Kategorie: Wszystkie | film | muzyka | pozostałe
RSS
czwartek, 29 listopada 2012

rok wydania: 2010

wydawca: DIY

pobierz album

 

Kończymy omówienie COINowej dyskografii EPką sprzed 2 lat.

Słyszalna od razu różnica? Język angielski, który miał już towarzyszyć członkom kapeli także w dalszych poczynaniach w ramach Idiothead. Nie jestem piewcą śpiewania w ojczystym języku, ale faktem jest, że z lekka obniżyło to poziom oryginalności. Nieznacznie, bo wciąż najważniejsza jest sama muzyka, ale jednak.

A ów wspomniana muzyka? Cóż, jest... dziwna. Mało wyszukany to epitet, ale taka pierwsza myśl mi przeszła przez głowę. Niby nie są to tak osaczające dźwięki jak na "Planie B", a jednak wciąż inaugurują dość paranoiczny klimat - tyle że innymi środkami. Np w "No One's Shuffle" (tu w wersji koncertowej) od pewnego momentu dotychczasowy aranż nawiązuje dialog z saxofonem. A na przeciwległym biegunie mamy "Beggar's Hands", który zaczyna się jak silniej wsparty elektroniką... Linkin Park. Wprawdzie potem mamy wygar zbliżający całość do Fear Factory, ale koniec końców daliśmy się zaskoczyć. Następujący po nim track tytułowy też kusi sporą dozą melodii, zwłaszcza w partiach wokalnych. Chociaż w kategorii "wokal" największą niespodziewankę przynosi "Particle Collider", zdominowany przez śpiew żeński. Hm, no spoko! Po tym wszystkim przestaje dziwić, że w szyderczym "To The Critic" słychać elementy reggae...

Brakuje mi w tym wszystkim spójności, jaką zachwycał w swej różnorodności "Plan B", niemniej to wciąż diablo dobra muzyka.

 

najlepszy moment: TO THE CRITIC

ocena: 7/10

21:42, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 listopada 2012

rok wydania: 2008

wydawca: DIY

pobierz album

 

Koncept album, koncept album, koncept album... Przyznam że już szczerze rzygam tym terminem. Kolejny, który przemysł muzyczny połknął, przeżuł i już szykuje się do ceremonialnego wyplucia, tak jak to było z nową rockową rewolucją czy numetalem. Kolejny termin-narzędzie do napędzania sprzedaży. Słuchaczu, może iTunes daje ci szansę nabyć tylko te utwory które chcesz naprawdę posiadać, ale nie rób tego, kup całą płytę! Nieprawda, że nasz singiel jest gówno wart - by zrozumieć o co nam w nim chodziło, musisz kupić wszystkie pozostałe 9 utworów! Naskupowaliśmy do studia gratów, tworzyliśmy byle co aby tylko w terminie oddać studio nagraniowe, no i oto ofiarujemy ci Koncept Album. Wiesz, "The Wall", te sprawy. Sztuka, znaczy się. Więc jeśli tego nie rozumiesz to sorry - Twoja wina.

Tak się jednak szczęśliwie składa, że Polskę ominęło to zjawisko (nie licząc oczywiście rzeszy progrockowców). Dlatego mimo wszystko warto zwracać uwagę na takie próby. A jeśli jeszcze efekt finalny oferowany jest za free, to znaczy, że ktoś naprawdę chciał tu stworzyć Coś Dużego.

Panowie (i Pani) z Co.in. takich rozmiarów dzieło na "Planie B" stworzyli. Z perspektywy tego wciąż jedynego ich longpleja widać, jak nieśmiałym startem było "K". Najmniejszy z możliwych zalążków, ziarenko. A jednak że to z tego, nie innego, ziarenka wyrósł "Plan B". Wystarczyło tak na dobrą sprawę podlać je elektroniką. 

