,0-"ch** na to kładę bo i tak damy radę"

5,9-5,0-"będzie dobrze dzieciak, elo, do góry głowa!"

4,9-4,0-"to nie z mafią układy tylko szołbiznes"

3,9-3,0-to nie jest kawałek żeby się podobać"

2,9-2,0-"Boże, czy jeszcze coś gorszego stać się może?"

1,9-1,0-"ile dałbym by zapomnieć cię..."

0,9-0,0-"pozerskie gówna a prawdziwy rap to dwie odmienne k***a sprawy!"