Kategorie: Wszystkie | film | muzyka | pozostałe
RSS
poniedziałek, 31 stycznia 2011

Brytyjski kompozytor John Barry - pięciokrotny laureat Oscara, zmarł wczoraj w wieku 78 lat. Z problemami zdrowotnymi Barry zmagał się od dawna, choroba uniemożliwiła mu kompozytorską pracę na ponad dwa lata. Przyczyną śmierci kompozytora był zawał serca.

Sławę i uznanie przyniosły mu ścieżki dźwiękowe do takich dzieł światowej kinematografii jak: "Pożegnanie z Afryką" (za który zdobył Oscara i Złoty Glob), "Tańczący z wilkami" (Oscar, nominacja do Złotego Globu i nagroda Grammy), "Chaplin" (Oscar, nominacja do Złotego Globu") oraz "Nocny kowboj" i "Cotton Club".

Największą popularność dały soundtracki napisane do filmów o przygodach nasłynniejszego agenta w historii kina - Jamesa Bonda. Jego muzykę można usłyszeć w dwunastu częściach serii, począwszy od filmu "Dr. No" z 1962 roku, a skończywszy na "W obliczu śmierci" z 1987 roku. Barry jest współautorem m.in. takich światowych przebojów jak: "Diamonds Are Forever" Shirley Bassey, "A View to a Kill" Duran Duran i "The Living Daylights" grupy A-ha.

Jednymi z ostatnich filmów, do których Barry napisał muzykę, były "Szkarłatna litera" (1995), "Kod Merkury" (1998) i "Enigma" (2001).

Barry żenił się czterokrotnie, między innymi ze słynną aktorką i piosenkarką Jane Birkin.

 

przynajmniej nie musimy mowic o smierci na wskutek przedawkowania czy raka. posluchalem dzis jeszcze raz sciezki dzwiekowej do "Tanczacego z Wilkami" - to jednak bardzo dobra rzecz. RIP.

 


18:39, rejczmen
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 30 stycznia 2011

rok wydania: 2005

wydawca: EMI

 

no i kolejna nowa postac do kolekcji. oczywiscie z Wielkiej Brytanii, kolebki zajebistej Muzyki. i wprawdzie moja Siostra niespecjalnie deklaruje sie jako gorliwa wielbicielka Kate Bush, to jej urodziny potraktujmy tez jako okazje do napisania o jej imienniczce.

Kate Bush? "Running Up That Hill", jeden z najpiekniejszych utworow swiata. "Rocket Man", jeden z najlepszych coverow rowniez tego swiata. "Babooshka", z teledyskiem do dzis nie dajacym mi spokoju (ten stroj! te ruchy!). no i przede wszystkim - po prostu jedna z najwazniejszych, najbardziej oryginalnych, dysponujacych jednym z najpiekniejszych wokali artystek w historii muzyki popularnej. zreszta sam wokal Katarzyny to temat na osobna notke, choc boje sie go podjac. bo co mozna o nim napisac? ze jak zaden inny laczy ogien, kosmos, bajkowy klimat, teatr, dziecinna niewinnosc, kobieca indywidualnosc i (tu wstaw kolejne wymyslne pojecie)? no i jeszcze: mowimy tu o artystce samowystarczalnej, samej piszacej swoje piosenki, samej je od pewnego momentu produkujacej i w sporej mierze samej jej odgrywajacej. w stylu, ktory ktos calkiem ciekawie i wcale nie w dyskredytujacy sposob ujal jako rock progresywny bez elementow rocka. bo rzeczywiscie, jej numery nie gryza sie w playliscie z utworami wczoraj omawianego King Crimson czy Pink Floyd (zreszta, jak Wam zapewne wiadomo, to David Gilmour odkryl talent Kate). sama jednak zanadto inspiracja dla rozwoju gatunku nie byla. co innego ruch songwriterek plci zenskiej ostatnich dwoch dekad. posluchajcie tych wszystkich Florence And The Machine, Little Boots czy nawet Tori Amos - tu zrzynano z plyt Bush na potege.

czy "Aerial", ktorym Kate powrocila po dwunastu (!) latach nieobecnosci moglby rowniez stanowic inspiracje dla nowych pokolen artystow. mam problem z odpowiedzia.

