Kategorie: Wszystkie | film | muzyka | pozostałe
RSS
czwartek, 31 marca 2011

rok wydania: 2010

wydawca: DIY

album do pobrania stad

 

czarny sound wciaz na naszej tapecie.

swiat urban muzyki jest na tyle duzy, ze jesli dochodzi miedzy dwoma wykonawcami do wiecej niz dwoch-trzech kolaboracji to juz nie moze byc przypadek. przewaznie coastowa sztama.

estelle od johna legenda dzieli caly atlantyk, a takze komercyjny status (estelle ostatnio ostro doluje, choc moze to tylko chwilowa zadyszka), a jednak nader czesto razem wchodzili do studia nagraniowego. uzbierala sie tego calkiem pokazna Epka, ktora opublikowano w Swieto Dziekczynienia.

to zbieranina trackow z roznych wydanictw, o roznych datach narodzin, ale postarajmy sie potraktowac ja jako odrebny, samoistny program. dostrzezemy wtedy, ze calosc wyraznie rozpada sie na dwie polowki. pierwsza, majaca zdecydowanie wiecej wspolnego ze srodowiskiem, w ktorym obraca sie obu artystow na codzien. spoko, buja przyjemnie i utwierdza w przekonaniu, ze Legend znajduje sie na dobrej drodze do zostania Marvin Gaye'm naszych czasow (to ze jest ona jeszcze dosc dluuuuga to inna sprawa). a jednak pewne wady sa az nadto widoczne. "Shiny Suit Part 2", jak to sequel - chyba lepiej siegnac po oryginal. "You Are" dziwacznie sie urywa w pewnym momencie. a po ficzurze Taliba Kweli we "Freedom" tez mozna bylo sie spodziewac wiecej. najlepiej wypada w tej czesci "Hey Girl. hymn krainy czekolady, sliczne.

az tu nagle, na wysokosci indeksu piatego, pod postacia tracka "No Other Love" na odsiecz przychodzi... reagge. ale takie najprawdziwsze, wyjete zywcem z plyty Marleya. przepieknosci, kolejny dowod na to, ze Legend z niezlym skutkiem pracuje na to, by jego pseudonim artystyczny mial jakies pokrycie w rzeczywistosci i naprawde jest w stanie stawac w szranki z Najwiekszymi.

dla odmiany w kolejnym "Come Over" John zostal zastapiony Seanem Paulem. ja wiem, rowniez dla mnie w glosie tego typa bywa cos odstreczajacego. ale co ja mam zrobic, ze podklad rozmiekcza mnie totalnie, stymuluje, bezgranicznie raduje. co ciekawe, kojarzy sie to strasznie z "Im still in love with you", choc tamten track irytowal mnie jak malo ktory w ostatnim dziesiecioleciu. jeszcze jest zamykajacy calosc "Fall In Love", blizszy Ibizy niz Jamajki, ale dobry nastroj zostaje podtrzymany.

mozna posluchac.


najlepszy moment: NO OTHER LOVE

ocena: 7/10

22:28, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
środa, 30 marca 2011

rok wydania: 1997

wydawca: MJJ Productions

 

tak, zdecydowanie najfajniej sie pisze o Michaelu Jacksonie. zwlaszcza ze facet tyle tych wydawnictw nastukal, a co jedno to lepsze (lub z innych niz jakosciowych wzgledow ciekawe), ze czlowiek ma poczucie natrafienia na zyle muzycznego zlota. nic tylko sluchac, kupowac, kolekcjonowac, opisywac...

zauwazyliscie ze tyle juz bylo tych notek o Jacksonie, a jeszcze ani razu nie napisalismy o jakiejs jego szlagierowej pozycji w katalogu typu "Thriller" czy "Bad"? spokojnie, i na to w koncu przyjdzie czas. a tymczasem zajmijmy sie nie tak oslawionymi wydawnictwami. np "HIStory". to akurat troche mniej niz te wymienione przed chwila, ale takze kanoniczne dzielo. ale np juz nie kazdy ma na polce "HIStory" w wersji obrazkowej. a juz na pewno nie kazdy jego sequel z '97. uwaga, dzis znow bedzie sporo czytania.

