Kategorie: Wszystkie | film | muzyka | pozostałe
RSS
środa, 24 lutego 2010

rok wydania: 2004

wydawca: DFA

okej, zdazymy skrobnac jeszcze jedna notke. dalej omawiamy wydawnictwa poboczne nowojorczykow. tym razem bedzie to jedyne ich dotad dvd.

wydanie koncertowki - niezaleznie czy w formacie cd czy dvd - po jednym pelnowymiarowym krazku to nie tylko akt odwagi, co wrecz zuchwalstwa. tyle ze nie w przypadku The Rapture. nie w przypadku zespolu, ktorego debiutancki krazek byl zakonczeniem pewnego etapu kariery, a nie jej rozpoczeciem. ktorego wydanie poprzedzily lata wypelnione singlami, epkami itp itd.

dlatego nie tylko chlopaki nie mieli problemu ze zbudowaniem koncertowego setu (choc owszem, niespecjalnie dlugiego, a i na "Echoes" glownie opartego), ale tez zupelnie nie ma sie wrazenia obcowania z debiutantami. no chyba ze dla kogos wyznacznikiem jest poziom skomplikowania tak zwanego show i ilosc widzow. tu mamy raczej niewielka salke i skromny (?) telebim umieszczony za muzykami jako jedyny element scenografii. no i niesamowite zgranie, poziom instrumentalny a przede wszystkim cos, co ludzie zwa "radoscia grania". jest taniec muzykow grozacy wybiciem sobie zebow o gryf? jest. sa porozumiewawcze spojrzenia typu "jak sie ciesze ze cie widze i z toba gram"? sa. sa choralne spiewy? sa. jest nawet schodzenie do publiki i baunszenie razem z nia. reasumujac - panowie wyrabiaja sto procent normy. i rezyserowi filmu bardzo dobrze udalo sie uchwycic ta energie, bez korzystania z jakichkolwiek efektow specjalnych.

to co jednak najbardziej przykuwa uwage to progres, jaki panowie zaliczyli od czasu "Out Of the races...". widoczny oczywiscie juz na "Echoes", ale przede wszystkim chyba wlasnie w takich warunkach koncertowych. przede wszystkim - dojscie do skladu multiinstrumentalisty Gabriela Andruzziego. krotka pilka - koles wzniosl granie zespolu o pare leveli wyzej. niby to tylko sax, cowbelle, klawisze i inne popierdolki. ale jak lepiej sie tego wszystkiego slucha, jak perfekcyjnie to zre, jak bossowsko wymiata! nie mam nic do garazu, ba, wole nawet go od stadionu. ale tutaj powiedzenie, ze z ciasnawych czterech scian panowie przeniesli sie do Spodka przynajmniej jakiegos musi byc traktowane jako komplement.

drugi powod takze ma imie i nazwisko. Matt Safer. choc zaraz, typ juz jest obecny w kapel;i od dlugiego czasu! no tak, ale... widzicie, ja naprawde lubie wokal Luke'a Jennera. ten jego kruszacy szklo piskliwy spiew to jeden z podstawowych elementow zajebistoci "House Of Jealous Lovers" (obecnego na tym koncercie, a jakze) czy "Out Of...". natomiast nie bede ukrywal, ze przynajmniej mnie na dluzsza mete on meczy (vide opisana notke wczesniej EPka). dlatego jak najbardziej cieszy wlaczenie do srodkow wyrazu zespolu popisow wokalnych Safera. nawet jesli jest to spiew brzmiacy nieprzyzwoicie wrecz pospolicie. a jesli jeszcze tworzy on jakies wokalne harmonie z Jennerem to juz w ogole jest miodzio.

i tyle chyba mozna powiedziec o samym koncercie. wyroznien brak, bo ten koncert naprawde daje rady od poczatku do konca. no ale niech bedzie - na wysokosci singlowych kawalkow daje rady jeszcze bardziej. natomiast co do bonusow to mamy ich trzy. klip do "House Of...", "Sister Saviour" i "Love Is All". wygladajace nieprzyzwoicie amatorsko (no, moze poza "House'm", bo to kreskowkowa rzecz), godna srednio zamoznego zesolu alternatywnego z Polski. z ta roznica, ze tu akurat jest jakis pomysl w tych klipach.

