Kategorie: Wszystkie | film | muzyka | pozostałe
RSS
czwartek, 31 grudnia 2009

rok wydania: 1998

wydawca: Nothing

 

siema dzieciaczki. dzis szybciutko, wszak sylwester za pare godzin, a chcialem sobie dzis jeszcze cos skrobnac tu i zyczyc Wam wszystkiego najlepszego. ale to za chwile.

wiec mamy sobie pierwszego singla z plyty "Mechanical Animals". i w sumie solidny zaskok ze strony pana Briana Warnera. zamiast mhhhroku, przytlaczajacej produkcji trenta reznora i zgrzytliwosci -klasyczny wrecz songwriting, nawiazujacy do glam rocka, davida bowiego czy t.rex. zwrotka/refren, klasyczna partia gitary, niespieszne tempo pozwalajace rozkoszowac sie pomyslami aranzacyjnymi. wlasciwie tylko w wokalu Mansona czuc ze to (sic!) Manson, choc i na tym polu zaszly zmiany - chlopak w refrenie najzwyczajniej w swiecie spiewa. summa sumarum - numer najlepiej realizujace zalozenia "MA" dotyczace retro-nawiazan.

w ramach bonusu dwa klasyki w wersji live: slynny cover "Sweet Dreams" i "Apple Of Sodom". przyzwoicie.

no i tyle, jesli chodzi o blogowynurzenia muzyczne (i niby nie tylko) w 2009 roku. zycze sobie i Wam jak najwiekszej ilosci odkryc muzycznych, wciaz poszerzajacych sie horyzontow w tym temacie i abysmy przy tym calym zdobywaniu wiedzy muzycznej, scrobblowaniu, RYM-owaniu, recenzowaniu nie zgubili (ba! moze nawet usprawnili) tego co najwazniejsze - czyli przezywania muzyki, emocjonalnego reagowania na nia. innymi slowy - wzruszajcie sie, doznawajcie, radujcie sie. i milo by bylo, by w tym nadchodzacym roku - a w sumie to juz i w nowej dekadzie - troche proporcje sie wyrownaly i takze swieze wydawnictwa Was intrygowaly, a nie tylko starocie sprzed dekad. zreszta, poruszymy ten temat w podsumowaniu 2009 roku. oby mi sie udalo zmobbilizowac i cos takiego skrobnac.

a z zyczen nie dotyczacych muzyki czy sztuki w ogole? hmmm.... Szczescie jest dla lamusow, wiec Spokoju Ducha zycze. i zeby jak najwiecej zalezalo od Was. jak tak bedzie, to "wiecie co macie z tym zrobic".


najlepszy moment: THE DOPE SHOW

ocena: 6,5/10

15:08, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
środa, 30 grudnia 2009

rok wydania: 2009

wydawca: Mr.305

 

sylwester idzie, moze o czyms dla odmiany stricte wixiarskim pogadamy?

znacie Pitbulla? oczywiscie ze nie znacie. koles niby wydal czwarta plyte, ale zwrocil kto uwage na jego wczesniejsze dokonania poza ziomkami z miami? nie. aby zmienic ten smutny stan rzeczy, nasz glowny bohater podpisal papiery z majorsem, a inspiracji dla nowych piosenek zaczal szukac nie na swej dzielni, a az w europie.

wlaczacie czasem Eske badz, o zgrozo, mtv? zauwazyliscie ze 3/4 melodii tych piosenek skads znacie, choc nazwy ich wykonawcow wam nic nie mowia? odczuwacie lekki dysonans, kiedy ogladacie teoretycznie baunsiarski klip, ale dzwieki mu towarzyszace kojarza wam sie bardziej z remiza lub ze szkolnymi dyskotekami?

tak wlasnie wyglada Pop AD 2009. bierzemy sampel z jakiegos eurodance'owego hiciora (sampel? cala linie melodyczna w wiekszosci przypadkow), podbijamy go remizowym beatem, na to nakladamy rapowanki reprezentujacy poziom kazacy sie zastanowic, czy uzycie slowa rap nie jest juz przegieciem zaslugujacym na solidny autowpierdol.

