Kategorie: Wszystkie | film | muzyka | pozostałe
RSS
czwartek, 30 kwietnia 2009

rok wydania: 1996

wydawca: Atlantic

 

 wojazy mistrza Hadena po swiecie jazzu ciag dalszy.

calkiem niezly mial ten okres polowy lat 90tych. plyta z methenym, barronem, a na dodatek jeszcze skumal sie z innymi mocarzami. mianowicie z legenda alternatywniejszej odcieni jazzu - Billem Frisellem - i nie mniej slynnym perkusista Cream, Gingerem Bakerem. rockman, jazzman ciezszy i jazzman lzejszy w jednej grupie? a jednak sie udalo. i wyszlo swietnie.

na tyle produktywny okazal sie ten kolektyw, ze nie trzeba bylo posilkowac sie nawet cudzymi kompozycjami - zalapal sie tylko Monk i Parker. stawke otwiera utwor tytulowy autorstwa lidera grupy i juz slychac, ze mamy do czynienia z Chemia przez duze C. taki jazz uwielbiam - improwizowane formy, energia, z ktorya tylko rokendrol moze sie rownac, brak studyjnego sztafazu. sa liryczniejsze fragmenty typu "Our Spanish Love Song" (autorstwa oczywiscie Hadena), ale generalnie panowie stawiaja na maximum expresji. osiaganej niemal wylacznie przez gitare, bass i perkusje. z rzadka dochodzi druga gitara czy, co ciekawe, banjo, w pewnym momencie ubywa bassu i zostaje sama gitara i perkusja - to "The Day The Sun Come Out". swoja droga, najfajniejszy moment calosci - ponad osmiominutowa jazda z calkiem hardkorowo brzmiaca gitara frisella. przykuwa uwage tez bluesujacy "Skeleton". zreszta, pod wzgledem kompozytorskim to zdecydowanie ciekawsza jest druga czesc plyty.

jesli zas chodzi o aspekt wykonawczy, to wlasciwie nie ma zastrzezen. tym milej, ze nikt tu nie wychodzi przed szereg, nikt nie spycha nikogo na drugi plan. co wcale nie jest takie oczywiste. bo przeciez Baker, choc niewatpliwie zasluzony dla Muzyki osobnik, to jednak "tylko" rockman, ktory w konfrontacji z profesorkami swiata jazzu pokroju hadena i frisella moglby polec z kretesem. tymczasem chlopaczyna nic sobie nie robi ze statusu partnerow grupy i gra calkowicie na luzie, potwierdzajac ze grupa slusznie ma jego nazwisko w nazwie. 

taki Jazz wchodzi mi bez popitki.

 

najlepszy moment: THE DAY THE SUN COME OUT

ocena: 8/10

15:21, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
środa, 29 kwietnia 2009

rok wydania: 1998

wydawca: Verve

 

moj stosunek do Stanow Zjednoczonych okreslilbym raczej jako obojetny. nie uwazam aby bylo to imprerium zla, czuje obrzydzenie do krytyki Busha "z zasady", choc przewaznie okazuje sie to krytyka "bo tak wypada". z drugiej strony - poza niewatpliwa sympatia dla wyrobow kulturalnych tego kraju nie czuje wiekszego pociagu ku temu, by zobaczyc prawdziwych kowbojow, prerie, hollywood itepe. no, przynajmniej nie jest to tak duzy pociag, by wydawac pare tysi na bilety na samolot.

co innego jednak Nowy Jork, zwany takze Niu Jorkiem. nie wiem, czy od razu stwierdzenie "new york is a state of mind" dotyczy takze mnie, na pewno jednak milo byloby pewnego dnia znalezc sie w centrum tego miasta, chocby na 5 minut.

dlaczego o tym pisze? poniewaz jest to wciaz blog, czyli smieszny rodzaj witryn netowych, na ktorych ludzie sie otwieraja. a trzeba tez jakos urozmaicic te moje male recenzyje. a takie wlasnie refleksje mi sie nasuwaja przy okazji "Night And The City". bo to plyta do szpiku kosci nowojorska.

