Kategorie: Wszystkie | film | muzyka | pozostałe
RSS
wtorek, 31 marca 2009

rok wydania: 1990

wydawca: Sub Pop

 

zanim zaczniemy: zmarl Maurice Jarre. ten od soundtrackow i ojcowania Jean Michel Jarre'owi. wiec swieczuszki, RIPy i takie tam. a teraz konkrety.

jak wiadomo, zanim Chris Cornell zaczal sie wyglupiac w nowym wieku, przez dwie poprzednie dekady szefowal jednej z wazniejszych formacji lat 90tych, nalezacej do "Wielkiej Czworki Grunge'u". Soundgarden, psze panstwa.

chociaz Soundgarden mial swe momenty komercjnej chwaly, zwlaszcza po wydaniu "Superunknown" z singlowym "Black Hole Sun", to jednak przy wymienianiu najwazniejszych grungeowych kapel zawsze bedzie "ta trzecia" czy nawet czwarta w kolejnosci kapela - po Nirvanie i Pearl Jam. a przeciez tak na dobra sprawe to wlasnie oni przecierali na swoj sposob szlaki. z calej czworki to oni najwczesniej zaczeli grac no i przede wszystkim jako pierwsi podpisali deal z majorsem. ale zanim to drugie wydarzenie nastapilo nastapilo, zaliczyli nagrywanie dla mekki "brzmienia Seattle", czyli Sub Popu. tam wydali swe pierwsze dwie Epki, kolejno w '87 i '88, ktore w '90 roku wydano w formie splitu.

nie ma co ukrywac - brzmi to wszystko dosc rahitycznie. tak jesli chodzi o rejestracje jak i, choc w mniejszym stopniu, sam songwriting. dokladnie slychac, kiedy panowie podkrecaja wzmacniacze, sample (jak gadanina kaznodziei w "Hand Of God") zapewne byly puszczane w trakcie grania. o nagrywaniu na setke oczywiscie nie trzeba wspominac. ale co z tego wynika? no wlasnie nic. bo kto by zwracal uwage na takie drobiazgi, kiedy przez pol godziny lezy powalony energia przelewajaca sie z tej muzyki. okreslenia takie jak energia, szalenstwo, zywiol pojawiaja sie w reckach wydawnictw rockowych az przesadnie czesto, ale to naprawde pierwsze pojecia jakie przychodza na mysl przy sluchaniu tych EPek (o ile jestesmy w tym czasie w stanie myslec o czymkolwiek). nie zdziwilbym sie, gdyby w jakiejs biografii Soungarden (no wlasnie - czemu takowje wciaz nie ma?) okazalo sie, ze przy nagrywaniu tych numerow muzycy rozwalili gitary, jakis wzmacniacz eksplodowal, palker polamal blachy (jesli dodamy, ze gra tu Matt Cameron, to rzecz staje sie jeszcze bardziej prawdopodobna)...

najbardziej hmmm perspektywicznym kawalkiem z tego cedeka jest na pewno posepny, psychodelizujacy "Nothing To Say". taki Soundgarden bedzie rzadzic na przyszlych wydawnictwach. dzieki takim numerom ekipa Cornella bedzie okreslana jako ta najbajrdziej metalowa ze sceny Seattle. jako ta, w ktorej wplywy Black Sabbath na grunge bedzie najbardziej widoczny. choc moznaby dorzucic tez pare innych nazw. "Tears To Forget", chyba do dzisiaj najbarziej dziki numer tego zespolu (zwlaszcza w kwestii wokalnej - OMFG, co tu Krzychu wyprawia!), moglby bezproblemowo zasilic repertuar Motorhead. przypuszczam ze ze wzgledu na gorkowe zapedy w glosie Cornella mogly tez w tym czasie, gdy probowano okreslic zjawisko zwane Soundgardenem, padac takie nazwy jak Led Zeppelin czy Whitesnake. choc jesli chodzi o same dzwieki, to zdecydowanie blizej bylo zalodze Rberta Planta. 

