Kategorie: Wszystkie | film | muzyka | pozostałe
RSS
wtorek, 30 grudnia 2008

rok wydania: 1984

wydawca: Warner

 

ostatnia notka w tym roku, ostatnia o Joni Mitchell (przynajmniej na jakis czas).

kolejne dvd, dokumentujace trase promujaca album "Wild things run fast". czyli wydarzenia osadzone niedlugo po tym, co zobaczylismy na wczoraj omawianym wydawnictwie. a jednak jest diametralnie inaczej.

chociaz wizualnie niby niewiele sie zmienilo. to dvd to rowniez zrzut z vhsu, wiec jakosci obrazu mozna sie domyslic. to wciaz lata 80te, wiec wciaz ciezko patrzy sie na samych muzykow (ale gwoli sprawiedliwosci - jest ciut lepiej, bo dramatu pt "zakiecik z rozyczka" nic nie przebije). no i wciaz ten sam patent na urozmaicenie obrazu - jeszcze wiecej wstawek filmowych ogladamy. z charlesem mingusem, z woodstockiem, takze obrazki z samej trasy, kiedy Joni bawila sie reczna kamera.

muzycznie to jednak zupelnie inna bajka od "Shadows and lights", tak jak zreszta "Wild things run fast" roznil sie od "Mingusa". chociaz na dvd kapela Joni brzmi jeszcze bardziej rockowo. bardziej zwarte formy, totalny brak solowek, improwizacji niemalze brak. ciezko w ogole ten sklad porownywac do poprzedniego. chociaz jesli chodzi o poszczegolnych muzykow to nie ma co ukrywac - Larry Klein (jak juz pisalismy - od tej trasy zwiazany z Joni juz na stale), chociaz ma niezly moment w "God Must Be A Boogie Man", to nie magiczny Jaco Pastorius. a przygrywajacy na gitarze Michael Landau to raczej rockowy rzemieslnik, ktory nie mialby szans na zrobienie takiej kariery jak Pat Metheny. z drugiej jednak strony jest tez Vinnie Colaiuta. swoja droga paradoks - zaden z kolesia typowy rocker, a jednak to jego pieprzniecie jest tu najsolidniejsze.

piosenki? glownie rzeczy z promowanej wtedy plyty. czyli m.in. "Solid Love", "Chinese Cafe" czy "You're so square (baby I don't care)". ale tez wspomniany "God must be a boogie man" czy zagrany na sam koniec cudny "Woodstock". koncert zyczen to to nie jest, ale tez sensu by sie przyczepic brak.

stad wiec troszke nizsza ocena niz w przypadku "SAL"? poniewaz tak naprawde to nie jest koncert, a nagrywka w studiu, z chamsko wstawiana sztuczna publika. nie jestem zwolennikiem takich praktyk. koncert, ktory de facto koncertem nie jest. takie praktyki mnie nie przekonuja. no ale co kto lubi.

 

kochaniency moi. jak sie rzeklo, to ostatnia notka w tym roku, wiec wypada cos w zwiazku z tym rzec. z sylwestrem jaja jak berety wyszly, ale w sumie jak dotychczas zauwazylem, w powiedzeniu "Jaki sylwester taki caly rok"cos jest na rzeczy, o ile mowa o sylwestrze konczacym rok, a nie go inaugurujacym.i tym razem cos czuje ze nie bedzie inaczej. (edit z ostatniej chwili: a moze jednak nie?). anyway, wierze ze Wy spedzicie ow event cudnie, miodnie i w ogole. tego zycze. a jesli chodzi o nadchodzacy rok? by byl lepszy. u Was byc moze jeszcze lepszy, u mnie po prostu lepszy. Muzyki cudnej, koncertow wysmienitych, marzen realizacji, pracy satysfakcjonujacej, Milosci spelnionych i innych mniej lub bardziej banalnych, a jednak waznych rzeczy. by "Dla Ciebie i ognia" stalo siebox officowym bestsellerem, a "Przeprawa" odniosla podobny sukces na rynku czytelniczym.by Chris Cornell sie wreszcie opamietal i nagral cos na miare plyt Soundgarden. by David Lynch wciaz krecil filmy. bym zostal wujkiem jakiegos kapitalnego Eusebio czy innego Carlosa. by Mazepka dostala pokojowa nagrode Nobla. a Picza, z calym szacunkiem i podziwem dla jego imidzwej wolnosci, nie farbowal juz wlosow na rozowo. no i zeby w koncu swiat okazal sie naprawde tak maly i jak o nim sie mowi, dzieki czemu moze znow jednego dnia... ten, no. stop. emo mode off. naprawde, Szczesliwego Nowego Roku!

