Kategorie: Wszystkie | film | muzyka | pozostałe
RSS
piątek, 30 grudnia 2011

rok wydania: 2011

wydawca: Deutsche Grammophon

 

jako ze dzisiejsza notka zegnamy 2011 rok, wypadaloby napisac o czyms bardziej konkretnym anizeli kolejny mixtape. o kim tu dawno nie bylo... wiem! Tori Amos!

wiem ze dla niektorych bedzie to mieszanie sacrum z profanum, ale jedna rzecz jest dosc wspolna dla swiata sztuki i sportu. a jest nia tzw forma, rozumiana jako umiejetnosc wykorzystywania swego potencjalu/talentu w jak najwiekszym stopniu. forma niestety ma te smutna przypadlosc, ze nie trwa wiecznie. i niby wydaje sie to powszechnie zrozumiale, jednak sa ludzie, ktorzy wciaz wierza w to, ze Smolarek znow zacznie strzelac gole najwiekszym potegom pilkarskim, a Kult nagra wreszcie dobra plyte. jesli mam byc szczery - sam sie do nich zaliczam.

tym bardziej, ze historia zna calkiem dobrze takie przypadki. i naprawde nie trzeba az tak daleko szukac - vide Najwiekszy z Najwiekszych, Bob Dylan. czy bardziej wspolczesny przypadek w postaci Pearl Jam, ktory "Backspacerem" ponownie zlapal wiatr w zagle. oczywiscie poziom najwiekszych dokonan sprzed lat takich tworcow pozostaje na zawsze nieosiagalny, jednak zawsze mozna sie do przynajmniej do niego zblizyc na wyciagniecie reki, moze dwoch - moim zdaniem gra warta swieczki. bywa i tak, jak w przypadku ostatniego RHCP, ze nawet jesli takowe dokonanie nie ma minimalnych szans w starciu z klasycznymi pozycjami w dyskografii, to wciaz slucha sie go na tyle sympatycznie, ze mozna oderwac sie od porownan. a to juz naprawde sporo.

coz, Tori Amos nie miala szczescia w ostatniej dekadzie. jeszcze gorzej jej casus wyglada na tle kolezanek z pamietnej Rolling Stone'owej okladki. Pj Harvey w tym roku po raz kolejny rzucila na kolana recenzencka brac za sprawa "Let England Shake", stajac sie powoli meskim odpowiednikiem Toma Waitsa - czyli artysta, ktorego czas sie nie ima, przynajmniej w czysto artystycznym aspekcie. i, co wazne, nie ma to nic wsolnego z przypadkiem "swietej krowy". juz predzej mozna by o to oskarzyc Bjork, ktorej ostatnie dokonania artystyczna rozumie prawdopodobnie wylacznie ona sama (a i to pewnym nie jest), a mimo to wciaz moze liczyc na pelna akceptacje tak krytykow, jak i fanow.

a tymczasem Tori... Tori sie pogubila w XXI wieku. poczatek konca mozna datowac na "Scarlet's Walk", choc paradoksalnie to z tym albumem zwiazane sa najwieksze sukcesy komercyjne Tori. przesada bylyby sell-outowe zarzuty, faktem jest ze na tym albumie poznalismy diametralnie inny pomysl Tori na siebie, niekoniecznie taki, jaki chetnie ujrzeliby dotychczasowi fani. kraina lagodnosci, bajkowy klimat wypruty z rockowo-feministycznych ciagotek z plyt ubieglych, kierowany do rozmarzonych humanistek (gdyby Tori nagrywala w Polsce, to jestem wiecej niz pewien, ze koncertowalaby z Czeslawem Spiewa, a do duetow zapraszalaby Roguckiego). niestety wydany pare lat pozniej "The Beekeper" pokazal, ze tamten wizerunek nie powstal specjalnie na potrzeby konceptu poprzedniczki. i chociaz przegladajac dzis archiwalne recenzje Tori doszedlem do wniosku o zbytniej surowosci w ocenianiu Amos'owych wydawnictw (rowniez "Beekepera" to dotyczy - ta plyta jest owszem cienka jak sik weza, ale nie wiem czy zasluguje az na 5/10, co jest chyba najnizsza ocena w historii tego bloga), to nie ma co ukrywac - bylo coraz gorzej. a koncepty na kolejne albumy (przekroj tematyczny szeroki, obemujacy zarowno ataki naBusha, jak i koledy i pastoralki) bardziej tracily rozpaczliwym szukaniem pomyslu na siebie anizeli pragnieniem podejmowania nowych artystycznych wyzwan. znamiennym moze (choc nie musi) byc to, ze w przeciagu tych 10 ostatnich lat nasza dzisiejsza bohaterka byla zwiazana z az trzema wytworniami, co akurat na anglojezycznych rynkach jest dosc niezlym wynikiem. "Night Of Hunters" to znow nowa wytwornia - tym razem jest to Deutsche Grammophon. glownie wydajacy muzyke klasyczna, a ostatnio takze kolejne szajbniete pomysly Stinga. no coz, nieprzypadkowo Tori trafila akurat tam.

