Kategorie: Wszystkie | film | muzyka | pozostałe
RSS
wtorek, 28 lutego 2012

rok wydania: 2011

wydawca: DIY

pobierz album

 

Ocena 6/10 niską się nie wydaje, ale jak być może zdążyliście zauważyć - rzadko kiedy coś na tym blogu schodzi poniżej 6,5/10. Co tylko potwierdza, że ja wystawiać ocen muzyce nie umiem, zwłaszcza w bardziej radykalny sposób. Za dobre serce mam, po prostu. I wczoraj tak samo mnie dopadła rozkmina "a może przesadziłem? Może ten Bobby V coś sobą reprezentuje?". Sięgnąłem po wcześniejszy mixtape, powstały zaledwie w grudniu i...

Kurcze, no. Oczywiście wciąż generalnie jest to dość fajansiarskie. Ale tym razem słucha się tego zdecydowanie lepiej. Coś w tych trackach się dzieje. Ba, nawet jakiś wigor swój mają!

Np taki "Drop It". O, takich rzeczy mogę słuchać na repeacie. Bobby V ograniczył się praktycznie do wyśpiewania refrenu, resztę roboty powierzając raperom Meek Mill i 2 Chains. O hicie było by przesadą mówić, ale jest to zdecydowanie poziom legalowy. Ale to nie koniec dobroci. "Hammer Time" fajnie osadzono na bicie generowanym przez kotły. "Naked" ma aranż niemal... jazzowy. "Stilettos Toes" sprowokowało mnie do researchu, czy aby przypadkiem nie The-Dream maczał w tym palce. "Night Ridder" niby nie ma nic takiego charakterystycznego w aranżacji (poza idealnie stapiającymy się z bitem dźwiękami ruszającego auta), a jednak kapitalnie oddaje klimat nocnej jazdy samochodem.

Co więcej - nawet te kawałki, które znalazły się na nieszczęsnym "V Day", tutaj w doborowym towarzystwie prezentują się o niebo lepiej. Przede wszystkim "Cum Baby", w którym słychać patenty (np efekt na wokal) dające równie kuriozalny efekt co tytuł kawałka, a jednak intryguje to dość mocno.

Więc albo mi się od wczoraj odmieniło, albo typ jednak nie jest taki totalnie do skreślenia. Choć już mógłby sobie darować adres swego fejsbukowego profilu na okładce. Marketingowiec jebany.

 

najlepszy moment: NIGHT RIDER (FEAT. BILL JABR)

ocena: 7/10

21:21, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 lutego 2012

rok wydania: 2012

wydawca: DIY

pobierz album

 

Wracamy do urban soundu.

Tym razem jednak nie hiphop, a r'n'b. Wprawdzie już dawno po Walentynkach, ale pomyślałem sobie, że dobra muzyka nigdy nie traci na aktualności. Cóż, albo nie jest to prawdą, albo "V Day" nie jest dobrą muzyką.

Być może przypadek jest podobny do tego, który dotyczy Plies'a. W końcu nasz dzisiejszy bohater - do niedawna działający jako Bobby Valentino - już parę legali wydał, nawet ustrzelił parę lat temu hita z Timbalandem. A może też nie trafił w mój dzisiejszy, mało romantyczny klimat. W każdym bądź razie - spłynął po mnie ten mixtape jak po kaczce. Fakt, nie jestem wielbicielem takich klimatów w męskim wydaniu, R Kelly jest dla mnie przede wszystkim pedofilem, a nie szanowanym artystą. Ale jeśli tego typu kawałek trafi się na rap płycie w drodze wyjątku, to zawsze powitam go z otwartymi ramionami. Natomiast w takiej dawce (nawet jeśli to zaledwie pół godziny) jest to dla mnie nie do przełknięcia. Mógłbym się bawić w jakieś szukanie pozytywów, bo tu i ówdzie jakieś ciekawe patenty aranżacyjne wyłaniają się z tej różano-budyniowej magmy. Ale byłoby to działanie na siłę.

Co mnie jeszcze wkurwiło na tym wydawnictwie? Wiem, mixtape częściej dziś służy celom promocyjnym aniżeli artystycznym. No ale kurwa, nawijanie o ilości wyświetleń na jutubie czy o tym, jak fajnie odpicowane mamy profile na fejsie czy twitterze to już chyba przesada. Nie jestem idealistą, zdaję sobie sprawę że obecnie na ma przeszkód, by postawić znak równości między muzyką a produktem. Do skonsumowania, chwilowego uniesienia, a następnie zapomnienia i wysrania. Ale niech przynajmniej tworzy się pozory, że chodzi o coś więcej.

Kiedyś czytałem wywiad z kolesiem z Analogsów. Poproszony o opinię na temat techno (jakby "Pierdolona era techno" nie wyczerpywała tematu, hehe) powiedział (cytuję z pamięci, ale sens podobny) że gdyby miał puścić swej dziewczynie/potencjalnej kandydatce coś z tego nurtu, to ta zapewne uznałaby go za zboczeńca bądź w najlepszym przypadku psychola. Przypuszczam, że w podobnej sytuacji zapuszczenie "V Day" zakończyłoby się podobnie.