co my tu mamy? generalnie to teledyski, a takze pare rarytasow, podzielonych na dwie strony tej samej plytki dvd oraz spietych klamra filmiku pokazujacego odsloniecie statuy widocznej na okladce ku ekstazie CALEGO SWIATA.

idea jest prosta - pierwsza strona to Historia. i od historycznego rarytasu zaczynamy, "Billie Jean" wykonany podczas imprezy z okazji 25lecia wytworni Motown. niby nic wielkiego, zwlaszcza jesli ma sie w pamieci pozniejsze wystepy Jacko oraz fakt, ze chlopak bezlitosnie jedzie tu z playbacku. ale to podczas tych paru minut wykonal premierowo Moonwalk. i nic juz nigdy nie bylo takie same. przypomnijcie sobie, kiedy po raz pierwszy widzieliscie ten krok gdy katowaliscie materialy z MJ za dzieciaka. by sprobowac sobie wyobrazic szok, jaki doswiadczyl swiat tego marcowego dnia '83 roku (to juz 28 lat bedzie!) pomnozcie to razy 40,50 i wiecej, w zaleznosci od wieku poszczegolnych widzow, ktorzy mysleli do tego dnia ze juz wszystko w zyciu widzieli.

przy omowieniu teledysku do "Beat It" znow moglbym totalnie poplynac, a i wciaz nie oddalbym skali zajebistosci tego dzielo. pozostanmy wiec przy tym, co napisalem w recenzji "Number Ones". dodam tylko, ze od czasu tamtego wpisu moja nauka ukladu choreograficznego tego klipu posunela sie dosc znacnzie do przodu. ba, ten taniec stal sie nawet moim trademarkowym popisem na wszelkich domowkach. z pajacaowania jednak nigdy sie nie wyrasta.

a teraz numer z repertuaru MJ, o ktorym jakims cudem nigdy wczesniej nie pisalismy. co jest mega dziwne, bo "Liberian Girl" to piekny numer, odpowiednik "Human Nature" na plycie "Bad". dzwiekowy aksamit, dla kontrastu ozdobiony zabanym teledyskiem z udzialem ziomow-celebrytow Jacko. swoiste who-is-who lat 80tych - nazwiska typu quincy jones, steven spielberg czy whoopi goldberg przetrwaly do dzis, ale juz taki corey feldman ("Goonies") czy Steve Guttenberg ("Akademia Policyjna") teraz juz by sie nie zalapali do tak wielkobudzetowego dzielka.

"Smooth Criminal". NO WRESZCIE. przy okazji "Number Ones" nic nie pisalismy na ten temat, bo tam mielismy jakas poroniona przyspieszona wersje klipu, z ktorego nic nie wynikalo. tu juz mamy Jedyna Sluszna, 10minutowa wersje wyciata z filmu "Moonwalker" (ponoc jakies drobne roznice sa, nie jestem ich w stanie wychwycic bo ogladalem ten film wieki temu -  jestem w stanie zbierania hajsu na wersje dvd). co ja bede pisal - dla mnie to autentycznie Najzajebistsza Rzecz Na Ziemi, a juz na pewno najbardziej genialne zastosowanie tasmy filmowej. uwielbiam doslownie KAZDA SEKUNDE tego dziela. ten filmik = SZCZESCIE. absolutne bossostwo. moglbym ogladac ten klip kolejne milion razy i wciaz nie ogarne, jak totalnie on wymiata. Twin Peaks, zapach powietrza po deszczu, Monte firmy Zott, komiksy z Kaczorem Donalnem, Smooth Criminal. sa rzeczy, dla ktorych Naprawde warto bylo sie urodzic.

