Kategorie: Wszystkie | film | muzyka | pozostałe
RSS
niedziela, 30 listopada 2008

rok wydania: 2008

wydawca: QL Music

 

ostatnio bylo sporo staroci u nas. ale wpadly mi w lapy dwa swiezutkie wydawnictwa, wiec poswiecie im troszke miejsca. jutro... uohoho... szykujcie sie, bedzie prawdziwa bomba!

 no ale dzis o nowej nosowskiej. przyznam ze poczatkowo troszeczke sie rozczarowalem na wiesc o nowym projekcie. bo raz - z calym szacunkiem, ale wydaje mi sie, ze osiecka to juz troszke wyswiechtany temat. dwa, przewaznie na tego typu plyty, czyli przerabiamy innego wykonawce, przewaznie porywaja sie Ci, ktorzy nie maja w tym momencie, lub w ogole, nic do powiedzenia. szczegolnie jesli mowa o polskim rynku muzycznym. no ale ale... akurat ciezko powiedziec o nosowskiej, by jej kariera byla w nieciekawym punkcie, a tym bardziej trudno powiedziec, by nie miala nic ciekawego do powiedzenia. czyli nie koniunktura, a szczery zryw serca. uf.

znow macuk. o jego Wielkosci i uzasadnieniu tego tytulu bylo przy okazji "Unisexblues", lukajcie do archiwum. wiec krotko - chlopak znow stanal na wysokosci zadania. tylko ze tym razem nie mozna zarzucic, by forma przerastala tresc, jak to momentami bywalo na "Unisexblues". wszystko jest w sluzbie Piosenek. kameralnie, dostojnie, momentami patetycznie w pozytywnym tego slowa znaczeniu. slowem - pieknie.

chociaz tym razem prawdziwym bohaterem tej plyty jest Nosowska. na pierwszy rzut ucha - zachowawczo. zadnych exprerymentow wokalnych, wygibasow, nietypowych srodkow ekspresji. "zwykla" interpretacja. ale jak cudnie niezwykla w swej zwyczajnosci. halajty w tej kategorii: "Na Całych jeziorach Ty" i konczace album niesamowite "Na kulawej naszej barce" (tak, Kasiu ;)

mysle ze nie ma co porownywac do omawianego jakis czas temu "Czy te oczy moga klamac" Raz Dwa Trzy. zupelnie inny klimat muzyczny i zarowno ekipa Nowaka, jak i Nosowskiej staneli na wysokosci zadania. jednak nie bede ukrywal ze dzwieki produkowane przez Macuka sa mi blizsze i to do "Osieckiej" bede czesciej wracac. 

sukces komercyjny jest pewny jak w banku. ale trzeba tez powiedziec: pelen sukces artystyczny. kurcze, znowu. 

 

najlepszy moment: NA KULAWEJ NASZEJ BARCE

ocena: 7/10

19:32, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
sobota, 29 listopada 2008

rok wydania: 1986

wydawca: Warner

 

szalom! nowego mojego zioma chce Wam przedstawic. nazywa sie Paul Simon. mozecie go kojarzyc z takiego starego duetu co sie Simon & Garfunkel zwal.  duet ten nagral takie numery jak "Mrs Robinson" czy "Sounds Of Silence", ktore na pewno kojarzyci, chocby z filmu "Absolwent". anyway, duet sie w pewnym momencie rozpadl, kazdy poszedl w swoja strone. Paul Simon w troche lepsza komercyjnie i artystycznie. a najlepszy przystanek tej drogi zwie sie "Graceland".

plyta uchodzi za jedna z naj plyt swiata. klocic sie z tym nie zamierzamy tutaj. bo jest w tym sporo prawdy. 

przede wszystkim plyta ma znaczace podloze historyczne. otoz POPularny pan uslyszal pewnego dnia nagrania afrykanskich muzykow i tak sie nimi podjaral, ze postanowil nagrac z nimi cala plyte. a dzialo sie to w czasie, kiedy funkcjonowalo zjawisko zwane apartheidem, wiec nie bylo to takie ho siup. tym bardziej, ze Paul Simon wymarzyl sobie nagrywanie w roznych czesciach swiata. w RPA, ale tez i w USA, a nawet w slynnym Abbey Road w Londynie. wiec kosztowna sprawa, tym bardziej ze mamy tu sporo tych muzykantow. ale oplacilo sie. czasem jednak wsparcie koncernu fonograficznego sie przydaje.

