Kategorie: Wszystkie | film | muzyka | pozostałe
RSS
piątek, 30 kwietnia 2010

rok wydania: 1989

wydawca: GRP

 

meczymy dalej Coreę (tak sie to odmienia?).

jakby malo bylo Corei wlasnego Elektric Bandu, w '89 postanowil wydac kolejna plyte pod szyldem Akoustic Band. choc tak na dobra sprawe to modyfikacja EB niz nowy zupelnie zespol, bo w projekcie wzieli udzial, poza Chickiem rzecz jasna, sekcja rytmiczna tamtego bandu.

i jak nazwa wskazuje - mamy do czynienia z akustyczna muzyka. czyli kontrabas i brak jakichkolwiek wtretow gitary i tym podobnych dupereli. ale i w tym wydaniu znow show kradnie sekcja rytmiczna, a Weckl w szczegolnosci. moze momentami chlopak stara sie az za bardzo, moze nie ma jego gra na perkusji nic wspolnego z "oszczednoscia" i "samym sednem", ale i tak jego wyczyny zalapuja sie pod termin "cud miod orzeszki".

no i niestety tylko tyle dobrego mozna powiedziec o tej plycie. bynajmniej nie aby to byla zla plyta. ale przy takim skladzie instrumentalistow i takim kapitalnym, uniwersalnym brzmieniu (brak jakiegokolwiek posmaku ejtisowego) moglo byc znacznie lepiej.

bo niestety kompozycyjnie plyta niedomaga. wiadomo, ze w jazzie nie o melodie badz czad chodzi, ale przerost formy nad trescia jest jednak ciut za duzy. co dziwi o tyle, ze przeciez az 6 utworow to przerobki i to takich nazwisk jak Coltrane chociazby. a jednak ciezko cokolwiek spamietac z tych wykonan. troche jak z reprezentacja argentyny w futbolu - wszyscy pieknie graja, ale nic z tego nie wynika.

btw czy Corea nie wyglada na tej okladce jak Jeff Goldblum w okularach?


najlepszy moment: SPAIN

ocena: 7/10

16:20, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 kwietnia 2010

rok wydania: 1988

wydawca: GRP

 

oczywiscie i Chicka, jak przystalo na zawodowego jazzmana, nie ominal popularny w tej branzy "syndrom wlasnego bandu". najwyrazniej nie starczyla mu pozycja niekwestionowanego lidera w Return To Ferever i w '86 roku zalozyl Chick Corea Elektric Band (nie jedyny zreszta to band w jego karierze, ale o tym w swoim czasie). do skladu zaprosil nie tak znanych, choc wielce obiecujacych muzykow (m.in. John Patitucci na basie, saxofonista Eric Marienthal) i tak sobie graja az do dzis, choc ostatnimi czasy nie tak intensywnie. najwiecej pary w sobie panowie mieli tuz po zalozeniu zespolu - omawiany dzis "Eye" byl juz trzecim ich albumem.

trzecim i zdaniem wielu najlepszym. czy tak jest w rzeczywistosci? pewien nie jestem.

popularnosc tego krazka wynika z tego, ze na pewno jest to jedna z przystepniejszych propozycji w dyskografi Corei. tutejszy jazzfusion ma zdecydowanie wiecej z fusion niz jazzu. owszem, struktura kompozycji pozwala im sie zalapac do szufladki jazzowej, jednak brzmienie jest tak easy listeningowe, ze nawet niedzielni fani wychowani na komplikacjach typu "jazz & the city" nie beda mieli problemow z przyswojeniem.

i choc nie brzmia te slowa specjalnie pochlebnie, to wcale nie zamierzam w ten sposob dyskredytowac tej plyty. bo ona naprawde moze sie podobac i to pod wieloma wzgledami. przede wszystkim - praca sekcji rytmicznej. moze nie buja jak u Scofielda, ale zdecydowanie potrafi przyspieszyc tetno. oczywiscie o ile nie przeszkadza ejtisowy posmak. jesli chodzi o indywidualne wyroznienia to zdecydowanie tych dwoch panow zasluzylo na najbardziej kolorowe laurki.

ale to sprawa wylacznego kompozytora materialu - pana C. - jest stopien zroznicowania ptych utworow. wezmy chocby "cascade - part I". niby to tylko miniaturka, a raczej wstep do kolejnej czesci, ale i tak warto wyszczegolnic tak ambientowa rzecz. a na przeciwleglym biegunie mamy track tytulowy, w ktorym najwyrazniej odzywaja sie hiszpanskie korzenie pianisty (oraz, wnioskujac po "zalaczonym" do albumu wierszu, jego "religijne" zapatrywania).

doznawac nie doznaje jakos zanadto, ale na pewno jest powyzej "sredniej jazzowej".


najlepszy moment: PASSAGE

ocena: 7,5/10

17:43, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 kwietnia 2010

rok wydania: 1979

wydawca: ECM

 

wracamy do dzialalnosci fonograficznej Corei pod wlasnym nazwiskiem. a konkretnie - do duetow z Burtonem.