 

najlepszy moment: HOUSE OF JEALOUS LOVERS

ocena: 8/10

20:00, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »

rok wydania: 2001

wydawca: Sub Pop

 

jou, po dlugiewj przerwie. dosc dlugiej. spowodowanego dosc prozaicznym, bynie powiedziec przyziemnochujowym powodem - smierc dysku twardego. reanimacja niby w toku, ale lekarze nie daja wielkich szans. zreszta diagnoza brzmi groznie: uszkodzenie fizyczne. a ze mowa o malutkim niczym serduszko niemowlecia organie, tak operowanie takowego to naprawde kawal niezlej roboty (tu propsy dla kamila, ze sie zadania jednak podjal). a niby nic sie tak strasznego nie stalo - berbec nasz... to jest - laptop, siedzial sobie niewinnie na stoleczku. i tak sie go niechcacy mi go szarpnelo, ze az z tego stoliczka spadl. ehhh... co nas nie zabije to wzmocni? obym zesz kurwa mac, oby.

tak wiec - by juz bardziej odniesc sie do sytuacji tego bloga - jestem odciety od swiata. juz nawet nie wspominam o dramacie w postaci utraty kilkuletniego dorobku - rowniez muzycznego - tegoz dysku twardego. nie mam tego szczescia posiadac wiecej niz jednego kompa, wiec trudno mi powiedziec czy ta notke mozna uznac za reaktywacje bloga. chyba nie. i choc momentami ogarnia mnie wrecz rozpacz, ile muzyki moglismy tu opisac przez te prawie dwa tygodnie, to jednak nie uznaje tego czasu za AZ TAK stracony. primo - czlowiek dzieki teemu mial czas nadrobic inne zaleglosci. nawet nie wiecie, jakie to zajebiste uczucie przeczytac jakas ksiazke, hahaha. a nawet pare. i wcale nie mowie o nowelkach! no ale dobra, oszczedze sobie kompromitacji dalszej i przejde do secundo. a jest nim fakt, ze troche przydal sie ten czas do podladowania baterii. nie ma co ukrywac, produkujac przez dwa lata jedna notke dziennie czlek ma prawo sie zmachac. no i tertio - mocno pozytywnie dzieje sie w zyciu pozablogowym i pozakulturalnym. no ale moze o tym kiedy indziej. zreszta, nic nie jest tip-top-pewne, wiec nie zapeszajmy.

a teraz juz naprawde meritum. czyli wrocmy do tematu The Rapture. pisalismy o singlu do "Sister Saviour", ktory posluzyl nam jako punkt wyjscia do rozwazan nt fenomenu tej kapeli. zostajemy przy temacie drobnicy fonograficznej, jaka nowojorczycy zdazyli niemalo naprodukowac w swej karierze. i tak np w 2001 roku wydali w Sub Popie swa oficjalnie pierwsza EPke (wczesniej byl "Mirror", ktory sam zespol okresla mianem mini-albumu i rzeczywiscie troche jest za dlugi jak na format EP), "Out Of The Races...". zostanmy przy tym watku wydawcy, bo to ciekawa sprawa w sumie. jesli mielibysmy wymienic nazwy zjawisk, instytucji i tym podobnych zwiazanych z nurtem grunge, nazwa Sub Popu musialaby pasc jako jedna z pierwszych. a tymczasem malo kto wie, ze nie tylko ta wytwornia wciaz istnieje, ale i zdecydowanie nie zajmuje sie pielegnowaniem pamieci o ultrapopularnym gatunku muzycznym sprzed 20 lat. i wciaz trzyma reke na pulsie muzyki alternatywnej, gdzie alternatywna zdecydowanie nie oznacza flanelowych koszul i przywolywania klimatu Seattle. o czym swiadcza wydawane przez nich plyty nie tylko takiego The Rapture, ale tez Fleet Foxes czy The Shines. przypuszczam ze predzej by wlodarze SUb Popu popelnili harakiri niz wydali popluczyny pokroju Puddle Of Mudd czy innego Creeda.

