Kategorie: Wszystkie | film | muzyka | pozostałe
RSS
niedziela, 31 stycznia 2010

rok wydania: 2004

wydawca: Touch And Go

 

no coz, choc nieraz deklarowalem uwielbienie dla brytyjskiej sceny muzycznej, to trudno nie zauwazyc, ze przeklete stany zjednoczone tez maja swe zaslugi dla muzyki. np taki nowy jork. oj, jak chcialbym kiedys poleciec do tej miesciny. albo zeby jakies ruchy sejsmiczne przeniosly ja do europy. tak prawde powiedziawszy, to wcale nie jest az tak glupi pomysl. bo czasem mam wrazenie, ze NY w klimacie plodow artystycznych wytwarzaonych przez jego mieszkancow bardziej europejski niz amerykanski.

np taki TV On The Radio. jedna z bardziej faworyzowanych przez krytykow kapel ostatniej dekady. i tak jak przewaznie hajp krytykow jest dla mnie niezrozumialy (debiut The Strokes? ze co kurwa?), tak w przypadku trojki brooklynczykow (wiekszych) zastrzezen nie mam. kolesimniej lub bardziej rzadza poczawszy od swego debiutu "OK Calculator", wydanego wlasnym sumptem. potem przyszedl dlugoterminowy deal z kultowym labelem Touch And Go, ktorego pierwszym efektem byla dzis juz rownie kultowa EPka "Young Liars" i wreszcie oficjalny, longplejowy debiut. z tytulem takim jak temat dzisiejszej notki.

przede wszystkim - totalnie nie wiadomo, do czego porownach ich muzyke. tak, tacy sa oryginalni, heh. oczywiscie to ze ja tu zadnymi nazwami nie sypne jest jak najbardziej zrozumiale - wciaz sporo przede mna jesli chodzi o osiagniecie zadowalajacego mnie poziomu kumactwa Muzyki, a przy robercie leszczynskim jestem o-taki-maly. natomiast zdazylem zauwazyc, ze i "powazni" krytycy maja problem z umiejscowieniem tvotr w jakims namecheckingowym kontekscie. a przeciez teoretycznie nie byloby az takiego problemu z rozlozeniem tej muzyki na czynniki pierwsze. elektroniczny kregoslop utworow w postaci zloopowanych, solidnych beatow (gdzieniegdzie tylko przykrytych "zywa" perkusja"), aranzacyjny rozmach godny progrockowcow, gdzie miejsce moga znalezc zarowno deciaki, shoegaze'owa gitara, jak i industrialne trzaski, a przede wszystkim dwoch czarnoskorych wokalistow. i naprawde ten kolor skory slychac takze w ich partiach wokalnych, nierzadko harmonicznych, czasem doowopowych wrecz (w kategorii wokalnej a'capellowy "Ambulance" to afera jakas). niby takie proste, wiec czemu nikt wczesniej nie wpadl na taki mix?

byc moze dlatego, ze malo kto jest takim geniuszem jak producent i spiritus movens zespolu, David Andrew Sitek? wszelkie ochy i achy wobec tego kolesia za jak najbardziej uzasadnione - jest bossem i tyle. juz zaczeli to dostrzegac mainstreamowcy pokroju Nine Inch Nails, Beck'a czy Scarlett Johannson w jej muzycznym skoku w bok, ale wierze ze ta lista bedzie sie sukcesywnie powiekszac. podkreslmy - TVOTR, jak i ta plyta, to formalnie rzecz bliska Absolutu, nienaciaganego 10/10.

problem tylko w tym, ze czesto w tej formie gubi sie tresc. nie, nie ze przerasta ja, to juz totalnie wyswiechtany frazes. po prostu ja gubi. bo te melodie gdzies tam caly czas sa, witaja nas na poczatku kazdego utworu, po czym nikna gdzies w zgielku aranzacyjnego rozmachu i budowania klimatu. i okej - koniec koncow calosci i tak slucha sie zajebiscie (noc! sluchawki!), a nie chodzi tu przeciez o trafienie na rotacje radia Zlote Przeboje. a jednak chcialoby siie posluchac wiecej takich rozkladacych na lopatki mixem pysznej aranzacji i chwytliwosci fragmentow jak "Staring At The Sun" (rzecz jeszcze z EPki "Young Liars", goscinnie m.in. Nick Zinner z Yeah Yeah Yeahs) czy "Dreams", by moc bez wyrzutow sumienia postawic conajmniej dziewiatkowa ocene. choc umowmy sie - tu nie ma numeru jednoznacznie slabego.

