Kategorie: Wszystkie | film | muzyka | pozostałe
RSS
środa, 20 kwietnia 2011

rok wydania: 2003

wydawca: Verve

 

no ok, domykamy temat Crusadersow.

jednoczesnie trzymamy sie chronologii - "Rural Renewal" to bezposredni nastepca "Healing The Wounds". czyli zrobili sobie panowie dosc dluzsza przerwe. i dobrze. raz, ze do skladu powrocil Stix Hooper (Wayne Henderson w miedzyczasie zas zaczal znow poslugiwac sie szyldem Jazz Crusaders, co w efekcie zaowocowalo dwoma funkcjonujacymi wersjami Crusadersow). dwa, ze swiat zdazyl sie tez zorientowac, ze studyjne, cyfrowe dopieszczenie slyszalne na "HTW" wcale nie musi swiadczyc o jakosci Muzyki, ba - moze byc z nia na bakier.

czyli co? znow naprawde przyjemne brzmienie, groove blizszy temu slyszalnemu na "Street Life" - choc calosc jest jednak blizsza czystego jazzu niz dzielo z '79. choc to tez dosc okolicznosciowa, klimatyczna plyta. z miasta przenosimy sie na peryferie, takie jak widac na okladce. sielankowy sound.

niemniej, tu juz uprzedze, jest tylko troche lepiej niz na "Healing...". choc zaczyna sie niezle - w otwierajacym calosc tracku tytulowym na gitarze akustycznej wspomaga zespol nie kto inny jak Eric Clapton. co wiecej, gosci on takze w nastepnym "Creepin'", tym razem jednak zamieniajac akustyczna na elektryka.

najciekawiej dzieje sie w srodku plyty. "A Healing Coming On" z wokalnym udzialem niejakiego Donnie McClurkina to, jak moze sugerowac tytul, elegijna, gospelowa piesn. bardziej nastrojowo, wrecz kolysankowo robi sie w "Sing The Song" (takze zaspiewanym przez McClurkina). wysoki poziom trzymaja dwa nastepujace po sobie instrumentale, "Shotgun House Groove" i "The Territory". popisowkowo, ale jednak z zarem, niebanalnie. lubie to!

dobra dzieciaki, i na tym konczymy blogowanie w tym miesiacu. pojutrze wylot do Portugalii, comeback w maju, wiec Wesolego Alleluja, Smingusa i Majowkusa. elo!


najlepszy moment: THE TERRITORY

ocena: 7/10

22:28, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 kwietnia 2011

rok wydania: 1991

wydawca: MCA

 

12 lat i 8 plyt pozniej spotykamy sie z Crusadersami w dosc innym miejscu. zapytacie sie "Oh Rejdzu, powiedz nam, blagamy, coz to za miejsce???"

juz Wam mowie. stricte jazzowe. czyli tak jak bylo na poczatku ich wedrowki. ale niestety juz nie tak fajnie jak kiedys.

problem z ta plyta ma konkretne imie i nazwisko. Marcus Miller. nie ukrywam - uwielbiam go jako muzyka, instrumentaliste, to geniusz w tej dziedzinie i ciesze sie, ze spora czesc Polakow tez sie o tym przekonala za sprawa "Solidarnosciowego" koncertu Leszka Mozdzera. natomiast jako producent mnie mierzi. takie to wszystko ugladzone, studyjnie dopieszczone, zero analogowego ciepelka, nie mowiac juz o jakimkolwiek "brudzie", swiadczacym o tym, ze plyte tworzyli na pewno ludzie, a nie jakies roboty. i taka dokladnie tez jest plyta "Healing The Wounds".

gdyby jeszcze kompozycje porywaly... ale nie porywaja. mozna odnotowac, ze lista kompozytorow jest niemala, bo polowe popelnil Joe Sample (skoro mowa o ojcach zalozycielach: w skladzie nie ma juz trzeciego Crusadera, Stix Hoopera), a reszta to cudzesy: dwa razy Marcus Miller (no, kompozytorem wybitnym tez nie jest), jeden Zawinul i rodzynek Stevie Wondera. tyle ze nic z tego odnotowania, bo kompozycje zlewaja sie w jedno, slodko-jazzowe pitolenie. ciezko cokolwiek wyroznic. moze ten Wonderowy"Cause We've Ended As Lovers", chocby ze wzgledu na goscinny udzial Steve Lukathera? tyle ze on wystapil na 1/5 plyt wydanych na swiecie, wiec co to za rarytas w sumie...

