Kategorie: Wszystkie | film | muzyka | pozostałe
RSS
poniedziałek, 30 listopada 2009

rok wydania: 1996

wydawca: Eastwest

 

okej, jestem juz gotow wystukac pelnowymiarowa recenzje.

przy okazji wracamy do tematu dawno tu nieobecnej Tori Amos. jakims cudem pominelismy w omawianiu jej plyt jej trzecie wydawnictwo. no to teraz bedziemy mieli pelen obraz najfajniejszego okresu w karierze Tori.

swego czasu skontestowalem, ze pani Amos sie nie zmienia. troche przesadzilem. dziewczyna ma swoj ultracharakterystyczny styl, na ktorym wciaz bazuje, ale jednak da sie pewne modyfikacje dostrzec. taka jedna z wiekszych przeszla "na potrzeby" "Boys For Pele". nigdy specjalnie jej tworczosc nie byla specjalnie wesola, niemniej dalo sie wyczuc pewna nutke optymizmu. ten optymizm wywialo wraz z dlugoletnim partnerem Tori, ktory takze produkowal jej poprzednie albumy. rudzielec sie wkurwil i, jak widac na zalaczonym obrazku, bedzie strzelac.

mamy wiec nakreslony z grubsza portret psychologiczny bohaterki i autorki plyty. co z muzyka? tez inaczej. byc moze nietypowe okolicznosci rejestracji (kosciol w Irlandii) niespecjalnie sa wyczuwalne, na pewno jednak da sie wychwycic coraz szersze instrumentarium, jakie jest angazowane na potrzeby plyt Tori. deciaki, sekcja smyczkowa czy dudy to oczywizm. warto odnotowac jednak, ze rowniez klawiszowa robota jest tu znacznie roznorodniejsza - obok foretpianu slychac takze klawesyn i klawikord. na coraz wiecej pozwalaja sobie rockowi kompani Tori - najlepszym przykladem "Professional Widow".

co z samymi piosenkami? coz, Tori znow wykorzystala niemal maximum mozliwosci plyty Cd. 72 minuity, 18 piosenek. i znow niestety bez skipowania piosenek nie da rady przelknac calosci. niemniej oddajmy bogini to co boskie, albowiem sporo piosenek to juz klasyki. jak wspomniany "Professional Widow", bedacy w warstwie lirycznej atakiem na wesola wdowke, Courtney Love. oczywiscie poszlo o faceta, choc co ciekawe - nie o swietej pamieci Kurta C. a Trenta R. ah, ten swiat elit. wracajac na ziemie - warto wspomniec, ze na wydanej tego samego roku reedycji "BFP" znalazl sie dodatkowo taneczny remix "PW" popelniony przez Armanda Van Heldena. natomiast "The Tornado Mix", delikatnie podszyty mocniejszym bitem, zastapil oryginalna wersje "Taluli".

co jeszcze? sliczne jest otwarcie plyty w postaci polaczonych "Beauty Queen" i "Horses". brzmiacych, w kontekscie tej plyty, bardzo tradycyjnie, jakby zywcem wyjete z "Little Earthquakes". podobnie lirycznym, a przy tym minimalistycznym klimatem (choc partia saxu bajeczna) wykazuje sie "Muhammad My Friend". "Caught a lite sneeze", choc osadzony na stricte rockowo brzmiacej pracy sekcji rytmicznej, to prowadzony jest przez arcybajaczna partie klawesynu. jest jeszcze wyciskacz lez w postaci "Hey Jupiter", w ktorym spora role odgrywa partia wokalna bardzo silnie tracaca "Purple Rain" Prince'a. na przeciwleglym biegunie znajduje sie "Mr Zebra", rezonujacy jakims soundtrackiem Disneya czy tez, by nie odbiegac tak daleko od swiata alternatywy, "The Trialem" Pink Floyda.

choc dla mnie wciaz najlepszym dokonaniem artystycznym Tori pozostaje debiut, to trza przyznac, ze okres "Boys For Pele" - "From The Choirgirl Hotel" moze jawic sie najciekawszym, najodwazniejszym w jej prawie 20letniej juz karierze. tyle ze jednak, juz zestawiajac z soba obie plyty, to chyba wole jednak te druga.