fakt, jest to plyta JAKAS, za co warto pochwalic. po pierwsze - znow jest to koncept album. tym razem chodzi - niespodzianka! - o relacje damsko meskie. czyli glowna bohaterka czuje sie nieszczesliwa w zwiazku, ale spotyka na swej drodze tajemnicza istote, ktora czestuje ja kaktusem (tak, dobrze przeczytaliscie), po czym maja taka faze, ze cofaja sie kilkaset lat wstecz. a tam protagonistka spotyka siebie, a wlasciwie swe poprzednie wcelenie i co sie okazuje? ze to wcielenie tez tkwi w nieudanym zwiazku. to ci historia! oczywiscie wiem to wszystko z wikipedii, bo takze pod wzgledem lirycznym rudzielcowi zaczelo sie w ostatniej dekadzie wiesc gorzej, wchodac na tereny rezerwowane przez wspomnianego lidera Comy.

skupmy sie zatem na dzwiekach, bo te wypadaja o wiele lepiej. to co najwazniejsze - aranzacje ograniczaja sie do fortepianu i orkiestracji, co na taka skale jest nowoscia w jej dyskografii. co wiecej - kompozycje sa inspirowane tworczoscia arcymistrzow muzyki sprzed stuleci (stad taki a nie inny label) pokroju Bacha, Debussy'ego, Schuberta czy tez... Chopina (na tym zreszta nie koniec polskich watkow - za orkiestracje odpowiadaja m.in. polscy muzycy - czyzby wplyw Piotra Kaczkowskiego?). i chociaz taki minimalizm w kontekscie tradcyyjnego maksymalnego wykorzystania objetosci kompaktu zwiastowal tragedie, to naprawde slucha sie tego lepiej od jakiejkolwiek plyty Tori wydanej po 2000 roku. nawet jesli material jest wyzbyt melodyjnych hoookow. troche zas kojarzy mi sie ten material z "Aerials" Kate Bush. tu zreszta tez bywaja teatralne wrecz wrzuty w postaci partii wokalnych podzielonych na rozne postacie. tu najwieksza ciekawostka - role "tajemniczej istoty" gra (a wlasciwie odspiewuje) sama corochna Tori. i choc na nowa gwiazde wokalistyki sie nie zapowiada, to te partie potrafia zaintrygowac, szczegolnie w "The Chase" (tytul jeszcze bardziej wzmaga skojarzenie z "The Trial" Pink Floyd).

tak, to zdecydowanie najlepsza plyta Tori od niepamietnych czasow. co niestety bardziej niz o jakosci tej plyty swiadczy o tym, w jakim kryzysie artystycznym sie ona znalazla. i chyba jednak wciaz w nim tkwi...

 

Szczesliwego Nowego Roku, Misie Pysie! pijcie palcie uzywajcie, bylebyscie sluchali Muzyki i konfrontowali opinie o niej z moja! widzimy sie w przyszlym tygodniu, elo!

 

najlepszy moment: FEARLESNESS

ocena: 7/10

01:07, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 grudnia 2011

rok wydania: 2011

wydawca: Polskie Radio

 

no dobra, czas pogadac znow o powaznej muzyce.

przyznam szczerze, ze ostatnimi czasy troche zapomnialo mi sie o Czeslawie Niemenie, o czym moze swiadczyc to, ze ostatnia notka na jego temat pojawila sie tu w polowie 2009 roku. na szczescie spadkobiercy Niemena (a konkretniej - wlasciciele jego spuscizny artystycznej) zapomniec o nim nie chca dac i wciaz wypuszczaja albumy sygnowane jego nazwiskiem.