bysmy sie zle nie zrozumieli: jak juz nieraz deklarowalem, uwiebiam pop. jestem psychofanem popu. w koncu fajnie czasem jest sie odmozdzyc, zwlaszcza w warunkach imprezowych. a poza tym naleze do tych poblogoslawioncyh sluchaczy Muzyki ktorzy przekonali sie, ze stworzenie Naprawde Fajnej Melodii jest o wiele wyzsza Sztuka niz alternatywkowe pitolenie, w ktorym ocena jakosci jest odwrotnie proporcjonalnie do jego przyswajalnosci. nie mowiac juz o tak zwanym Czadzie. dla wielbicieli czadu ratunku juz nie ma.

problem w tym, ze nawet oceniajac najnowsza plyte pana niby-rapera Pitbulla popowa miara, to jest dosyc slabo. nawet nie chodzi o to nieszczesne przerabianie cytatow z disco-hitow, choc sposob ich wykorzystania w tych obecnych przebojach to naprawde jechanie po najmniejszej linii oporu. problem w tym, ze poza tymi cytatami to w tych piosenkach nie ma prawie nic. nie no, naprawde - NIC. slucha sie takich zawodnikow jak Flo Rida czy Pitbull wlasnie i czlowiek teskni za czasami hegemonii The Neptunes czy Timbalanda z okolic "Loose" takiej jednej kanadyjki. czlowiek sluchal takich trackow jak "Maneater" czy "Hollaback girl" i, jesli zdazyl wypracowac w sobie wrazliwosc na chwytliwe-jednoczesnie-niebanalne dzwieki, to czul sie rozlozony zajebistoscia tych piosenek od pierwszej do ostatniej sekudny. nie ze czekamy az refren nas chwyci - tam producenci dbali, by w kazdym momencie bylo na czym zawiesic ucho. zreszta dotyczy to takze zawodniczek zupelnie niezrzeszonych w urban-klimie jak Kylie Minogue.

zreszta, wystarczy troche bardziej poszperac by przekonac sie, ze i w dzisiejszym popie, choc jest z tym coraz trudniej, da sie znalezc naprawde godnych zawodnikow. dlaczego wiec to ich sie nie promuje?

okej, jak wiadomo, mozna oceniac Pop na dwojnasob. pierwsza z metod to, nazwijmy to na potrzeby wlasne, ocena fair. cos jest autentycznie dobre, aranzacje ma na tyle niebanalna, ze mozna ja wciaz rozkminiac parenascie odsluchow pozniej, a melodia nie obraza naszej inteligencji. jest jednak i drugi sposob na wchloniecie pop-tracka. czyli tzw guilty pleasure. wiemy ze cos jest zle, a jednak nam sie podoba. albo wrecz - piosenka jest AZ TAK ZLA, ze az fajna.

piosenki Pitbulla generalnie nie spelniala zadnego z tych warunkow. okej, mozna czasem cos tam wychwycic. w pierwszej czesci refrenu "Can't stop me now" spiewajaco wylatkowo ladnie panieneczce ladnie pobrzmiewa hen daleko w tle gitara elektroniczna, a i to co po niej nastepuje nie traci szambem. za podklad "Girls" odpowiada Dr Luke (odpowiedzialny za "Girlfriend", single Kate Perry czy "Right Round"), a ten ponizej pewnego poziomu nie schodzi (inna sprawa, ze tym co sprezentowal Pitbullowi chwalic sie nie powinien). melodyja "Across The World" brzmi jak wyjeta z jakies oldskulowej gry na GameBoy'a, a to przesympatyczne skojarzenie. "Shut it down" po paru glebszych raczej sprawdzilby sie na parkiecie... ale troche to za malo. najlepiej wypadaja w tym towarzystwie single, czyli "I Know You Want Me" i "Hotel Room Service". tyle ze tak jak wspomnielismy - oba swa chwytliwosc nie zawdzieczaja ani autorom ich podkladow, ani tym bardziej Pitbullowi. a konkretnie: pierwszy hook czerpie z "'75, Brazil Street" (choc przecietni zjadacze muzycznego chleba i tak bardziej kojarza ten sampel z hiciorka z zamierzchlych czasow o nazwie "The Bomb")(a tak w ogole: check nowy hit mezo & dj remo, brzmi znajomo doesn't it?), drugi zas od "Push The Feeling On" Nightcrawlers.