powstala plyta, ktora dla mnie stanowi niemal idealne sprzezenie afrykanskiego feelingu, rytmiki z popowa, "zachodnia" melodia. okreslenie world music nabiera tutaj nowego numeru. czasem jedna strona bierze gore nad druga, ale i tak mozna calosc uznac za jak najbardziej efektywna symbioze.

jak wsponielismy, mnostwo tu muzykantow. glownie afrykanskich (z wiekszych nazwisk mozna odnotowac Youssou N'Dour), ale tez i Adrian Belew z King Crimson wspomogl na gitarze. nie pasuje mi tu do konceptu tylko mexykanscy Los Lobos w zamykajacym calosc "All Around The World Or The Myth Of Fingerprints". tym bardziej, ze sam numer slaby.

ale poza tym to cudnie. np, tytulowa rzecz, za ktora Simon zgarnal Grammy (podobnie zreszta jak za caly album). rytmika lekko typu country, ale nawet pasuje do tematyki tekstu, bedacego lekko ironicznym opisem wyprawy do krainy Elvisa Presley'a. zreszta, Simon i jego postac to w ogole inna historia. storytelling nie do pomylenia. termin hiphopowy? ale czasem naprawde brzmi to jak the streets tamtych czasow, tylko ze bardziej spiewnie. wiem, ze traci ten opis herezja, ale no co ja poradze na takie skojarzenie.

wrocmy do meritum. najwiekszy hit tej plyty jak i lat 80tych - "You Can Call Me Al". na pewno znacie, chocby dzieki GENIALNEMU teledyskowi (link na dole) z udzialem Chevy Chase'a. ale i sam numer zasluguje na taki epitet. idealnie zaaranzowany pop. refren nie do wyrzucenia z glowy, trabeczki, afrykanska rytmika, solo flecika i motyw bassowy, ktory sam w sobie jest Absolutem. przeanalizujce go kilkanascie razy i zauwazcie, ze druga czesc stanowi DOKLADNY rewers pierwszej czesci. whoah!

tych numerow zreszta moznaby wiecej wymieniac. piekna sprawa jest "Homeless" gdzie slyszymy tylko afrykanska kapele spiewajaca a capella, czesciowo w dialekcie Zulu. a "Under African Eyes" - liryczny i muzyczny hold dla Czarnego Ladu?

moznaby dwa numery wyrzucic, wiec absolutem tego albumu nie da sie nazwac. ale i tak - trzeba znac.

 

najlepszy moment: YOU CAN CALL ME AL

ocena: 9/10

15:56, rejczmen , muzyka
Link Komentarze (3) »
piątek, 28 listopada 2008

rok wydania: 1988

wydawca: Atlantic

 

 dzis w poczet waznych jegomosci wpiszemy az czterech Panow. chociaz nie kazdy tak samo zasluguje...

Neila Younga na pewno kojarzycie. keep on rockin in a free world, rzekomy ojciec chrzesy grunge'u, idol pearl jam itepe itepe. nazwisko kojarza wszyscy, troszke mniej ludzi juz konkretne plyty. przypuszczam ze jeszcze mniej ludzi wie o tym, ze ten pan nawet taki projekt jak CSN&Y mial. no i niby dalej m, choc z tym jego uczestnictwem w nim to roznie bywalo. jak rozkrecal swoj wlasny interes, to pozostala trojka wydawala i koncertowala pod nazwa Crosby Still Nash.

no i "American Dream" to w kontekscie historycznym niezwykla plyta, poniewaz pierwsza nagrana znowy z Youngiem po 18 latach. szkoda ze jakosciowo tez nie jest historycznie. niektorzy mowia ze to jedna z najgorszych plyt rockowych wszechczasow. moze i tak zle nie jest, ale..

zaczyna sie calkiem sympatycznie. utwor tytulowy. kapitalny duet handclapow i klawiszy. autorstwa Neila Younga. jak sie okaze, jest to jeden z najlepszych utworow na tej plycie. pozostale tez sa autorstwa Younga...