oczywiscie mozna, wrecz nalezy miec ambiwalentny stosunek do takich praktyk. juz pomijam zenadne, regularnie wydawane best of'y (klasyczny przyklad: The Doors), do ktorych wydawca dorzuca jakis ochlap, byleby premierowy (czesto zreszta nie jest to prawdziwa premiera, tylko jakis b-side wyciagniety z singla wydanego tylko w san marino itp) - na zdesperowanych fanow zawsze wystarczy. ale rowniez tzw kolekcje rarytasow, szkicow i tym podobnej drobnicy muzycznej tez budza moje zastrzezenia (choc i tak finalnie przegrywaja one z ciekawoscia). wszystko rozbija sie o jedna, zasadnicza kwestie - czy Artysta, gdyby zyl, mialby cos przeciwko publikacji tych utworow. no tak, tyle tylko ze nie ma ona nic wspolnego z obiektywna wartoscia (?) samej Muzyki, a bardziej ze swiatopogladem artysty. ten sam material, ktorego publikacje zablokowalby perfekcjonista pokroju Michaela Jacksona, bardziej pazerny na pieniazki artysta puscilby w swiat bez jakiegokolwiek zastonowanie. to moze jakies inne kryteria? np to, czy dany material wnosi cos nowego do wizerunku jego Tworcy? albo jeszcze inaczej - czy jest w stanie wplynac negatywnie na nasza opinie o Artyscie (w druga strone raczej to sie nie zdarza, jesli mowimy o kims uchodzacego w naszym mniemaniu za Geniusza)?

ok, do sedna - gdzie w tym wszystkim lokuje sie "Pamietam Ten Dzien", nowy zbior nagran zmarlego prawie 8 lat temu Czeslawa Niemena?

44 piosenki, dwie plyty, dwie godziny Muzyki. czyli jest czego sluchac, co juz samo to nalezy poczytywac na plus wydawnictwa. ale tych pozytywow jest wiecej.

calosc sprezentowano chronologicznie, jednak wyrazniejszy podzial zarysowuje sie przy uwzglednieniu pochodzenia tych kawalkow. a konkretniej - mamy tu nagrania koncertowe i cala reszte.

ciekawiej wypada ta druga grupa, ale zajmijmy sie wpierw ta pierwsza. skladaja sie na nia niemal wylacznie nagrania z festiwali. poza tymi powszechnie znanymi, a odbywajacymi sie w Sopocie i Opolu (klasyczne wykonania "Dziwny Jest Ten Swiat", w dwoch odslonach!) mamy tez nagrania z osobliwego eventu pod nazwa "Festiwal Piosenki Radzieckiej" (przekorny, bo raczej malo kojarzacy sie z ZSRR "Moja Ojczyzna" do slow Norwida), a przede wszystkim z programu telewizyjnego "Muzyka Malego Ekranu", majacego tu najliczniejsza reprezentacje. to chyba jednak zarazem najslabsze momenty na plycie. nie aby totalnie zle - w koncu mowimy o klasykach pokroju "Pod Papugami" czy "Wspomnienie". rzecz w tym, ze aranzacja, choc niby orkiestrowa, traci plastikiem rodem z festiwali typu Eurowizja czy wlasnie Opole. nawet jesli nie sluchac tego az tak, to nie jest to zdecydowanie srodowisko naturalne dla Niemena.

skoro o "Pod Papugami" mowa - alternatywna wersja z '63 roku (czyli grube kilka lat przed oficjalna premiera), nagrana przy akompaniamencie zespolu bossa nova, to prawdziwa rewelacja wydawnictwa. tym spostrzezeniem mozemy rozpoczac rozwazania na temat drugiej grupy utworow. czyli wlasnie alternatywne wersje, ale przede wszystkim utwory obcojezyczne. te ostatnie stanowia w najwiekszym stopniu o sile kolekcji w kategorii "Odkrycia". chociaz rosyjskojezyczne piesni nie zaskakuja - wystarczy poczytac bio Niemena, ale tez i zajrzec do jego poprzednich plyt. ale juz pierwsze dwa utwory otwierajace album to szok. Niemien po... portugalsku? a jednak! chociaz z czystym fado porownania to nie ma - ale tym lepiej. w pewnym momencie jednak Niemen sie rozpedza i wpada w... jodlowanie. a skoro o takiej ekspresji mowa - w calosci poswiecony jej jest "Piosenka Tyrolskich Gorali". zazwyczaj noz mi sie w kieszeni otwiera przy takich wokalach, ale tym razem nie sposob usmiechnac sie od ucha do ucha. no i jeszcze dwa covery w jezyku Szekspira. o ile "Locomotion" wypada umiarkowanie (akcent znacznie kuleje), tak 'A Hard Day's Night" to rewelacja. symboliczna przeciez nawet. porozumienie na samiusienkim artystycznym szczycie. moj Boze, Niemen i The Beatles. czy ktos totalnie zakochany w Muzyce, a wychowany w Polsce jest w stanie wyobrazic sobie lepsze polaczenie?

