Kategorie: Wszystkie | film | muzyka | zyciufka
RSS
wtorek, 09 lutego 2010

rok wydania: 2007

wydawca: Wichita

 

wczoraj zaszalelismy nie tylko ze wstepem, ale i z cala notka tak wlasciwie. dlatego dzis, w ramach omowienia drugiej plyty nowojorczykow, troche wiecej o muzyce bedzie.

bo choc obiegowa opinia mowi o obnizeniu lotow, to moim zdaniem plyta jest lepsza pod niemal kazdym wzgledem. co pierwsze sie przynajmniej rzuca w uszy to kwestia wokali. niesamowite - znacznie mniej one tu irytuja, choc paradoksalnie jest ich znacznie wiecej! nie wiem, moze na wysokosci tej plyty mozna bylo sie juz przyzwyczaic, bo wciaz tu sa takie momenty, od ktorych uszy wiedna ("Yankee Go Home"). na pewno tez Alec spiewac sie nie nauczyl, bo widzialem fragmenty koncertow z tego samego roku i wciaz koles jest bezlitosny. na plycie sporo jednak efektow nalozonych na wokal, wiecej prostych partii i choc normalnie na takie zabiegi krecilbym nosem, tu okazuja sie zbawienne.

mozna tez odniec wrazenie, ze zmienily sie inspiracje panow, a przynajmniej ich czesc. pierwsza plyta miala cos w sobie optymistyczny feeling i daleko jej bylo do mhrroku, ale motoryka numerow kojarzyla sie z Joy Division. zwlaszcza ze panowie postanowili na czysto rockowe aranzacje i tak na dobra sprawe jedyna ekstrawagancja byly instrumenty perkusyne typu tamburyn. na nastepcy debiutu jest juz inaczej. nie kojarzy Wam sie ta okladka z "Revolverem"? bo mi bardzo. a skojarzenie to nakrecane jest dodatkowo przez muzyke. ja wiem, kojarzenie wszelkich wieloglosow i harmonii wokalnych z Bitlami to banal. ale nie sposob potraktowac inaczej tego co dzieje sie w "Mama, Won't You Keep Them Castles In The Air And Burning?". zreszta, to juz na pewno beda naciagane skojarzenia, ale np taki optymistycznie brzmiacy, a przy tym w tekscie zahaczajacy o "morska tematyke" "Underwater (You And Me)" to jakby takie "Yellow Submarine", a zamykajacy calosc "Five Easy Pieces" ma w sobie i sennosc "I'm Only Sleeping" i formalne szalenstwo "She Said She Said". gdyby zas The Strokes grali jak The Beatles to track tytulowy moznaby potraktowac jako nastepce "Taxmana".... nie dobra, za daleko zabrnelismy w tych porownaniach.

forma. wlasnie, forma. mowi sie o tym albumie, ze forma przyslonila tresc. teoretycznie mozna sie zgodzic - sporo sie tu dzieje, nie zawsze potrzebnie. "Emily Jean Stock" moze i dalby sobie rade bez tych perkusynych wtretow, w "Love Song no7" tez moznaby fajniej (=prosciej) poprowadzic motyw klawiszowego tla, a "Satan Said Dance" jak na indie-hit na parkiet jest zbyt zgrzytliwy. ale mi sie to podoba! bo choc moze nie ma tu tak fajnego numeru jak "The Skin On My...", to i tak sporo tu piosenek autentycznie poruszajacych. jak wspomniane "Underwater" czy "Goodbye to mother and the cove" (gdyby do ostatniej sekudny bylo tak pieknie jak w pierwszej czesci, ehh...). poza tym akurat Clap Your Hands dla mnie nigdy nie mial na tyle wybitnej tresci, bysmy mogli rozpaczac nad zmniejszeniem jej proporcji.

muzyka na debiucie byla naprawde niezla, jednak przez odrzucajacy wokal nie bylem w stanie dac jej chocby 7,5. robie to wiec przy okazji drugiej plyty. tez jak dla mnie calkiem niezlej.

