Kategorie: Wszystkie | film | muzyka | pozostałe
RSS
środa, 31 marca 2010

rok wydania: 1992

wydawca: Blue Note

 

witam po jednodniowej przerwie, "niezaleznej od organizatora". jesli jeszcze tego nie zapowiedzialem, to mowie to teraz - wszyscy hejterzy jazzu lub niezainteresowanych tematem moga sobie tego bloga darowac na najblizszy okres. znow wsiaklem.

najblizsze dni zamierzam poswiecic kolejnemu magikowi jazzowej gitary - Johnowi Scofieldowi. zaczniemy od plyyty z '92 roku, coby zachowac ciaglosc notek tego bloga. bo wlasnie na ta plyte zaprosil do wspolnego grania nie tylko Billa Frisella, ale i jego zioma z Bandu - Joey Barona. skladu dopelnia na basie wspomniany tu juz nieraz Charlie Haden. przyznam ze zestaw personalny wysmienity.

i juz od razu musze napisac, ze jak na takie nazwiska zawartosc tej plyty troche mnie rozczarowuje. bo jest zaledwie przyzwoicie, z przeblyskami tylko na bycie plyta naprawde niezla. wynika to zapewne, ze niestety nie udalo sie wyjsc ponad to, co sugeruje zestaw instrumentalno-personalny tej plyty. owszem, sa pyszne improwizacje, sekcja rytmiczna hula stuprocentowo jazzowo. przewodnik czasem kieruje wycieczka w strone fusion, jazz rock tez sie klania tu i owdzie. problem jest jednak w glownych bohaterach tej plyty - scofieldzie i frisellu. dwoch gitarzystow pod jednym dachem w naturalny niemal sposob implikuje wieczne pojedynki, wymiane ciosow. nawet jesli sa one w jak najbardziej dobrym duchu - klasa tych panow jest niezaprzeczalna i sila rzeczy taka konfrontacja musi byc ciekawsza od shredderow typu przyslowiowy vai czy malmsteen. ale nie na tyle, by zatracic obiektywne spojrzenie, ze w obu przypadkach problem jest jednakowy. ze forma przerasta tresc. i nawet jesli wielbiciele poczynan w obu tematach beda zachwyceni lub przynajmniej zadowoleni, to wniosek powyzszy ciezko zakwestionowac. dlatego choc te rowne 60 minut nadaje sie do wrzucenia do domowej apteczki jako "balsam dla uszu", to prosto w serce trafia tylko najskormniejszy "Honest I Do".

choc byc moze za malo sie osluchalem z tym materialem. zrewiduje ocene za jakies, nie wiem, 10 lat?


najlepszy moment: HONEST I DO

ocena: 7/10

17:49, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 marca 2010

rok wydania: 1988

wydawca: ECM

 

kontynuujemy podroz po muzycznym wszechswiecie Billa Frisella.

bywa tak, ze roznym muzykom jazzowyw (vide Pat Metheny) nie wystarcza do szczecia gra na pierwszym planie w rozmaitych projektach. musza miec swoj bend. oczywiscie nie jest to kwestia wylacznie nabrzmialego ego - jesli takowy muzyk znajdzie muzykow w jego mniemaniu idealnych do wspolnego muzykowania, chce takowy sklad "ustanowic" i wyeksploatowac jego mozliwosci na przynajmniej paru plytach i parunastu koncertach.

i tak w drugiej polowie lat 80tych nasz glowny bohater skumal sie z takimi nazwiskami jak Hank Roberts, Kermit Driscoll i Joey Baron. teoretycznie dosc klasyczny, jazzowy team, gdyz dwa ostatnie nazwiska to stare, odpowiednio basowe i perkusyjne wygi, ktore mozna uslyszec na pierdyliardzie wydawnictw. teoretycznie, bo Roberts to z kolei wiolonczelista.