pomimo fragmentow typu "Moja Ojczyzna" i "Smutny Ktos i Biedny Nikt", calosc skupia sie na bardziej piosenkowym obliczu Niemena. mniej docenianym przez krytykow, a bardziej przez masowa publicznosc. i chociaz wciaz wystawiam "Enigmaticowi" ocene 10/10, to jednak tez preferuje Niemena w krotszych, bardziej czytelnych formach. tych utworow nikt wciaz nie przebil, choc wielu probowalo je gwalcic w X-Factorach i innych potworkach. na pohybel skurwysynom.

 

najlepszy moment: POD PAPUGAMI

ocena: 8/10

01:45, rejczmen , muzyka
Link Komentarze (3) »
wtorek, 27 grudnia 2011

rok wydania: 2011

wydawca: DIY

pobierz album

 

swieta swieta i po swietach. ale ze kazda okazja jest dobra by zrobic tak zwana wigilie i za chwile na takowa lece, to dzis krotko. fatboy wydal nowy mixtape. swiateczny niby, ale ci co oczekuja remixow Cichej Nowy czy chocby "Last Christmas" srogo sie rozczaruja. wixa jak zazwyczaj. z mniejsza iloscia autoplagiatow niz dotychczas, z paroma calkiem sympatycznymi cytatami (Queen, Nirvana, Twin Peaks), ale... no coz, dla jednych bedzie to stary dobry Fatboy, dla innych opcja "znow to samo!". wybor nalezy do Ciebie.

 

najlepszy moment: hmmmm

ocena: 6/10

20:02, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 grudnia 2011

rok wydania: 2011

wydawca: DIY

pobierz album

 

ok, jednak we wtorek nie byla to osttania notka przed swietami. ale ta juz na pewno bedzie.

pamietacie te cudowna niewiaste, ktora czarowala glosem (i wygladem - check teledysk, OMG OMG OMG) w "Fantasy" Schoolboy'a? wrocmy do tej postaci.

Jhene Aiko, bo o niej oczywiscie mowa, ma dosc podobny zyciorys artystyczny do takze niedawno tu omawianej Jojo. obie wywodza sie ze sceny teenpopowej (Jhene zaczynala juz w wieku 14 lat u boku boysbandu B2K), by w pewnym momencie uwolnic sie z obciachowego, choc calkiem wygodnego komercyjnie jarzma i postawic na ciut ambitniejsza, moze nawet na swoj sposob ryzykowna odmiane popu. obie kolezanki przyplacily to niestety wiecznym oczekiwaniem na premiere swoich fonograficznych ponownych narodzin (choc niby w przypadku naszej dzisiejszej bohaterki przyszlosc jawi sie w ciut jasniejszych kolorach - w mijajacym roku podpisala deal z prestizowym labelem Def Jam). pewnym zadoscuczynieniem dla fanow - a niejako i dla siebie samych - maja byc mixtape'y, jakimi dziewczyny nas uraczyly na przelomie 2010 i 2011 roku.

ok, darujmy sobie dalsze analogie i skupmy sie wylacznie na "Sailing soul(s)". jak zostalo to wspomniane, kolezanka Jhene chce robic za powazna artystke. i choc miewam watpliwosci, czy ta nowoczesna odmiana r'n'b rzeczywiscie wciaz moze robic za powazna stylistyke, to trzeba przyznac, ze dosc do twarzy jej z takim brzmieniem. powolny, niemalze intuicyjny puls, atmosferyczne dzwieki szczelnie wypelniajace mimo wszystko dosc proste (bynajmniej nie oznacza to banalu) konstrukcje kompozycji - producenci podkladow robia jej tu idealne warunki do czarowania swym na w poly kobiecym, na w poly dziewczecym, ale zawsze ujmujacym (choc niekoniecznie rozerotyzowanym - to jedyny aspekt, ktory rozni wspomniany "Fantasy" od zebranego tu materialu). choc nie celuje ona w stratosfere wokalna firmowana przez chociazby Beyonce, to chocby takie "You vs Them" pokazuje, ile energii ta dziewucha wklada w spiew. i chyba to jest najwiekszy walor tego wydawnictwa.