Nie wiem czy sam zespół myślał/myśli o "Planie B" jako koncept albumie. Fakt jednak jest taki, że udało się im tu stworzyć mikroświat, w pełni pochłaniający na długość 37 minut, a i po zakończeniu odsłuchu długo nie dający o sobie zapomnieć. Trudno tu mówić jednak o eskapizmie - atmosfera jest tu tak duszna, że obcowanie z "Planem" więcej ma wspólnego z masochizmem. "Downward Spiral"? Trochę tak, ale tylko w takim sensie, że znający topografię przestrzeni wykreowanych na dziele NIN powinien mieć mniejsze trudności z odnalezieniem się na "Planie B". 

Bo jest w muzyce CO.IN., jaką słychać na "Planie B", coś ewidentnie własnego, unikalnego. Ok, pewnie to też ten język polski, praktycznie idealnie komponujący się z tymi brzmieniami. Udało się im w tej industrial metalowej niszy stworzyć coś, do czego chce się (a w konkekście znikomej znajomości tego dzieła w masowej świadomości polskich słuchaczy to nawet powinno się) wracać, zatracać. Płytę, którą wręcz można analizować, rozkładać na czynniki pierwsze. Trzeba poświęcić dłuższą chwilę każdemu jej fragmentowi - od najlepszego tu "Aleksa", poprzez instrumentalny "Hya.Aph-trib.02_+B.int.", najbardziej zróżnicowanej pod względem dynamiki "Predestynacji" (fajny smaczek w postaci żeńskiego wokalu ewokującego Anneke z The Gathering), na hardcorowym (gościnny wokal z Face Of Reality), wydającym się być epicentrum tego wydawnictwa (tu pojawia się w tekście tytułowy "Plan B") "2452yj3". Każdy numer się liczy w grze.

Ok, może znów melodycy nie będą mieli na czym zawiesić ucha. Może zamykający album koncertowy "Bicz" rozbija pieczołowicie budowaną dramaturgię (chociaż może wystarczyłoby go nagrać w studiu tak jak resztę płyty). Może dałoby się znaleźć multum innych wad i zastrzeżeń. Ale nie mam wątpliwości - możemy tutaj mówić o Sztuce. Dziele zrodzonym z pomysłu, ambicji i szczerości.

 

najlepszy moment: ALEKS

ocena: 8/10

23:08, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 listopada 2012

rok wydania: 2005

wydawca: DIY

pobierz album

 

CO.IN. rozdaje swą dyskografię za darmo w sieci! Korzystając z tej okazji - dziś pierwsza część omówienia twórczości zespołu.

Zaczęło się skromnie, w przynajmniej kilku tego słowa znaczeniach. Cztery utwory, 20 minut, niespecjalnie wypaśne brzmienie (ok, eufemizm) no i chyba to jeszcze nie TA jakość.

Przede wszystkim wydawnictwo to nie pozostawia wątpliwości, że panowie wywodzą się z metalowej bajki. Jednak darowałbym sobie przedrostek "nu" - takiego wyziewu jaki słyszymy już w otwierającym stawkę "Afektywie" nie usłyszymy u Korna, a co dopiero u Papa Roach. Z kolei taki utwór tytułowy to czystej krwi metalcore po linii Hatebreeda. Całość zamyka "Sukha", do którego opisu znów załapuje się słówko "metal", tyle że tym razem w wydaniu progresywnym. Tak, Tool.

Elektronika? Niewiele tego. Jedynie "O" może stanowić zapowiedź tego, czym ci panowie będą zajmować się w latach późniejszych. I chyba najbliżej temu utworowi do bycia mianem "najlepszego momentu", choć na dobrą sprawę żaden z utworów mnie nie porwał. Ale też materiał nie daje powodów, by dyskretnie sugerować członkom zespołu zmianę profesji. Słychać, że dryg do muzykowania ewidentnie mają, tyle że zabrakło tu jeszcze czegoś, co wyróżniłoby spośród rzeszy kapel promowanych przez kultowy już hardzone.pl

 

najlepszy moment: 0

ocena: 6,5/10

22:48, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 listopada 2012

rok wydania: 2012

wydawca: DIY

pobierz album

 

Dawno o polskiej muzyce nie rozmawialiśmy.