najlepszy moment: CAUGHT A LITE SNEEZE

ocena: 7,5/10

19:08, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 29 listopada 2009

rok wydania: 2000

wydawca: EMI

 

mmmkay, dalej trzyma mnie sie lenistwo post-kacowe, wiec znow o singlu.

znacie Iron Maiden? eeeeee,  no okej, czerstwy joke. a dziwiliscie sie ze nie bylo o nim ani razu na tym blogu? ja tez nie. bo fakt jest taki, ze ta kapela zawsze byla dla mnie uosobieniem metalowej wiochy, z ktora nie chce miec nic wspolnego. ja doceniam, ja szanuje, w koncu zapewne sporo z tych kapel ciezkogitarowych, ktorych zdarzylo mi sie sluchac, mogloby nie byc bez wplywu Iron Maiden (choc bardziej obstawialbym jednak Black Sabbath czy Led Zep). no ale te wysokie zaspiewy, to solowkarstwo, galopady, imidz... nie nie i jeszcze raz nie.

ale w przypadku KAZDEJ kapeli badz wykonawcy, ktorego nie mozemy zdzierzyc, zdarza sie choc jeden numer ktory w jakims stopniu nas robi. takiego innego rodzaju guilty pleasure. w przypadku Zelaznej Dziewicy jest to "The Wicker Man". czyli numer promujacy "Brave New World", pierwszy album po reunionie oryginalnego skladu (tj. po powrocie Bruce Dickinson'a i Adriana Smitha).

ciezko nawet powiedziec, w czym rzecz. akurat ten numer jest blizszy prostemu piosenkarstwu niz progresywnym polamancow, w ktore poszli zwlaszcza na ostatniej plycie. jest tu wszystko, za co kochasz/nie cierpisz Iron Maiden. czyli wspomniana galopada, gitarowa onanizacja, pianie... no, powtarzam to co juz wczesniej wymienilem. a jednak - podoba mi sie. o co chodzi? a, juz wiem! o refren. p r z e s y m p a t y c z n y    jest. mnostwo wizualizacji w glowie sie pojawia - armia kroczaca na boj, spiewajacy stadion, rozgrzewka przed walka z sesja na polibudzie. nie no, naprawde robi.

main track omowiony, czas na bonusy. ciekawe dla ironmaidenofila. bo oto jest okazja posluchac jedyny raz z nosnika cd koncertowych wersji "Futureal" i "Man On The Edge". czyli piosenek z ery, kiedy wokalista IM byl Blaze Baley. jak wypadaja w interpretacji Dickinsona? tak jak wszystkie inne piosenki Iron Maiden. czyli co mnie to obchodzi.

a, i jeszcze klip. odwolujacy sie do filmu "Kult" (czyli w oryginale - "The Wicker Man", zbieznosc nieprzypadkowa). beka na totalu. check ruchy basisty w 3:37 - ABSOLUT


najlepszy moment: THE WICKER MAN

ocena: 6,5/10

22:24, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
sobota, 28 listopada 2009

rok wydania: 1996

wydawca: XL

 

okej, kac przeszedl, ale i tak nie chce mi sie dzis specjalnie rozpisywac. wiec znow o singlu, znow o The Prodigy.

wlasciwie to powtorzymy to, co pisalismy o "Firestarterze" w ramach recki "The Fat Of The Land". chyba najtradycyjniejsza piosenka w ich repertuarze. zwrotka-refren, aranzacja pozwalajaca bezproblemowo przetransferowac kawalek do swiata rockowego (co tez poczynilo pare zespolow), punkujaca linia wokalna Keitha Flinta. hit, dzieki ktoremu na Prodigy zwrocily uwage rockowe periodyki, a Flint zaczal byc postrzegany jako twarz kapeli, tak jak w przypadku kazdej zespolu rockowego postrzega sie jego wokaliste.