 

najlepszy moment: UNDERWATER (YOU AND ME)

ocena: 7,5/10

17:25, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 08 lutego 2010

rok wydania: 2005

wydawca: Wichita

 

pisalem o tym juz nieraz (troche tych notek tutaj mamy, moga sie pewne tematy powtarzac...), ale powtorzmy: nie ma ostatnimi czasy w muzyce popularnej bardziej wyswiechtanego i jednoczesnie zdewaluowanego terminu niz indie. wszystko jest teraz indie: Velvet Underground, Kumka Olik, The Smiths, The Killers. wazne by mialo grzywki, gitary i nie mialo nic wspolnego w hardrockiem badz metalem. abstrahujac od tego, ze to co dzis jest kojarzone z indie coraz czesciej jest nudna, pusta wydmuszka, to przykre jest to co zrobiono z tym terminem. niby sytuacja podobna do tego, co 20 lat temu (dzisys, jak ten czas leci...) zrobiono z grunge-ruchem, ale jednak nie do konca. nie jestem prawilniakiem, ale termin grunge nie ma, nazwijmy to, obciazenia ideologicznego. indie, podobnie jak punk czy hiphop, takowe ma. ta nazwa funkcjonuje od wielu lat i nie mozna pozwolic, by byle leszcze wycierali sobie nia geby w celach komercyjnych. dlatego wyjasnijmy sobie pare rzeczy. znawcy oczywiscie obsmieja ponizsze akapity i byc moze nie bez powodu - za znawce tematu sie nie uwazam, wiec raczej oczywistosciami polecimy. ktore i tak nie kazdemu sa znane.

primo - media glownie kojarzone z tematem "indie" to New Musical Express, Melody Maker, Q. czasopisma (pominelismy internet, choc moglobysmy za to dolozyc radio, np. BBC) brytyjskie. zadnych nacjonalistycznych wtretow tu nie chce robic, ale chyba kazdy zauwazyl, ze to magazyny uwielbiajace wyszukiwanie "nex big thing'ow" na wlasnym terytorium. nie aby byly totalnie zamkniete na zagranice - amerykance sa na tyle zapatrzeni w arenbi, postgrunge i pozostalosci po numetalu, ze wszelkie wartosciowe bandy musza dla nich wlasnie brytyjskie media odkrywac. ale jednak z zalozenia niejako uk kapele>amerykanskie kapele. blad. bo owszem, brytole swe zaslugi maja, ale jednak wiekszosc bandow, ktore MUSZA sie kojarzyc jako pierwsze z terminem indie - Sonic Youth, Husker Du, Pixies, Pavement - to jednak plony amerykanskiej ziemi. nie przypadkiem raczej, ani ze wzgledu na narodowosc autora, czolowa pozycja ksiazkowa w tym temacie - "Our Band Could Be Your Life" - traktuje wylacznie o kapelach usa'nskich. dlatego z cala sympatia, ale jednak w tej kwestii 1:0 dla amerykancow.

secundo - byc moze nie kazdy rozumie skad termin sie wzial. indie = independent. niezalezny, znaczy sie. nie jestem wyznawca teorii spiskowych, nie walcze z systemem, ale ciezko mi kwalifikowac kapele jako indie z plytami wydawanymi u majorsa. nie chodzi o to, aby wyznawala cale zycie zasady DIY i rozprowadzala na lbumy na cd-r'ach. no ale... zawsze smieszyla mnie gadka kapel swiezo co pospisanych z Warnerem czy innym Universalem, ze daja one znacznie wiecej wolnosci niz niejedna niezalezna wytwornia, milsza atmosfera blablabla. kolejna bzdura. wprawdzie nie obcuje z kontraktami zespolow z wytworniami na codzien, ale to jest wrecz nielogiczne. ekonomia, kurcze no: firma inwestuje w ciebie niemala kase jako pracownika (bo tak chyba mozna tez potraktowac relacje wytwornia-zespol), wiec absolutnie ma prawo wymagac od Ciebie by poniesione koszta sie zwrocily. moze nie bedzie ci zagladac przez ramie jakie tam sobie piosenki na gitarze nagrywasz, ale moze ci pogrozic, ze jak nie bedziesz efektywny (tj nie zarobia na tobie) to nastepnej plyty juz u nich nie wydasz, a i ta aktualnie rejestrowana moga wyrzucic do kosza. atmosfera w pracy? kumpelska aatmosfere to moze robic pani wieslawa z warzywniaka, ktora majac pod soba tylko asystentke na ladzie moze poplotkowac z nia kiedy akurat klientow brak.