bysmy sie zle nie zrozumieli - to nie jest jednoznacznie zla plyta. ale jednak od jazzu wymagam juz ciut wiecej. a do "Street Life" nawet nie ma co porownywac, niebo i ziemia...


najlepszy moment: CAUSE WE'VE ENDED AS LOVERS

ocena: 7/10

22:31, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 17 kwietnia 2011

rok wydania: 1979

wydawca: MCA

 

no i wlasnie ten wspolniany Oscar Brashear, on tez lubil sobie pograc na tej i tamtej plycie. i tak wlasnie w '79 roku zagral on na plycie zatytulowanej "Street Life". koniec slowa wstepu.

a teraz sedno. sedno! ta Muzyka to Sedno, Esensja, Meritum (ehehe), Koncentrat - wszystko co najlepsze z Czarnych brzmien. jazzowe myslenie o kompozycji pelne popisowek (mowimy o zespole, ktory wczesniej istnial jako Jazz Crusaders i zdazyl sobie jako taki wyrobic renome), ale groove czysto funkowy. no i pelno w tym Duszy, Soulem zwanej. kopalnia melodii, niemal jak na stol wylozonych do samplowania.

a juz otwierajacy calosc, tytulowy track... Boze, przeciez to czyste 10/10. Perfekcja. Urban-soundowe opus magnum, 11minutowa funk epopeja, Motown, ojczyzno moja. refren (jedyny track z wokalem, przepotezna Randy Crawford!) brzmiacy jak instant classic. NIE ROZUMIĘ, jak ten numer nie jest wymianany obok "Papa Was A Rolling Stone" czy "Superstition"? niby swego czasu goscil ten track na listach przebojow, ale to jest numer przed ktorym powinno sie otwierac drzwi kazdej listy all-time przebojow, historycznych klasykow.

a dalej przeciez tez przepyszne rzeczy sie dzieja. otumaniajacy puls "My Lady" (te chorki - gdzie jest moj sampler?????),  prowadzony saxem "Rodeo Drive", "The Hustler" brzmiacy dokladnie tak jak tytul... i choc to nie koncept album (przynajmniej w nie w tak oczywistym znaczeniu jak "The Wall"), to nie przypominam sobie drugiej plyty w tak genialny sposob ujmujacy energie miasta noca. niezaleznie czy mowimy o jego weekendowym, sobotnim obliczu czy bardziej bezludnym, moze nawet jego obrzezowym. anyway - jesli komus chcielisbyscie zrobic prezent z okazji nowo zdanego prawa jazdy albo po prostu ofiarowac gift na dluga podroz po Polsce, macie tu idealnego kandydata. IDEALNEGO.

i tylko moze szkoda, ze te pozostale 5 kompozycji, choc krotsze o polowe, paradoksalnie nie maja takiego przebojowego potencjalu co "Street Life". ale i tak ta plyta to Perła. blagam, dajcie jej sie odkryc przed Wami.


najlepszy moment: STREET LIFE

ocena: 9/10

15:31, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
sobota, 16 kwietnia 2011

rok wydania: 1993

wydawca: Columbia

 

jak wspominalismy, Branford Marsalis jest dosc lubianym muzykiem w branzy (co juz w przypadku jego brata Wyntona oczywistym nie jest), czesto zapraszanym do wspolnego grania czy chocby goscinnego udzialu. i tak w tym samym roku, w ktorym wydal "Bloomington", zostawil swoj dzwiekowy slad na plycie ziomka z tej samej wytworni, Horace Silvera.

niemlody juz pianista, odkryty przez Stana Getz'a i wspolpracujacy chocby z Milesem Davisem (a jakze by inaczej, heh), chodzaca ikona nie tylko jazzu z Blue Note, ale i jazzy jako takiego (w koncu mowimy o kolesiu nagrywajacym od lat 50tych), po chudszym okresie zaliczyl comeback w postaci albumu "It's Got To Be Funky". comeback nie tylko do Columbii (jego pierwszy longplej w tym labelu od... 37 lat), ale przede wszystkim comeback jakosciowy.