i chociaz ow wlodarze to bez watpienia otwartoglowi kolesie, ktorzy mogliby bez oporu wydac zarowno "Echoes" jak i kolejne wydawnictwa The Rapture, to zawartosc "OOTRAOTT" jakos zaskakujaco pasuje do tego z czym kojarzy sie Sub Pop. nie, grandzowo nie jest. ale alternatywnie, jazgotliwie, dysonansowo, noisowo wrecz, Mudhoney'owo-SonicYouth'owo-Fugazi'owo - jak najbardziej. nawet tego oslawionego dance-punku tak wiele tu nie ma, choc za produkcje calosci odpowiada ekipa DFA. najblizszy tego co panowie popelnia w 2003 roku jest tytulowy track. a i on nie ma tak perfekcyjnego szlifu jak pozniejsze singlowe kawalki.

pozniej jest juz zdecydowanie inaczej. takze, niestety, jakosciowo. by nie bylo - to jak najbardziej przekozacki material, co odzwierciedla ocena koncowa. problem w tym, ze przezajebiscie tez nierowny. na 6 piosenek trzy sa swietne, 2 sredniackie, no i niestety jeden tak przerazliwie wymeczony ("Caravan"), ze mozna zwatpic w songwriterski talent tych panow. to jest alternatywa, z ktora coraz mniej chce miec wspolnego.

zdecydowanie trzeba znac ten material, tym bardziej ze sa tu fragmenty wybitne (poza wspomnianym tytulowym - "The Jam" i "The Pop Song"). jednak nie ma co ukrywac - na "Echoes" mamy do czynienia z zespolem obiektywnie lepszym. czemuz tak - wytlumacze wam w nastepnej notce.

 

najlepszy moment: OUT OF THE RACES AND ONTO THE TRACKS

ocena: 7,5/10

19:18, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
sobota, 13 lutego 2010

rok wydania: 2003

wydawca: DFA

 

pozostajemy w formacie singlowym.

The Rapture. jedna z zajebistszych kapel, jakie wyplynely na indie-fali w ostatniej dekadzie (i ha! co sie okazuje? ze amerykancy to sa, patrz: rozkmina we wstepie do recezji debiutu Clap Your Hands Say Yeah). choc zdanie to nie do konca jest prawdziwe. bo po pierwsze - The Rapture, zalozone juz w '98 roku, TWORZYLO te fale. po drugie - w przypadku tych panow czesciej korzysta sie z terminu dance-punk. czyli ze co? no generalnie to gramy na gitarach, zamiast beegeesowego falsetu mamy "normalny", moze nawet we wlasnie punkowy sposob zadziorny wokal, ale calosc niech ma wrecz klabingowy feeling. i musi bujac. namechecking? no niech bedzie - talking heads, new order, blondie, public image limited, gang of four... ale zadnej beszczelnie bezposredniej zrzyny nie ma. wiecej: obstawiam ze za pare lat the rapture, obok lcd soundsystem, sami beda wymieniani wsrod klasykow. a moze juz sa?

tyle juz powiedziano o wybitnosci plyty "echoes" ze nie czuje sie nawet na silach podejmowac tego tematu. podejdzmy wiec do niego z innej strony. wiadomo ze w kwestii genialnosci "House of Jealous Lovers" tez poswiecono sporo farby drukiarskiej tudziez kilobajtow. ale o singlowym "Sister Saviour" tez warto rozmawiac. wrecz nalezy. oblednie hipnotyzujacy, konkretnie wixiarski (to juz nawet nie indie potancowka, a Mayday jakis) motyw syntezatorow zdialogowane z gitarowymi, atmosferycznymi (niby punk, ale z gilmourowym "run like hell" sie kojarzy) plumknieciami gitary. zre to tak niesamowicie, ze dopiero po 389273892738972893392 odsluchu moze ewentualnie zrodzic sie pytanie "zaraz, a refren?".

singiel to wlasciwie nawet nie singiel a "Promo only". wiec poza wersja albumowa jest tu takze (slusznie) pozbawiony wstepu radio edit.


najlepszy moment: SISTER SAVIOUR

ocena: 8/10

20:42, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 12 lutego 2010

rok wydania: 2007

wydawca: Polyvinyl

 

zostajemy w Australii, choc "ociupinke" zmieniamy gatunek muzyczny.