przydlugawy wstep, wiem. ale ten blog tez takim ogolnikowym rozkminom ma mi sluzyc. no ale teraz meritum. Clap Your Hand powyzsze "warunki" spelnia, i to z nawiazka. bo trudno, by ktos nazywajac w tak kuriozalny sposob swoj band myslal powaznie o karierze w mediach. poza tym sa z USA (Nowy Jork, wiec jeszcze lepiej), a omawiany dzis debiut wydali w USA sami (w UK poprzez niezalezny label Wichita). czy to jednak czyni ich lepszymi od Franz Ferdinanda czy Kings Of Leon? no wlasnie niekoniecznie, niestety.

to wyswiechtany frazes, ale taka prawda: sa w Muzyce pewni wokalisci, ktorych albo sie kocha albo nienawidzi. stojacy na czele CYHSY Alec Ounsworth zdecydowanie nalezy do drugiej grupy. powiem nawet wiecej: dla mnie to jest ABSOLUTNIE NAJSTRASZNIEJSZY WOKAL JAKI SLYSZALEM OD LAT. by sobie zwizualizowac: Thom Yorke jest geniuszem, wiadomo. takze w sferze wokalistyki, jednak zdarzaja mu sie fragmenty, gdzie najzwyczajniej w swiecie jeczy i maniera swa meczy. i teraz wezcie te fragmenty, wypierzcie je z jakichkolwiek namiastek geniuszu i emocji, pomnozcie przez beczenie poznego Dylana i spotegujcie kilkasetkrotnie. wyjdzie wam to co wyprawia frontman nowojorczykow. i jak tu sie dziwic, ze ludzie sie smieja z "indie" jako grania dla pizdus-plastusiow, tworzonego przez ludzi nie umiejacych grac i spiewac. mi nawet glupio sluchac na glos tych piosenek, bo juz pare razy wyczulam na sobie zdumione spojrzenia w najlepszym wypadku, a przewaznie - pelne wspolczucia. zniewiesciale wokale - tak. fajansiarskie, pidowate - NIE. innymi slowy - koles jest encyklopedycznym przykladem dramatu, kiedy tworca piosenek (wylaczonego autorstwa Aleca jest tu 8 na 10 utworow) czuje sie zobowiazany takze do ich wyspiewania.

pewnie, historia zna mnostwo przypadkow songwriterow z, hm, ograniczonymi mozliwosciami wokalnymi. tyle ze po pierwsze - artysci ci przewaznie sa swiadomi swych brakow i jakos z nimi walcza. przewaznie udanie, skoro teraz o nich piszemy. pan Alec natomiast postanowil ze swego kuriozalnego wokalu uczynic najwieksza cnote i nie berze jencow ("Is This Love?" chociazby - jeeeeeeezuuuuuusmaaaariiaaaaa!!!). po drugie - na plaszczyznie kompozycji (o ile uda nam sie wyrobic nerwowo i sie w nie wsluchac uwazniej) tez jakiejs wielkiej rewelacji nie ma. ot, solidnie. z momentami baaaardzo niezlymi ("The Skin Of My Yellow Country Teeth", "Over And Over Again", "Heavy Metal"). ale trzeba sporo samozaparcia, by uznac je za przeboje, chocby z przedrostkiem alt-.

nie umiem jednak rozdzielic tej muzyki od wokalu, wybaczcie. po kazdej probie jestem na skraju zalamania nerwowego.


najlepszy moment: THE SKIN ON MY YELLOW COUNTRY TEETH

ocena: 7/10

18:58, rejczmen , muzyka
Link Komentarze (2) »
niedziela, 07 lutego 2010

rok wydania: 2001

wydawca: Mercury

 

zostajemy przy spokojnych dzwiekach.