 

najlepszy moment: PUT IT DOWN

ocena: 6/10

21:45, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 lutego 2012

rok wydania: 2010

wydawca: Come&Live!

pobierz album

 

Ok, czas zmienić klimat. Nie tylko stricte muzycznie.

Przekaz w muzyce dla wielu osób - zarówno wykonawców, jak i słuchaczy - jest ważniejszy niż sama muzyka. Przekaz bywa różny. Socjologiczne obserwacje czy polityka wydają się teoretycznie tymi najpopularniejszymi zagadnieniami, jednak mam nieodparte przekonanie, że gdyby przeprowadzić jakiejś poważniejsze badanie w tym zakresie, niechybnie okazałoby się, że dominującą tematyką w muzyce_której_o_coś_chodzi jest religia.

Zaskoczenie? Prawdopodobnie tak, a to z tego względu, że obecność tak zwanego Diabła/Szatana w muzyce metalowej jest tak oczywiste, że przestaje się to zjawisko rozpatrywać w kategoriach religijnych. Oczywiście nie chce stawiać równości między metalem i szatanem, bo to trąciłoby księdzem Natankiem, trudno jednak nie zauważyć, że gatunek ten jest tą ciemną stroną mocy przesycony.

A co z innymi religiami? Ostatnio pisaliśmy to o Beastie Boysach zafascynowanych Buddyzmem, ale chyba mało kogo tak de facto to poruszyło, nie mówiąc już o jakimkolwiek obruszeniu. Powszechnie wiadomo, kto w branży jest Żydem lub scjentologiem, jednak trudno w samej muzyce przykładowego Becka czy Dylana znaleźć coś na ten temat. Więcej - dyskografia tego drugiego na poważnie zahaczyła o religię dopiero wtedy, kiedy odnalazł on Jezusa w latach 70tych.

No właśnie - o ile wcześniej wspomniane wyzwania dość bezproblemowo są wchłaniane przez świat Muzyki, tak chrześcijaństwo wciąż jest postrzegane z nieufnością. Zwłaszcza w Polsce, co jest nie lada paradoksem, biorąc pod uwagę dość heh, rozległy target potencjalnych słuchaczy. Chrześcijański hiphop wciąż jest postrzegane jako kuriozum. 2TM2,3 jakoś się poszczęściło, choć nie bez problemów, natomiast za Pneumą, pomimo coraz bardziej uniwersalnego wydźwięku tekstów, wciąż ciągnęła się łatka kapeli chrześcijańskiej kapeli, którą głupio zaprosić na jakikolwiek metalowy fest, bo jeszcze będzie kazania prawić co drugiej kapeli. O reszcie gatunków nie ma co wspominać, bo poza Radiem Maryja praktycznie nigdzie nie dostrzeżesz ich obecności.

Co innego Stany Zjednoczone. Tam chrześcijańska muzyka to potężna gałąź przemysłu muzycznego - z własnymi labelami, festiwalami, mediami. Funkcjonuje to dość podobnie co country - interakcja z rynkami zagranicznymi czy zewnętrznym światem muzyki praktycznie nie istnieje, ale też i nie ma takiej potrzeby - podstawowy target i tak jest na tyle potężny, że po co jeszcze szukać poklasku u "niezrzeszonych". Zresztą przypadki Evanescence czy Creed pokazały, że wyjście z takiej niszy przeważnie równa się spalonym mostom za sobą.

Chłopaki z Showbread nawet takiej potrzeby nie odczuwają, nie tylko nieustępliwie deklarując w tekstach swych piosenek dozgonną miłość do Jezusa, ale i, wzorem dobrego chrześcijanina, rozdając efekty swojej pracy za całkowitą darmoszkę w sieci. O ile jednak przekaz pozostaje niezmieniony, tak już muzycznie chłopaki nie mogą ustać w jednym miejscu. Zaczynali jako kapela screamo, by na najświeższym "Who Can Know It?" wylądować w...

... no właśnie nie wiem gdzie. "A Man With A Hammer" wita dźwiękami nie tylko typowo rockowego instrumentarium, ale i fortepianu. Który, jak się później okaże, jest stałym elementem także pozostałych 9 kompozycji, daleko wybiegając poza rolę dodatku. W roku 2012 skojarzenie musi być jednoznaczne - Coldplay. Aranżacyjnie bardziej hm mięsisty, bo trudno tak całkowicie porzucić core'owe przyzwyczajenia, ale jednak Coldplay. I rzeczywiście, o Faith No More'owym jajcarstwie nie ma mowy - słuchacz ma się wzruszyć. Tyle że jest to wzruszenie dość tanie, płytkie. Niby cel uświęca środki, ale jednak dobrze byłoby takie wzruszenia rozróżniać. A pisze to koleś, który płakał ostatnio na "Klanie", więc wie co to tanie wzruszenie, dziwko.