ale to jesli chodzi o "Screaming Life". bo "Fopp" to dosyc specyficzne wydawnictwo. ktore sprawia wrazenie starszego niz "SL". jeszcze gorsze brzmienie. no i tylko 4 utwory, z czego autorski jest tylko "Kingdome of Come". bo dalej mamy "Swallow My Pride" z repertuaru Green River, brzmiacy dosyc Mudhoney'owo (co dziwic nie powinno, zwazywszy na sklad osobowy GR i Mudhoney). no i "Fopp" niejakich Ohio Players, mocno przesiakniety funkiem (deciaki!!!!). zeby bylo weselej, ten ostatni dostajemy tez w remixie... dubowym. purysci (tak grandzowi, jak i dubowi) dostaja zawalu. 

mozna powiedziec, ze taka mnogosc nazw i stylistyk moglaby swiadczyc o wszechstronnosci. sprawiedliwiej byloby jednak powiedziec, ze te EPki to bardziej swiadectwo poszukiwania wlasnego stylu. co nie zmienia faktu, ze nie mam watpliwosci, ze juz na tej wysokosci slychac kapitalny zespol.

a, i jeszcze cos. przy tym calym namecheckingu, z dominacja kapel metalowych, warto byloby dorzucic jedna nazwe. Sonic Youth. slychac w tych nagraniach pewna noisowosc, sympatie dla klujacych w uko dzwiekow. nie mowiac juz o tym, ze sporo tu ducha punkowej bezkompromisowosci bliskiej nowojorczykom. co moze swiadczyc, ze pomimo iz kazdy zespol z Seattle wypracowal swoj styl, to byl pewien wspolny pierwiastek w ich graniu, dzieki ktoremu mozna bylo postawic obok siebie tak teoretycznie rozne kapele jak Soundarden i Nirvana. byc moze ten pierwiastek ma wlasna nazwe. na G.

 

najlepszy moment: NOTHING TO SAY

ocena: 7/10

14:13, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 30 marca 2009

rok wydania: 1999

wydawca: A&M

 

 zostajemy w tym samym kregu towarzyskim. bo przeciez Alain Johaness, ktory jest jednym z regularnych wspolpracownikow Queens Of The Stone Age, znacznie przyczynil sie do powstania pierwszej solowki Cornella - jako producent, muzyk, a i tez w znacznej czesci materialu jako kompozytor. podobnie zreszta jak jego partnerka zyciowa, niezyjaca juz niestety Natasha Shneider (poleci seksizmem, ale dekolt jakim raczyla uczestnikow koncertu QOTSA w Warszawie '05 jest nie do zapomnienia, prawda Lehu?). ale powodow do takiej a nie innej notki jest jeszcze pare. przede wszystkim to plyta "uzytkowa", sprawdzajaca sie najlepiej w "zerostanach". mieszanina dolka psychicznego, wkurwa i poczucia bezsilnosci. opis dzisiejszego dnia jak znalazl, wiec witaj Euforyczny Poranku. no i, last but not least, musze odreagowac traume, jaka wywolalo zapoznanie sie z nowymi, Timbaland-produced piosenkami Krzyska (timbo, cornell - why?? for money??).cofnijmy sie wiec w czasie o rowne 10 lat. do czasu, kiedy moze nie tworzyl wybitnych piosenek. ale przynajmniej byly jak najbardziej "jego".

trudno orzec, czemu ta plyta jest tak zdolowana. rozpad Soundgarden? ale przeciez to byla w duzej mierze decyzja Cornella. poza tym wtedy jeszcze nie wiedzial, jak niefajnie potoczy mu sie post-soundgardenowa kariera. smierc kumpla, Jeffa Buckley'a? o, to juz blizej. zreszta, "Wave Goodbye" jest dedykowana temu tworcy. paradoksalnie, numer brzmi w tym zestawie jakby najoptymistyczniej. jest w nim jakas nadzieja. czego nie da sie powiedziec o reszcie piosenek.

gdyby najkrocej opisywac ten album, to powiedzialbym, ze to "Fell On Black Days" razy 13. to jesli chodzi o klimat. bo brzmieniowo to wrec oczywiste nastepstwo finalnego dokonania zespolu Krzycha "Down On The Upside". czyl pierwiastek metalowy zupelnie juz wyparowal. jesli gdzies pojawiaja sie reminiscencje hardrocka, to przede wszystkim Led Zeppelin. pozniejszego, z orientalizujacymi gitarami Page'a. tak elektrycznymi, jak i akustycznymi. bo te drugie wydaja sie t byc w silnej przewadze. przypuszczam zreszta, ze wszystkie te numery powstaly wlasnie na akustykach, gdzies w domowych pieleszach Cornella (zreszta "Sweet Euphoria", jak widnieje w booklecie, to rzecz "recorded at home"). dopiero pozniej urozmaicono znacznie je w studiu, przy udziale wspomnianej wczesniej pary. i gromady perkusistow, z ktorej najbardziej zwracaja uwage nazwiska Billa Rieflina (ex-Ministry, R.E.M.), bylego kompana z Soundgarden Matta Camerona i wszechobecnego Josha Freese'a.