mowisz trip-hop, myslisz: Massive Attack, ewentualnie Portishead. i slusznie, bo to zalogi ktore operowaly swego czasu tymi dzwiekami w najlepszy sposob. natomiast warto miec w pamiecy takze te zespoly, ktore takze dolozyly swe trzy grosze do rozkwitu gatunku, choc nie mialy szczescia by zapisac sie na dluzej w pamieci sluchaczy. jak Morcheeba. czy omawiany dzis Lamb.

on i ona, ona i on. meska czesc duetu tworzy glownie na kompie muzycznej pejzarze (choc do tak opracowanych szkieletow kompozycji dochodzi sporo zywych instrumentow w wykonaniu m.in. Jimi Goodwina z The Doves), ona wpasowuje sie w nie swym kojacym, bardziej pop-normalnym niz udziwnionym glosem (choc pozwala sobie na eksperymetny w tym temacie, chocby "Sweet"). na koncie maja 4 albumy, z ktorych najbardziej pamietanymi dzis fragmentami sa "Gorecki" i "Gabriel". ten drugi znajduje sie na dzis omawianej, trzeciej plycie duetu z manchesteru.

jako wyznawca zasady "dobry przeboj nie jest zly" nie bede sie spinal na elitarnego smakosza i bez skrupolow wyroznie Gabriela jako hajlajt albumu. piekna, za sprawa wokalu niemal oniryczna ballada z bombastycznym (jak na triphopowy chillout, rzecz jasna) finalem. i choc trudno nazwac "Gabriela" "typowym numerem zespolu Lamb" (inna sprawa ze w sumie nie mam pojecia, ktory track za takowy moglby robic), to zwlaszcza na tej plycie Lamb opowiada sie po jasnej stronie triphopowej mocy. moze nie jest to tak popowe jak pozniejsza Morcheeba, ale tez jakichkolwiek neurotycznych, paranoidalnych klimatow rodem z "Mezzanine" czy "Dummy" brak. nastrojowe, kameralne, wiec sluchamy na sluchawkach, ale glownie po to by sie wyciszyc, a nie utwierdzic w depresji czy paranoi. choc wyjatki oczywiscie sa - "scratch bass" to instrumental mroczny czy tez nawet agresywny, napedzany tytulowymi skreczami (think "Burnin'" Daft Punk), a "Sweet" to wspomniane troche ekspresyjniejsze wokale i solidniej zarysowany loop perkusyjny (think "Blue Skies" BT).

w sumie bardzo fajnie, ale jednak poleczka nizej od dokonan z Bristolu.


najlepszy moment: GABRIEL

ocena: 7,5/10

22:11, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
sobota, 06 lutego 2010

rok wydania: 2005

wydawca: Pomaton

 

skladankowego tematu ciag dalszy.

juz pisalem co sadze na temat takich komplikacji jak dzisiaj omawiana. dla przypomnienia: LUDZIE! NIE BADZCIE JEBANYMI LENIAMI I KUPUJCIE (no niech bedzie: zaopatrujcie sie w rapidshopie) PELNOWYMIAROWE ALBUMY WYKONAWCOW! SAMI ROBCIE SOBIE SKLADAKI, ZAMIAST POLEGAC NA WYTWORNIACH, KTORE WCALE NIE CHCA WASZEGO DOBRA, A TYLKO NABIC SOBIE PORTFELE!

no dobrze. ale pogodzmy sie chwilowo z faktem, ze nie kazdy ma tyle woli (i czasu, jakby) by prowadzic wlasne muzyczne poszukiwania i zdaje sie na innych, bo lubi jak mu cos pogrywa w tle. przyjmijmy tez, ze np ktos cale zycie katowal sie metalem czy hiphopem i nagle naszlo go, ze chcialby takze przy muzyce sie odprezyc a nie napedzac adrenaline. zreszta, troche traci hipokryzja to moje dissowanie skladakow - wszak sam np dzieki Kydrynskowej "Siescie" odkrylem taki chocby Idan Raichel Project. podejdzmy wiec bez uprzedzen do omawianego dzis wydawnictwa.