piekne jest w Sztuce to, ze za pomoca tych samych, hm, narzedzi, mozna uzyskac finalnie skrajne rozne efekty. tak jesli chodzi o emocje odbiorcy, jak i skojarzenia w nim wywolane. bo przeciez "Night And The City" to, podobnie jak "Beyond he Missouri Sky", duet dwoch instrumentow. tam mielismy gitare, tu fortepian Kenny'ego Barrona. ale jakze rozne to albumy! ta mielismy granie wrecz przy kominku, wyrazajace tesknote za rodzinnymi stronami, gdzie wszystko bylo prostsze, cichsze, powietrze czystsze, zachody i wschody slonca widoczne w calej okazalosci i panienskim rumiencem dziecielina palala."NATC" to dzwieki, ktore mogly tylko powstac w knajpie znajdujacej sie w aglomeracji z minimum jednym milionem mieszkancow. muzyka do bolu miejska, choc raczej z wwwo czy molesta niewiele majaca wspolnego. zreszta roznice widac najlepiej na przykladzie "Waltz For Ruth", kompozycji ktora znalazla swe miejsce na obu wydawnictwach. ciezko wylapac podobienstwa miedzy obiema wersjami.

niestety, wbrew byc moze temu co powyzej, nie jest tak rozowiutko. napisalem wyzej, ze ta muzyka mogla powstac tylko w knajpie i tak sie rzeczywiscie stalo, bo "NATC" to rejestracja wystepu. i choc zupelnie obca mi jest nazwa The Iridium, to dzieki "NATC" wiem, ze nigdy nie poszedlbym tam na koncert. nie przepadacie za tym, gdy wam w trakcie seansu filmowego na sali kinowej ktos nawija przez telefon, prawda? nie jest to porownanie zupelnie od czapy. bo co innego koncert rockowy, gdzie wszystkie dzwieki dobiegajace od strony publiki defloruje halas dobiegajacy z baterii kolumn, a co innego kameralny wystep, gdzie cisza jest rownie wazna co dzwiek. niestety, moje mozliwosci skupienia sie nie sa tak potezne, by olac te wszystkie "bonusowe dzwieki" w postaci rozmow, stukotu sztuccow, talerzy itepe. wiecej - kurwica mnie wrecz strzela, bo tego tutaj jest od groma. az dziw mnie bierze, ze wykonawcom to nie przeszkadzalo. nozesz, brakuje jeszcze by ktos ceremonialnie pierdal, najlepiej w trakcie kolejnej pieknej partii Barronna. to cale Iridium musi byc legendarnym miejscem, bo tylko tak moge sobie wytlumaczyc to, ze ktos nie dosc ze zagral tam koncert, to jeszcze chcial go wydac na plycie. ale ja nie cierpie takich legendarnych, czy moze blizej prawdy - lansiarskich miejsc. nie pojde na koncert do Hard Rock Cafe w warszawie. wole, kurwa, Anawe lub Orbital.

dlatego ciezko ocenic mi ten album. za sama muzyke zasluguje on na znacznie wieksza ocene. ale jako calosc to wydawnictwo bardziej mnie irytuje niz dostarcza przyjemnosci. pomijajac juz to, o czym nieraz pisalem, ze dla mnie koncertowe plyty to lizanie cukierka przez szybe. tym bardzie meczace, im smaczniejszy cukierek. a to co wyprawiaja panowie haden i barron to Cadbury conajmniej

 

najlepszy moment: YOU DON'T KNOW WHAT LOVE IS

ocena: 7/10

15:43, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 kwietnia 2009

rok wydania: 1996

wydawca: Gitanes Jazz

 

osz ty, naprawde sie wkrecilem w ten dzez.

oszczedze Wam recenzjowania KAZDEJ plyty Hadena, bo koles nagral tego calkiem sporo. bardzo wybiorczo.

otoz w pewnym momencie swego zycia Charlie powolal do zycia Quartet West, a "Now Is The Hou" to kolejna ich plyta. okladka wyglada oldskulowo? i tak ma byc. bo muzyka z tej plyty jest wszystkim tym, co kojarzy mi sie z poczatkami jazzu, ameryka w pierwszych dekadach ubieglego stulecia. kiedy muzyka z zalozenia wrecz miala byc kunsztowna, wysmakowana, kiedy muzyka miala przede wszystkim dostarczac przyjemnosci. kiedy nikt nie myslal o tym, ze ta dziedzina sztumi moze napedzac agresora. dzis takie kawalki jak (swietny zreszta) energiczny "Blue Pearl"fani thrash metalu czy breakcora skwitowaliby wzruszeniem ramion. 