przyznaje ze wstydem, ze umieszcozny tu wystep Jacksona na MTV VMA z '95 zupelnie mi umknal wczesniej, a to przeciez wciaz byl okres ostrej podjary Michaelem. na poczatku zaczyna sie niemrawo, nie przekonuja mnie takie medleye zlozone z 5sekundowych fragmentow. ale z kazdym cytowanym utworem jest coraz lepiej, z apogeum w postaci "Black Or White", kiedy to na scenie pojawia sie nie kto inny jak Slash. poczatkowy troche sciemnia, bo gitara brzmi na czysto playbackowa, ale w pewnym momencie wycina takie solo ze az iskry leca. w przenosni, ale i doslownie tez. nastepnie MJ wykonuje juz w calosci "Billie Jean" (z obowiazkowym moonwalkiem, rzecz jasna), zapomniany troche track tytulowy z "Dangerous" (mial byc singiel, anulowany w zwiazku z rozprawa sadowa Jacko w '93) i zaskakujaco niewkurwiajacy tym razem "You Are Not Alone". genialny performens, zasluzone owacje na stojaco od wszystkich zebranych. pierwsza strone plyty zamyka pelna wersja "Thrillera". o ktorym takze juz pisalismy, wiec nie powtarzajmy sie, bo do jutra nie skonczymy tej notki. choc musze odnotowac moja gafe - wczesniej pisalem, ze ta druga aktorka widoczna w klipie jest znacznie fajniejsza od tej pierwszej dupy, ktora to slawe zyskala kilka lat przed premiera klipu jako kroliczek playboy'a. wszystko fajnie, tylko ze, jak sie okazalo, w internecie nie ma nic o tym, by te dwie role byly odtwarzane przez rozne aktorki...

druga plyta to przeskok do terazniejszosci, z pominieciem wiekszosci klipow z "Bad" i wszystkich z "Dangerous". trudno, maybe next time. cieszmy sie tym co mamy, bo w zdecydowanej wiekszosci przypadkow jest czym sie jarac.

"Scream", piosenka relatywnie przyzwoita, ale wizualnie to Majstersztyk. 7 milionow dolarow, pozwalajace mu utrzymac mimo uplywu tylu lat miano Najdroszego Teledysku W Historii, naprawde nie poszlo na marne. zreszta dla bardziej obcykanych w sztuce wideoklipu samo nazwisko rezysera Marka Romaneka ("Closer" NIN, "99 problems" Jay-Z) to wystarczajaca gwarancja jakosci. kosmos, manga, agresja (tu mamy ocenzurowana wersje klipu niestety), pop-art, a przede wszystkim - Janet Jackson w wersji audio i video. nie ukrywam, fragment z chwyceniem sie za boobsy nie dawal mi spokoju przez kilka nastoletnich nocy...

dla odmiany "Childhood" to kicz w jego esensjonalnej postaci. Michael wyblakly, z fatalnym fryzem, ale przede wszystkim jakies latajace statki, dzieci grajace w baseballa w przestworzach, itp itd. nie aby nie bylo to inspirujace - przeciez rownie wyrafinowane sceny bedziemy ogladac za kilka lat na teledyskach Linkin Park. i na pierwszy rzut ucha sama piosenka tez jest kiczowata, jednak przed skrajnie negatywnym osadem powstrzymuje tekst, byc moze najbardziej osobisty jaki Michael kiedykolwiek popelnil. trudno odcedzic piosenke od kontekstu, kiedy MJ lamiacym glosem spiewa "Have You seen my childhood?" i "Before You judge me, try hard to love me". kocham Cie Mike, wiec juz nie pisze nic wiecej o "Childhood".

o "You Are Not Alone" pisalismy. wersja tu umieszczona rozni sie dodatkowymi scenami, w ktorych widzimy Michaela z anielskimi skrzydlami. yyyyyyyyy, wlasnie tak. dlatego tez jedziemy dalej. a, "Earth Song", tez juz bylo. skipujemy zatem.

"They Don't Care About Us". o! O! jak wiemy, Michael jako krol teledysku lubowal sie w kolaboracjach z wielkimi nazwiskami, rowniez ze swiata stricte pelnometrazowych filmow. tym razem padlo na kontrowersyjnego Spike'a Lee - dzis chyba troche zapomnianego, ale pod koniec tamtego wieku to bylo NAZWISKO. i choc ciezko bylo sobie wyobrazic undergroundowego, uczulonego na problematyke spoleczna Lee pracujacego dla Krola Popu, to jednak facet nie odwalil fuszerki, byleby tylko jak najszybciej zawinac sie z czekiem. wiecej - zrobil dzielo bardzo "swoje", choc krecone w Rio a nie na Brooklynie. geniuszu calosci dopelnia swietny numer, mozliwe ze najbardziej obrazoburczy w repertuarze Jacko (dla pewnych srodowisk az za bardzo, przez co radio niechetnie prezentowalo singiel). pewna rzecz mnie tylko w klipie zaintrygowala - Jacko w trakcie wykonywaia zwrotek kieruje agresywne spiewy w strone pilnujacych miasta policjantow (nieruchomo stojacych w trakcie trwania klipu). kiedy jednak fanka rzuca sie na Michaela az go powalajac na ziemie kto mu pomaga w opresji? wlasnie policjanci. hipokryzja?