czyli jednak jest nietypowo. ale jeszcze bardziej, niz moznaby sie spodziewac wyobrazajac sobie polaczenie jazzu z dzwiekami wiolonczeli. owszem, momentami jest "ladnie", panowie daja wybrzmiec najpiekniejszym dzwiekom na jakie stac Robertsa. ale jednak plyta jako calosc jest zwyciestwem mroczniejszej, bardziej sklonnej do awangardy czesci osobowosci Frisella. i o ile zdecydowanie przewaza temperamentne, improwizowane granie (najlepszy "Alien Prints", przerobka "Hackensack" Monka), tak czesto bywa juz skrajnie eksperymentalnie ("Hangdog").

odwolujac sie do podsumowania wczorajszej notki - "Lookout" to jest z kolei plyta, ktorej zawartosci zdecydowanie lepiej by sie jednak sluchalo w warunkach koncertowych.


najlepszy moment: ALIEN PRINTS

ocena: 7/10

16:11, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 marca 2010

rok wydania: 2003

wydawca: Nonesuch

 

ajajaj! wspomnielismy wczoraj, ze na plycie Becka udzielil sie goscinnie sam Charlie Haden. ale przeciez wystapila na "Odelay" takze nie mniej wazna osobowosc jazzowa, jaka jest gitarzysta Greig Leisz. mamy wiec okazje, by znow w ramach blogowych podrozy wrocic do pieknego swiata jazzu.

Leisz, choc facet to cudnie utalentowany, raczej celuje w ficzuringi niz tworzenie i dowodzenie wlasnymi asamblami muzycznymi. i tak np pare sezonow spedzil w druzynie legendarnego Frisella, czego jednym z efektow jest dzis omawiana plyta.

Bill Frisell to dosc ciekawa persona. pomijajac wybitne zdolnosci instrumentalne, intryguje mnie jego, nazwijmy to, podejscie do swiata jazzu jako takiego. umowmy sie - kazdy kto gra z Johnem Zornem (zwlaszcza w takim projekcie jak Naked City) musi miec choc troche nierowno pod sufitem. a jednak stac tez Frisella na takie plyty jak "Intercontinentals". plyty, ktorych zawartosc w pierwszej kolejnosci chce sie okreslic jako "ujmujace". i to bez ironii.

jak sama nazwa wskazuje, mamy tu miedzynarodowe towarzystwo. bo poza Leiszem Frisell zaprosil do wspolnego grania legende brazylijskiej muzyki Viniciusa Cantuarie, greckiego reprezentanta Christosa Govetasa, pochodzacego z Mali Sidiki Camare oraz skrzypaczke Jenny Scheinman. kazdy z zaproszonych gosci wniosl do Muzyki fragment ducha swej ziemi ojczystej - troche Afryki, szczypta brazylijskiej dzungli, Europa tez sie przewija w nagraniach, no i Ameryka Polnocna, rzecz jasna (think "Beyond The Missouri Sky"). choc momentami - jak w "Yala" - skojarzenia biegna ku Bliskiemu Wschodowi. podrozujemy wiec przez caly swiat, a nie ziemie ktore znamy.

moznaby wiec pokusic sie przy okresleniu calosci terminem "world music", nawet jesli kregoslup tej muzyki jest wybitnie jazzowy. choc i to drugie, przy probie scislejszego skatalogowania, moze sprawic problemy. teoretycznie krystalicznie czysta produkcja calosci oraz instrumentarium zblizaja "Intercontinentals" ku jasniejszej, przystepniejszej stronie jazzowej mocy (w koncu kogo nie sa w stanie poruszyc dzwieki skrzypiec czy pedal steel?). jednak zageszczenie dzwiekow oraz struktura kompozycji sprawia, ze smooth jazzowcy moga miec problem z przyswoijeniem plyty, nie mowiac juz o "niewtajemniczonych" wielbicielach Muzyki. i choc w dzisiejszych czasach stopniowe przyswajanie zawartosci albumow muzycznych jest juz praktycznie niespotykane, to z ta plyta inaczej sie nie da. by odkryc w pelni jej piekno, trzeba sie do niej przyzwyczaic, przemoc, oswajac sie z nia... takze zaufac.

zdecydowanie jedna z tych plyt, o ktorych mowi sie, ze przy poswieceniu im wiekszej ilosci czasu potrafia sie pieknie odwdzieczyc.