"Album, ktory musisz uslyszec zanim umrzesz"? zdecydowanie warto.

(watek dla gadzeciarzy: plyta zawiera klip do "Dreams". przyznam ze ujrzenie go narzucilo mi zupelnie nowa interpretacje tego utworu. znacznie lepsza. rzadki przypadek, by teledysk dzialal w ten sposob)


najlepszy moment: DREAMS

ocena: 8,5/10

16:24, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
sobota, 30 stycznia 2010

rok wydania: 2005

wydawca: Moon

 

okej, kontynuujemy watek. dzis o ostatniej studyjnej plycie ukrainskiego asamblu. ktory wcale nie spiewa po ukrainsku, jak mi sie wczesniej zdawalo, a po rosyjsku. propsy dla Jedrzeja, przyznaje sie do bledu.

oczywiscie wielkich zmian w porownaniu do poprzednika nie ma. panowie obrali sobie dosyc ograniczajaca formule grania, ale radza sobie z tym w najlepszy z mozliwych sposobow.

bo np zmienily sie proporcje. ale w dosyc dziwaczny sposob, bo ma sie wrazenie ze wszystkiego tu jest wiecej. reggae jest tym razem dominujacym gatunkiem, choc i hiphopu jest jakby wiecej. a moze rzecz w tym, ze wszystko to profesjonalniej wykonanie (i zarejestrowane)? moznaby pokusic sie o stwierdzenie, ze aranzacje staly sie jeszcze bogatsze. jeszcze wiecej beatboxu, jeszcze wiecej kapitalnej trabki z tlumikiem... a taki "Новый день" to bez watpienia najambitniej brzmiaca rzecz w calym repertuarze 5'nizzy. utwor spokojnie moglby sie znalezc na jakiejs chilloutowej skladance i wcale by nie odstawal. by zamknac temat hiphopu na drugim albumie ukraincow - tez jakby mniej tu cytatow (czy tez sampli, poslugujac sie adekwatna terminologia). a przynajmniej nie tak oczywiste. na tyle nieoczywiste, ze wciaz rozkminiam skad jest ta pozytywkowa melodyjka w "Это тебе".

no wlasnie - panowie nie pozostali tak ultrawierni gitarze akustycznej i przemycili pare "obcych" dzwiekow. schowanych mega gleboko w miksie, ale jednak. zupelnym zaskoczeniem jest zamykajacy calosc "Эй, где ты?", gdzie poczciwy akustyk wymieniono na wioslo elektryczne. i przyznam ze sa to dosyc orzezwiajace urozmaicenia. bo choc wymyslony przez panow patent na granie zapewnil im juz od pierwszej plyty zaszczytne miejsce w annalach historii muzyki, to trudno nie zauwazyc, ze moze byc on na dluzsza mete meczacy. i pewne symptomy zmeczenia materialu juz tutaj sa zauwazalne. tym bardziej, ze primo - calosc jest jakby powazniejsza od poprzedniczki, wrecz mroczniejsza. brak tu takich momentow typu "radosc grania" graniczacych z wyglupem. no i secundo - tak udanych fragmentow jak "Ямайка" czy "Зима" tym razem nie ma. choc umywmy sie, ze  ocena obu tych argumentow to czysto subiektywna sprawa.

coby jednak nie mowic - warto znac ten album. jest zreszta spore prawdopodobienstwo, ze ktos kto uslyszy go w pierwszej kolejnosci bedzie ocenial go najwyzej z calej dyskografii duetu.