piosence "Stranger In Moscow poswiecalismy cala notke. klip moze tak wybitny nie jest, ale dobrze koresponduje z cudnie melanchilijny, minorowym, wrecz grungeowym klimatem kawalka. o teledysku do "Blood On The Dancefloor" bylo, roznica sprowadza sie do tego, ze tu sluchamy wersji zremiksowanej przez Wyclefa Jeana i jego ziomow. opcja jeszcze slabsza od oryginalu.

fajnie sie czytalo? lubicie to?


najlepszy moment: SMOOTH CRIMINAL

ocena: 9/10

21:36, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »

foto: gazeta.pl

 

no i tak jak mozna bylo sie spodziewac - znow gadamy o reprezentacji. przypadek beznadziejny jednak z tym moim kibicowaniem im. dlatego zamiast rozkminy typu "kto wypadl lepiej a kto gorzej i dlaczego" oraz w zwiazku z tym, ze o samym meczu i tak nie warto pisac (chyba ze ktos widzi w remisie z rezerwami 10 druzyny swiata progres w stosunku do przegranej z rezerwami Litwy, gratuluje optymizmu) polozmy dzis akcent na jednej konkretnej postaci. Michal Zewlakow.

tak, tu naprawde warto uzyc sformulowania o "koncu pewnej ery". poczatek mojego zainteresowania pilka nozna mozna datowac na polowe podstawowki. tak sie nawet zabawnie zlozylo, ze najpierw pojawila sie zajawka jej ogladaniem, a dopiero znacznie pozniej pojawila sie mysl, ze znacznie wiecej frajdy moze dawac wlasnonozne kopanie pilki (w pierwszych latach podstawowki wuefowe zmagania z futbolowka byly dla mnie, ze wzgledow zdrowotnych, prawdziwym koszmarem - ale to temat na inna ksiazke). pierwsze wspomnienia? jak przez mgle, przeblyski jakies - gol Marka Citki na Wembley, parady Macieja Szczesnego (ktory wedlug slow Szpakowskiego ma wrocic w maju do kadry, "he he he")... ale generalnie polska reprezentacja byla w tym czasie dla mnie synonimem dna i szesciu metrow mulu, z sukcesami odnoszonymi wtedy kiedy jeszcze nikogo z osob ktore znalem nie bylo na swiecie (w domu nie mowilo sie prawie wcale o "naszym Wembley", sukcesach Gorskiego czy Piechniczka). co innego Futbol Swiatowy. uoooo, to byla F-A-Z-A. wierzcie lub nie, do dzisiaj mam gazetowe dodatki zwiazane z Mundialem we Francji '98, sklady, tabelki, artykuly. i do dzisiaj lubie do nich wracac... co tu duzo mowic, MAGICZNY czas. euro 2000 mniej juz przezywalem, rownie intensywnych wspomnien nie mam, ale kapsle z pilkarzami-gwiazdami tego turnieju tez gdzies kurza sie w odmetach szafy.

tak sie zlozylo, ze o ile eliminacje Naszych do Mundialu i ten magiczny gol Citki nie zmienily mojego obrazu repry jako skrajnej beznadziei, tak juz eliminacje do Euro2000, choc rownie nieudane, juz poczatkowo niesmialo, ale z czasem coraz sukcesywniej zaczely uderzac w me dotychczas gleboko ukryte, patriotyczne struny. Janusz Wojcik, Sylwester Czereszewski, mecz z Malta z golem w ostatniej sekundzie...