A może to ten przekaz tak porusza? Pomijając aspekt chrześcijański, to trzeba uczciwie przyznać, że teksty trącą małą poezją. Zresztą ich autor, a zarazem wokalista Josh Dies z powodzeniem działa także jako autor książek, więc coś jest na rzeczy. Szkoda tylko, że wyśpiewane są one w tak nieprzekonujący, jednowymiarowy, "pizdowaty" sposób. Wcześniej, jako dodatek do krzyku, to się sprawdzało. Na rozciągłości całej płyty trochę męczy. A co gorsza - trochę zabija te piosenki, w których dzieje się ciut więcej niż coldplayowanie. Jak "The Prison Comes Undone" (choć to wciąż cudny numer), "Hydra" czy 11minutowy "The Heart Is Deceitful Above All Things" (choć tutaj po kapitalnym początku zabrakło pomysłu nie tylko na wokal, ale i na całą resztę kompozycji). Tylko "Myth Of A Christian Nation", z mięsistym riffem, wyłamuje się z klimatu całości. Fajowy wyjątek.

Się rozpisałem, cholera. Ale ta płyta naprawdę sporej rozkminy mi dostarcza. Ma ta płyta charakter. Kontrowersyjny, nie tak oryginalny, ale na pewno nie pozostawiający obojętnym. Przyznam, że boję się jej dłużej słuchać, bo jeszcze w oazie jakiejś wyląduje albo, co gorsza, stanę się emo. Czas dla równowagi jakiegoś Slayera zapuścić.

 

najlepszy moment: THE PRISON COMES UNDONE

ocena: 7/10

17:58, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 lutego 2012

rok wydania: 2012

wydawca: DIY

pobierz album

 

Mixtape prosto z piecia, wydany zaledwie wczoraj!

Ale czy poza tym jest czym się ekscytować? No właśnie nie za bardzo. Jakościowo bliżej temu mikstejpowi do tych omawianych w ciągu ostatniego tygodnia aniżeli "I Fuck With The DJ" chociażby. Plies wciąż jedzie na bliźniaczo podobnych beatach, jako raper gospodarując na wyłączność nie tylko wszystkie zwrotki, ale i refreny. Oczywiście można zapomnieć o wartości stricte muzycznej, skupiając się wyłącznie na tekstach. Nie będę jednak ukrywać, że mieszkając pod taką, a nie inną szerokością geograficzną przekaz Plies'a obchodzi mnie tyle co przysłowiowy zeszłoroczny śnieg (a także ten, który wreszcie stopniał parę dni temu).

I można by zapomnieć o tym mikstejpie, gdyby nie ostatni kawałek (a właściwie dwa, bo otrzymujemy go jeszcze w wersji ocenzurowanej) - "Fucks With You". Przeskok jakościowy porażający. Bit niby na podobnym patencie, a jednak znacznie bardziej żrący, melodia w refrenie przesłodziuchna, a i sam główny bohater jakoś bardziej zaangażowany w sprawę się wydaje. I wszystko fajnie, gdyby nie fakt, że numer ten jest singlem z nadchodzącego legala, trafiając tu niejako bonusowo. Co kolejny raz potwierdza, że mikstejpów większych graczy trudno nie traktować inaczej niż ciekawostki. Przydatne jako soundtrack przy zajmowaniu się trudami dnia codziennego, ale raczej bezużyteczne w bezpośrednim kontakcie.

 

najlepszy moment: FUCKS WITH YOU

ocena: 6,5/10

18:56, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 lutego 2012

rok wydania: 2010

wydawca: DIY

pobierz album

 

Hmmmmm, co by tu mądrego powiedzieć o kolejnym z mikstejpów Plies'a... Cholera, nic się nie da! Eksperymentów brak, ficzuringów brak (Plies generalnie nie lubi gościć u siebie innych raperów na mikstejpach - a szkoda, bo sam jakimś wybitnym raperem, będącym w stanie przykuwać uwagę na rozciągłość całego wydawnictwa, nie jest), materiał jest jeszcze bardziej jednostajny niż jego kolejna część wydana zaledwie parę miechów później. "Boosie" ma co najwyżej ciut inny, bardziej nastrojowy klimat. Ale generalnie dla mnie wydawnictwo bez historii, sorry man.

 

najlepszy moment: BOOSIE

ocena: 6,5/10

21:00, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4
 Skala

10-"Ideału Potęga"

9,9-9,0-"widzę szczyt, a za szczytem zaszczyt za zaszczytem"

8,9-8,0-"będę brał cię, cię, ehe"

7,9-7,0-"joł joł, joł joł joł joł joł, wielkie joł!"

6,9-6,0-"ch** na to kładę bo i tak damy radę"

5,9-5,0-"będzie dobrze dzieciak, elo, do góry głowa!"

4,9-4,0-"to nie z mafią układy tylko szołbiznes"

3,9-3,0-to nie jest kawałek żeby się podobać"

2,9-2,0-"Boże, czy jeszcze coś gorszego stać się może?"

1,9-1,0-"ile dałbym by zapomnieć cię..."

0,9-0,0-"pozerskie gówna a prawdziwy rap to dwie odmienne k***a sprawy!"