IdiotHead to nowa marka na muzycznej scenie, za którą stoją muzycy związani z Bipolar Bears i CO.IN. Wikipedia zresztą podaje, że "Idioci" to nic innego, jak kontynuacja drugiego z tych projektów. I o ile dobrze pamiętam ichniejszą muzykę, jako IdiotHead nie odbiegają zanadto od stylistyki wypracowanej wcześniej (i z którą Bipolarne Misie mają sporo wspólnego). To rockmetalowa, może nawet odrobinę numetalowa energia generowana przez nie tak do końca rockowe instrumentarium. Ten aspekt chyba najbardziej podoba mi się, jeśli chodzi o muzykę z tego kręgu towarzyskiego - stopień biegłości w obsłudze tej całej elektronicznej maszynerii tak wysoki, że ma się wrażenie, że chłopaki (i dziewczyna) mogą podążyć ze swoją twórczością w praktycznie każdym kierunku, nie znając ograniczeń na które skazane są zespoły opierające się na kombinacji wokal-gitara-bas-perkusja.

Czy rzeczywiście jednak podążają? Na pewno można określić tą muzykę mianem eklektycznej. Już otwierający całość "Mucus" zapowiada w jakimś stopniu, na jakich składnikach oparta będzie ta półgodzinna mieszanka. Kombinacje wokalne, przester gitary, szerokie spektrum elektronicznych więcej-niż-ozdobników, w których gąszczu gubi się beat generowany przez tradycyjną sekcję rytmiczną (podobno obecnej w składzie zespołu). Ok, może w porównaniu z Bipolar Bears ten pierwiastek rockowy jest wyraźniejszy, ale wciąż statystyczny recenzent "Teraz Rocka" bądź "Metal Hammera" może mieć lekki problem. Najlepszy punkt zaczepienia znajdzie w późniejszej części materiału - w "Karen Pommeroy" czy "Fucking Orthodox Piece Of Shit" pojawiają się tzw ewidentne pierdolnięcia (w przypadku tego drugiego, gdy toarzyszą im elektroniczno-syntezatorowe frykasy, całość niebezpiecznie zbliża się w rejony wynalazków pokroju Eris Is My Homegirl), a dla odmiany w "Delayed Molting" wkracza całkiem niezły Tool (choć wokalnie sporo tu też Cedrica Bixlera). Stopień oryginalności ciut się tu obniża, ale nie przesadzajmy - ekipa wystarczająco zapracowała na to, by takie porównania traktować wyłącznie w kategoriach chlubnych inspiracji.

Większym dla mnie problemem - i co też dotyczyło Bipolar Bears - jest to, że tak często melodia jest tu olewana. To chyba dobre określenie - sygnalizuje dość często swoją obecność (najbardziej w "Free Market Music", singlowym zresztą i obecnym tu także w dwóch remixach), zwłaszcza w partiach wokalnych, a i tak panowie wolą oddawać się w ramiona zagęszczanych aranżacji. Nie mówię, koniec końców słucha się tego naprawdę dobrze, a jednak ciut żal...

Stając ponad tymi powyższymi obiekcjami - kawał dobrej roboty, której warto dać szansę.

 

najlepszy moment: FREE MARKET MUSIC

ocena: 7,5/10

23:31, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 listopada 2012

rok wydania: 2012

wydawca: DIY

pobierz album

 

Kobiety w rapie? Fakt, stosunkowo niewiele ich, także w porównaniu do innych gatunków. Ale wystarczająco dużo, by określenie rapu jako męskiej muzyki uznawać za objaw ignorancji. Faktem jednak też jest, że za rap zabierają się istoty z kruchością mające niewiele wspólnego, pewne swoich racji i, jak to się mówi, wiedzące czego chcą. A jednak coś się w ostatnich latach zjebało i o ile za forpocztę female rapu jeszcze niedawno uznawano Missy Elliot (czy wcześniej - Queen Latifah czy MC Lyte), tak dzisiaj kobiety w rapie utożsamiane są z Nicki Minaj czy matkę chrzestną jej kreacji - Lil Kim. Nie chcę w tym momencie kwestionować umiejętności artystycznych tych ostatnich. Ciężko nawet je same obwiniać. W końcu bez sexu dziś niczego się nie sprzeda - także muzyki. Tyle że w tym przypadku ta seksualność bliżej ma do "Wampa" niż "Playboy'a". I to jest problem.