 

najlepszy moment: WOODSTOCK

ocena: 6,5/10

17:15, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 grudnia 2008

rok wydania: 1980

wydawca: Warner

 

tak, juz byla notka o tym samym tytule. wtedy mowilismy o CD, dzis bedzie o jego wizualnym odpowiedniku.

przypomnijmy jednak: trasa promujaca "Mingusa". w skladzie, poza Joni oczywiscie, m.in. Pat Metheny i Jaco Pastorius. czyli jest dosyc mocno jazzowo, choc bez przesady - choc aranzacje sie roznia od oryginalow, to slychac echa folkowej stylistyki.

wprawdzie moim zdaniem jakiegos Absolutu nie ma, to material zyskuje gdy towarzysza mu obrazki. bo chociaz to poczatek lat 80tych i wszyscy sa absolutnie obciachowo ubrani (chocby niebieski zakiet Joni z czerwona rozyczka - za co stylisci dostawali wtedy kase??), to milo sie oglada szalonego Pastoriusa czy totalnie pochlonietego gra Metheny'ego. mimo iz material jest zrzutem z VHSu, co widac, to warto docenic kombinacje montazystow. intro to zlepek filmow z Jamesem Deanem w roli glownej. pozniej tez jest ciekawie - w "Coyote" obraz koncertowy jest przeplatany filmowymi wstawkami z tytulowym zwierzeciem, a w "Dry Cleaner From Des Moines" widzimy np jak ladne sa amerykanskie lans-miasta. taki zas "Hejira" to w calosci klip filmowy, troszke jednak kiczowaty. co jakis czas kamerzysta rzuca okiem na publike, ale niespecjalnie jest co ogladac. polaczenie hippisostwa i 80's style. bleh.

jeszcze warto dodac, ze zestaw trackow rozni sie troche od tego umieszczonego na cd. i tak na dvd otrzymujemy np kapitalna solowke Pastoriusa, "Free Man In Paris" czy "Raised On Robbery" (niestety kosztem takich numerow jak "God Must Be A Boogie Man" czy "Woodstock"). mozna obejrzec. a jesli zastanawiacie sie, czy lepiej miec "SAL" na cd czy dvd, to wybor jak dla mnie jest oczywisty.

 

najlepszy moment: WHY DO FOOLS FALL IN LOVE

ocena: 7/10

14:00, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 grudnia 2008

rok wydania: 2002

wydawca: Nonesuch

 

 jak nieraz juz wspominalem, lubie artystow ktorzy sie zmieniaja, chca wciaz na nowo sie definiowac, nie boja sie experymentow. szanuje zespoly typu ac/dc czy ramones, ale nie potrafilbym ich sluchac. i wole jednak taka Joni Mitchell, ktora pomimo paru dekad obecnosci na scenie muzycznej wciaz kombinuje. inna sprawa, ze te eksperymenty nie zawsze sa udane. "Travelogue" najlepszym przykladem.

w czym rzecz? zamiast wydawac tradycyjny "best of", Joni postanowila swoje najpopularniejsze kawalki solidnie przearanzowac. wprawdzie sa tu obecni tacy mocarze jak Wayne Shorter czy Herbie Hancock (za produkcje tradycyjnie odpowiada Larry Klein, w tym okresie juz tylko partner Joni w muzyce), to chodzi glownie o obecnosc orkiestry.

niby wszystko gra, doslownie i w przenosni. nie ma takiego rozjazdu jak na metallicowej "S&M", gdzie zespol swoje, a orkiestra swoje. a jednak te interpretacjie nie tylko nie przekonuja, ale wrecz nudza. a jesli dodac do tego fakt, ze to dwie plyty, lacznie trwajace ponad dwie godziny, to robi sie z tego prawdziwa masakra dla uszu. moze gdyby sluchac tego bez skojarzen z oryginalami, to byloby lepiej. ale troszke ciezko sie slucha np "Woodstocku", majac w pamieci urok oryginalu. nawet numery z "Wild Things Run Fast", ktorym mogloby sie przydac odswiezenie brzmienia, srednio przekonuja (chyba tylko "Chinese Cafe" jako tako sie broni). brzmi to wszystko jak muzyka filmowa, ale z jakiegos slabego melodramatu. a momentami jest tak karykaturalnie, ze robi sie z tego jakis slaby musical. w takim "The Sire of sorrow" to nawet mamy obecny chor prowadzacy dialog z Joni. 

totalna klapa rynkowa albumu swiadczy o tym, ze Joni chyba zbyt uwierzyla w mozliwosci wielbicieli. sorry Babe, ale ja na ten album sie nie pisze. juz predzej na dodatek multimedialny, gdzie mamy galerie obrazow Joni. calkiem sympatycznych.