nie to, aby to byla zla plyta. a wlasciwie dwie plyty, zatytulowane kolejno " A Sea Of Honey" i "A Sky Of Honey". pod wzgledem muzycznym to spojne (na tyle, na ile eklektyzm wpisany w muzyczny genotyp Bush pozwala na spojnosc), az tak nie rozniace sie kolekcje utworow. co innego aspekt liryczny - pierwsza plytka pod tym wzgledem pozbawiona jest wspolnego mianownika (bo obok siebie mamy tu np wyznanie milosci do synka, zmarlej matki i opowiesc o Joannie D'Arc), tak juz druga plyta to jedna wielka new age'owa oda do natury, ze spiewem ptakow jako jej lejtmotywem (zreszta wydana niedawno reedycja laczy te 9 trackow w jeden indeks). tak, to ostatnie brzmi troche groznie. niebezpodstawnie.

bo przez kazda z tych 80 minut slychac, czyjego autorstwa jest ta plyta. nawet w samej wartstwie instrumentalnej (wsrod wspolpracownikow m.in. swietej pamieci Michael Kamen, Gary Brooker z Procol Harum czy jazzman Peter Erskine). natomiast jest to jednak inna plyta od "The Kick Inside" czy "Hounds Of Love". bardziej wyciszona, mniej dynamiczna, "dojrzalsza" (cudzyslow, bo to bardzo umowna dojrzalosc), wrecz.... nudna. zwlaszcza biorac pod uwage, ze Bush potrafila te unikalnosc aranzacyjna i kompozycyjna laczyc z popowa nosnoscia windujaca ja na szczyty list sprzedazy.

ta innosc "Aerial" jest jednak jak najbardziej zrozumiala. trudno by 47-letnia kobieta nagrywala taka sama Muzyke co w wieku 20 czy 30. i to jest NORMALNE, w tym przypadku mozna mowic o Sztuce a nie o koniunkturalizmie. o tym kontekscie trzeba pamietac sluchajac "Aerial" - nawet jesli sama gospodyni sie nie zmienila, to swiat do ktorego zaprasza juz jak najbardziej. trzeba sie tylko cieszyc, ze opowiesci o tym swiecie, w ktorym tak duzy nacisk polozony jest na piekno przyrody czy radosc z robienia prania (fo' real!) nie brzmia pretensjonalnie. patetycznie - tak, ale to akurat znany juz element w tworczosci K.B.

plyta do minimum kilkunastokrotnego uzytku, choc sa tu utwory ktore chwytaja od razu - jak otwierajacy calosc, singlowy "King Of The Mountain" (zreszta jedyny promujacy "Aerial") czy genialny final w postaci jednoczesnie najbardziej eterycznego i najbardziej dynamicznego "Nocturn" (ponoc metafora milosci uprawianej na plazy - cos w tym jest) oraz utworu tytulowego (tylko ten kolejny wtret ze spiewem ptakow traci kiczem). a, no i "Bernie" - jesli milosc do drugiej osoby mierzyc jakoscia pisanych dla niej piosenek, to bohater zdecydowanie nie powinien narzekac na rodzicow. hej, mowimy tu o dziecku, ktore przyczynilo sie do przerwania jednej z najlepszych karier w swiecie muzyki.

warto przesluchac, a jeszcze bardziej warto poczekac na kolejny ruch Pani Artystki. ponoc ten nastapi juz niedlugo.


najlepszy moment: NOCTURN

ocena: 7,5/10

19:55, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
sobota, 29 stycznia 2011

rok wydania: 1982 (reedycja: 2001)

wydawca: Virgin

 

moi drodzy, czas wreszcie wprowadzic do naszego panteonu Legend Muzycznych Opisanych Na tym Blogu nowa postac. Karmazynowy Krol.

niektorzy zastanawiaja sie zapewne - co tak pozno? coz, prozaiczny powod - nie jestem Fanem King Crimson, cokolwiek termin "fan" oznacza w dzisiejszych czasach. pewnie, jest szacun, pojedyncze kawalki podnocza mi tetno, ale zebym kolekcjonowal plyty, wyczekiwal koncert, nowinek zwiazanych z kapela -  juz nie za bardzo. w sporej mierze wynika to z mej awersji do progresywnego rocka jako gatunku. Pink Floyd uwielbiam, ale juz o Genesis, Yes czy Marillion tego samego powiedziec nie moge. nie mowiac juz o calym tym kuriozalnym nurcie zwanym neo-progressive rockiem.