nawet gdybysmy jednak jakos wybronili te podklady, tak Pitbulla i jego nawijki nie broni nic. przy kolesiu Sean Paul i Nowator jawia sie jako posiadacze mistrzowskiego flow. okej, Norbi to moze nie jest, ale no naprawde. a poza tym - te fotki w ksiazeczce, samoloty, ja jebie, co za lamus. no i ziomkow na ficzure dobiera rownie kozackich - Akon, Lil Jon...

po czym poznac plyte-produkt? na wyrywki daje rade, czasem moze i bardzo, jako calosc doprowadza do twardego rzygu. i tak jest wlasnie z "Rebelution". na chlodzenie lokcia podczas jazdy wozem to moze nadac sie nawet i bardzo, ale badzmy jednak kurwa raz powazni.


najlepszy moment: I KNOW YOU WANT ME (CALLE OCHO)

ocena: 6/10

21:48, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 grudnia 2009

rok wydania: 1999

wydawca: SP Records

 

zmiana klimatu. dawno o kaenzecie nie bylo.

pomowimy znow i singielkach, bo, jak wspominalismy, sp records jako jedna z nielicznych polskich wytworni ma calkiem ladna tradycje wydawania tychze.

"Las Maquinas De La Muerte", track tytulowy z trzeciej - i jak na razie ostatniej - studyjnej plyty ekipy Staszewskiego, zapowiadal nowe. teoretycznie najblizej mu bylo do "Taty Dilera" - niespieszne tempo, "ciezarny" riff, raczej spokojny, melodeklamacyjny ton wypowiedzi frontmana. ale jak sie okazalo na pelnoprawnej plycie, takiego kombinowania bedzie tam znacznie wiecej niz na "Porozumieniu ponad podzialami" i "LMDLM" nie bedzie tam funkcjonowal tylko na zasadzie rodzynka w ciescie. ta plyta jest pelna takich rodzynkow. co jeszcze? tekst. "koniec stulecia, pelnego smiecia, tego stulecia jak bym wam nie polecal". tak, kazik wciaz byl w Formie.

w formie bonusow mamy jeszcze dwa tracki. pierwszy do piesn glowna w tzw vocoderwersji. troszke zredukowane podklady a spiewany przez kazia refren zastapiono vocoderem powtarzajacym tytulowy zwrot. pod indeksem numer 3 kryje sie zas fragment koncertu KNZ w slynnym nowojorskim CBGB. 14 minut, trzy piosenki: "Lysy jedzie do moskwy", "Andrzej Golota" i "Nie zrobimy nic zlego tylko dajcie nam jego". przyzwoite wykony, zwlaszcza tego ostatniego.

 

najlepszy moment: LAS MAQUINAS DE LA MUERTE

ocena: 6,5/10

15:12, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »

rok wydania: 1999

wydawca: SP Records

 

kolejny numer promujacy "Las maquinas de la muerte" jest jednoczesnie najbardziej nietypowym reprezentantem tego i tak juz roznorodnego albumu.

rzecz w tym, ze jest to tzw przerobka utworu Kazimierza Grzeskowiaka. i choc jest to przerobka radykalna, to nie ma prawie nic wspolnego z brzmieniem Kaenzetu. triphopowe tempo, elektroniczny sound, poupychane tu i owdzie efekty dzwiekowe... solowy Kazik z tego wyszedl raczej. ale i dobrze. litzowe riffowanie nie pasowaloby do tego przejmujacego tekstu.

tak jak o omiowionym wyzej wydawnictwo jak najbardziej da sie mowic per singiel, tak do "W Poludnie" nie pasuje nawet okreslenie EPka. 7 utworow, 37 minut to juz rozmiary, w ktore celuja niektore metalowe zespoly nagrywajac longpleja...