a same piosenki? pamietam ze kiedy nieodzalowany Atomic TV katowal klip do "Preaching The End Of The World", zawsze wylaczalem telewizor. zawsze. strasznie dolujaca rzecz, choc odrobine lepiej wypada sluchana wraz z innymi trackami z EM. znacznie lepiej wypada inny singiel, najdynamiczniejszy tutaj "Can't Change Me". Krzychu doklada leciutko do pieca jeszcze w "Mission". bo reszta to inna bajka. "When I'm Down" traci knajpiana ballada. dolozona na bonus francuskojezyczna wersja "Can't Change Me" rowniez muzycznie przywoluje w glowie obrazki Paryza (ah ten akordeon). ale da sie tez znalezc w paru trackach ten charakterystyczny, soundgardenowy klimat rodem z "Burden In My Hand" czy nawet "Black Hole Son" - "Pillow Of Your Bones", "Disappearing One" czy cudny "Steel Rain" (co za final!). no i jeszcze singlowy "Flutter Girl", ktory zreszta powstal w czasie "Superunknown". piekielnie rowny material, w ktorym ciezko cokolwiek wyroznic.

mozna sie spotkac z opinia, ze Cornell to totalny narcyz, zakochany w sobie i przede wszystkim swym glosie. coz, gdybym tak spiewal jak tworca tej plyty to bym nawet sie masturbowal z mysla o swym wokalu. co wazne jednak, wydaje mi sie ze nawet jesli te piosenki sa "pod" jego glos, to na wysokosci "EM" pamietal jeszcze o tym, by te piosenki byly jeszcze przekonujace. i nawet jesli "EM" nie jest w zaden sposob dzielem wybitnym, to zyskuje w czasie. a konkretniej - wraz z kazda plyta podpisana nazwiskiem Cornella. szkoda mi strasznie tego typa.

 

najlepszy moment: STEEL RAIN

ocena: 7,5/10

17:19, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 29 marca 2009

rok wydania: 2007

wydawca: Rekords Rekords

 

wracamy do gitar.

przyznam ze mam z Queens Of The Stone Age spory problem. z jednej strony uwielbiam Josha Homme za to, ze z QOTSA pielegnuje jak zaden inny zespol nalog tysiecy maniakow uzaleznionych od dzwiekowej mixtury, potocznie zwanej stoner rockiem, wywolany muzyka Kyussa. z drugiej strony wciaz trudno pozbyc sie zalu o to, ze QOTSA nie jest Kyussem. tak jakby dziewczyna z Toba zerwala, w zwiazku z czym wiazesz sie z jej siostra. wierzac ze zastapi Ci utracona milosc. i koniec koncow zakochujesz sie, ale tylko w tych cechach jej charakteru i wygladu wspolnych dla tego rodzenstwa. przyznacie, niefajna sytuacja. ale trzeba w koncu sie ogarnac i dostrzec, ze QOTSA to osobny twor. osobna jednostka. ze to krolowa, ktora moze zawladnac Twym sercem na swoj wlasny sposob. i tak, mam nadzieje, stanie sie za pomoca "Era Vulgaris".

bo owszem, jest tu sporo podobienstw do debiutanckiego krazka QOTSA, ktory juz chyba na zawsze pozostanie tym moim ulubionym. przede wszystkim - przyswajalnosc materialu. owszem, QOTSA nigdy nie byli nachalnie przebojowi. ale kontakt z EV przypomnial mi to co czulem obcujac z plytamy Kyussa - to przebijanie sie przez psychodeliczna mgielke i pustynny piach w poszukiwaniu kapitalnej melodyki. na EV moze tej pustyni wiele juz sie nie ostalo, ale przebicie sie przez brzmieniowa bariere juz dawno nie wymagalo u QOTSA takiego wysilku jak na EV. ale ile radosci, gdy w koncu osiagnie sie cel! raczej nie mozna bylo nigdy zarzucic Joshowi chodzenia na kompromisy, ale trudno oprzec sie wrazeniu, ze dostarczyl obecnemu wydawcy, Universalowi, najmniej przyjaznie brzmiacego materialu (debiut byl wydany jeszcze w niezaleznym labelu). byc moze przysluzyl sie temu powrot za konsolete Chrisa Gossa, nie bez przyczyny nazywany ojcem stoner rocka.