popularnosc w polsce architecture in helsinki, zespolu o jednej z zajebistszych nazw na swiecie, raczej nie powinna wybiegac poza kregi indie-porcys-screenagers-pulp. wystep na Off Festivalu pare lat temu chyba niespecjalnie zmienil cokolwiek w tym temacie. co jest nie tylko jedna z wiekszych niesprawiedliwosci na swiecie, ale i tez sporo nielogicznoscia. bo to zespol popowy jak w morde strzelil.

no dobra, wiadomo ze pop popowi nierowny. ale przeciez taki kawalek jak "Heart Int Races", pochodzacy z trzeciego i jak na razie najswiezszego dlugograja "Places Like This" powinien smigac na regularnym repeacie w kazdym z mozliwych reprezentantow massmediow. radio, tv, inserty w gazetach, specjalne pokazy teledysku w kinach... potencjal tego kawalka jest przeogromny. problem w tym, ze jest to pop, przy ktorego oswajaniu trza ciut ruszyc glowka. indie pop? no niech bedzie. a w praktyce to sa 3 minuty swiadczace o tym, ze nie tylko w nazwie objawia sie geograficzna zajawka zespolu. jakies karaiby w aranzacji, wokal kojarzacy sie z j-popem, fantazja amerykancow z flaming lips, szlachetnosc szwedzkiego popu, klimat niewinny niczym repertuar poznanskich slowikow czy innych fasolek... moze nie jest to  popu klasyk XXI wieku na miare "Heartbeats", niemniej zdecydowanie przywraca on jedyne sluszne, dobre imie temu gatunkowi. czyli muzyki, ktora ma przede wszystkim CIESZYC. takie proste, a dla purystow wciaz tak trudne do zrozumienia.

oczywiscie na singlu jest pare bonusow. ktore ponad poziom "bonusostwa" niestety nie wystaja. bo choc ortodoksem nie jestem, to trudno jednak raga-nawijke niejakiego mr lee g w "DJ rupture's ital hymn mix" nazwac czyms wiecej niz ciekawostka. cover w wykonaniu Hey Willpower! to cudnie gejowski klimat (to nie diss, naprawde perwersyjnie uwielbiam takie klimaty w muzyce hehe). "Yacht's I Should Coco Mix" to tak wlasciwie extended mix oryginalu. wersja Dr Doga poczatkowo moze kojarzyc sie z tym, co z "Heartbeats" zrobil Jose Gonzales, choc pozniej zmierza to w zupelnie innym kierunku.

udanego piatku przy tak pozytywnych dzwiekach!


najlepszy moment: HEART IT RACES (Single Version)

ocena: 7,5/10

19:01, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 11 lutego 2010

rok wydania: ??

wydawca: DIY

 

od razu zaznaczam - to z boku to nie jest okladka dzisiaj omawianego wydawnictwa. skaner zepsuty, a na necie okladki brak. czemu taka a nie inna fota - juz tlumacze.

zapewne nieraz (hahahahahaha, jak ja uwielbiam wlasne dowcipy) zastanawialiscie sie, czemu sluzy tak wlasciwie ten blog. ani to o nowosciach tu nie piszemy (tudziez rzadko,  niestety z coraz wiekszym przerazeniem kontestuje ze nie ogarne juz chyba nigdy tego wszystkiego co jest aktualnie wydawane), rarytasow specjalnych dla ludzkosci tez nie odkrywam. zadnego sprofilowania na konkretny gatunek tez nie ma. o co wiec chodzi, tudziez innymi slowy: WHAT DA FUCK?