"Przekroj", ktorego dzial Kultury akurat calkiem sobie cenie (Szubrycht, Chacinski, Pasternak! pozdro dla Ciebie dziewczyno, jesli to czytasz!), postanowil zaistniec swego czasu na rynku fonograficznym. i tak co jakis czas wydawali komplikacje przekrojowo (sic!) traktujace rozne gatunki muzyczne (przewaznie te majace cos jeszcze swiezego do zaproponowania). za szostym razem padlo na nurt, ktorego nazwa, przez swa wszedobylskosc, powoli wywoluje u mnie odruchy wymiotne na rowni z terminami takimi jak dubstep czy indie.

13 piosenek. spora roznorodnosc. takze w klimacie - wcale nie jest tak wyciszajaco od poczatku do konca. prawie 9minutowy remix "Papa Was A Rolling Stone" The Temptations czy Kraak & Smaak w "Keep On Searching" to jak na moj spaczony gust bardziej dancefloor-friendly rzeczy niz soundtrack do kolacji przy swiecach. sporo remixow (Depeche Mode "Useless" czy NERD'owy "Provider" w podejsciu Zero 7), ale i staroci (Marvin Gaye czy Massive Attack. nazwy dosyc oczywiste (wlasciwie wszystko co dotychczas wymienilismy), ale i tez pare opcji dla koneserow (Subjekt, Ian Pooley, Plant Life). a w tym wszystkim zaloga autora komplikacji, Bartka Winczewskiego, czyli Beats International (swietny "Dub Be Good To Me").

i w sumie polece inzynierem Mamoniem, ale jednak najbardziej chyba zrobily mnie tracki z ktorymi juz wczesniej sie zetknalem. przede wszystkim chyba rodowodowo koles z najbardziej innej bajki, czyli Ian Brown i jego absolutnie cudny "F.E.A.R.". niech kto go zaprosi na Open'era, blagam.


najlepszy moment: IAN BROWN - F.E.A.R.

ocena: 6,5/10

18:07, rejczmen , muzyka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 05 lutego 2010

rok wydania: 2009

wydawca: Universal

 

coz, odkryciem wielkim nie bedzie stwierdzenie, ze skladanka to specyficzny rodzaj wydawnictwa. zwlaszcza takie "Greatest Hits". bo co mozna powiedziec o numerach ktore wszyscy znaja. o backgroundzie historycznym, ktory ogranicza sie do tego, ze wytwornia postanowila wycisnac pare wiecej groszy z piosenek, ktore juz wczesniej solidnie nabily im kabzy? tak troche bez sensu.

z dzisiaj omawianym albumem rzecz ma sie mniej typowo, ale i tutaj czuje lekki bezsens poswiecania calej notki zagadnieniu. wiec moze zacznijmy od ogolnych refleksji...

Marcin Kydrynski. od wiekow funkcjonujacy w moim spisie ludzkosci mi znanej jako Czlowiek-Beka. "Moj Dzez" Tymonowych Kur dobrze oddaje zreszta me odczucia. gdyby przeprowadzic eksperyment medyczno-naukowy i wyprodukowanoby osobnika o guscie muzycznym totalnie przeciwstawnym memu (maszyna z "Muchy" mi sie w tym momencie przypomniala, nie wiedziec czemu), niechybnie wyszedlby z tegoz finalnie wlasnie Marcin Kydrynski. muzyka swiata, smooth jazz, sliczniutko, nastrojowo, wysmakowanie, elitarnie, wysokogatunkowe wino, fotel, swiece, krystalicznie czyste dzwieki, audiofilstwo do granic przesady... przypuszczam ze najokrutniejsza forma tortury nad Marcinem K. byloby puszczenie mu demowki-splita punkowych legend Kalesony Boga Wojny i Strzelajace Naplety. ciekawe czy Marcin w ogole slucha np empetrojek? reasumujac - nie napilbym sie z Marcinem wodki czy tez, adekwatniej, Pilsnera. inna sprawa, ze Kydrynski zapewne znacznie bardziej nie chcialby ze mna sie napic. oh, well.