niewazne. spojrzmy co my tu mamy. poza wersja podstawowa dostajemy trzy inne podejcia do tracka tytulowego. w "Ina different stylee" na podklad instrumentalny nalozono kosmetyczne niemal zmiany. "wersja frenzy" to zas calkowicie nowe podejscie wokalne. wykrzyczane. i moim zdaniem zupelnie wypaczjaace idee piosenki. podobnie jak "Wersja dedykowana dla dr Yry". tyle ze w tej ostatniej, jak mozna sie domyslec, mamy do czynienia z beka absolutna.

pozostale trzy numery to wersje live. wpierw kolejne 10 minut z koncertu z CGBG. "Przy slowie", "Tata Dilera" oraz "Kalifornia uber alles". czy mi sie zdaje, czy w tym ostatnim cytuja Metallike? jedziemy dalej: o pochodzeniu umieszcoznej tu wersji live "Red Alert nie ma litosci" nic mi nie wiadomo. ale calkiem ciekawe to podejscie. prawdziwa jednak rewelacja tej epki/singla/plyty jest "Prawda", nagrana w Ulan Bator. juz sam oryginal jest nieziemski, chyba jedyny to utwor Kaenzetu, w ktorego kontekscie mozna - ba, nalezy wrecz -  uzyc epitetu "magiczny". ale te chory w tle... okej, traca Gregorianem, ale jednak w polaczeniu z tym akurat numerem daja efekt powalajacy. pikna rzecz i tyle.

poszedlbym na koncert Kazika Na Zywo.


najlepszy moment: PRAWDA (KONCERT W UŁAN BATOR)

ocena: 7/10

15:03, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 grudnia 2009

rok wydania: 1966 (reedycja: 2009)

wydawca: Apple

 

ooooo, o tych panach to tez dosc dawno bylo.

a okazja jest niebywala. otoz pod choinka znalazlem nowa edycje "Revolvera". jak wszyscy maniacy Fab Four wiedza, 9 wrzesnia tego roku na rynku ukazala sie ponownie niemal cala podstawowa dyskografia zespolu. zarowno w klasycznych, mono wersjach, jak i ,przede wszystkich, w wersjach stereo.

od razu rozstrzygnijmy kwestie tych wznowien. obcowanie z taka podrasowana wersja arcydziel The Beatles to na pewno fajne doswiadczenie. wezmy chocby omawiany dzis "Revolver". kapitalie brzmi w takiej podrasowanej wersji przeladowany efektami "Yellow Submarine". robi wrazenie "Tomorrow Never knows", w wersji na rok 2009 jeszcze mocniej wprowadzajacy w stan psychodeliczny. nie mowiac juz o wiekszej selektywnoci, wycieciu szumow czy - z drugiej strony - jakby lekkie wysuniecie w mixie "studyjnych smaczkow" pokroju ziewania w "I'm onl sleeping" czy poczatkowego odliczania w "Taxmanie".

jednak na pytanie "Czy te wznowienia sa czyms wiecej niz ciekawostka audiofilska?" trudno mi jednoznacznie twierdzaco odpowiedziec. ba, odwaze sie nawet stwierdzic, ze Historia Muzyki - czy w gole Kutury jako takiej - niewiele stracilaby, gdyby te wznowienia sie nie ukazaly. rzecz w tym, kto ma jakie priorytety w obcowaniu z muzyka. dla ceniacych sobie jakosc dzwieku i gardzacych demowkowym brzmieniem takie remastery to opcja wrecz zbawienna. nieskazeni zlym audiofilskim dotykiem moga spokojnie pozostac przy poprzednich plytowych edycjach. nie mowiac juz o blogoslawionych tych, ktorzy dysponuja gramofonem i winylach Fab Four... bo przeciez to parszywe mono i szumy/trzaski moze byc wartoscia sama w sobie, nieprawdaz?

