Kategorie: Wszystkie | film | muzyka | pozostałe
RSS
poniedziałek, 28 lutego 2011

rok wydania: 1995

wydawca: Elektra

 

kontynuujemy watek Tracy. "Matters Of The Heart" mamy juz przerobione od dawna, czas na jego nastepce.

pod wzgledem komercyjnym "New Beginning" bylo sporym zaskoczeniem. wydawalo sie, ze na wyskosci "MOTH" wszyscy skreslili autorke "Fast Car", gdy tymczasem 3 lata pozniej jej nowy album znow zdobywal szczyty notowan. ba, ponoc "New Beginning" sprzedawal sie jeszcze lepiej niz oslawiony debiut. nominacje do Grammy mozna bylo w tym kontekscie potraktowac jako wisenke na torcie.

tylko czy sukces komercyjny poszedl w parze z artystycznym? hmmm... na pewno jest inaczej. tym razem Tracy dala sobie spokoj ze sciaganiem sidemanow, czasem nawet o slynnych nazwiskach i postawila na regularny sklad. to slychac. jednoczesnie ta spojnosc nie zaprzecza aranzacyjnemu bogactwu - tu i owdzie czarowani jestesmy dzwiekami didgeridoo, fortepianu czy smykow. instrumentalny aspekt calosci wrecz kaze poslugiwac sie epitetami typu "wysmakowane", "dojrzale", "bogate" (co nie znaczy, ze przy wczesniejszych wydawnictwach takie slowa nie mogly pasc).

wazne jest to, ze idzie to w parze ze znow dobrymi tekstami. dosc moralizatorskimi, ale jednak dobrymi. znow mamy opowiadanie konkretnych historii, ktore bronia sie w oderwaniu od muzyki. wystarczy juz zreszta rzut oka na sama ksiazeczke z lirykami, obfita jak nigdy wczesniej (swoja droga fajny to zwyczaj u Chapmanowej, ze zawsze daje poza oryginalnymi tekstami takze ich tlumaczenie, m.in. na francuski, hiszpanski czy wloski).

skoro wiec jest tak dobrze, to czemu nie porywa? niby najpopularniejszy stad "GIve Me One Reason" (laureat Grammy w kategorii rock, ale nominowany tez jako najlepsza piosenka roku) wydaje mi sie strasznie przereklamowany. ot, sympatyczny blues rock i nic wiecej. znamienne, ze to najstarszy utwor z plyty, datowany jeszcze na '86. tyle ze na debiucie wypadlby blado (moze dlatego otrzymujemy go dopiero na "NB"?). juz ciekawsze sa sasiadujace z nim utwory - "Tell It Like It Is", przekonujacy o rockowym potencjale zespolu Chapman i zgola odmienny, minimalistyczny "Remember The Tinman". cos jeszcze? moze "The Rape Of The World"? troche malo to wciaz jednak.


najlepszy moment: THE RAPE OF THE WORLD

ocena: 6,5/10

19:51, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 27 lutego 2011

rok wydania: 1989

wydawca: Elektra

 

po wesolutkiej sobocie w rytmie Roisin Murphy czas na niedzielna zamulke. zostajemy jednak przy wybitnych muzykach plci zenskiej. co tam u Tracy Chapman?

ano Tracy wydala w '89, rok po genialnym debiucie, jego nastepce "Crossroads". jak juz wspomnielismy przy okazji "Matter Of A Heart", byl to zawod. moglo sie wydawac, ze Tracy po prostu pospieszyla sie z wydaniem tej plyty. jak jednak mialy pokazac nastepne albumy, niekoniecznie tak bylo. po prostu wszystko co najlepsze Chapman zaoferowala juz na starcie.