z drugiej strony - trudno nie dostrzec, ze przebieg kariery KC nalezy do najciekawszych w historii muzyki popularnej. chyba nie ma drugiej takiej kapeli, ktora przez tyle dekad istnienia nie tylko nie schodzilaby ponizej pewnego, przyzwoitego poziomu, ale i wciaz potrafila zaskakiwac, redefiniowac sie na nowa, byc dalekim od odcinania kuponow. oczywiscie nalezy wziac pod poprawke dwie rzeczy - raz, ze w przeciagu tych paru dekad zespol zaliczyl apre kilkuletnich przerw; dwa - jednak takiego "Thrak"a nie ma co porownywac do "Red" chociazby. ale jednak fakt jest faktem - King Crimson nie zdziadzial i nawet w najswiezszym wydaniu jest w stanie zaintrygowac nie tylko psychofanow rocka.

nie chce tu zaczac formulowac swej opinii o dyskografii KC od herezji, ale uwazam, ze okres lat 80tych w wydaniu KC jest zdecydowanie niedocenianym etapem ich kariery. i nawet, TADAM!, wiem czemu!: bo za duzo tu melodyjnego dzemu! a przeciez gdyby brac pod uwage sam historyczny impakt, to nietrudno zauwazyc, ze trylogia z poczatku tej dekady (ktorej "Beat" jest srodkowa czescia) calkiem mocno (wspol)antycypowala brzmienie jakie opanuje cala muzyke nadchodzacych 10 lat - niezaleznie czy mowimy o Madonnie, Toto czy Miles Davisie. inteligentna przebojowosc, sterylnosc produkcji, a przede wszystkim wyraznie wybrzmiewajaca sekcja rytmiczna - tu za sprawa Bill Bruford, jednego z pierwszych uzytkownikow oslawionej perkusji Simmonsa, jak i nowego w zespole basisty Tony Levina, jednego z najbardziej wzietych muzykow sesyjnych tamtych lat. oczywiscie mozna nie lubic tego brzmienia, jednak umowmy sie, ze KC prezentowal jasniejsza strone zjawiska.

bo pomijajac sound niemal uniwersalny w tamtym okresie, KIng Crimson Wersja Ejtisowa to przede wszystkim przystepnosc, zwartosc kompozycyjna. tu, moznaby rzec, lezy pies pogrzebany - bo z jednej strony zbyt milusie to dla rockowych purystow, ale tez wpadajace w ucho dopiero jako calosc, a nie w obrebie singli czy innych pojedynczych trackow. cos jak Steely Dan. czyli klimaty tylko dla wtajemniczonych snobow. posnobujmy sie zatem, naprawde warto.

cudowny jest poczatek. partie gitarowe "Neal And Jack And Me" to nie tylko potwierdzenie klasy Roberta Frippa, ktory - jak sie okazalo - odnajduje sie takze w mniej baniojebnych kompozycjach niz "21st Century Schizoid Man", ale przede wszystkim genialne wprowadzenie nowego nabytku kapeli, Adriana Belewa. nie tylko jako wokalisty (choc sklamalbym mowiac o jego jakims wybitnie oryginalnym spiewie), ale przede wszystkim rowniez jako gitarzysty. sa tacy, ktorzy twierdza, ze pod tym drugim wzgledem jest on jeszcze lepszy niz Fripp i zaprzeczanie temu nie jest tak oczywiste. jedzmy dalej - "Heartbeat". encyklopedyczny przyklad nie obrazajacej inteligencji sluchacza, swietnej poprockowej ballady. "Sartori In Targier" to juz instrumentalna jazda, duchem blizsza dokonaniom z przeszlosci, ale brzmieniem skrajnie odmienna. no i to basowe intro - MOJ BOZE. klasyczne kilka sekund, az dziwne, ze nie wykorzystywane w co drugim horrorze.

dalej juz tak swietnie nie jest, moze nawet aspekt instrumentalny znacznie przewyzsza kompozycyjny, ale wiochy nie ma. "Waiting Man" zwraca glownie wokalem dosc mocno kojarzacym sie ze Stingiem. "Neurotica" zaczyna sie i konczy zgielkiem, sciana dzwieku, z ladnym, melodyjnym brejkiem w srodku. "Two Hands" est jeszcze milszy w odsluchu niz "Heartbeat". "The Howler" akurat niczym specjalnym nie przyciaga uwagi, natomiast "Requiem" to kolejny instrumental i jedyny klasycznie brzmiacy fragment plyty (perkusja!).