... i Michal Zewlakow.

niesmiale, pierwsze kroki dopiero stawiajace, ale juz gdzies to nazwisko zaczelo sie pojawiac. nawet podwojnie - bo przeciez do pewnego momentu Michalowi w kazdych poczynaniach boiskowych towarzyszyl jego brat Marcin. kiedy nastala era Jerzego Engela i eliminacji do Mundialu w Azji, Zewlakow(owie) juz definitywnie wpisali sie w moj kibicowski swiat, w ktory coraz bardziej wsiakalem i z ktorym wzialem zaslubiny na wsze czasy po meczu z Norwegia, decydujacym o naszym udziale w Mundialu. pamietam bardzo dobrze ten mecz, zwlaszcza euforie po jego zakonczeniu, kiedy Zewlakow wydzieral sie do kamery "jedziemy do Japoniiiiiii!!!!!" (warto wspomniec, ze zapewnilismy sobie udzial jako pierwsza druzyna z Europy).

jak wygladal dla nas ten Mundial kazdy chyba pamieta. zwlaszcza blamaz z Portugalia, kiedy Luis Figo sie w pewnym momencie zaczal litowac nad nami i juz wyraznie dawal nam fory, a my i tak nie potrafilismy strzelic bramki. potem mecz z USA, szok! po, ilu, 15 minutach? juz mamy dwa gole na koncie, Kryszalowicz, Olisadebe. a na bramce nie Dudek, a Radzio Majdan - we wczorajszym meczu ekspert w tiwi. no, warto bylo sie urywac ze szkoly, by obejrzec zmagania naszych pilkarzy po tej drugie stronie kuli ziemskiej.

wlasnie - pilkarzy. nie kopaczy. wprawdzie na pozniejszych turniejach z naszym udzialem nie osiagnelismy nic wiecej, ale z dzisiejszej perspektywy trudno mi sie wyzbyc wrazenia, ze my naprawde mielismy wtedy niezlych pilkarzy. albo inaczej - zawodnikow, ktorzy nie zenuja mnie jak wiekszosc tych, ktora teraz zaklada koszulki z orzelkiem.

moglbym oczywiscie wystukiwac kolejne akapity, ale nie chodzi tu o probe stworzenia pamietnika kibica w jedna godzine.

przejdzmy wiec do dnia dzisiejszego. Zewlakow gra ostatni mecz. w obronie obok niego gra Arkadiusz Glowiacki - takze uczestnik Mundialu '02, ale ze wzgledu na wieczne zmagania z kontuzjami majacy wystepow w reprze 5krotnie mniej. kadre prowadzi Smuda - ten, ktory od wiekow byl do niej przymierzany, chocby po tym jak Wojcik odpuscil ja sobie po eliminacjach do Euro2000. koniec koncow kontrakt w Legii zablokowal Smudzie droge do reprezentacji, na czym skorzystal Jerzy Engel. wreszcie Smuda jest tym selekcjonerem i co? i jest najgorzej od lat, od tych lat kiedy tematu reprezentacji Polski *nie bylo*, bo to siara maxymalna, ej wez przestan, te - skad masz te koszulke Ajaxu Amsterdam? i tak dalej... nie pamietam, kiedy ogladanie naszych bylo tak bolesne. moze ewentualnie podczas niedawnych eliminacji do Mundialu w Afryce. tyle ze tam byl zjazd po klapie na Euro2008, a teraz mialo byc zupelnie inaczej. mialo byc budowanie reprezentacji na NASZE Euro, mialo byc "do czterech razy sztuka", mialo byc "Smuda czyni cuda". ktos powie - spokojnie, jeszcze moze tak byc, moze jeszcze bedzie normalnie, jeszcze bedzie pieknie... OH REALLY? a moze by tak sprawdzic archiwalne wywiady ze Smuda, plany typu 2009-2010: testy zawodnikow, 2011: zgrywanie sie scisle wybranej jedenastki. zblizamy sie do konca pierwszego kwartalu 2011 i co mamy? gowno mamy. przypadkowa lapanka, zero pomyslu, Smude platajacego sie w zeznaniach i zaprzeczajacego swym wlasnym slowom sprzed paru lat, miesiecy, nawet dni. mamy lapanke kolesi, ktorzy z checia zagraja dla kraju babci ze strony ojca, o ile wczesniej nie powola ich reprezentacja kraju w ktorym mieszkaja na codzien.