moglyby te nowe edycje chociaz wygrywac przystepna cena. niestety, plyty Fab Four moga sie "szczycic" najwyzsza cena w historii fonografii. zwazywszy na to, ze mowimy o zespole, ktorego dyskografia stanowi niemal podstawowy elementarz w edukacji muzycznej, mozna mowic o historycznej niesprawiedliwosci jakiejs... zamykajac temat nowych remasterow - na pewno wygrywaja one z poprzednimi wznowieniami na cd "zyletowa" jakoscia reprodukcji okladek i oprawy graficznej w ogole. milym gestem jest dolaczenie do plyt krotkich quicktime'owych filmikow, choc to raczej materialy reklamowe niz dokumentalne, niespecjalnie dostarczajace nowej wiedzy o zespole.

tyle w kwestii formalnej. co zas mozna powiedziec o samej muzyce z "Revolvera"? no wlasnie - co ja, zwykly przecietny zjadacz muzyki - moge o niej powiedziec? toc to Klasyk Absolutny, jedna z najwazniejszych i najlepszych plyt w historii muzyki popularnej. podobnie zreszta jak "pare" innych plyt z katalogu Fab Four.

no ale fakt faktem ze to "Revolvera" wlasnie stawia sie najczesciej za "Sierzantem Pieprzem" w Beatlesowskiej hierarchii. o ile "Rubber Soul" mozna uznac za plyte przejsciowa, znajdujaca sie w polowie drogi miedzy ultraprzebojowoscia, grzywko-grzecznoscia a poszukiwaniami i zrywaniem z dotychczasowymi schematami, tak "Revolver" to juz nowy rozdzial pelna geba. psychodela, narkotyki, pelne wykorzystanie mozliwosci dawancyh przez studio nagraniowe, jeszcze wieksza pomyslowosc aranzacyjna. mozna powiedziec, ze na tej plycie zespol opowiedzial sie jednoznacznie za rockowa strona mocy (w kontekscie "Rubber Soul" mowi sie czesciej o folkrocku czy czyms takim).

ale abstrahujac od aranzacyjnej przezajebistosci i innowacyjnosci, przy ktorej przeciez nie kazdy musi doznawac, to ta plyta to przede wszystkim genialne piosenki. melodie, ktore potrafila pisac tylko ta czworka (okej, ta trojka - bo trza pominac jednak Starra, niemniej KONIECZNIE nalezy uwzglednic poza Johnem i Macca takze Harrisona). i to one w ostatecznym rozrachunku bronia sie najlepiej. aranzacyjne pomysly liverpooolskiej czworki byly przez kolejne 4 dekady przerabiane przez niemal cala muzyczna scene. nierzadko na lepsze sposoby. i dobrze - przeciez gdyby inaczej, gdyby na polu formalnym nie dalo sie juz nic lepszego od Bitli powiedziec, to by o Muzyce rozprawiali tylko historycy, a fanatycy dzwiekow tacy jak ja czy Ty strzeliliby sobie samoboja z nudow. ale Melodie, ktore ci panowie wymyslili i to, jak je wykonali - tego juz nie przebije nikt.

a natezenie takich piosenkowych arcydziel jest tu na tyle wysokie, by mowic i pisac o tej plycie z pozycji czolobitnej. najoczywistszy dla mnie przyklad - "Eleanor Rigby". czyli McCartney. rozkladajaca na lopatki melodia, idealnie zgrany z nia poruszajacy tekst. no i forma, pozwalajaca wierzyc, ze gdyby McCartney skumal sie intensywniej z Brianem Wilsonem, to mogloby z tej kolaboracji powstac Najgenialniejsza Muzyka W Historii Fuckin' Swiata (tak jakby plyty Fab Four czy "Pet Sounds" nie zaslugiwaly na ten tytul, phi). ale warto tez odnotowac, ze w smyczkowej aranzacji tego utworu spory udzial mial George Martin, ktory chyba najbardziej zasluguje na tytul "piatego Beatlesa".