krotka to plyta. ale nawet dwukrotnie wydluzona pozostawialaby niedosyt.


najlepszy moment: NEAL AND JACK AND ME

ocena: 8/10

22:46, rejczmen , muzyka
Link Komentarze (1) »
czwartek, 27 stycznia 2011

rok wydania: 2010

wydawca: Universal

 

wciaz mowimy o polskiej muzyce, ale juz bez szydery. choc tez, niestety, bez zachwytu.

to nawet nie chodzi o to, ze, z calym szacunkiem dla Agnieszki Osieckiej i jej tworczosci, branie jej tekstow jest juz totalnie oklepanym tematem (choc na plus Sojce mozna poczytac wybor mniej oczywistych rzeczy z jej repertuary). w koncu Sojka zajmuje sie przede wszystkim przerabianiem tworczosci innych - czy to beda sonety Szekspira, czy koledy badz muzyka rozrywkowa lat ostatnich. rzecz w tym, ze muzyka nie porywa, tak po prostu.

nawet nie wiem co napisac wiecej o tej plycie. uwielbiam glos Sojki, uwielbiam takie urozmaicenie aranzacyjne jakie tu slychac, uwielbiam ultracharakterystyczny saxofon Aleksandra Koreckiego - niezaleznie czy gra z Sojka, z Brygada Kryzys czy z Elektrycznymi Gitarami. ale niestety calosc moze przyspieszyc tetno conajwyzej u fana Trojki. bo to wlasnie plyta skrojona pod mniej wymagajacego Trojkowicza. oczywiscie kontrowersja czy lamanie barier generalnie nigdy nie byla wpisana w genotyp Sojki. ale jednak zdarzaly mu sie wyjatki ("Soyka Sings Love Songs") albo wycisniecie maximum emocji z tej cieplokluchowej konwencji. "Tylko brac" nie podpada pod zaden z tych przypadkow.

to nie jest zla plyta, moze nawet z czasem sie do niej przyzwyczaje. ale na dzien dzisiejszy nie wyobrazam sobie, by siegajac po cos z pokaznej dyskografii Sojki bede rozwazal wybor "Tylko brac". tylko brac? no wlasnie nie za bardzo jednak. chyba ze po "Jedni pisza wiersze piorem" - przepiekny wyjatek w mizernej calosci


najlepszy moment: JEDNI PISZĄ WIERSZE PIÓREM

ocena: 6,5/10

23:13, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
środa, 26 stycznia 2011

rok wydania: 2003

wydawna: Nu Energy

 

no dobra, juz ostatni raz...

wydawcy "Nowej Energii" poszli za ciosem (?) i postanowili sprobowac zaszczepic numetalem polski narod po raz trzeci. za wiele sie nie zmienilo - znow Robert Kilen sprawuje piecze nad caloscia, znow mozemy sie podelektowac zupelnie z dupy i niepotrzebnym komiksem (ze niby komiksy, tak jak nu metal, kierowane sa do wyrosnietych dzieci?), znow kapele dostaja po dwa numery na zagospodorowanie pojemnosci CD (za wyjatkiem Homicide, ktory prezentuje tu trzy tracki). no i znowu calosc utwierdza w przekonaniu, ze przy takiej reprezentacji nu metal po polsku nie mial szans na zawojowanie samej polski, nie mowiac juz o reszcie swiata.

zaczynaja calosc nasi starzy znajomi z Wrinkled Fred. ale coz to za znajomy tytul. "La Isla Bonita"? ohoho, wreszcie bedzie melodia przynajmniej! no niestety, znow sie okazuje, ze jesli chcesz spierdolic najlepsza nawet kompozycje, daj ja do scoverowania numetalowcom. ja rozumiem odwage i innowacje, ale tego nie da sie sluchac! jedyny plus taki, ze w pewnym momencie slychac solowke. czyli te numetalowe pojekiwania na gitarze wynikaja nie tylko z braku umiejetnosci wydobywania bardziej konkretnych dzwiekow, ale i z braku checi.

troche niewygodnie mi jest pisac o nastepnym w kolejnosci El-Vehiculo. ale fakt jest taki, ze dosc latwo wziac "The Game" za odrzut z sesji wczesnego Incubusa. wokal, skrecze, polamany rytm... troche lepiej pod tym wzgledem jest w "Satan Claus", tyle ze tu juz zupelnie kompozycja lezy. coz, z ostatniej rozmowy z Kuba (perkusja) wywnioskowalem, ze E-V to juz raczej zamkniety temat. troche szkoda, ale moze tez i dobrze. jeden Incubus w zupelnosci wystarczy, szkoda by jednak dosc niezli instrumentalisci znizali sie do poziomu xerobojow.