czas jednak dostrzec, zaakceptowac, polubic i w koncu pokochac to, co stanowi sedno muzyki nowego zespolu Josha. swoja droga taki lekki paradoks - tak sie sklada, ze moim najulubienszym numerem QOTSA (z debiutanckiej plyty, a jakze) jest "If Only". rodzynek z bardzo Kyussowo brzmiacych poczatkow Queensow, ktory mozna uznac jako ten numer, ktory wskazal droge ku osiagnieciu calkowicie wlasnemu soundowi tej kapeli. a wspominam o nim dlatego, ze kawalek ten bardzo by pasowal do repertuaru Era Vulgaris, jak do zadnej innej plyty QOTSA. prosty rockendrollowy riff, bardziej punk rockowy niz black sabbathowy (choc przefiltrowany przez unikalny styl Homme'a), charakterystyczna motoryka, a wszystko to spowite garazowym soundem. no, takim garazem umieszczonym na pustyni. sporo tu numerow pasujacych do tej definicji, zwlaszcza w pierwszej czesci materialu. z genialnym, choc chorym i przerazajacym ciut w klimacie przebojem tej plyty, nazwanym, nomen omen, "Sick, sick, sick".

oczywiscie nie jest tak, ze chlopaki przypomnieli sobie o swietnym swym kawalku z przyszlosci i postanowili wszystkie zdobyte w miedzyczasie doswiadczenia rzucic precz, poczyniajac dziwnie rozumiany "powrot do korzeni". "If Only", choc mentalnie wpasujacy sie w "EV", bylby tutaj najprosciej brzmiacym kawalkiem. bo reszta jest znacznie bardziej "przypimpowana", wypasiona. nawet jesli tworza kawalek od biedy wpasowujacy sie w schemat "zwrotka-refren-zwrotka-refren-mostek-refren", to dorzucaja np mechanicznie brzmiacy wokal "I'm designer", albo buduja riff ze sprzezen i innych bajerow godnych toma morello ("Misfit Love"). w takim towarzystwie to nawet urzekajacy, ciut balladowy w wyrazie i z cudnie soulujacym refrenem "Make It Wit Chu" (wziety, by bylo smieszniej, prosto z pustyni - "Desert Sessions") sprawia wrazenie dziwaka.

jest tu tez grupa numerow, w ktorych rozgryzanie nie tylko melodii, ale i samej struktury moze stanowic wyzsza szkole jazdy. w ktorych kontekscie mozna uzyc sformulowania "progressive rock". w tej kwestii rzadza "Run, Pig, Run" czy przede wszystkim dorzucony bonusowo "The Fun Machine Took A Shit & Died". spokojnie jednak, blizej temu do King Crimson niz Yes. czyli szalenstwo bardziej niz teatr.

czyli co? wypas moim zdaniem, choc nie od razu tak uznalem. wypas, choc w duchu to punkowa mimo wszystko plyta. gdzie mimo brzmieniowego bajeru clou programu stanowi trzech panow - Troy Van Leeuwen, Joey Castillo (dzieki temu panu wcale a wcale nie tesknie za Davem Grohlem) i oczywiscie Josh Homme. jesli chodzi zreszta o wokalne kwestie, to akurat tutaj mamy teatr jednego aktora, czyli Josha wlasnie. na tyle efektywny (i efektowny), ze nawet nie zal, ze gesto udzielajacego sie na poprzednich cd QOTSA Marka Lanegana slychac (i to calkiem slabo) tylko w jednym utworze (skadinad srednim "River In The Road"). podobnie zreszta za symboliczny mozna uznac wystep Juliana Casablancasa w "Sick, Sick, Sick". symboliczny, choc znamienny. bo udzial lidera The Strokes, czolowego reprezentanta nowej rockowej rewolucji potwierdza to, ze choc QOTSA tworzy calkowicie wlasna muzyke, to ladnie wpasowuja sie w to, czym dzisiejsza rockowa scena stoi. gdyby np taki "3's & 7's" troche "komercyjnie podrasowac", spokojnie moglby znalezc sie w repertuarze The Hives (choc poczatkowa zagrywka gitary kojarzy mi sie natretnie z "Smells Like Teen Spirit"). ciekawe, jak wypadnie Homme jako producent Arctic Monkeys...

najtrudniejsza najprawdopodobniej plyta QOTSA. pomimo to (a moze wlasnie przez to?) byc moze tez najlepsza od czasu debiutu. Queens Of The Stone Age najlepszym zespolem wsrod kapel rockowych i najbardziej rockandrollowa zaloga wsrod najwiekszych wykonawcow dzisiejszej muzyki - to bez watpienia.