najlepszy moment: Это тебе

ocena: 7/10

22:08, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 29 stycznia 2010

rok wydania: 2003 (reedycja: 2005)

wydawca: Moon

 

ten blog jest nudny. ja wiem, malo odkrywcze to stwierdzenie hehhh. ale chodzi mi konkretnie o to, ze piszemy tu niemal wylacznie o muzyce anglojezycznej, czasem polskiej. taki casus islandzkiego sigur rosa chlubnym wyjatkiem. a przeciez pod kazda szerokoscia geograficzna powstaje zajebista muzyka. czas wiec na zmiany. czas na 5'nizze.

tym razem background historyczny bedzie ubogi. bo wiemy tyle, ze panowie o nazwiskach Serhiy Babkin i Andrey Zaporozhets zaczeli razem muzykowac na przelomie wiekow i niestety zaprzestali w 2007 roku (ostatnie koncerty odbyly sie, co mile, w Polsce). wiemy tyle ze wydali 4 plyty, w tym jedna koncertowa. wiemy tez co graja, ale o tym pozniej. natomiast nie wiem nic o tym, jaki wlasciwie jest ich status. gwiazdy alternatywy? gwiazdy mainstreamu? undergroundowa legenda? nie wiemy z prostej przyczyny - nie wiem absolutnie nic o ukrainskiej scneie muzycznej, a znanych mi wykonawcow z tego kraju bylbym w stanie wyliczyc na palcach jednej reki (oto oni: Quadragesima, Ruslana, GreenJolly, dziekuje). niezaleznie jak sie prezentowali na tle lokalnej sceny - w Polsce calkiem sporo deklaruje sympatie do ich muzyki.

i slusznie. bo panowie grali swietnie. co slychac juz na ich debiucie. trzeba jednak uscislic - owszem, jest tu sporo rocka, reggae, folku pewnie tez, skoro instrumentarium ogranicza sie do gitary akustycznej. przede wszystkim sa to jednak hiphopowcy. tak! nawijka w wiekszosci utworow kojarzy sie jednoznacznie, ale przeciez slychac tu mnostwo beatboxu, gebowego udawania skreczy czy trabki. smaa gitare akustyczna tez traktuja po swojemu, z pewna doza wrecz hiphopowej nonszalancji. no i co najwazniejsze - natezenie cytatow jest porownywalne z plytami z kregu rap. oczywiscie mowimy o wlasnorecznych wykonaniach a nie samplach, ale jednak. sporo tu rockowej klasyki pokroju Nirvany, The Doors czy Led Zeppelin, ale najbardziej rozbrajaja fragmenty z "Boom! Shake The room" czy "Here comes the hotstepper". funkowych cytatow brak, ale jesli mialbym umiejscowisc gdzies 5'nizze na hiphopowej scenie ameryki, to wcale nie na wyluzowanym wschodnim wybrzezu, a wsrod g-funkowych gangsterow. tak! wiecej: jestem spokojnie w stanie sobie wyobrazic taki "Пятница" w wykonaniu Eminema. o ile Em dowiedzialby sie gdzie lezy ukraina i nauczylby sie jezyka.

i chociaz najciekawsze fragmenty to wlasnie te najbardziej niekonwencjonalne (ktore zebraly sie w drugiej czesci plyty, przez co jej poczatek troche nudzi), to jednak hajlajty naleza to fragmentow brzmiacych najbardziej tradycyjnie. "Ямайка" to od dlugiego czasu hit w kregach wrzeszczanskich. a "Зима" to juz emocje, ktorych raczej prozno szukac w mainstreamowym hiphopie. kruszy serce, nawet jesli nie wie sie o czym panowie spiewaja. no wlasnie - tez procentuje fakt, ze panowie spiewaja po ukrainsku. dzieki czemu czuje sie sluchajac tej plyty tak jak conajmniej dekade temu, kiedy wciaz jezyk angielski by mi jak najbardziej obcy, przez co interpretowalem sluchana muzyke po swojemu. dzis juz troche mi tego brakuje.

nie aby plyta idealna byla. dobrze zrobiloby, przy tak jednak minimalistycznej formie wykonania, wyrzucenie paru z tych 19 piosenek i zostawienie samej esencji. nie ma co ukrywac, ze dziala tu syndrom egzotyki jezyka i po angielsku sporo magii by ulecialo. ale i tak jest osemkowo. trza pamietac o tej plycie i zespole.