nie aby "Crossroads" bylo zla plyta. konwencje akustyczne granie + TEN Glos bede kupowal zawsze, ale i obiektywnie widac, ze Chapman zawyzala srednia krajowa w kategorii "zenski songwriting". tyle ze nawet jesli melodie nie ujmuja jak te sprzed roku, to zawsze na ratunek moga pospieszyc liryki. ale i tu cos niedobrego sie stalo. gdzie ten storytelling z "Fast Car", gdzie bunt z "Talking 'bout a revolution", gdzie wrazliwosc spoleczna z "Behind The Walls"? dedykowany Nelsonie Mandeli "Freedom Now" to troche za malo, zreszta tez malo sciskajacy za serce. nie ma nic zlego, ze plyta skupia sie na milosciach wiekszych i mniejszych, piszac o nich czase w prosty sposob. problem w tym, ze przy okazji wdziera sie tu cos, czego nie bylo imho chocby w zdawkowej ilosci na debiucie. zwie sie to Banal.

rowna to plyta niczym niemiecka autostrada, ciezko cos wyroznic. moze pozytywnie nastrajajacy opener w postaci utworu tytulowego ze slicznym, rrefrenowym mruczandem? ascetyczny, bezposredni do bolu "Be Careful Of My Heart"? przesiakniety dzwiekami trabki "Born To Fight"? albo "All You Have Is Your Soul" z goscinnym, fortepianowo-gitarowym udzialem samego Neila Younga? ok, ja stawiam na "This Time". piekny na tyle, ze bylbym go w stanie wyobrazic sobie o reszcie albumu.

by nie bylo - zle nie jest. tyle ze debiut dawal nadzieje na narodziny byc moze najwybitniejszej czarnej piosenkopisarki naszych czasow. "Crossroads" sprowadza bolesnie na ziemie. plus, ze nie w tak bolesny sposob jak "Matters Of The Heart".


najlepszy moment: THIS TIME

ocena: 7/10

19:22, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 lutego 2011

rok wydania: 2007

wydawca: EMI

 

Madonna? Kylie Minogue? Lady Gaga? Kate Perry? Rihanna? Doda? naaah, Krolowa jest tylko jedna. dzis wlasnie o niej.

ok, nie abym robil z siebie psychofana boskiej obywatelki Irlandii - znajomosc Moloko jednak ograniczylem glownie do singli, debiut solowy zaledwie obil mi sie o uszy, a na zadnym z licznych koncertow w Polsce nie bylem. ale w "Overpowered" wsiaklem. to jest Pop bedacy esencja tego, co w tym gatunku uwielbiam. uniwersalnie (tj podobajace sie zarowno najglupszej, jak i najbardziej inteligentnej osobie w twym towarzystwie) obezwladniajace melodie w przepysznych aranzacjach, stanowiacych pole do popisu dla krytykow i wszstkich tych, ktorzy lubuja sie w rozkladaniu Muzyki na czesci pierwsze. a to wszystko podane przez Osobowosc, bardziej prawdziwa niz niejeden zespol z gitarami.

"You Know Me Better", przede wszystkim "You Know Me Better". ten numer = Szczescie, od pierwszej do ostatniej sekundy. stosunkowo prosty bit, ale misternie opleciony dzwiekowymi bajerami, synthami, jakimis dziwnymi meskimi wokalami no i przede wszystkim firmowym wokalem. a refren... now, that's what I call R-E-F-R-E-N. to juz nawet nie jest podklad do parkietowej radosci, to soundtrack do Radosci sensu stricto. takie dzwieki rozbrzmiewac powinny w najlepszych chwilach zycia, gdyby ow zycie bardziej przypominalo film. reasumujac - jeden z najlepszych singli minionej dekady, stajacy w szranki z ejtisowymi szlagierami.

jakby to powiedzial Franciszek Smuda, poprzedzajacy "YKMB" numer tytulowy tez miekkim chujem robiony nie jest. a moze pod wzgledem aranzacyjnym stanowiacy nawet wieksze wyzwanie. bo znajdzcie jeden z drugim tak klasycznie wrecz chwytliwy kawalek, na ktory skladaja sie tak niechwytliwe teoretycznie elementy. "bzykadelko" idace w parze z bitem brzmi wrecz odstreczajaco, a wokal Roisin brzmi chlodno jak rzadko kiedy (choc biorac pod uwage liryki to bardziej pasowaloby "teskno", ale w tym przypadku to synonimy niemalze). gdyby zalozyc, ze Depeche Mode to odwolanie z rodzaju szlachetnych, to "Overpowered" moze sie rownac z najwiekszymi hitami Gore'a i spolki.