Gdzie na tej skali lokuje się bohaterka dzisiejszej recenzji? No cóż, lubi mówić o swoim biseksualiźmie, a i przypuszczalnie niewiele ma w szafie swetrów czy golfów. A jednak ma się wrażenie, że jakiekolwiek elementy tzw. dziwkarskiego sztafażu nie są tu potrzebne, że mogą tu służyć jedynie jako element uwzględniony jedynie dla *zgrywy* czy zabawy, a nie jako fundament wizerunku gwarantujący odpowiednio wysoką sprzedaż. Podobnie jak u M.I.A., tyle że bez egzotyki i zbędnego politykowania. Z tą koleżanką łączy ją też najbardziej interesujący nas tu aspekt - obie ewidentnie ogarniają, o co chodzi w muzyce.

Wydany w wakacje mixtape jest tego dowodem, pokazującym jednocześnie, dlaczego to Wielkia Brytania wpierw poznała się na tej pochodzącej z Harlemu dwudziestolatce. Podczas gdy Stanach łączenie rapu z elektroniką stało się domeną badziewiarzy pokroju Pitbulla, w UK wciąż jest to postrzegane w wizjonerskich kategoriach. Nawet jeśli grime - bo o nim tu głównie mowa - swoje najintensywniejsze 5 minut ma już za sobą. Dosyć symboliczny jest fakt, że wśród gości na mikstejpie znalazła się zarówno reprezentantka grime'u - Shystie - jak i Styles P, którego Ruff Ryders rządzili mainstreamem amerykańskiego rapu 10 lat temu. To świadectwo zarówno pewnego zawieszenia pomiędzy dwoma największymi rap rynkami globu, ale też i nieszablonowości myślenia o rapie także w kategorii featuringów - wszak obie te ksywy w 2012 roku znaczą niewiele. 

Inna sprawa, że nie tyle o rapy (choć Banksówa ma flow które naprawdę ryje banię) tu chodzi, a o podkłady. A tu akurat zebrano ekstraklasę rapowych producentów z otwartymi umysłami. Diplo, Machinedrum, Drums Of Death - to przecież producenckie gwiazdy, których pseudonimy kojarzone są niekoniecznie tylko przez tych, którzy lubią wczytywać się w creditsy. Daruję sobie wymienianie składników zawartej tu mieszanki stylistycznej - nieraz wspominałem, że w temacie elektroniki wciąż jestem laikiem. Może tylko dodam, że zapożyczenie podkładu z "Out Of Space" w identycznie zatytułowanym tu kawałku otwierającym tracklistę też należałoby uznawać za symboliczne. Rytmiczny rozpierdol ("Fucked Up The Fun") sąsiaduje z trackami niemalże progresywnymi ("Esta Noche"), a nawet jeśli tu i ówdzie przemyka całkiem przytomna melodia, to nigdy nie ma to nic wspólnego z ostatnimi hitami z Eski. 

Może nigdy nie będę szedł w pierwszym szeregu fanów takiego oblicza hiphopu (nawet jeśli to raczej jego obrzeża), to propsy zawsze ode mnie polecą. Nie przegapcie.

 

najlepszy moment: LUXURY

ocena: 8/10

18:36, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
 Skala

10-"Ideału Potęga"

9,9-9,0-"widzę szczyt, a za szczytem zaszczyt za zaszczytem"

8,9-8,0-"będę brał cię, cię, ehe"

7,9-7,0-"joł joł, joł joł joł joł joł, wielkie joł!"

6,9-6,0-"ch** na to kładę bo i tak damy radę"

5,9-5,0-"będzie dobrze dzieciak, elo, do góry głowa!"

4,9-4,0-"to nie z mafią układy tylko szołbiznes"

3,9-3,0-to nie jest kawałek żeby się podobać"

2,9-2,0-"Boże, czy jeszcze coś gorszego stać się może?"

1,9-1,0-"ile dałbym by zapomnieć cię..."

0,9-0,0-"pozerskie gówna a prawdziwy rap to dwie odmienne k***a sprawy!"