wrazenie obcowania z czyms wyjetym z innej epoki poteguje repertuar, zdominowany przez klasyki portera, parkera czy powella. ale te 3 kawalki podpisane przez hadena wcale nie obiegaja ani klimatem, ani tym bardziej jakoscia. rowny, jednolity material na klasyczne do bolu instrumentarium w postaci (kontra)basu, pianino, sax i perkusje.

sto procent jazzu w jazzie. jesli mialbym wybrac jeden epitet opisujacy ten album, rzeklbym: Stylowy. i tylko jedna rzecz mnie smuci. tak jakos dzisiaj luknalem na profil last.fm hadena, potem innych jego kolegow z branzy i zamarlem. czemu jazzu slucha tak malo ludzi?

 

najlepszy moment: NOW IS THE HOUR

ocena: 7,5/10

14:41, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 kwietnia 2009

rok wydania: 1997

wydawca: Verve

 

 w ramach programu "jedna recenzja na kazdy dzien" nadrabiamy luke weekendowa. a przy okazji, co byc moze niektorych ucieszy, zamykamy temat pata metheny'ego. przynajmniej for a while.

byc moze w ramach odreagowania, jak juz pisalismy, nielatwej plyty jaka jest "Imaginary Day", Pat postanowil nagrac plyte ze swoim wieloletnim przyjacielem, a przy  okazji bassowa legenda jazzu, charlie hadenem. chociaz moze blizsze prawdy byloby stwierdzenie, ze to haden nagral plyte z methenym. bo to haden wiecej napisal numerow, a przy okazji covery sa opatrzone jego dedykacjami dla matki, ojca, syna itepe itede. chociaz z drugiej strony - jakos to gitara pata bardziej rzuca sie w ucho...

chociaz nie wiem, czy jest sens wyrozniac jakis instrument, skoro jest ich tylko dwojka. dokladnie - bass i gitara, oba w wersji akustycznej. gdzieniegdzie pojawiaja sie skrzypce, w "Spiritual" slychac, ekhm, rytm. a tak to asceza. ale niespecjalnie przeszkadzajaca.

bo chlopaky naprawde ladnie graja. zaskakuje przede wszystkim to, ze gitara pata jawi sie bardziej jako hiszpanska, anizeli jazzowa. nie wiem, nie bylem w missouri, moze jest tam silna baza hiszpanskich imigrantow. oczywiscie americany tez tu jest sporo, glownie za sprawa standardow, raczej malo znanych statystycznemu europejczykowi (choc tez panowie wzieli na warsztat tematy z "Cinema Paradiso" by Morricone). i moze nie bedzie to zanadto udany komplement, ale to wlasnie te cudzesy wypadaja najlepiej. w szczegolnosci najblizszy formalnie tradycyjnej piosence "Spiritual". w ogole, jaka urocza anegdota - syn (Josh Haden) dystansuje sie od dokonan ojca i uprawianej przez niego stylistyki, parajac sie jakimis indie klimatami w swoim zespole, po czym pisze utwor, ktorego przerobka stanowi jedno z wybitniejszych osiagniec ojca. wzruszyla mnie Twoja historia, maaaan.

przyznam szczerze, ze jako czlowiek lekko uzalezniony od adrenaliny, a przynajmniej tej dostarczanej przez muzyke, ciezko jest mi w pelni docenic to co ci dwaj panowie nagrali. zwlaszcza ze jakos nie mam ostatnio okazji kontemplowac muzyki przy winie i swiecach z druga osoba. co nie znaczy, ze nie potrafie i w innych okolicznosciach czerpac przyjemnosc z "Beyond...". dlatego cyferka na dole jest raczej ocena, hm, wyjsciowa. nizszej na pewno nie bedzie.