 

najlepszy moment: CHINESE CAFE

ocena: 6,5/10

15:23, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
sobota, 27 grudnia 2008

rok wydania: 2008

wydawca: Polskie Nagrania

 

elo. znow wracamy na chwile do Czeslawa Niemena. a to dlatego, ze moj ojciec znalazl pod choinka omawiana dzis plyte. a ze i ja Czesia lubie, to z checia przesluchalem i oto refleksje na temat.

jak brzmi podtytul, jest to autobiografia dzwiekowa. czyli co? czyli na dwoch plytach mamy wypowiedzi Niemena przeplatane piosenkami jego autorstwa. jak wiecie, Niemen nie zyje od paru lat, wiec siegnieto po archiwalne wypowiedzi z roznych wywiadow. kazdy taki "gadany" track trwa od minuty do 5 nawet i jest poswiecony konkretnej tematyce, np "O poezji", "Moje piosenki" czy "Stan Wojenny". jak glosi info w ksiazeczce, te wypowiedzi to tak naprawde zlepki roznych fragmentow, czasem nawet z zupelnie roznych okresow zycia Niemena. i choc w jednej z tych wypowiedzi Niemen z zalem opowiada o tym, jak kiedys zmanipulowano jego wypowiedz w tv co mialo dosc powazne reperkusje, to przypuszczam ze nie mialby wiekszych obiekcji do tego, co znalazlo sie na "MW".

jaki wiec obraz Niemena wylania sie z tych wypowiedzi? jesli mianem Artysty okreslibysmy czlowieka poswieconego w calosci swej tworczosci, zyjacego nia, to na pewno tak moznaby o Niemenie tak powiedziec. a jesli dodalibysmy do tego swego rodzaju oderwanie sie od ziemi, pewna "kosmicznosc", to tym bardziej. bo nie ma co ukrywac, ze pewne teorie i wypowiedzi Niemena sa z kosmosu (w przypadku "Dlaczego umieramy" to nawet jest to kosmos doslownie i w przenosni). jednoczesnie facet byl w pelni swiadom tego co mowi, wazy slowa, choc nie posluguje sie jakas wyszukana terminologia to nie ma watpliwosci, ze wypowiada sie calkiem lebski facet. z drugiej jednak strony, choc sam mowi o sobie jako o pelnym pokory, to momentami mam wrazenie, ze jest w pelni swiadom tego, ze jest jednym z najwazniejszych elementow polskiej kultury. i spoko. ale tez jesli mowi, ze cieszy sie, ze nie zrobil miedzynarodowej kariery, to ja takiemu czlowiekowi srednio wierze. chociaz co ja tam, maluczki, moge wiedziec.

a muzyka? chociaz sa tu takie oczywizmy jak "Dziwny jest ten swiat" (w elektronicznej, znacznie slabszej wersji niestety), "Sen o Warszawie" czy "Czas jak rzeka", to trudno traktowac calosc jako best of. bo jednak chodzi o podporzadkowanie piosenek wypowiedziom Niemena. dlatego sa tez tu takie rzeczy jak minutowy "Ptaszek", brzmiacy jak zart studyjny (slaby zreszta). ale jest dosyc przekrojowo, co jest calkiem sympatyczna sprawa. na tyle przekrojowo, ze znalazly sie tu tez rzeczy typu "Sonancja", bedace efektem fascynacji Niemena elektronika. i chociaz te dokonania byly calkiem konkretnie zjebane przez krytyke, to jednak ten rodzyneczek, jakim jest "Sonancja", w takim kontekscie sluchany robi calkiem sympatyczne wrazenie. co kazde przypuszczac, ze byc moze "Spodchmurykapelusza",ostatni album Niemena, warto traktowac bardziej jako wyjatkowo niefortunny wypadek przy pracy niz gwozdz do trumny. 

raczej nie da sie tego sluchac jako grejtest hitsa. w tym wypadku w zupelnosci wystarczy omawiana tutaj pomatonowska skladanka "Czas jak rzeka". ale naprawde milo sie wspomina Niemena przy tym wydawnictwie.