rzecz w tym, ze Young pasuje do calego tego towarzystwa jak piesc do nosa. niby rowniez inspirujacy sie country i folkiem, ameryka, ale zupelnie inaczej chyba te gatunki rozumie niz pozostala trojka. zreszta, przypuszczam ze sam Young napisanych na te plyte utworow na solowych wydawnictwach by nie umiescil, jako zbyt lajtowe. chociaz i tak w tym zestawieniu brzmia najmocniej. trudno by tak nie bylo, skoro sa tutaj takie koszmarki jak np "Shadowland", brzmiacy jak efekt nieudanego koszmarnego jamu Papa Dance z Eagles. takich dramatow wielu nie ma, ale rzeczywiscie sa to klimaty bardzo Eaglesowe. czyli lajtowo, chorkowo, popowo, soulowo, o milosci w najbanalniejszy z mozliwych sposobow.  nie sa to zle skladniki, ale taka mieszanka jest ciezkostrawna.

chociaz plyta dziwnym trafem lepiej wypada jako calosc niz konkretne jej skladniki. do przodu ciagnie sprawe Young. i rezta kolesi chyba o tym wie, bo facet jest w kazdym kawalku. dzieki czemu jednak nie da sie plyty skreslic. no i jest ten utwor tytulowy. i jeszcze konczacy calosc "Night Song".

dla tych ktorzy lubia mieszanie grunge'u z popem.

 

najlepszy moment:  AMERICAN DREAM

ocena: 6,5/10

18:40, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 listopada 2008

rok wydania: 2003

wydawca: Pomaton EMI

 

"Nieprzyzwoite piosenki"? eeeee, chyba o Anal Cunt nie slyszeli.

dzis nawiazemy do wczorajszej notki o Cohenie. czemuz to? poniewaz wydaje mi sie, ze pewna inspiracja dla duetu Porter & Lipnicka bylo to, co dzieje sie u Cohena na plytach. tak to brzmi przynajmniej tutaj. choc same barwy glosow przywoluja skojarzenia typu Nick Cave czy Sinead O Connor. ale to luzne skojarzenia. w koncu nie mowimy tutaj o debiutantach stylizujacych sie na swych idoli, ale starych wyjadaczy polskiego szoubizu.

niby bylo tak, ze to co mialo byc goscinnym wystepem Lipnickiej na kolejnej plycie Portera przerodzilo sie w trwala wspolprace obejmujaca kilka plyt. a takze "wspolprace" poza studiem. no i w sukces komercyjny. ten ostatni cieszy, bo JOhn Porter jest jednym z bardziej niedocenianych postaci polskiej sceny muzycznej. historyczne plyty, wazne projekty, no troszke kurde legenda. legenda, ktora podobnie jak np Brylu jakos niespecjalnie mogla sie odnalezc w postprlowskiej muzyce. pomoc na wybicie sie przyszlo z totalnie nieoczekiwanej strony, bo od bylej wokalistki jednego z najpopularniejych polskich muzycznych potworow lat 90tych - Varius Manx. efekt byl taki, ze Porter nagral najlepsza plyte pod wzgledem komercyjnym, a Lipnicka pod wzgledem artystycznym.

mozna oczywiscie narzekac, ze ta plyta jest do bolu monotematyczna. wszedzie ta Milosc - w glosach,w  tekstach, w aranzacjach. milosna masakra. i nie chodzi tylko o love miedzy porterem a lipnicka - tez jest o milosci do bylych partnerow, do swiata, do przyjaciol... ej, no piekna sprawa przeciez ta Milosc, czy nie? tak slyszalem przynajmniej. wiec skoro tak im w sercach gralo, to czemu mieliby o tym nie spiewac? piosenki zreszta zdaja test na autentycznosc -  wyrachowania nie slychac. 