najlepszy moment: BABA DRAME

ocena: 7,5/10

18:34, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
sobota, 27 marca 2010

rok wydania: 1996

wydawca: Bong Load

 

niwelujemy kolejne blogowe niedopatrzenie. czas napisac cos wreszcie o Becku.

akurat tego jegomoscia nie trzeba przedstawiac, gdyz jest to persona powszechnie znana i szanowana. inna sprawa w jakim procencie za sprawa kawalka "Loser", no ale trudno, pewnych rzeczy ani sie nie zmieni, ani nie przeskoczy.

chociaz trzeba przynajmniej probowac. i po to bedzie tez ta notka. jesli choc jedna osoba dzieki niej zainteresuje sie "Odelay" bede mogl spokojnie umierac. ale jesli nic z tego nie wyjdzie to tez tragedii nie bedzie. o zajebistej muzyce zawsze warto gadac, nawet jesli do niczego to nie prowadzi.

a druga majorsowa plyta pana Hansena do zajebistych zdecydowanie nalezy. wiecej - to jest plyta w jakis sposob definiujaca lata 90te, a jej autor nalezy zdecydowanie do tych artystow, ktorzy w tej dekadzie pchneli Muzyke Popularna najbardziej do przodu, wespol z Nirvana chociazby. i paradoks - pomimo iz nie ma tu "Losera", kawalka-symbolu tej dekady. troche to jak z Beastie Boys, autorami jednej z najwazniejszych plyt hiphopowych, "Paul's Botique" zwanej, ktorzy i tak juz na zawsze pozostana najbardziej znani za sprawa singli z debiutu.

oczywiscie nazwe tria z Brooklynu przywolalismy nieprzypadkowo. za obie plyty odpowiada duet producencki Dust Brothers. i w obu przypadkach braciszkowie i ich wizje stanowia byc moze najwazniejsza przyczyne genialnosci tych wydawnictw.

wiadomo o co chodzi - postmodernistyczny kolaz stylistyk, sampling wyniesiony do rangi osobnego instrumentu, wrecz krwiobiegu piosenek. odwaze sie jednak stwierdzic, ze "Odelay" to lepsza wersja "Paul's Boutique". nic nie ujmujac Yauch'owi i spolce, ale mimo wszystko ich drugi album da sie sprowadzic do szufladki "hiphop", stanowiac - jak juz wspomnielismy - jeden z najwazniejszych fragmentow jej zawartosci. "Odelay" to juz absolutnie wolna amerykanka. alternatywny rock? tylko jako jeden ze skladnikow w tej mieszaninie. ktory w proporcjach i tak przegrywa tu z hip hopem, bluesem, moze nawet jazzem. mysle ze myslenie o Becku w kategoriach rockowych wciaz jest echem przytulenia sie sierotek po Cobainie do "Losera" jako nowego hymnu pokolenia X (przypominamy, ze singiel wyplynal w '94). niby nie zabraniam, ale... bzdura. bo Beck to kategoria sama w sobie, jak Zappa czy Captain Beefheart.

posluzenie sie przykladem moze byloby i pomocne, ale macace obraz. no bo ok, moglibysmy postarac sie wyciagnac z tych 13 utworow wspolny mianownik w postaci rapowanych... ok, melodeklamujacych wokali Becka. perkusja tez raczej czesciej automatem traci niz zywym czlekiem. a pierwszym terminem, jaki mi przychodzi na mysl do opisania calosci, to "korzenny groove" jaki znamy chocby z "Bitches Brew" (w osiagnieciu ktorego na pewno nie przeszkadzaja winylowe dzwieki powtykane tu i owdzie). no tak, tyle ze "Novocane" dysponuje riffem godnym Page'a. "Ramshackle" to kameralny smut-song z basowym udzialem samego Charliego Hadena (dla mnie symboliczna sprawa, "jestes chlopcze w naszej druzynie"). "Minus to punkrock", a "High 5" moglby sie znalezc nawet u Run DMC... "Paul's Boutique" nastepnej dekady? nawet "Bialy Album" nowych czasow.