a dalej tez dzieje sie cudnie. "Cry Baby" to rzecz tak przesiaknieta cowbellem, ze az mozna go podejrzewac o inspiracje wiadomym numerem The Rapture. "Footprints" to funk az kipi, tryska i nie bierze jencow. "Movie Star" nie bez powodu zas porownuje sie do Goldfrapp, ale czy to od razu wada musi byc? "Let Me Know", kolejny banger z partia pianinka brzmiaca, jakby za kazdym odtworzeniem tego numeru wbijala sie do niego z innej czasoprzestrzeni. dla odmiany "Scarlet Ribbons", choc slicznie balladuje, kaze tez niesmialo zapytac... rege? a, i nie zgadzam sie, ze dwa bonusowo dolozone numery ("Body Language", "Parallel Lives") nie tylko psuja klimat pieknie zamknietej "Scarletem" calosci, ale i jakosciowo odstaja. spokojnie znalazlbym im miejsce we wczesniejszej partii plyty, chocby kosztem nie-az-tak-bardzo przekonujacych mnie "Primitive" czy "Dear Miami".

to wciaz absolutnie przykra dla mnie sprawa, ze w 2011 roku wciaz trzeba co poniektorych (wciaz tego doswiadczam) przekonywac o zajebistosci Popu, ba - o traktowaniu go w powaznych kategoriach. ile jeszcze takich plyt jak "Overpowered" musi powstac, by RUNELY MURY?


najlepszy moment: YOU KNOW ME BETTER

ocena; 8,5/10

13:29, rejczmen , muzyka
Link Komentarze (1) »
wtorek, 22 lutego 2011

rok wydania: 2010

wydawca: QL Music

 

zmiana klimatu. z Hey'em, jako jednej z wazniejszych kapel mego zywota, staramy sie tu byc na biezaco, na dobre i na zle. wiec "Re-murped!" musial w koncu tez tu sie pojawic.

suplement? bynajmniej! niby me rockistyczne myslenie, ktore zostawilo trwale slady na mej bani, nigdy juz chyba nie pozwoli traktowac kolekcji remixow na rowni z "normalna", studyjna produkcja. niby z perspektywy czasu "Milosc! Uwaga! Ratunku! Pomocy!" to kapitalny album, najlepszy od czasu "Karmy" (czyli, bagatela, 12 lat!) i nie ma sensu "poprawiac" piosenek na nim zawartych. ale jesli potraktowac ten zbior jako inne spojrzenie na te numery, bez podzialu na kategorie "lepsze/gorsze od oryginalu" to jawi sie on jako pozycja obowiazkowa. zwlaszcza ze tradycja longplayowej kolekcji remixow artystow rockowych to w Polsce wciaz novum niestety i warto kazda taka inicjatywe powitac z otwartymi ramionami.

warto juz tutaj wspomniec o wniosku ogolnym - trudno nie zauwazyc, ze w przypadku takiego albumu jak "MURP" remixerzy mieli ulatwione zadanie. sam material jest tak plastyczny i elektroniczny, ze na dobra sprawe wystarczyloby powydluzac coponiektore motywy, podkrecic repetytywnosc, poprzestawiac fragmenty w aranzacyjnej ukladance utworow... az na taka latwizne tu jednak nikt nie poszedl, ale jestem ciekaw jakby sobie poradzili z takim "Fire"...

a teraz konkrety. powtorze - jestem mentalnym popersem, moze nawet podpadajacym w dresa i ja to najbardziej lubie jaj jest chwytliwie i tanecznie. czyli co? electropop. kibicuje nowemu obliczu muzyki popowej w Polsce i ciesze sie, ze jedni z najwazniejszych reprezentantow nurtu przylozyli rece do tego projektu (to ze akurat wybrano tylko tych z QL Music to inna sprawa). wprawdzie Plastic w remixie tracka tytulowego z "MURP" wypada bardziej jak Chemical Brothers niz Plastic, ale juz "Vanitas" w Mosqitoo'wej wersji to dokladnie to, czego sie od nich spodziewalem. parkietowy morderca, ale takze biorac pod uwage chyba najwazniejsze kryterium w ocenie remixow - czyli wspolczynnik tzw "nowej jakosci" - remix ten wypada kapitalnie. przeciez w oryginale to byl elektroniczny, tripujacy eksperyment po linii Radiohead, z wrecz ujemnym potencjalem na bycie przebojem! w tanecznosc uderzaja takze oba remixy juz w oryginale prowokujacego do ruchu biodrami "Kto Tam? Kto jest w srodku?". z czego mi bardziej odpowiada wersja Bueno Bros (zreszta ich remixow jest tutaj najwiecej).