 

najlepszy moment: SPIRITUAL

ocena: 7/10

21:57, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »

rok wydania: 2001

wydawca: Metheny Group Productions

 

wczoraj bylo o "Imaginary Day" w wersji studyjnej, dzis bedzie o tym, jak metheny i spolka wykonywali ten material na zywo.

najpierw ogladamy przygotowania do koncertu. pierwsze roznica miedzy tym dvd a omawianym jakis czas temu tutaj "Speaking Of Now Live" - koncert (a wlasciwie koncerty, bo to zlepek trzech wystepow w tym samym miejscu) bedzie sie rozgrywal na swiezym powietrzu. na poczatku miejscowa wydawala mi sie znacznie mniejsza, przez co pierwsze skojarzenie jakie sie nasunelo to wrzeszczanski Teatr Lesny. potem juz, gdy kamerzysci bardziej ochoczo pokazywali publike, okazalo sie ze to jednak bardziej cos typu Opera Lesna... dla osoby ogladajacej to w wygodnym fotelu i dostajacej dzwiek podrasowany na potrzeby oficjalnego wydawnictwa roznicy te okolicznosci zapewne nie robia wiec jedziemy dalej.

wpierw na scenie pojawia sie sam lider grupy, by odegrac na swoim bajecznym pikasso guitar "Into The Dream". czyli idea rozpoczecia koncertu, ktora beda praktykowac w przyszlosci. dopiero wraz ze sliczniutkim "Follow Me" pojawia sie reszta skladu. i tu znow widac zmiany. z pomocnikow obecnych na plycie ostal sie tylko Mark Ledford. dokoptowano za to niejakiego philipa hamiltona i jeffa haynesa. co akurat, jak dla mnie, wielkiej roznicy jesli chodzi o sama muzyke nie czyni. bo wiadomo, ze najwazniejsza jest czworka Metheny-Mays-Rodby-Wertico.

co o samym koncercie mozna powiedziec? przeciez profesjonalne podejscie to u nich norma. trudno tez, by ktos znajacy "Imaginary Day", byl zaskoczony tym jak te kawalki wypadaja live. ja przekonalem sie, ze to prawdopodobnie jeden z najambitniejszych longow tego kolektywu. cieszy, ze sprobowali nowych rzeczy. jak siegaja po muzyke swiata, to nie po oklepana juz brazyliane, ale np po folk iranski, co slychac w chyba najlepszym tu fragmencie "Heat Of The Day". powalajace solowki metheny'ego i maysa plus, me male zboczenie, bajeczne handclapy. no i prawdziwa sensacja w repertuarze PMG, czyli "The Roots Of Coincidence". ale ten utwor nabiera mocy na zywo!

o dziwo" na "korzeniach" konczy sie odgrywanie "Imaginary Day". czyli nie otrzymujemy ani "Too Soon Tomorrow" ani "The Awakening". zamiast tego - kolejny popis solo pata w nagranej z Panem Hadenem plyty (wkrotce notka na ten temat) - "Message To A Friend", odegrany z Maysem "September Fifteenth" z omawianej juz tutaj ich wspolnej plyty oraz jeden z najwiekszych "hitow" PMG, czyli "Minuano (Six Eight)". i tyle.

koncert krotszy od "Speaking Of Now Live", za to z dodatkami. tam mielismy gole dvd, tutaj mamy monolog metheny'ego na temat "Imaginary Day" i trasy promujacej to wydawnictwo, a takze "czytanko" o tej plycie, muzykach PMG i podobnych pierdolach. czyli szalenstwa nie ma, ale zawsze cos.

kolejny dowod na to, ze PMG to, moim zdaniem, przede wszystkim grupa koncertowa. jest bardzo niezle, choc "SONL" ciut bardziej  mi sie podobalo.

 

najlepszy moment: HEAT OF THE DAY

ocena: 7/10

15:13, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
 Skala

10-"Ideału Potęga"

9,9-9,0-"widzę szczyt, a za szczytem zaszczyt za zaszczytem"

8,9-8,0-"będę brał cię, cię, ehe"

7,9-7,0-"joł joł, joł joł joł joł joł, wielkie joł!"

6,9-6,0-"ch** na to kładę bo i tak damy radę"

5,9-5,0-"będzie dobrze dzieciak, elo, do góry głowa!"

4,9-4,0-"to nie z mafią układy tylko szołbiznes"

3,9-3,0-to nie jest kawałek żeby się podobać"

2,9-2,0-"Boże, czy jeszcze coś gorszego stać się może?"

1,9-1,0-"ile dałbym by zapomnieć cię..."

0,9-0,0-"pozerskie gówna a prawdziwy rap to dwie odmienne k***a sprawy!"