(watek dla gadzeciarzy: plyta zawiera klip do "Солдат". koncertowka, ale z klimatem)


najlepszy moment: Ямайка

ocena: 8/10

15:41, rejczmen , muzyka
Link Komentarze (3) »
czwartek, 28 stycznia 2010

rok wydania: 1997

wydawca: Interscope

 

przyjemniackiej muzyki ciag dalszy.

leciutko poruszylismy przy okazji OPM temat tzw "kalifornijskiego grania". moglibysmy sprecyzowac zagadnienie - dlaczego kalifornijskie granie nie ma szansy byc popularne gdziekolwiek indziej? nie mowimy teraz o Green Day'u czy Offspringu, bo to kapele ktore sa - coby o nich nie mowic - ponad tym. mowmy o takich typowych kapelach. gdzie jest krotko, punkowo, wesolutko, slonecznie i na deskorolce. i tak przez caly rok. ostatnio widzialem taki obrazek. a ponoc byl on jak najbardziej aktualny, zrobiony pare dni temu. wprawdzie to byla jednak Australia a nie Kalifornia, ale pewnie wygladaloby to podobnie. trudno nie jebnac czymkolwiek w takiej sytuacji w odbiornik, kiedy w tym samym czasie za oknem snieg przysypuje samochody juz niemal w calosci, a na chacie pajaki sztywnieja z zimna. no i wlasnie - jak w takiej sytuacji lubic muzyke niemal celebrujaca taki przezajebisty stan pogody jaka maja na zachodnim wybrzezu? nie da sie. taka ma geneza braku popularnosci kalifornijskiego punku w europie.

inna sprawa, ze muzycznie tez nie prezentuje sie to najlepiej. ba - wiekszosc tzw poppunku jest dla mnie nie do przebrniecia. choc akurat Smash Mouth tak od razu w jednym rzedzie z sum41 czy blink182 stawiac nie nalezy. to taki kalifornijski odmieniec, cos pokroju sugar ray. tylko ze zamiast kombinowac z numetalem smash mouthy inspiruja sie ska oraz rock and rollem z lat 50tych i 60tych. a ze to calkiem szlachetne inspiracje, to ocenimi ich ciut laskawiej.

bo niby wiekszosc debiutanckiej plyty to wlasnie takie srednio intrygujace kalifornijskie granie, upstrzone tekstami "z zycia wzietymi" (w tym wypadku - "co sie bedziesz koles przejmowal ze typiara cie nie chce, chodz na imprezke" i tym podobne zyciowe dramaty). ale ale - co robi ten beachboysowy zaspiew na poczatku "Beer Goggles"? a ta przekozacka trabeczka w "Disconnect The Dots"? a ten klimat el mariachi w "Padrino"? cover "Why can't we be friends" to chyba tez nie przypadek? nie mowiac juz o wciaz najwiekszym hicie zespolu, numeru od ktorego wszystko sie zaczelo - "Walkin' On The Sun". to juz rzecz ewidentnie z innej bajki - tak stylistycznie, jak i jakosciowo. zero pierwiastka punkowego, czysty swing lamany psychodela. mozna nawet wybaczyc ze troszke zapozyczyli sie Perrey And Kingsley'a (no ale powiedzcie - czy jakiemus typowi z blinka czy innego simple plana w ogole ta nazwa by cokolwiek mowila?), bo wyszlo przepysznie. tak na dobra sprawe to jedyny fragment plyty, dzieki ktoremu moznaby rozwazyc postawienie Smash Moutha obok The Monkees czy The Turtles. a, i zaskakujaco nieglupi tekst.

no wlasnie - teoretycznie fajnie, ze pozniej panowi poszli rzeczywiscie w tym sixtiesowym kierunku, dajac sobie spokoj z mocniejszymi gitarami. niestety okazalo sie to tak bezplciowe (vide skrajnie wkurwiajacy "All star"), ze dzis juz nawet przyslowiowego psa z kulawa noga nie obchodza. dlatego z calej ich dyskografii najlepiej zapamietac wlasnie debiut. a najlepiej to sobie o nim przypominac w okresie wakacji. o ile akurat np nie leje jak z cebra.