mowi sie ze sila przyzwyczajenia to calkiem niezly fundament zwiazku. no ale sa chyba pewne granice? w przypadku mej relacji z polska reprezentacja te granice juz dawno zostaly przekroczone, przyzwyczajenie to jedyny element ktory nas trzyma przy sobie. jak, wierny debil, a ona regularnie daje dupy z coraz wiekszymi szmaciarzami.

wiem, malo poetyckie to porownanie, ale biorac pod uwage sex-afere sprzed paru dni (6 naszych kopaczy urzadzajacych swoje wlasne bunga-bunga z kolezankami lzejszych obyczajow podczas zgrupowania w Poznaniu) chyba dosc trafne.

Michal, nie oszukujmy sie - wielkim pilkarzem nie byles, nawet zawezajac skale do naszego kraju. na szczescie jestes jednym z inteligentniejszych (w polskim futbolu to nie takie trudne osiagniecie) i sam otwarcie to przyznajesz. o tyle miales latwiej z tym dobiciem do 102 wystepow w kadrze, ze jako stoper nie podlegales ani tak duzej rotacji, jakiej doswiadczaja pilkarze na innych pozycjach, ani tez uplywowi czasu (34 lata to nawet nie tak duzo, patrz Maldini czy Thuram). ale byloby mega niesprawiedliwoscia upatrywanie tego sukcesu w szczesciu, przychylnosci selekcjonerow czy sprzyjajacych okolicznosciach przyrody. na ile w tym jednak bylo talentu, a ile uporu i zyciowej inteligencji - pozostanie to kwestia otwarta, moze podejmowanych wkrotce przez analitykow i historykow. juz teraz jednak wiem na pewno - na tak nedzne pozegnanie, w tak nedznych okolicznosciach nie zasluzyles. i tylko dobrze, ze jako pilkarz, z ktorym wiaze mnie tyle kapitalnych, futbolowo-zajawkowych wspomnien, opuszczasz to szambo, do ktorego dzieki temu bede mial znacznie mniej sentymentu.

DZIEKI!

niedziela, 27 marca 2011

rok wydania: 2011

wydawca: GOOD Music

album do pobrania stad

 

swiezutkich mixtape'ow ciag dalszy.

doslownie pare dni temu swojego 'tejpa wrzucil na net Pusha T. wnikac w postac samego autora nie bedziemy, ciekawszym tematem bylaby grupa z ktorej sie wywodzi, czyli Clipse- ale na to, wierze, bedzie jeszcze czas. mozna by jeszcze poruszyc temat wydawcy, czyli GOOD Music nalezacym do Kanye West'a, ale o tym burolu pisac nie zamierzam hueh.

a skoro o Wescie mowa - oczywiscie on tez gosci na "Fear Of God". i, przypadek?, "Touch It" jest najslabszym tu kawalkiem. nawet nie wiem, czy wypada tu uzyc takiego terminu - to bardziej wprawka (nieudana) dwoch upalonych kolesi do stworzenia czegos konkretniejszego. w ogole to wlasnie numery z featuringami najbardziej rozczarowuja. klapa (moim zdaniem, choc statystyki na lascie sugeruja co innego) jest takze "Raid" na podkladzie The Neptunes i z udzialem samego 50 centa. slychac niestety, ze Pharrell wyciagnal dla Terrence'a jakis gleboko schowany odrzut, dla ktorego nie mogl znalezc konkretnego nabywcy. lubie refreny, ale jak jeszcze raz uslysze takie fajansiarskie refreny jak w "Feeling Myself" to zaczne zabijac, 4real. najlepiej wypada podniosly "I Still Wanna" z Rick Rossem, ale zeby szalenstwo to raczej nie....

o lepiej wypadaja freestajle, od ktorych tu az gesto. Pusha T potwierdza, ze pod tym wzgledem jest pierwszoligowcem... ale to akurat nie jest kategoria nagrywek, ktora moglbym repeatowac w nieskonczonosc, poza wyjatkami potwierdzajacymi regule.o ile oczywiscie nie jest to osadzone na jakims rozjebujacym bicie. tu niestety tego nie uswiadczymy.