o Blow Jobie pisalismy wczoraj. od tego czasu panowie postanowili do swojego grania inkorporowac melodie. czy im to wyszlo? hmmmm.

nastepny w kolejnosci jest jedynym powodem, by miec jakies powazniejsze podejscie do tego wydawnictwa. nie aby rodzynek w zakalcu, ale naprawde panowie mnie zaskoczyli. syntetyczny, a i calkiem sympatyczny sound, rammsteinowy troche wokal (chociaz calosc nie ma nic z industrialu), zostaje w glowie na dluzej niz trwa piosenka!

o Homicide to nawet nie wiem co myslec. jest to tak kuriozalne, ze az podchodzi w pewnym momencie pod guilty pleasure. no bo wezmy pierwszy z trzech trackow "Oko". wydarcie w refrenie to oczywizm, spoglosowane gitary pokazuja, ze panowie wyciagneli wnioski z sukcesu "Youth Of The Nation" (zreszta w reckach padaly porownania zespolu do P.O.D.), ale te emo rapy w zwrotkach... o moj Boze, toc to REINKARNACJA Jeden Osiem L! chociaz nie, Homicide zaczeli grac wczesniej... zaraz, wokalista nazywa sie Lukasz, zupelnie jak kolo rapujacy w "Jak Zapomniec" - moze to ten sam? by bylo jeszcze smieszniej, w "Lie" panowie porzucaja fascynacje hiphopolo na rzecz Tool'owania. i moze nie byloby to AZ TAK ZLE gdyby nie to, ze Lukasz zdecydowanie powinien jednak pocwiczyc jeszcze angielski. o zamykajacym plyte Shaft ciezko cokolwiek napisac - chyba tez jakis nu metal, ale nie chce mi sie przebijac przez wyjatkowo parszywa produkcje.

a nie, jednak jest tu pewna nowosc w stosunku do poprzednich czesci serii. teledyski! zobaczmy: Ametria to niemalze esensjonalny polski numetal, "Zazdroś(ć)" tego dobrym potwierdzeniem - tak dzwiekowo, jak i wizualnie. sztama zarowno z ziomkami, jak i metalowa bracia, grafiiti, gitary, o, oslawione imprezy czwartkowe w Parku tu chyba widac? Orbita Wiru, wciaz walczaca na froncie polskiej branzy muzycznej, w "Hard To Believe" pokazuje, ze obca im obojetnosc na krzywdy tego swiata. po obejrzeniu klipu do znanego nam juz "Czasu" Dive 3D wnioski mam dwa. raz: to jednak calkiem niezly numer jak na polski numetal, wpada jednak w ucho. dwa: stylistka zrobila wokalistce bardzo duza krzywde, z czystej sympatii dla ladnych kobiet mam nadzieje, ze zerwaly wspolprace po tym klipie. no i jeszcze jest teledysk do "Kolorow" Bredikal. najbiedniejszy z calej czworki, ale, jak juz wspomnialem, dzwieki same sie bronia.

okej, powyzywalem sie. sorry jesli kogos za bardzo urazilem, obiecuje ze od jutra wracamy do plyt na 7,5/10.


najlepszy moment: BREDIKAL - KOLORY

ocena: 6/10

20:15, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
 Skala

10-"Ideału Potęga"

9,9-9,0-"widzę szczyt, a za szczytem zaszczyt za zaszczytem"

8,9-8,0-"będę brał cię, cię, ehe"

7,9-7,0-"joł joł, joł joł joł joł joł, wielkie joł!"

6,9-6,0-"ch** na to kładę bo i tak damy radę"

5,9-5,0-"będzie dobrze dzieciak, elo, do góry głowa!"

4,9-4,0-"to nie z mafią układy tylko szołbiznes"

3,9-3,0-to nie jest kawałek żeby się podobać"

2,9-2,0-"Boże, czy jeszcze coś gorszego stać się może?"

1,9-1,0-"ile dałbym by zapomnieć cię..."

0,9-0,0-"pozerskie gówna a prawdziwy rap to dwie odmienne k***a sprawy!"