tym bardziej, ze jesli sie zada oklepane, ale przydatne pytanie "czy w tym szalenstwie jest metoda?" mozna ze spokojem odpowiedziec: tak, jest. wielkosc tego albumu nie tkwi w eklektyzmie, bo nie pierwszy to tego typu album. wielkosc twkwi w eklektyzmie ORAZ tym, ze sluza one zwyczajnie swietnie napisanym piosenkom. o popowym potencjale "Where Is At", "The New Pollution" czy "Devil's Haircut" przekonalo sie cale pokolenie MTV. ale "Sissyneck", "Novacane" czy moj ulubiony, narkotyzujacy "Derelict" tez latwo z glowy nie wypadaja. choc od razu do niej, co prawa to prawda, nie wchodza. ale o braku kawy na lawie w Muzyce chodzi, rajt?

i tylko jedna rzecz mnie zastanawia wciaz. jak czlowiek o takiej inteligencji i zdystansowaniu (the coolest person on earth, hell yeah) - ktore to zdecydowanie slychac na kazdym z jego albumow - moze miec cokolwiek wspolnego z bredniami scjentologicznymi?


najlepszy moment: DERELICT

ocena: 8,5/10

19:08, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 marca 2010

rok wydania: 2007

wydawca: Polyvinyl

 

okej, wrocmy jeszcze do sprawy Architecture In Helsinki.

czekamy na nowa, ponoc nadchodzaca wiekszymi krokami plyte australijczykow, ale wrocmy jeszcze do jej poprzedniczki sprzed 3 lat. jak to przewaznie bywa w przypadku swietniejszych zespolow, ktore na prawdziwy fejm musza pracowac latami, tak i w przypadku AIH swiat zorientowal sie o ich zajebistosci ciut za pozno. bo to wlasnie "Places Like This" spowodowal, ze o zespole zaczeli mowic nie tylko krytycy muzyczni, blogosfera i muzyczne geeki. ale jednoczesnie ta sama szajka uznala, ze 3 album australijczykow nie dorownuje poprzednim dokonaniom.

nawet jesli - czy to wazne? jesli ktos dzieki "PLT" zwrocil uwage na ten zespol i jego pierwsze plyty, to chwala temu albumowi, nawet jesli mialby on byc najwiekszym gownem. ale co najistotniejsze - gownianym on nie jest. a wrecz przeciwnie.

to co zwraca uwage pierwsze- kapitalne brzmienie. kapitalne, choc ultranowoczesne, syntetyczne. slychac, ze to czysto studyjno robota. w takie brzmienie celuje w polsce chociazby marcin bors z macukiem, wiec jesli ktos zna np "Unisexblues" czy "Milosc! Uwaga! Ratunku! Pomocy!" bedzie mial wstepne wyobrazenie o soundzie "PLT". dla niektorych takie brzmienie jest nie do przyjecia, jako zupelnie pozbawione, nazwijmy to, "spontanicznego brudu". ale sa ta tak niedorzeczne zarzuty jak niedorzeczny jest termin ktory wlasnie wymyslilem. a moze mi sie obil gdzies o uszy?

brzmienie brzmieniem, ale wiadomo ze nie to jest najwazniejsze. porozmawiajmy wiec o terminie indie pop, bo taki sie uzywa wobec muzyki AIH, a "PLT" stanowi wdzieczny punkt wyjscia do rozwazan. a to dlatego, ze jesli powszechnie stawia sie znak rownosci miedzy wspomnianym brudem, garazowoscia a rockiem, to "PLT" jest absolutnie nierockowa plyta. albo raczej - w stu procentach popowa. indie popowa.

ok, w czym rzecz? zamiast w naukowy sposob wykladac definicje, wplywy, koneksje, przyklady, sprowadzmy rzecz to takiej tezy. jesli slyszysz wpadajaca w ucho piosenke, gdzie ciekawe rzeczy dzieja sie od pierwszej do ostatniej sekundy, ale jednoczesnie jakies to dla ciebie zbyt skomplikowane jak na popowy hicior, to obcujesz wlasnie z numerem indie popowym.