najwiecej tu chyba jednak interpretacji lokujacych sie posrodku remixowej skali. czyli bez przegiecia w jakakolwiek strone - baunsu badz awangardy. niech za przyklad posluzy wersja "MURP" popelniona przez Smolika, reprezentatywna dla jego stylu. dorzucic tu mozna jeszcze efekty dzialan m.in. Agima Dzejijli, Gieni badz samego Pawla Krawczyka. Mowa o jego podejsciu do "Stygne", bo "Nie Wiecej" to juz bardziej nastrojowa rzecz, w duchu oryginalu.

no i trzecia grupa, chyba najmniej liczna, co chyba jest jedynym mankamentem plyty. czyli awangardowe interpretacje. jesli chodzi o CD1, to tu wyroznia sie zdecydowanie Loco Star i ich wersja "Boje Sie". numer, w oryginale rozczulajacy wrecz, tu brzmi jak wyjety ze sciezki dzwiekowej do filmu z akcja rozgrywajaca sie w szpitalu psychaitrycznym. niby intrumentarium nie jakies kosmiczne, ale efekt koncowy... na drugiej plycie kapitalnie stawke zamyka "Faza Delta" w wykonie Marcina Borsa (czyli producenta "MURP"). aphex twin sie klania. ah, a gdyby tak ktos tu wyskoczyl z dramami, dubstepem czy innym witchhousem... btw ciekawe czemu nikt nie podjal sie interpretacji "Umieraj Stad"?

albumz  remixami to "tylko" albumz  remixami, nie kazdy go nawet wlacza do kanonu. jednak jesli ktos wciaz rozpatruje Hey jako zespol rockowy, ma kolejny dowod na to by dac sobie spokoj z takim mysleniem. od rockowej legendy do zespolu-zagadki, ktorego ruchow nikt nie jest w stanie przewidziec, a pomimo to i tak wszyscy go uwielbiaja (a moze wlasnie dzieki temu?). hmmmm... tez wam przyszlo Radiohead na mysl? "Karme" bez oporow moge porownac do "Ok Computer". przy zestawieniu "MURP" i "Kid A" bym sie juz jednak wahal. moze przy nastepnej plycie?


najlepszy moment: VANITAS (MOSQITOO REMIX)

ocena: 7,5/10

23:24, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 lutego 2011

rok wydania: 2010

wydawca: Atlantic

 

zostajemy przy retro soundzie i odswiezaniu starych watkow.

jak juz kiedys wspomnielismy, powiedziec ze Phil Collins jest passe to jak nic nie powiedziec. w pewien sposob przypomina mi on casus Stinga. od zdobywania respektu poprzez gre w uznanej kapeli po totalna zmiane muzycznego frontu w ramach solowej kariery i utoniecie w morzu komercji totalnej, zdolnej poruszyc serca i ledzwia tylko stetryczalej czesci targetu Trojki i niedzielnych fanow muzyki. roznica tylko taka, ze Sting zamienill punkregalowanie w The Police na smoothjazzowe slodkiego pierdzenie, a Collins porzucil progresywny rock (uprawiany w Genesis, oczywiscie) na rzecz popu z domieszka soulu i r'n'b.

no ale wlasnie, czy porzucil? najnowszy album jest reklamowany jako powrot do korzeni, a moze raczej - oddanie im holdu. a biorac pod uwage fakt, ze to najprawdopodobniej ostatni album Łysego (zreszta biorac pod uwage jego powazne problemy z kregoslupem samo ukazanie sie "GB" mozna poczytywac za sukces), to nalezaloby wrecz mowic o zatoczeniu kola. oto ja i moje pierwsze zajawki, zanim zaczalem pompowac progresywny balon z Gabrielem i spolka.