widzicie, ja osobiscie traktuje tego bloga w dwojnasob. a moze nawet i trojnasob. bo po pierwsze - ja najzwyczajniej w swiecie lubie pisac o muzyce, jaram sie takim spedzaniem czasu. na tyle, ze robilbym to nawet gdyby licznik odwiedzin wciaz oscylowalby wokol zera (choc doceniam ze ktos zaglada i raz na ruski rok skomentuje, dzieki!). tym bardziej cieszy mnie to, ze przez te lata nabralem - nie chwalac sie rzecz jasna - takiej wprawy, by tworzyc takie notki w ciagu pol godziny (co widac chyba po dosyc luzackim traktowaniu zasad gramatyki i interpunkcji). coz, chyba mozna to nawet nazwac flow'em. i got the flow, yeah. dalej - nie ukrywam, ze jestem mega podjaran postacia Scaruffi'ego, ktorego strone macie w linkach po prawej. i chociaz ja ograniczam sie tu aktualnie praktycznie do samej Muzyki, a i wciaz przesluchalem zapewne 1% tego z czym zapoznal sie, opisal i ocenil Pierro, to dla mnie jest ten blog jakas trawestacja idei tej legendarnej juz imho postaci. a dla Was? dla Was niech to bedzie cos na ksztalt wycieczki po meandrach Muzyki. przewodnik moze nie jakis ultra-kompetentny, ale stara sie jak najlepiej wykonywac swoja prace. nawet jesli byliscie w wiekszosci miejsc ktore Wam pokazuje, to tym lepiej. skonfrontujecie swoja opinie o nich z moja, a moze nawet i dowiecie sie czegos nowego dzieki backgroundowi historycznemu, ktory staram sie jak najczesciej zawrzec w notkach.

przyznaje, niektore przystanki tej naszej podrozy sa cokolwiek specyficzne. skladanki chilloutowe jakies, demowki kapel numetalowych, juz totalnie niedostepne w sprzedazy single. dzisiaj tez bedzie nietypowe. bo wlasciwie jaki jest sens oceniania plyty (demowki?) zespolu chyba juz nawet nieistniejacego, ktory tworzy muzyke dla extremalnie zawezonego kregu odbiorcow - bo chyba takim trza nazwac polskich wielbicieli didgeridoo? taki sredni. ale sprobojmy.

didgeridoo, jesli ktos jeszcze nie wie, to ten smieszny, wydrazony patyczek. patyczek szczegolnie popularny na kontynencie australijskim. wydaje to dosyc specyficzne dzwieki, ktory, tak zakladam, dla wiekszosci populacji zupelnie niczym sie nie roznia. i nie ukrywam, sam jak pierwszy raz uslyszalem je to nie wiedzialem zupelnie o co chodzi. z czasem jednak przyszla totalna, dzis juz umiarkowana zajawka. i juz wiem, ze te dzwieki sie roznia i to bardzo. wiecej - nawet juz wiem, ze wbrew temu, co moglaby sugerowac nie tak skomplikowana konstrukcja didgeridoo, cholernie ciezko wydobyc dzwiek z tego ustrojstwa. mam przyjemnosc zreszta takowe posiadac w domu i wciaz nie wiem, jak sie do niego zabrac.

w sumie ciezko cokolwiek wiecej o tej plycie napisac niz to co skrobnelismy dotychczas i danymi technicznymi: 34 minuty, 8 kompozycji, gdzieniegdzie instrumenty perkusyjne i odglosy lasu. opisywalismy kiedys plyte innego magika didgeridoo - Stephena Kenta - i tam przynajmniej byly jakies proby podjecia melodycznego watku. tu wlasciwie jest to nieobecne. dlatego ciezko nawet traktowac to wydawnictwo w kategoriach "album instrumentalisty", tak jak solowe dokonania basistow czy nawet perkusistow. dlatego dzisiejsza ocena juz skrajnie subiektywna. tym wyzsza, ze Kookaburra to projekt obywateli 3miasta (choc parszywy last.fm tego nie wyodrebnia i nabijam statystyki jakiemus chujowym numetalom z olsztyna). wiec propsujemy.


najlepszy moment: CZERWONA JABŁOŃ

ocena: 7,5/10

15:54, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3
 Skala

10-"Ideału Potęga"

9,9-9,0-"widzę szczyt, a za szczytem zaszczyt za zaszczytem"

8,9-8,0-"będę brał cię, cię, ehe"

7,9-7,0-"joł joł, joł joł joł joł joł, wielkie joł!"

6,9-6,0-"ch** na to kładę bo i tak damy radę"

5,9-5,0-"będzie dobrze dzieciak, elo, do góry głowa!"

4,9-4,0-"to nie z mafią układy tylko szołbiznes"

3,9-3,0-to nie jest kawałek żeby się podobać"

2,9-2,0-"Boże, czy jeszcze coś gorszego stać się może?"

1,9-1,0-"ile dałbym by zapomnieć cię..."

0,9-0,0-"pozerskie gówna a prawdziwy rap to dwie odmienne k***a sprawy!"