 

najlepszy moment: SICK, SICK, SICK

ocena: 8/10

20:15, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »

nie chcialem pisac o tym meczu. to bylo jedno z najbardziej traumatycznych wydarzen w moim zyciu. wiekszej zenady w wykonaniu reprezentacji Polski nie widzialem. a moze powinienem napisac - nie widzialem od dluzszego czasu? hmmm... moze od meczu ze Slowacja? albo od Euro 2008? nie. to byla naprawde najwieksza zenada.

teraz, gdy emocje troche opadly, nie pozostaje mi napisac nic innego jak: Zegnaj Leo. nie zapomnimy Ci nigdy wprowadzenia Polski na Mistrzostwa Europy. nie zapomnimy odkrycia takiego talentu jak Blaszczykowski. ale badz facetem i daj sobie spokoj. przyznaj ze nie masz zupelnie pomyslu na te druzyne. przyznaj sie choc raz do popelnienia "fuckin" bledu. nie odstawiaj zenady z tlumaczniem sie, ze gdyby fabianski byl zdrowy to on by zagral. przyznaj ze TY wybrales by Boruc gral, ty go wystawiles na podstwie tego co prezentowal (?) na treningach. okej, kazdy popelnia bledy. ale ty choc raz w zyciu sie do niego przyznaj czlowieku!

dopoki za Toba staly wyniki mozna bylo wybaczyc zarozumialstwo, obwinianie wszystkich dookola a przede wszystkim podjecie wspolpracy z Feyeenordem. bo dopoki nie przeszkadza to wszystko w tym, by Polacy coraz bardziej sie zblizali do mundialu 2010 to wszystko okej. ale tak nie jest. wiecej - my sie oddalamy od tego mundialu w kompromitujacy sposob. 

i nie obchodzi mnie, kto mialby przejac reprezentacje. ja tej druzyny, pod wodza beenhakkera, juz nie chce ogladac.

no i chcialoby sie napisac - zegnaj Arturze. bo rzeczywiscie, na dzien dzisiejszy Boruc nawet nie jest cieniem tego bramkarza, ktory zachwycil na Euro. ale wierze ze to tymczasowy zanik formy. wiec zegnaj tymczasowo.

piątek, 27 marca 2009

rok wydania: 2003

wydawca: Street Records Corporation

 

 moze statystyki notek na to nie wskazuja, ale rap lubie niewiele mniej od gitar. byl zreszta czas, kiedy te proporcje byly odwrotne. jakos tak sie tez zlozylo, ze jesli chodzi o produkcje hiphopowe to nie potrafie byc tak krytyczny jak wobec rockowych czy metalowych. no ale tez sa kurwa jakies granice. dzis porozmawiamy o Akonie.

pamietam, ze pare lat temu na jakims minimelanzu z telewizorem w roli glownej, w pewnym momencie polecial na vivie przedziwny numer. w refrenie sampel puszczony na przyspieszeniu, brzmiacy jak jakis r. kelly czy inny lerek ktory przez pomylke nawciagal sie helu zamiast koksu. w zwrotkach murzyn brzmiacy maxymalnie pizdowato, tak przez barwe glosu, umiejetnosci raperskie jak i sam tekst piosenki. rzut okiem na info pod koniec teledysku. a ze wzrok nienajlepszy to widzac 4 literki wniosek moj mogl byc tylko jeden - NANA SIE REAKTYWOWAL!! jesli ktos wychowywal sie w latach 90tych to zapewne pamieta ten germanski wynalazek promowany na vivie, gdzie czarnoskorej wersji norbiego towarzyszyl operowy zaspiew "he's coming he's coming he's heeeere have no feeeear!". straszne to bylo. pocieszeniem bylo jednak to, ze drugi raz ten numer nie przejdzie i ta nowa reinkarnacja Nany zniknie rownie predko co jego poprzednik.