zwrocmy jeszcze uwage na bonusy. troche wydluzona instrumentalna wersja niczym nie zaskakuje. natomiast "Empirion mix" juz tak. z oryginalu pozostalo niewiele, kawalek poszedl w kierunku zwyczajnej wixy. jako wielbicielowi nowych dokonan Stachurskiego mi sie to podoba. no i jest jeszcze niepublikowany wczesniej "Molotov Bitch". gdzie Howlett i spolka (a wlasciwie to bez spolki, bo to instrumental) zblizaja sie do klimatow hiphopowych. rzadzonych przez zloopowana, niespieszna i mocna perkusje. cos dla fanow "Diesel Power".

udanej andrzejkowej wixy, moi drodzy!

(aha, na plycie dodatkowo mamy klip do wiadomego tracka. do odtworzenia, o ile posiadamy windows 95 lub wersje wczesniejsza. czyli beka)


najlepszy moment: FIRESTARTER (EMPIRION MIX)

ocena: 7/10

14:15, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 listopada 2009

rok wydania: 1998

wydawca: Izabelin

 

elo. kac morderca sprawia, ze perspektywa omowienia calej plyty troche mnie przeraza. dlatego dzis wykrecimy sie singlem.

tym bardziej ze jest okazja. otoz 10 lat temu (no, srodek listopada to byl, wiec pare dni sie spoznilismy) w Kwadratowej - zwany popularnie Kwadratem - odbyl sie ostatni koncert zespolu Illusion. zespolu-chluby trojmiasta, ale takze polskiego altmetalowego grania. zespolu, od ktorego miedzy innymi zaczela sie moja przygoda z mocniejszymi dzwiekami. i choc od dluzszego czasu przygoda ta znacznie stracila na blasku, to wstrzymuje sie przed uznaniem jej za zakonczona.

"Trzy ptaki" promowaly piaty - i jak sie mialo okazac takze ostatni - album kwartetu z gdanska, o przewrotnym tytule "6". choc plyte uznawano za raczej slabsze dokonanie iluzjonistow, to mego walkmana nie chciala opuscic przez dobre pare miechow. "Trzy ptaki" moze nie byly tam moze najlepszym numerem, na pewno jednak w gronie trackow lepszych sie znajdowaly. choc tak na dobra sprawe niespecjalnie on wyrozniajacy sie jest. ba, zwazywszy na dosyc eksperymentalny charakter "szostki", singiel moze jawic sie jako ciut zachowawczy. na poczatku slychac odglosy jakby ze studia nagraniowego, po czym wchodzi charakterny, ciezarny riff, narzucajacy niespieszne tempo calosci. do headbangingu tak zwanego sklania dopiero fragment ze slowami "bez dumy i chwaly...". no wlasnie - numer chyba bardziej niz ze wzgledu na muzyke warto zapamietac za slowa. potwierdzajace, ze Lipa jak na warunki w jakich przystalo mu obcowac (zarowno jesli chodzi o muzyke, jak i srodowisko naturalne-  Nowy Port reprazent, heh) wyrosl na calkiem mega-lebskiego kolesia.

byc moze numer jako calosc nie jest juz w stanie odtworzyc tych emocji, jakie mi towarzyszyly przy sluchaniu go iles lat temu, niemniej szacun jest.

coz, chwalic sie tym, ze wydawnictwo to jest teraz absolutnym rarytasem, nie zamierzam. tym bardziej ze nie ma powodu, bo nic specjalnego soba nie reprezentuje. nawet okladki brak. aczkolwiek moga zaintrygowac rzeczy upchane pod indeksami 2-7. a sa to gadaniny Lipy przeznaczone do radia. czyli "Dzien dobry [ewentualnie "dobry wieczor" badz "czesc"], mowi Tomek Lipnicki [ew. Lipa], pozdrawiam wszystkich sluchaczy waszego radia [ew. "programu"]." w sumie ciekawostka niezla.


najlepszy moment: TRZY PTAKI

ocena: 7/10

23:09, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 listopada 2009

rok wydania: 2007

wydawca: GMB

 

siema gejuchy. dzis najwiekszy gej na wiosce opowie Wam o swej faworytce w muzycznym baunsie.