najlepszy moment: WALKIN' ON THE SUN

ocena: 7/10

22:51, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 stycznia 2010

rok wydania: 2008

wydawca: DIY

album do pobrania stąd

 

dzis sie dowiedzialem o smierci Jim'a Korthe'a, wokalisty 3rd strike. zespol byl mocno sredniacki, nawet w swej numetalowej kategorii, jednak nie w tym rzecz. otoz info to znow mnie sprowokowalo do wspominek. przelom liceum/studia, imprezy w orbitalu badz parlamencie, rageman.blog.pl, AS... no, piekne czasy.

kojarzy mi sie jakos tez z tym okresem zespol Ptaky. byc moze dlatego, ze gitarzysta tychze dosyc czesto przewijal sie na ow trojmiejskich imprezach. zreszta, przy blizszym zapoznaniu Krzychu okazal sie calkiem przesympatycznym kolesiem. pozdrowki dla niego. no, ale koniec prywaty.

wiec historia jest taka, ze Ptaky to kapela wymyslona i dowodzona przez Piotra Lukaszewskiego. czlowiek instytucja, od lat obecny na polskiej scenie. jako producent, stacjonujacy we wlasnym RED Studio i obslugujacy metalowe hordy pokroju Vadera czy Mess Age, ale przede wszystkim jako gitarzysta. TSA Evolution, Skawalker, pozniej najwieksze sukcesy z IRA. pod koniec unieglego wieku wyskoczyl z przedziwnym projektem Karmacoma, majacym byc polska odpowiedzia na triphopy zza granicy. po niepowodzeniu tegoz zalapal fuche jako sideman Patrycji Markowskiej. z zapoznanymi w tym czsie muzykami postanowil olac pracodawczynie i porockowac na wlasny rachunek, biorac na wokal niejakiego Sebastiana Makowskiego, ktoremu na poczatku XXI wieku udalo sie nawet u majorsa wydac plyte pod wlasnym nazwiskiem. a ze marka Lukaszewskiego nie stracila na popularnosci przez te wszstkie lata, oczekiwanie na debiutancki album Ptakow przybralo wrecz ogolnopolski wymiar. tym mocniejsze, gdyz napedzone sukcesem singla "Chron to co masz", ktoremu trafil sie zaszczyt trafic (i go promowac) na soundtrack do drugiej czesci filmowych przygod Spidermana. oczywiscie mowimy o polskiej edycji soundtracka, ale to w CV mozna pominac przeciez. po jakims czasie jednak sluch o Ptakach zaginal, jednak w 2008 roku po raz drugi objawili sie swiatu "Szkola Latania". tym razem wydana nie w Sony, lecz wlasnym sumptem, z mozliwoscia pobrania z ichniejszej strony internetowej.

no wlasnie. z PtakY'ami to dosyc dziwna sprawa jest. i nie mowie o glupawej nazwie. niby graja na wielkich imprezach - dni miasta, opole, sopot itepe itede - ale o jakichs wielkich sukcesach w kwestii sprzedazy plyt w ich wykonaniu nie slyszalem (zreszta wydanie albumu wlasnym sumptem jest dosyc wymowne). niby sami sie pozycjonuja jako obroncy rockowego ognia, ale nigdy nie spotkalem na swej drodze kogos, kto okreslalby sie mianem fana Ptakow. wrecz przeciwnie - co rusz slysze, ze gowno, ze kicz, ze totalna poracha i tak dalej. troche casus podobny do Braci Cugowskich, co nie?

porownanie do synow frontmana Budki Syflera tym trafniejsze, ze muzycznie tez dosyc podobnie jest. niby czad, niby postgrunge, ale tak ugrzeczniony, ze trafia nawet do gospodyn wiejskich, a Silverchair sie jawia jako hardkorowcy. moze muzycznie u Ptakow wiecej sie dzieje (no jakby nie bylo, Lukaszewski to doswiadczony chlopak i wie jak operowac dzwiekiem), ale na tej samej zasadzie Cugowscy wygrywaja wokalem. choc Makowski niby spiewac umie... niewazne. debiutancki album mnie nie przekonal do tego stopnia, ze zaplacic za ich drugi album nigdy bym sie nie zdecydowal. ale skoro jest za darmo...