wiem, przesadzone to i tez jednak nie do konca oddajace istote sprawy. przeciez piosenki madonny z lat 80tych, kylie czy michaela tez sa zajebiste w calej rozciaglosci i nie obrazaja inteligencji sluchacza. ale w ich przypadku priorytetem jest to, by piesn wpadala w masowe ucho i wszelkie eksperymenty na polu brzmieniowym sa wykluczane, o ile kloca sie z ow zalozeniem. w indie popie taki radykalizm juz spotykany nie jest, bo i nikt nie celuje ze swoimi piosenkami w eske czy zetke, a jednoczesnie tez stawia za priorytet chwytliwosc i obecnosc popowych hookow. jeszcze inaczej - jesli tradycyjny pop jest czystym budyniem tudziez galaretka, to indie pop jest takowym przysmakiem przyozdobionym bita smietana, owocami, czekolada, czymkolwiek. dla niektorych takie dodatki beda zbednym dodatkiem do tego, co najwazniejsze w tym deserze, dla innych bedzie to wzniesieniem smaku ow galaretki o kilka leveli. uf, zapedzilem sie. moze latwiej po prostu zajrzec do wikipedii?

dobra, ale zostajac przy tej tezie z budyniem. jak sie przedstawia w tym kontekscie zawartosc "Places Like THis"? no wlasnie roznie. bo tak: na pewno w kazdym z tych 10 utworow da sie wyroznic jakas melodie, motyw wpadajacy w ucho, ktory przy "przyziemniejszej" oprawie spojnie moglby zasilic repertuar wykonawcow radiowych. tyle ze wlasnie pare razy niestety australijczyci przesadzili z tym opakowywaniem je w intrygujace rozwiazania brzmieniowo/instrumentalne. wezmy taki sztandarowy przyklad: "Nothing's wrong". zaczyna sie fajnym duetem tradycyjnie przegietym, na tym albumie wybitnie cartoonowym wokalem na tle akustycznej gitarki. hook, za ktory paru wykonawcow podziekowaloby calujac w raczki. a tymczasem dochodza mniej lub bardziej zrozumiale dzwieki, az konczy sie zupelnie z dupy wyjeta, "alternatywna" halasliwa eksplozja, po ktorym znow nastepuje jeszcze inny, znow ciekawy hook. ktos powie ze takie utwory/albumy wymagaja pomyslunku, przyzwyczajenia sie, rozkladania na czynniki pierwsze. pewnie, tyle ze czasem szkoda tracic czas na takie rozkladanie, jesli melodyczne sedno jednak nie jest az tak chyba tego warte.

troche narzekam, bo mimo wszystko lepsze to niz melodie wykladane kawa na lawe, a i tak w wiekszosci przypadkow AIH wygrywaja. o genialnosci "Heart It Races" pisalismy. ale dodajmy jeszcze "Like It Or Not", ktory moglaby tez odegrac jakas gorniczo-hutnicza orkiestra deta. dodajmy "Debbie", z lekko motownowa jazda. dajmy zamykajacy stawke "Same Old Innocence", za sprawa rytmicznego szkieletu drugi moj ulubiony fragment.

nie no, bardzo dobra plyta bardzo dobrego zespolu i tyle. jesli nie potrafilem tego uzasadnic to przytoczmy taka anegdotke, ze ponoc Bruce Willis jest psychofanem AIH. a kto watpi w gust Bruce'a?


najlepszy moment: SAME OLD INNOCENCE

ocena: 8/10

14:39, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3
 Skala

10-"Ideału Potęga"

9,9-9,0-"widzę szczyt, a za szczytem zaszczyt za zaszczytem"

8,9-8,0-"będę brał cię, cię, ehe"

7,9-7,0-"joł joł, joł joł joł joł joł, wielkie joł!"

6,9-6,0-"ch** na to kładę bo i tak damy radę"

5,9-5,0-"będzie dobrze dzieciak, elo, do góry głowa!"

4,9-4,0-"to nie z mafią układy tylko szołbiznes"

3,9-3,0-to nie jest kawałek żeby się podobać"

2,9-2,0-"Boże, czy jeszcze coś gorszego stać się może?"

1,9-1,0-"ile dałbym by zapomnieć cię..."

0,9-0,0-"pozerskie gówna a prawdziwy rap to dwie odmienne k***a sprawy!"