czyli wychodzi na to, ze ponad polowa plyty wypada cokolwiek srednio. szkoda, bo dla odmiany otwierajacy stawke "My God" jest absolutnie genialny, mozliwe ze najlepszy maintream rap jaki uslysze w tym roku. i dla samego tego kawalka warto sciagnac ten mixtape. ktory jako calosc wypada znacznie lepiej niz suma jego skladowych. ale i tak chyba lepiej poczekac na legala, czy to solowego czy z Malice'm.


najlepszy moment: MY GOD

ocena: 6,5/10

15:38, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 marca 2011

rok wydania: 2011

wydawca: Golden Era

album do pobrania stad

 

hoho, chyba w tej Australii trafilem na hophopowa zyle zlota.

mixtejpy promujace artystow konkretnych wytworni hiphopowych to dosc powszechna praktyka, pod kazda szerokoscia geograficzna. w koncu padlo tez na wytwornie Golden Era, zalozona pare lat temu przez Hillhop Hoodsow.

nazwa wytworni wywoluje calkiem mile skojarzenia. i rzeczywiscie - niby 2011, ale za sprawa jakosci tej kolekcji cofamy sie do pieknych lat przelomu 80/90s, kiedy rzadzily i dzielily takie nazwy jak gang starr, public enemy czy boogie down productions. kiedy nikt nie potrzebowal niun arenbi by sprzedac swa tworczosc... ba, w ogole nawet nie chodzilo o to by sie dobrze sprzedac. najwazniejsza byla dajaca do myslenia szesnastka, dobrze dobrany sampel oplatajacy beat i pysznie poutykane cuty.

ok, pod tym wzgledem fani hiphopu nie roznia sie od starych metali, dla ktorych gatunek skonczyl sie na Kill'em All. ale no naprawde trudno wyzbyc sie takich mysli przy odsluchu tego mixtejpu. tu to wszystko jest i, moznaby powiedziec, na szczescie nic wiecej. stuprocentowy hiphop. co ciekawe, choc takze Hilltopsi sie tu udzielaja, to wcale sie zanadto nie wyrozniaja na tle reszty. co paradoksalnie dobrze o nich swiadczy, przynajmniej jako o wydawcach.

a gdyby jeszcze tak caly mixtape byl jak jego poczatek.... bo pierwsze tracki to absolutne killery. tyle ze, co niespecjalnie dziwi, postawiono tu na szybkie strzaly, by pomiescic jak najwiecej dobrych beatow i rapow. i z jednej strony spoko, sluchacz dzieki temu nie ma absoolutnie prawa sie znudzic. z drugiej strony chcialoby sie takimi podkladami jak w "99 bottles" rozkoszowac jak najdluzej. a tu zanim beat sie rozkreci i raperzy na nim jadacy, to juz nastepuje zmiana warty.

ale to psioczenie. sciagnijcie to gowno koniecznie. a jesli ktos jest rozeznany w starych grach przygodowych to niech sprawdzi track "Existential Absurdity" i wypowie sie, czy tez slyszy tam w drugiej czesci sampla z "Monkey Island". jesli tak - daje dodatkowe +100 do zajebistosci mixtejpu.


najlepszy moment: SESTA & SUFFA - 99 BOTTLES

ocena: 7,5/10

16:41, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
 Skala

10-"Ideału Potęga"

9,9-9,0-"widzę szczyt, a za szczytem zaszczyt za zaszczytem"

8,9-8,0-"będę brał cię, cię, ehe"

7,9-7,0-"joł joł, joł joł joł joł joł, wielkie joł!"

6,9-6,0-"ch** na to kładę bo i tak damy radę"

5,9-5,0-"będzie dobrze dzieciak, elo, do góry głowa!"

4,9-4,0-"to nie z mafią układy tylko szołbiznes"

3,9-3,0-to nie jest kawałek żeby się podobać"

2,9-2,0-"Boże, czy jeszcze coś gorszego stać się może?"

1,9-1,0-"ile dałbym by zapomnieć cię..."

0,9-0,0-"pozerskie gówna a prawdziwy rap to dwie odmienne k***a sprawy!"