w tytule albumu nie chodzi tylko o chwytliwy frazes. ta plyta naprawde buja. choc Silvera laczy z omawianym tu swego czasu Chickiem Corea wysoki stopien duchowosci, to pod wzgledem stylistycznym to dwa rozne swiaty. natchnienie Corei objawia sie w kosmicznym, new age'owym wrecz klimacie, gdy tymczasem nasz dzisiejszy bohater preferuje poruszanie zmyslow i serc za pomoca zjawiska zwanego dumnie GROOVE. groove funkujacej, perkusyjnej gry po klawiszach z taka ekspresja, jakby to juz jutro byl ten Dzien Ostateczny. zreszta wystarczy obczaic okladke albumu - czy pod czyms takim moze kryc sie smutny, elegijny album?

no wlasnie. inna sprawa, ze jak ma sie wlasny brass ensemble, to trudno o nagrywanie nastrojowych albumow. a sklad sidemanow jest przepotezny - Oscar Brashear, Bob McChesney, Bob Maize - by wymienic te bardziej znane nazwiska. i choc oczywiscie gwiazda Silvera lsni najjasniej, to kompozycje zostawiaja furtke na popis praktycznie kazdego muzyka. tak jesli chodzi o muzykow z podstawowego skladu, jak i specjalne ficzuringi - Marsalisa, Eddie Harrisa czy Red Holloway'a. nie bede jednak ukrywac, ze mnie, przyzwyczajonego do tradycyjnego grania muzyki z wokalem w roli glownej, najbardziej kupily utwory nagrane z Andy Bey'em, facetem dysponujacym niemal archetypicznym swingiem w glosie (jesli kojarzycie typa zwanego Richard Cheese to wiecie ocb) - przede wszystkim nowe opracowanie slynnego "Song to my Father".

ultraprzyjemne granie, idealne na cieplejsze kiwetniowe dni. a w ramach ciekawostki - liner notesy do plyty napisal sam Clint Eastwood. cool, huh?


najlepszy moment: SONG FOR MY FATHER

ocena: 7,5/10

16:06, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 kwietnia 2011

rok wydania: 1993

wydawca: Columbia

 

no i sie okazuje, ze Branford moze zagrac wszystko. interpretacje mistrzow muzyki klasycznej byly? byly. hold dla bluesa omawialismy? omawialismy. to moze czas na jakis tysiacprocentowy jazz? czemu by nie.

bo inaczej nie da sie okreslic "Bloomingtona". pisalismy wczoraj, ze Hurst i Watts to idealni kompani dla Marsalisa i na tej koncertowce to slychac. 76minutowa magma improwizacji, gdzie podzial na indeksy to wlasciwie nieporozumienie - rowniez biorac pod uwage fakt, ze motywy glowne danych kompozycji (autorskich glownie, choc jest cudny wyjatek w postaci "Friday The 13th" Monka) sa zaledwie lizniete.

co wlasciwie mozna wiecej powiedziec? ze energia na granicy szalenstwa (a nie, ta granica zostala jednak przekroczona przy kazdym uderzeniu perkusji - MASAKRA)? ze wykonanie na poziomie profesorskim? to oczywiste przeciez. warto dodac, ze plyta zaskakuje takze nietypowa (jak na jazz oczywiscie) interakcja z publika. Branford to zią.

niemniej i tak dalej twierdze, ze sluchanie koncertow z cd ma cos z lizania cukierka przez szybe.


najlepszy moment: ROUSED ABOUT

ocena: 7,5/10

22:38, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4
 Skala

10-"Ideału Potęga"

9,9-9,0-"widzę szczyt, a za szczytem zaszczyt za zaszczytem"

8,9-8,0-"będę brał cię, cię, ehe"

7,9-7,0-"joł joł, joł joł joł joł joł, wielkie joł!"

6,9-6,0-"ch** na to kładę bo i tak damy radę"

5,9-5,0-"będzie dobrze dzieciak, elo, do góry głowa!"

4,9-4,0-"to nie z mafią układy tylko szołbiznes"

3,9-3,0-to nie jest kawałek żeby się podobać"

2,9-2,0-"Boże, czy jeszcze coś gorszego stać się może?"

1,9-1,0-"ile dałbym by zapomnieć cię..."

0,9-0,0-"pozerskie gówna a prawdziwy rap to dwie odmienne k***a sprawy!"