bo ta monolitycznosc soundu jednoczesnie imponuje, co i jednak, przy takiej dawce, troche potrafi znudzic. niby liczba powtykanych urozmaicen aranzacyjnych (Lavigne'owy "Popular") czy, nazwijmy to, personalnych (m.in. Drake, choc akurat "July" traci imho lekkim fajansiarstwem) nie pozwala wybrzydzac, a jednak ciezko jarac sie tym materialem tylko dlatego, ze brzmi inaczej niz to, co na codzien jest nam serwowane w radiu jako r'n'b. pomijam juz nawet "dyskusyjna" przebojowosc (ok, bez uefemizmow - po prostu jej prawie nie ma). to moze robic za paradoks w sumie - czlowiek sie cieszy, ze brzmi to inaczej niz hity Rihanny czy Kate Perry, a i tak koniec koncow wroci do sluchania "Hot N Cold" czy "Man Down".... hej, przeciez "Man Down" tez ma zajebiste brzmienie!

jeszcze raz: Wesolych!

 

najlepszy moment: SPACE JAM

ocena: 7,5/10, jednak

23:43, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 grudnia 2011

rok wydania: 2006

wydawca: DIY

pobierz album

 

to jest pierwszy mixtape Jay Rock'a, rapera z Zachodniego Wybrzeza.

nie no, ale bez kitu. moze to ze mna cos nie tak? mixtape pochodzi sprzed 5 lat, a wnioski te same co w przypadku "Black Friday". wszystko gra cacy, bity bez zarzutu, ficzury poziom trzymaja (glownie K Dot) cos tam nawet zaskakuje (gitara hardrockowa w "K Dot Freestyle", w ogole to fristajle na tym mixie wypadaja lepiej niz tzw "normalne" kawalki), ale... nawet po kilku przesluchaniach nic nie zostaje w glowie. zaden numer, ktory ciagnalby calosc do przodu. ot, tzw rap muzyka tla. i z cala sympatia dla umiejetnosci Jay'a - kiedy wrzucilem mixtape na rotacje winampowa bez wgladu w trackliste, przy pierwszym walku pomyslalem "o! xzibit na ficzurze!". okazalo sie, ze to jednak sam gospodarz albumu byl...

w sumie jest mozliwosc, ze to ostatnia notka w tym tygodniu, bo jutro i pojutrze zem zajety, a w Swieta odpuscimy sobie pisanie. a skoro tak, to zycze Wam by te swiateczne dni minely Wam tak, jak sobie zazyczycie - szczesliwie, spokojnie, imprezowo, albo po prostu bezbolesnie. mam nadzieje ze dostaniecie jak najwiecej Muzyki pod choinka. najlepiej w formie CD lub winyli. a najlepiej w oryginalach, a nie wypalane CD-R'y.  sluchajcie Muzyki, ogladajcie filmy, chodzcie do teatru i na wystawy. nie dajcie sie oglupiac telewizorowi, niezaleznie czy leci w nim "Voice Of Poland" czy Tvn24. buzka, elo.

 

najlepszy moment: READY FOR WAR (FEAT. YG)

ocena: 6,5/10

22:07, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
 Skala

10-"Ideału Potęga"

9,9-9,0-"widzę szczyt, a za szczytem zaszczyt za zaszczytem"

8,9-8,0-"będę brał cię, cię, ehe"

7,9-7,0-"joł joł, joł joł joł joł joł, wielkie joł!"

6,9-6,0-"ch** na to kładę bo i tak damy radę"

5,9-5,0-"będzie dobrze dzieciak, elo, do góry głowa!"

4,9-4,0-"to nie z mafią układy tylko szołbiznes"

3,9-3,0-to nie jest kawałek żeby się podobać"

2,9-2,0-"Boże, czy jeszcze coś gorszego stać się może?"

1,9-1,0-"ile dałbym by zapomnieć cię..."

0,9-0,0-"pozerskie gówna a prawdziwy rap to dwie odmienne k***a sprawy!"