 

najlepszy moment: CZAS JAK RZEKA

ocena: 7,5/10

20:59, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 grudnia 2008

rok wydania: 1992

wydawca: EastWest

 

i jak? obzarci? swieta swieta i po swietach. przetrwalismy, mozemy przejsc do porzadku dziennego. 

bedzie jednak wciaz zimowo. i wciaz kobieco. wspomnielismy ostatnio o Tori Amos. skoro juz pare plytek tej Pani omowilem wczesniej, co mozecie sprawdzic w archiwum, to moze uzupelnijmy omowienie dyskografii tej Artystki o kolejne wydawnictwa.

eh, ja wiem ze tori amos to muzyka dla pizd i nawiedzonych humanistek, ale no co zrobie, bardzo lubie tworczosc tej Pani (czyli zem pizda, no bo nie nawiedzona humanistka). i chociaz staram sie na biezaco sledzic jej dyskografie (i robie to z przyjemnoscia) to nie da sie ukryc, ze moznabby zamknac temat TA na debiutanckim albumie. bo raz, ze moze i nie nagrywa wciaz tej samej plyty, ale jej styl raczej sie nie zmienia, nie jest muzycznym kameleonem jak, bo ja wiem, Madonna czy Pj Harvey. dwa, na "LA" jest zwyczajnie najlepszym albumem. jak to z debiutami zazwyczaj bywa.

niby to w zdecydowanej mierze wokale i pianino. aranzacje nie sa tak urozmaicone jak na pozniejszych albumach typu "To Venus And Back" czy "From The Choirgirl Hotel". ale jest w tym wszystkim rockowy, czy po prostu alternatywny duch (co na dekade pozniejszych albumachnie bylo specjalnie oczywiste). wezmy taki "Precious Things". gdyby opracowac na rockowe instrumentarium, to bylby jakis totalny hardcore czy punk. nerw w tym taki, ze az zyly wypruwa. zreszta, przypuszczam ze przy wokalnym podejsciu to musialy jakies naczynka popekac Tori na twarzy. a beat takiego "Crucify"? kojarzy sie niby ze zlotymi latami amerykanskiego hiphopu. ale takie Public Enemy czy NWA to tez w gruncie rzeczy byly rockowe w duchu rzeczy, wiec...

przyznam szczerze, ze o ile artysta nie wyspiewuje jakiegos totalnego belkotu, to do tekstow specjalnego znaczenia nie przywiazuje. sa wyjatki jednakowoz. jak np wlasnie ta plyta. tym bardziej, ze przy zrozumieniu tekstow ta muzyka zdecydowanie nabiera na wartosci, jeszcze wiecej w tym energii. spiewany acapella "Me and a gun" o probie gwaltu cudem przezytym przez Tori najoczywistszym przykladem. ale juz np "Winter" to mniej typowy przyklad. pod wzgledem instrumentalnym - ballada wrecz, bardzo minimalistyczna. ale dodajmy do tego ultraexpresyjny wokal i przede wszystkim tekst, traktujacy o trudnej relacji dziecka z ojcem i juz zupelnie inaczej kawalek jest odbierany. pod wzgledem mocjonalnym ten kawalek nie bierze jencow.

a moze najwazniejsze jednak w tej muzyce jest to, ze to jest kopalnia singli ktore moglyby rzadzic w niekoniecznie-alternatywnych-radiach? zreszta, tak tez sie wydarzylo - wprawdzie wytypowanie na pierwszy singel "Me And A Gun" to raczej ze wzgledu na tematyke byl strzalem w kolano, ale juz reszta kawalkow, jak "Crucify", "Silent All These Years", "Winter" czy "China" radzily sobie calkiem niezle. a przeciez "Girl" czy "Happy Phantom" tez na luzaku dalyby rade w mtv. polowe plyty wymienilismy, to chyba niezly wynik. 

uwielbiam. tym bardziej ostatnimi czasy, kiedy z Tori niestety zaczelo dziac sie zle, tym bardziej lubie wrocic do tych czasow, kiedy naprawde mozna bylo ja, pomimo uzywanych diametrialnie innych srodkow wyrazu, postawic na polce obok Toola czy Nine Inch Nails.

 

najlepszy moment: WINTER

ocena: 9/10

21:26, rejczmen , muzyka
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
 Skala

10-"Ideału Potęga"

9,9-9,0-"widzę szczyt, a za szczytem zaszczyt za zaszczytem"

8,9-8,0-"będę brał cię, cię, ehe"

7,9-7,0-"joł joł, joł joł joł joł joł, wielkie joł!"

6,9-6,0-"ch** na to kładę bo i tak damy radę"

5,9-5,0-"będzie dobrze dzieciak, elo, do góry głowa!"

4,9-4,0-"to nie z mafią układy tylko szołbiznes"

3,9-3,0-to nie jest kawałek żeby się podobać"

2,9-2,0-"Boże, czy jeszcze coś gorszego stać się może?"

1,9-1,0-"ile dałbym by zapomnieć cię..."

0,9-0,0-"pozerskie gówna a prawdziwy rap to dwie odmienne k***a sprawy!"