z drugiej jednak strony - naprawde Kydrynskiego szanuje. bo lepsza najbardziej specyficzna zajawka niz brak zajawki. a koles poswiecil przeciez tym swoim ukochanym dzwiekom cale zycie. i wyszedl na tym na tyle dobrze, ze dzis moze nawijac w ksiazeczce do takiej "Siesty 5" o tym, jak to lubi spedzac wieczory spacerujac po dzielnicach Lizbony i jak to mu sie fajnie gada z Patem Methenym. i nie sadze, by jakikolwiek wplyw na jego obecna pozycje materialno-spoleczno-jakakolwiek inna mial fakt bycia synem sp. Lucjana Kydrynskiego. kazdy pasjonata, ktory poswieca sie muzyce i ja promuje (a przeciez to wcale nie sa tak latwo przyswajalne dzwieki i nie mowie o mojej awersji do takiej estetyki), a przy tym odnosi sukces zgarnia u mnie najwieksze propsy. no a poza tym - he's THE husband of Anna Maria Jopek. how cool is that? mysle ze kariera AMJ sporo zawdziecza panu Kydrynskiemu. choc czasem sie zastanawiam jednak, czy kobieta z TAKIM glosem nie powinna osiagnac wiecej? sie nie chce wtracac do biznesplanu podboju swiata przez Jo, ale mysle ze np dobrze byloby zadbac o lepszy dobor materialu dla Niej. np poprzez ograniczenie sie mr Kydrynskiego w pisaniu piosenek dla malzonki.

okej, zdaje sobie sprawe ze nie tylko odbiegamy od tematu, ale zrobilismy mala wycieczke personalna. ale co wlasciwie mozna powiedziec o piatej odslonie serii firmowanej przez Marcina Kydrynskiego? znasz te postac = wiesz wszystko o zawartosci albumu. z ta "roznica", ze tym razem, ja przyznaje autor calosci, mialo byc jeszcze bardziej nastrojowo. marcin, opanuj sie, jeszcze bardziej? mamy wiec tu 15 piosenek, kazda reprezentujaca inny zakatek swiata. jesli komus mowia cos te nazwy to prosze: Laura Lopez Castro nadaje z Hiszpanii, Bonga z Angoli, Pedro (ladne imie) Moutinho z Portugalii, Viktoria Tolstoy (ladne nazwisko) ze Szwecji, Eneida Marta zas z Gwinei Bissau... no wlasnie - co ja bede udawal. czasem nic mi nie mowia nazwy regionow geograficznych o ktorych mowa na tej plycie, a co dopiero wykonawcy. dlatego zadnego osadzania w kontekstach typu "jak na dotychczasowe dokonania to ten numer Tito Parisa z Cabo Verde jest dosyc sredniacki" nie bedzie. moge tylko powiedziec, ze calkiem ladny numer spiewa tu jedyna reprezentantka Polski, niejaka Anna Maria... a chyba najladniejszy z calej plyty efekt kolaboracji Charie Haedena z Patem Methenym i Jerry Douglasem "Oh Shenandoah" przypomina mi, ze chyba zbyt nisko ocenilem wspolno plyte pierwszych dwoch panow "Beyond The Missouri Sky".

obiektywnie mowiac to bardzo spojna, cudnie zrealizowana, mile pogrywajaca skladanka. ale ja mam chyba jednak inne oczekiwania wobec Muzyki.


najlepszy moment: THE IDAN RAICHEL PROJECT & MARTA GOMEZ - CADA DIA

ocena: 7/10

16:05, rejczmen
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 199

SKALA

10-Ideału Potęga

9,9-9,0-widzę szczyta za szczytem, zaszczyt za zaszczytem

8,9-8,0-będę brał cię, cię, ehe

7,9-7,0-joł joł, joł joł joł joł joł, Wielkie Joł!

6,9-6,0-chuj na to kładę bo i tak damy radę

5,9-5,0-będzie dobrze dzieciak, elo, do góry głowa!

4,9-4,0-to nie z mafią układy tylko szoubiznes

3,9-3,0-to nie jest kawałek żeby się podobać, to pierdolony kit- dwa słowa

2,9-2,0-myślę Boże, czy jeszcze coś gorszego stać się może

1,9-1,0-ile dałbym by zapomnieć cię...

0,9-0,0-pozerskie gówna a prawdziwy rap to dwie odmienne kurwa sprawy!







było tu


ludzi