dobra, a powaznie- przyznaje, ze ostatnimi czasy mam coraz wieksza slabosc do takich pop-dupeczek. a moze nawet bardziej r'n'b-dupeczek. musi byc czarniutka, smaczniutka, bit w tracku solidny, handclapsy,a w teledysku ma sie ruszac jak pierdolony rezus.

no i ta mloda lalunia z Dominikany, ktora spoglada na Was z lewej strony, doskonale sie w ten nurt wpisuje. choc kariera jak na razie jej sie dziwnie toczy. zaledwie jedna plyta wydana 2 lata temu. przejscie do wytworni Akona, ktory majac w planach wydanie reedycji "9 lives" kazal pousuwac ze sklepow oryginalne wydanie, po czym olal Kat na rzecz Lady Gagi i tym podobnych. przesrany zywot ma nasza Kasienka. ale okej, pomowmy o samej plycie.

o ktorej tak na dobra sprawe nie ma co wiele poopowiadac. wiadomo - produkcja pop pelna geba. czyli urozmaicenie aranzacji na poziomie zerowym (za wszystkie podklady odpowiada RedOne, ktorego kariera w branzy producenckiej zaczela sie niejako od tej plyty wlasnie), wszystko roztrzyga sie o hooki i interpretacje wokalne glownej bohaterki (a glos ma, trza przyznac, choc nic specjalnie oryginalnego). i o ile az tak mnie jeszcze nie spedalilo, by mnie ruszaly balladki pokroju "Love Me, Leave Me" czy "Feel What I Feel", to dynamiczniejsze tracki daja rade tak ze ojacieniemoge. a w szczegolnosci "Run The Show". tu nie mam nic do zarzucenia. potezne wejscie kotlow niemalze jakichs, przezajebiste parafleciki w tle, nie biorace jencow syntezatory, przekozacki refren i rapowane wejscia, coby szerokospodni nie czuli sie olani. piatek Parlament jak sie patrzy. jeszcze blizej ziomal-klimatu stoi "Whine Up" i to nie tylko za sprawa goscinnego udzialu Elephant Mana. daje rade takze wsparty dzwiekami gitary "In The End" i "Animal", zapowiadajacy niejako przemiane Shakiry w kobiete-wilka.

no ale wlasnie-my tu mowimy o singlach samych. but hey, chyba o to wlasnie w popowej plycie chodzi, tak? o przekozackie single na parkiet i do radia, a reszte trackow mozna obczaic w chwilach slabosci. gdyby jeszcze nie bylo tak, ze te piosenki wszystkie juz za pierwszym odslucham odkrywaja wszystkie karty (przez co ich termin waznosci jest krotszy od takiego "1 Thing" Amerie chociazby), too juz w ogole byloby bosko. jesli dla kogos pop z zalozenia jest gatunkiem gorszym, to nie da tej plycie wiecej niz 6/10. dla myslacej i doceniajacej obecnosci melodii reszty luda - ocena jak ponizej.


najlepszy moment: RUN THE SHOW (feat. Shaka Dee)

ocena: 7,5/10

16:05, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
 Skala

10-"Ideału Potęga"

9,9-9,0-"widzę szczyt, a za szczytem zaszczyt za zaszczytem"

8,9-8,0-"będę brał cię, cię, ehe"

7,9-7,0-"joł joł, joł joł joł joł joł, wielkie joł!"

6,9-6,0-"ch** na to kładę bo i tak damy radę"

5,9-5,0-"będzie dobrze dzieciak, elo, do góry głowa!"

4,9-4,0-"to nie z mafią układy tylko szołbiznes"

3,9-3,0-to nie jest kawałek żeby się podobać"

2,9-2,0-"Boże, czy jeszcze coś gorszego stać się może?"

1,9-1,0-"ile dałbym by zapomnieć cię..."

0,9-0,0-"pozerskie gówna a prawdziwy rap to dwie odmienne k***a sprawy!"