skoro jestesmy przy Paulu: "Got To Get You Into My Life" udowadnia, ze Macca po czesci jest mentalnym Murzynem. czy moze bardziej Motown'owcem, ktorego pozniejsza wspolpraca z Jacko nie powinna az tak dziwic. "Here, There And Everywhere" to zas pop-perelka po linii "Michelle" z cudownymi chorkami. idac tym tropem, "For No One" to mentalny braciszek "Yesterday", choc bardziej ze wzgledu na tekst niz klawesynowy glownie podklad. "Good Day Sunshine" to utwor przeznaczony do budzenia rano z dawaniem kopa na reszte dnia i jako taki niespecjalnie skomplikowany formalnie. rownie optymistyczny, na granicy lekkiej glupawki, choc aranzacyjnie o wiele pyszniejszy jest "Yellow Submarine", zaspiewany przez Ringo. nie rozumiem, swoja droga, dissowania tego utworu. tak jakby fakt, ze refren wchodzi do glowy za pierwszym razem i juz nie wychodzi z niej nigdy byl czyms zlym.

tak w ogole to wlasnie Paula, jak chyba w przypadku zadnej innej plyty Fab Four, mozna uznac najwiekszym bohaterem "Revolvera". wlasne kompozycje to jedno. ale wezmy openera calosci, czyli Harrisonowego "Taxmana". z figura basu tak charakterystyczna, ze KAZDY pozniejszy adept czterostrunowca predzej czy pozniej probowal sprzedac ja jako wlasna. przewaznie zreszta nieswiadomie. a dodajmy przeciez, ze ta przezajebistoc, ktora sie dzieje na gitarach elektrycznych w tym tracku, jest takze autorstwa Paula.

zreszta George na swoj sposob tez jest bohaterem tej plyty, gdyz jeszcze nigdy wczesniej (pozniej zreszta dopiero na s/t) nie dostarczyl tylu piosenek na plyte zespolu. tu poza "Taxmanem" mamy jeszcze "I want to tell you" i "Love You To". ja osobiscie najbardziej preferuje ten drugi, stanowiacy kolejny przekapitalny efekt fascynacji sitarem i muzyka Indii. moze strukturalnie nie jest to poziom spolki autorskiej Lennon/Macca, ale komponuje sie z caloscia plyty pysznie. moze nawet lepiej niz "Within You Without You" na plycie nastepnej.

a Lennon? Lennon odlatuje najbardziej. a takze ma chyba najwieksze zaslugi jesli chodzi o eksperymentalny aspekt "Revolvera". "Tomorrow never knows" przykladem najoczywistszym. klimat tego kawalka rozklada na lopatki. ale takze "I'm Only Sleeping" z kapitalnymi gitarami puszczanymi od tylu czy "She Said She Said" (sorry Tymon, ale Ringo is THE best) radza sobie pod tym wzgledem nienajgorzej.

podsumowanie? w skali "ogolnej" to byloby 10/10 i po herbacie. jesli jednak porownywac tylko do innych plyt, to jednak stawiam wyzej "Sierzanta" i "Rubber Soul". choc wciaz jest to podium. zreszta, niewykluczone ze za bardzo niedlugi czas znow zmienie zdanie.


najlepszy moment: ELEANOR RIGBY

ocena: 9,5/10

16:11, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
 Skala

10-"Ideału Potęga"

9,9-9,0-"widzę szczyt, a za szczytem zaszczyt za zaszczytem"

8,9-8,0-"będę brał cię, cię, ehe"

7,9-7,0-"joł joł, joł joł joł joł joł, wielkie joł!"

6,9-6,0-"ch** na to kładę bo i tak damy radę"

5,9-5,0-"będzie dobrze dzieciak, elo, do góry głowa!"

4,9-4,0-"to nie z mafią układy tylko szołbiznes"

3,9-3,0-to nie jest kawałek żeby się podobać"

2,9-2,0-"Boże, czy jeszcze coś gorszego stać się może?"

1,9-1,0-"ile dałbym by zapomnieć cię..."

0,9-0,0-"pozerskie gówna a prawdziwy rap to dwie odmienne k***a sprawy!"