odpalamy plyte zatem, slyszymy egzotycznego instrumentala o znajomym tytule "CoeXisT" (swoja droga ciekawe, czy panowie wnikneli glebiej w temat by siie dowiedziec, kto tak naprawde wymyslil to haslo) i szok. brzmienie to audofilski majstersztyk. powaznie. co o tyle dziwniejsze, ze mowimy o MP3. nastepujacy dalej "Kaznodzieja" dostarcza jeszcze milszego zaskoczenia. ten riff na poczatku... pierdolniecie! yes! yes! yes! koniec z ubogim, creedopodobnym poplumkiwaniem. skoro gramy juz nie na koszt majorsa, to mozemy grac co nam sie zywnie podoba. i wprawdzie refren to juz typowa dla nich melodia, to jednak numer jako calosc potrafi narobic smaku.

niestety dalsza czesc plyty pozbawia zludzen. bedzie po staremu. czyli jednak oni naprawde lubia w ten sposob grac, zadne sony ich do tego nie przymuszalo. hmmm... nie no, okej - nie jest to jednoznacznie zle. swiat bylby nudny, jakby graly na nim same radioheady, toole, velvet undegroundy czy inney kyussy. nie dostarcza to jakichkolwiek glebszych emocji, ale jadac samochodem i potrzebujac jakiejs nieabsorbujacej dawkii gitar rodem z eski rock - czemuzby nie. brak tu jakiegos zaskakujacego, zajebistego od pcozatku do konca numeru ("Kaznodziejowy" riff to troche za malo), brak tu guilty pleasure na miare "Chron to co masz", ale melodie "AnA", "Zapalek Marzen" (choc dziwnie kojarza sie one kolejno z "Dani California" RHCP i "When I'm Gone" 3 Doors Down...) czy "Pielgrzyma" da sie przelknac bez wykrzywiania mordy. choc niestety bywaja tu i totalne niewypaly. nie wiem jak mozna bylo nie zdusic jeszcze w zarodku "Zaby". melodia banal, ale ten teskt to juz masakra jakas. nie czuje tego, nie ogarniam wrecz.s

ale musze jeszcze raz to powtorzyc - brzmienie maxymalnie daje rade. aranzacje zreszta tez. nie slucham muzyki dla "smaczkow", jednak trudno nie zwrocic uwagi na np bardzo ladna partie fortepianu w "Boja Sie Ludzie". w "Zapalkach" na klawiszach pomyka Wojtek Horny z legendy polskiego nu - O.n.a. jednak w kategoriach ficzuringow wygrywa "Taniec z Manekinem", z goscinna zwrotka Ewy Wentland (ex-Milczenie Owiec). byc moze jest to najlepszy fragment plyty. typiara ma przecudowny glos, oszalec z zachwytu mozna. wie ktos, co sie z nia teraz dzieje?

nie no, myslalem ze bedzie gorzej.


najlepszy moment: TANIEC Z MANEKINEM

ocena: 6,5/10

22:48, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
 Skala

10-"Ideału Potęga"

9,9-9,0-"widzę szczyt, a za szczytem zaszczyt za zaszczytem"

8,9-8,0-"będę brał cię, cię, ehe"

7,9-7,0-"joł joł, joł joł joł joł joł, wielkie joł!"

6,9-6,0-"ch** na to kładę bo i tak damy radę"

5,9-5,0-"będzie dobrze dzieciak, elo, do góry głowa!"

4,9-4,0-"to nie z mafią układy tylko szołbiznes"

3,9-3,0-to nie jest kawałek żeby się podobać"

2,9-2,0-"Boże, czy jeszcze coś gorszego stać się może?"

1,9-1,0-"ile dałbym by zapomnieć cię..."

0,9-0,0-"pozerskie gówna a prawdziwy rap to dwie odmienne k***a sprawy!"