teoretycznie pomysl na plyte jest dokladnie taki sam jak na omawianym juz "Native sense". choc pare roznic jednak sie wdarlo. po pierwsze - Burton ogranicza sie wylacznie do wibrafonu, marimby brak. secundo - poza autorskimi kompozycjami Corei mamy tu takze dwa utwory popelnione przez Steve Swallowa, ktorego znamy ze wspolpracy z Johnem Scofieldem. no i tertio - w klimacie tez ta plyta nieco inna.

oczywiscie wspolprace obu panow znow mozna okreslic mianem perfekcyjnej. byc moze Burton jest najlepszym partnerem muzycznym dla Corei, o czym przekonywal takze "Native Sense". niemniej jednak, choc panowie zdecydowanie podazaja muzycznie w tym samym kierunku, to jednak w przypadku "Duet" cel jest troche inny niz na "NS". mniej tu przyjemniackiego, wieczornego przygrywania, wiecej nerwu, a moze nawet i brudu brzmieniowego (vide fragmenty "La Fiesty", zreszta brzmienie plyty z '79 rok z natury rzeczy musi byc mniej krystaliczne niz tej z '97). zadymiona knajpa zamiast domowych pieleszy. choc dopuszczam fakt, ze ktos moze miec zgola odmienne zdanie.

anyway - przyzwoita plyta, choc osobiscie stawiam wyzej jednak "Native sense".


najlepszy moment: CHILDREN'S SONG 6

ocena: 7/10

19:04, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 kwietnia 2010

rok wydania: 2009

wydawca: Eagle Vision

 

wprawdzie Chick Corea troche plyt wydanych pod wlasnym nazwiskiem naplodzil w swej dlugiej karierze, jednak przypuszczam ze swiat jazzu i tak jest mu najbardziej wdzieczny za zalozenie i dowodzenie zaloga Return To Forever. zespol, ktory przeciez istnial niedlugo, bo okolo 5 lat, a jednak jest wymieniany jako jeden z najistotniejszych projektow gatunku jazz-fusion, obok Weather Report czy plyty "Bitches Brew" (podczas sesji do tej ostatniej zreszta powstaly podwalyny pod przszly sklad osobowy RTF).

o potedze nazwy Return To Forever najlepiej zreszta swiadczy fakt, ze ich (drugi juz, ale jednak) reunion po 31 latach (!!!) pociagnal za soba trase wyprzedana na pniu. w tym na renomowanym, szwajcarskim Montreux Jazz Festival. a ze organizatorzy tego corocznego eventu maja wyjatkowa smykalke do rejestrowania i wydawania swych koncertow na dvd, tak tez i TAKI koncert nie mogl przejsc nieuwiecznionym.

sporo racji ma autor slow w booklecie, porownujac Return To Forever do Led Zeppelin. wprawdzie z kontekstu wynika, ze glownie ma na mysli graniczacy z histeria odzew wielbicieli na reunion (oczywiscie w przypadku RTF mowimy o znacznie mniejszej skali - adekwatnej do "wielkosci" swiata jazzu), ale pod ta analogie moznaby podciagnac pare innych rzeczy.

pierwsza przychodzaca na mysl - tzw aspekt supergrupy. przy czym termin ten w przypadku RTF ma racje bytu w kazdym aspekcie. zarowno jesli chodzi o to lineup zespolu, jak i jakosc muzyczna. innymy slowy - grupa, ktora gra super. ale o samej Muzyce za chwile.

zostanmy przy tym skladzie personalnym. wprawdzie RTF przechodzil liczne rekonfiguracje w tym zakresie, ale i u nich mozna wyszczegolnic tzw "klasyczny lineup". on tez pokrywa sie w 100 procentach ze skladem, jaki widzimy na szwajcarskiej scenie. czyli poza Corea oczywiscie oraz drugim stalym elementem skladow RTF - basista Stanley Clarkiem, w reunionie brali udzial gitarzysta Al Di Meola oraz perkusista Lenny White. i tu dochodzimy do meritum sprawy - wszystkie te cztery nazwiska to MARKI w swiecie jazzu. dysponujace przebogata dyskografia oraz pierdyliardem nagrod i tytulow w adekwatnych kategoriach instrumentalnych. nie tylko kazdy wtajemniczony w swiat jazzu zna te nazwiska, wiecej - wcale nie musi je kojarzyc w pierwszej kolejnosci z nazwa Return To Forever! i tu panowie Corea i spolka maja przewage nad Zeppelinami. oczywiscie nikt nie kwestionuje tego, ze powrot Led Zep nalezal do udanych (raczej nie upatruje w tym braku odwagi przeciwstawienia sie ogolowi). przpuszczalnie sprzedali oni tyle plyt, ze mogliby i tak do konca zycia lezec i nic nie robic. a jednak trudno nie zauwazyc, ze byl ten reunion Page'owi i spolce potrzebny. by przypomniec, dlaczego ich nazwiska uchodza za legendarne (bo za sprawa solowych plyt tych panow mozna bylo o tym zapomniec), ale moze tez jednak nie do konca cos stykalo na kontach bankowych i potrzebny byl dodatkowy grosz.