zreszta, mimo takich a nie innych tekstow muzycznie nie zawsze jest slodko. w takim "Learning (how to fall)" aranzacja niby ta sama jak w pozostalych 13 piosenkach - akustyczna gitara portera, jakies skrzypki, pianino, przeszkadzajki. ale nastroj mrocznawy jak u nicka cave, spotegowana zreszta przez podobna barwe glosu portera. o to, by muzycznie nie bylo zbyt slodko zadbal zreszta porter, autor 10 kompozycji. naprawde, ciezko mu zarzucic by popelnij tutaj jakas muzyczna zdrade.

choc akurat zdecydowanie najcudniejszym numerem tutaj jest w calosc autorski numer Lipnickiej "Strange Bird". gosh, plakanie przy muzyce naprawde lekko traci zenada, ale ta piosenka totalnie rozrywa serce. piosenka na parodniowy repeat na winampie. ah, gdyby kariera Lipnickiej obfitowala w wieksza ilosc takich piosenek, to bysmy mogli naprawde mowic o konkurencji dla, bo ja wiem, tori amos. afera.

wydaje mi sie, ze ta plyta w pelni wyczerpala formule i pozniejsze plyty tego projektu byly raczej niepotrzebne. natomiast samej "NP" ciezko cos zarzucic. o najbanalniejszym i jednoczesnie najpotezniejszym z uczuc bez ani grama banalu - to sztuka. az chcialby sie czlowiek zakochac, by jeszcze mocniej odczuwac ten album. ah. oh. ah. eh.

 

najlepszy moment: STRANGE BIRD

ocena: 7,5/10

17:19, rejczmen , muzyka
Link Komentarze (1) »
środa, 26 listopada 2008

rok wydania: 1979

wydawca: Columbia

 

jesienny Cohen, jakby to powiedzial Suharro.

o kanadyjczyku chyba nigdy na tym blogu nie bylo. wiec absolutna premiera.

dla niezorientowanych taki maly disklejmer - Leonard Cohen to ten pan, co pare lat temu czesto goscil w polskich radiach z takim spokojniutkim, mruczanym refrenem "In My Secret Life". refrenem ktorym bardzo zainspirowal sie kukiz z borysewiczem tworzac "Jesli tylko chcesz" czy jakos tak. ale na polkach sklepowych szukajcie plyt Cohena w towarzystwie Boba Dylana predzej niz polskich poprockowcow.

malo kto lubi ten album. slabo sie sprzedawal, nie ma tu hiciorow (oczywiscie w cohenowej skali), wlasciwie ciezko powiedziec czy ta plyte cos wyroznia. poza tym ze jest zajebiscie rowna i rownie przyjemna. ascetyczne do bolu aranzacje. chodzi tylko o Cohena i jego teksty i jego poezje. ja sie na poezji znam jak kaczynski na savoir vivr, wiec nawet nie podejme sie oceny tego co cohen pisze. a ze o samej muzyce tez trudno sie rozpisac z powodu wspomnianego ascetyzmu, to niedlugo bedziemy ten tekst konczyc. ale...

co warto odnotowac? ano np to ze w dwoch numerach Cohenowi przygrywa kapela mariachi. ciekawie to wypada zwlaszcz w "The Lost Canadian", tradycyjnym numerze z 19 wieku spiewanym w jezyku francuskim. reszta to juz tradycyjne mruczando cohena, najczesciej wsparte zenskim wokalem i akustyczna gitara samego Cohena. mysle ze bardzo, ale to bardzo spoko.

 

najlepszy moment: THE TRAITOR

ocena: 7/10

14:17, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
 Skala

10-"Ideału Potęga"

9,9-9,0-"widzę szczyt, a za szczytem zaszczyt za zaszczytem"

8,9-8,0-"będę brał cię, cię, ehe"

7,9-7,0-"joł joł, joł joł joł joł joł, wielkie joł!"

6,9-6,0-"ch** na to kładę bo i tak damy radę"

5,9-5,0-"będzie dobrze dzieciak, elo, do góry głowa!"

4,9-4,0-"to nie z mafią układy tylko szołbiznes"

3,9-3,0-to nie jest kawałek żeby się podobać"

2,9-2,0-"Boże, czy jeszcze coś gorszego stać się może?"

1,9-1,0-"ile dałbym by zapomnieć cię..."

0,9-0,0-"pozerskie gówna a prawdziwy rap to dwie odmienne k***a sprawy!"