no tak, ale ze od razu pop w najczarniejszym mozliwym wydaniu, rodem z Motown? co bialasek z londynu ma wspolnego z labelem, ktory wydal na swiat Stevie Wondera, Diane Ross i Michaela Jacksona? ano ma, co juz sygnalizowal wielokrotnie wczesniej - najlepszy dowod "You Can't Hurry Love", ale i mnostwo pomniejszych, mniej popularnych przykladow. tym razem Collins poszedl na calosc, rejestrujac, bagatela, 25 utworow z okresu swietnosci legendarnej wytworni.

ale na zwyklym odegraniu piosenek sie nie skonczylo. oczywiscie za wokal i perkusje odpowiada sam glowny bohater, jednak jako sidemanow zaprosil m.in. Funk Brothers, czyli muzykow, ktorzy kladli sciezki instrumentow na wiekszosci oryginalnych wersji tych utworow. i razem popelnili covery wierne oryginalom niemal do przesady. wiecej - zadbano nawet o odpowiednia dlugosc (a raczej krotkosc) utworow i brzmienie nie majace nic wspolnego z tym co dzialo sie w dziedzinie produkcji przez... 40 lat? cholera, mam nawet wrazenie jakby to mono jakies bylo.

automatycznie jednak nasuwa sie na mysl stare porzekadlo, mowiace o tym, ze adaptacje albo sa wierne, albo piekne. i niestetu, tu jest podobnie. a tak wierne odwzorowanie oryginalu moze tez nawet kojarzyc sie z totalnym niewypalem o nazwie "Psychol", czyli eksperymencie Gus Van Santa bioracego na warsztat klasyk Hitchcocka.

oczywiscie, przy takiej wiernosci oryginalom nie bylo mozliwosci zepsuc magii melodii oryginalow. i jest tu sporo fragmentow, ktore automatycznie wpadaja w ucho nawet w takich wersjach. jak przede wszystkim otweirajacy album "Girl (Why You Wanna Make Me Blue)", "Jimmy Mack", "Dancing In The Street" czy funkowy klasyk, tutaj - zgodnie z oryginalem - wyjatkowo trwajacy ponad 6 minut "Papa Was A Rolling Stone". z drugiej strony - taki "Never Dreamed You'd Leave In Summer" wciaz chwyta za serce. choc na pewno nie w takim stopniu jak wykonanie autora oryginalu, Wondera, podczas uroczystosci pogrzebowej Jacko. jak wlasciwie tez jakiekolwiek jego wykonanie... no wlasnie. coz po wiernosci w warstwie instrumentalnej, skoro, nie ma co sie oszukiwac, Collins to zaden Wonder czy Marvin Gaye. choc nie jest powiedziane, ze dla kogos wokal Collinsa nie moze byc najcudowniejszym na swiecie.

dla mnie zdecydowanie nie jest. dlatego z sympatii dla idei projektu (ciekawe, Sting tez w tym roku zaskakujaco mile poodcinal kupony z symfonikami) i samego Collinsa stawiam jemu pozegnalnej plycie taka a nie inna ocene. jak jednak chlopak okaze sie sciemniaczem i znow cos nagra, to zrewidujemy cyferki ponizej.


najlepszy moment: GIRL (WHY YOU WANNA MAKE ME BLUE)

ocena: 7,5/10

23:17, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
 Skala

10-"Ideału Potęga"

9,9-9,0-"widzę szczyt, a za szczytem zaszczyt za zaszczytem"

8,9-8,0-"będę brał cię, cię, ehe"

7,9-7,0-"joł joł, joł joł joł joł joł, wielkie joł!"

6,9-6,0-"ch** na to kładę bo i tak damy radę"

5,9-5,0-"będzie dobrze dzieciak, elo, do góry głowa!"

4,9-4,0-"to nie z mafią układy tylko szołbiznes"

3,9-3,0-to nie jest kawałek żeby się podobać"

2,9-2,0-"Boże, czy jeszcze coś gorszego stać się może?"

1,9-1,0-"ile dałbym by zapomnieć cię..."

0,9-0,0-"pozerskie gówna a prawdziwy rap to dwie odmienne k***a sprawy!"