przypadek RTF jest prosty jak drut - oni absolutnie nie musieli sie reaktywowac. nikt o zdrowych zmyslach nie zarzucilby im skoku na kase i fejm, nawet gdyby grali na darmowych Dniach Miasta w Starej Kiszewie. zreszta nawet jesli ktos absolutnie nie interesowal sie okolomuzycznym kontekstem, to ten brak przymusu do reunionu zwyczajnie widac na scenie. czterech sedziwych panow, ktorzy chceli znow razem pograc. tym wieksza chec mieli, iz w miedzyczasie wzbogacili sie o takie doswiadczenia i wzniesli swe umiejetnosci na taki poziom, ze przypuszczalnie do konca zycia mogliby miec wyrzuty sumienia, gdyby jeszcze raz razem nie staneli na scenie. widac zajawke wspolnym graniem, ale i szacunek. tu nie ma uklonu w strone gorzej prosperujacego zawodowo kolegi, dla ktorego robimy reunion. nikt tu nie czuje ze umiejetnosciami przewyzsza kolegow. kazdy zawodnik to scisla czolowka w swej kategorii.

sa tacy, ktorzy psiocza przy okazji reunionow wyrastajacych na scenie muzycznej jak grzyby po deszczu, ze to nie ma sensu, jesli nie pociaga to za soba jakichkolwiek nowych nagran, nie mowiac juz o regularnej dzialalnosci wydawniczej. a tymczasem prosze - RTF ani w glowie nowe kompozycje. nie tylko oparli set koncertowy o stare klasyki (m.in. "No Mystery", ktore Corea proponowal nam 2 dni temu w wersji na piano i marimbe), ale nawet zrobili to sugerujac sie glosami fanow! "komercja jak nic". tyle ze, o ile nie ma to nic wspolnego z kenny'm g., to terminy "jazz" i "komercja" zupelnie nie ida w parze. o tym, ze "odwalanie fuszerki" tez zupelnie tu nie pasuje, niech swiadczy umieszczona tutaj wersja "The Romantic Warrior", wzbogacona parominutowymi solowkami Clarke'a i White'a (wczesniej rozbudowanymi popisami solowymi racza nas Al i Chick). umieszczone w dodatkach fragmenty koncertow ze stanow zjednoczonych pokazuje, ze ci muzycy to nie sa zadne grzeski skawinskie, ktore ucza sie swych solowek na pamiec. a tak swoja droga - jedyny zarzut jaki moglbym miec do warstwy wykonawczej to to, ze wole jednak Di Meole z gitara akustyczna, bo przy elektrycznej czesto ociera sie o "rockizm" pokroju malmsteema.

nieraz powtarzalem, ze najlepszy odbior jazzu to taki, ktory angazuje nie tylko uszy, ale i oczy. to dvd spelnia te zapotrzebowania w stu procentach.


najlepszy moment: NO MYSTERY

ocena: 8/10

22:18, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 kwietnia 2010

rok wydania: 2007

wydawca: Concord

 

kolejny duet muzyczny, w jaki zaangazowal sie w swojej karierze Chick Corea, to ten utworzony z jednym z najpopularniejszych graczy na instrumencie zwanym banjo (banjonista?), Bela Fleckiem. jest to takze jeden z najlepiej przyjetych przez krytyke muzyczna duetow Corei, nominowany nawet do nagrody grammy.

w sumie w jakims stopniu zblizona to plyta do tej omawianej wczoraj. wprawdzie tym razem Corea nie ma kompozytorskiego monopolu, niemniej tych jedenascie utworow dysponuje jak najbardziej jednym, spojnym klimatem. co ciekawe, choc kameralnym - bo w koncu to tylko fortepian i banjo - to wcale nie az takim wyciszonym, wieczornym. a jesli juz, to radzilbym z ta Muzyka zamiast siedziec w pokoju przy zapalonej lampce wieczornej wyjsc przed dom podziwiac zachod slonca. inna sprawa, ze najlepiej by bylo, gdyby ow dom znajdowal sie w jakiejs hiszpanskiej wiosce...

i wszystko fajnie, tylko ta dedykacja dla L. Ron Hubbarda kluje w oczy. ja wiem ze absolutnie nie ma to nic wspolnego z Muzyka, ale jednak...


najlepszy moment: JOBAN DNA NOPIA

ocena: 7/10

14:48, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4
 Skala

10-"Ideału Potęga"

9,9-9,0-"widzę szczyt, a za szczytem zaszczyt za zaszczytem"

8,9-8,0-"będę brał cię, cię, ehe"

7,9-7,0-"joł joł, joł joł joł joł joł, wielkie joł!"

6,9-6,0-"ch** na to kładę bo i tak damy radę"

5,9-5,0-"będzie dobrze dzieciak, elo, do góry głowa!"

4,9-4,0-"to nie z mafią układy tylko szołbiznes"

3,9-3,0-to nie jest kawałek żeby się podobać"

2,9-2,0-"Boże, czy jeszcze coś gorszego stać się może?"

1,9-1,0-"ile dałbym by zapomnieć cię..."

0,9-0,0-"pozerskie gówna a prawdziwy rap to dwie odmienne k***a sprawy!"