minely jednak dwa lata, znow wlaczam telewizor i co widze? ten sam Murzynek podspiewuje w teledysku z Eminemem! a w kolejnym lansuje sie obok Gwen Stefani. nagle ten Akon/Nana zaczal sie pojawiac w co drugim teledysku i to z topowymi wykonawcami! "WHAT DA FUCK?"  pomyslalem. czy to jakis sposob na pozyskanie lokalnej publiki poprzez zadawanie sie z jej najwieksza gwiazda? ale od kiedy Senegal (bo stad, jak sie okazalo, pochodzi nasz bohater) jest jakims specjalnie dochodowym rynkiem dla amerykanskich gwiazd? (nie ublizajac sympatycznemu kraju jakim jest niewatpliwie Senegal) a moze masonski spisek, zydowskie lobby, ktore swego czlowieka dla niepoznaki pomalowalo na czarno? niby rysy nic na to nie wskazuja, choc... dobra, nie bedziemy tu AndrzejBuda'owac, ale naprawde, zjawisko pod tytulem Akon jest przerazajace.

bo koles reprezentuje soba dokladnie wszystko to, czego w hiphopie (zakladajac ze mozna to nazwac hh'em) nienawidze. sztucznie do granic przyzwoitosci brzmiace podklady, totalnie wyprute z energii i jakiegokolwiek kozactwa. i pal licho, ze facet sam sobie te wszystkie podklady pisze (byc moze to podoba sie jego licznym wspolpracownikom), pal licho ze slychac w nich wplywy world music. okej, moze pare trackow ujdzie. ale muzycznie. bo jesli chodzi o wokalna strone to juz nie ma litosci. ja wiem, barwy glosu sie przy narodzinach sobie nie wybiera. ale NIGGA, PLEAZZZ!!! jeszcze brzmi to w miare przekonywujaco, kiedy chodzi o piosenki typu "black power". no tu chyba wie o czym mowi. ale jesli typ tym swoim glosikiem zapodaje gangsterskie teksty i biadoli o tym jakie ciezkie jest zycie w wiezieniu, to po prostu... no ja mysle, ze ja chyba wiem czemu mu tak ciezko bylo w tym wiezieniu... a gdybym byl kobieta, to jesli facet zaserwowalby mi piosenke typu "Lonely" (o ktorej mowilismy pare akapitow wczesniej) jako argument ku temu by do niego wrocic, to oskarzylabym go o naruszenie dobr osobistych i gwalt na psychice. dramatem jest to takze, ze facet uznal, ze ten patent z "helowym glosikiem" idealnie pasuje do jego wizji rapu i stosuje go czesciej. DRAMAAAAT KUUURWAAAA.

dlaczego wiec koniec koncow taka wysoka ocena? bo mimo wszystko pare kawalkow kwalifikuje sie jako "guilty pleasures" (np "Journey" z fajna partia gitary). i dlatego ze mimo wszystko sa gorsi. ba, wybaczylbym nawet Akonowi bycie Akonem, gdyby robil sobie ta swoja odmiane rapu gdzies tam z boku i nikomu nie przeszkadzal. w koncu kazda potwora znajdzie swego amatora. robienie jakiegokolwiek wiekszego szumu wokol Akona powinno byc jednak karalne. bo to naprawde bardzo sredni zawodnik jest.

 

najlepszy moment: JOURNEY

ocena: 5/10

19:46, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
 Skala

10-"Ideału Potęga"

9,9-9,0-"widzę szczyt, a za szczytem zaszczyt za zaszczytem"

8,9-8,0-"będę brał cię, cię, ehe"

7,9-7,0-"joł joł, joł joł joł joł joł, wielkie joł!"

6,9-6,0-"ch** na to kładę bo i tak damy radę"

5,9-5,0-"będzie dobrze dzieciak, elo, do góry głowa!"

4,9-4,0-"to nie z mafią układy tylko szołbiznes"

3,9-3,0-to nie jest kawałek żeby się podobać"

2,9-2,0-"Boże, czy jeszcze coś gorszego stać się może?"

1,9-1,0-"ile dałbym by zapomnieć cię..."

0,9-0,0-"pozerskie gówna a prawdziwy rap to dwie odmienne k***a sprawy!"