|
czwartek, 17 maja 2012
wydawca: Spongebath
Smutna wiadomość obiegła świat parę godzin temu - Donna Summer, legenda muzyki disco, nie żyje. Nie zgadniecie - rak. Ale ponieważ nie mam w zwyczaju aż tak rozpamiętywać osoby których nie znam osobiście (chyba że mówimy o takich postaciach, które naprawdę towarzyszą mi od zawsze - vide MCA), więc spieszę dla równowagi z dobrą wiadomością: zdałem prawo jazdy!! WOOHOO!!!!!!! No a teraz to co zawsze, czyli coś na kształt recenzji. Kontynuujemy wątek Self. W milenijnym, 2000 roku sypnęli chłopaki albumami - "Selfafornia" była jednym z tych trzech wydawnictw, a drugim - po "Self Goes Shopping" - opublikowanym w internecie. Nie słyszałem "Gizmodgery", ale "Selfafornia" prezentuje się jako zdecydowanie bardziej potrzebne wydawnictwo aniżeli "SGS". Przede wszystkim - słychać tu Piosenki. W porównaniu z "Feels Like Breakin' Shit" środek ciężkości inspiracji przesunął się z Nirvany na Weezera, może nawet tego późniejszego. Tyle że akurat Self do twarzy z tak bezwstydnie przebojowym, właściwie poprockowym graniem. Taki "Suzie Q Sailaway" właściwie mógł popełnić Maroon 5... a kręci jak cholera! Można by tu też dorzucić kalifornijskie granie z elementami ska typu Smash Mouth czy No Dount, do czego upoważnia chociażby fakt użycia dęciaków w "Wednesday Again". Przyznam też, że ze względu na niegłupiość, alternatywny mimo wszystko posmak tych kompozycji, kojarzy się to też z rodzimym The Car Is On Fire (np. "Shelf Life", "Anything Is Impossible"), zwłaszcza dzięki totalnie niepopowemu wokalowi. Co się nie zmieniło w stosunku do poprzednich albumów to zamiłowanie do eklektyzmu (choć tym razem już niekoniecznie o proweniencji jajcarskiej) - w "Puppy Love" słychać drum'n'bassowy loop, a "See If You Swim" zaczyna się gęstym bitem niczym z "Illmatica" jakiegoś. Bardzo fajne słuchadełko.
najlepszy moment: SEE IF YOU SWIM ocena: 7,5/10
poniedziałek, 14 maja 2012
wydawca: Spongebath
Kontynuujemy wątek Amerykanów z Self. Kolejny składankowy album, choć wymiary wydawnictwa wskazują EPkę czy maxisingla... Nieważne. Rzecz w tym, że mamy do czynienia z kolekcją remixów piosenek z poprzednich wydawnictw. Remixów dość osobliwych, dodajmy. Zresztą niech same ich nazwy przemówią za siebie: David Sanborn Mix, Billy Joel Mix, Super Mario Mix... I rzeczywiście, w tym pierwszym przypadku mamy do czynienia z totalnie konfekcyjnym smooth jazzem z saxem w roli głównej, drugi mix to a capella, a trzeci (jak zresztą pozostałe remixy) brzmi jak wyjęty z oldskulowej platformówki. Czyli znów eklektyczna beka. Nie aby od razu boki zrywać, ale można się uśmiechnąć z ulgą, bo poziom Strasburgera nie został osiągnięty. Problem jednak taki, że trzeba być raczej fanem oryginalnych wersji, by w pełni docenić te interpretacje. Ja do takowych się niestety nie zaliczam i chyba Wy też nie. Miłego wieczoru zatem.
najlepszy moment: CRIMES ON PAPER (DAVID SANBORN MIX) ocena: 6/10
niedziela, 13 maja 2012
wydawca: Dreamworks/Spongebath
Zostajemy przy gitarach. Jeśli nazwa kapeli w tytule dzisiejszej notki nic Wam nie mówi, to nie martwcie się - nie jesteście w tym sami. Pomimo współpracy z Dreamworks i piosenki umieszczonej na soundtracku do pierwszej części Shreka Self nie miał szczęście zaistnieć w świadomości masowego słuchacza. Nie aby był to objaw wielkiej niesprawiedliwości - ich granie jest co najwyżej sympatyczne. Z drugiej jednak strony - gorsze kapele robiły kariery, więc... Anyway, omawiane dziś wydawnictwo to składak, zbierający w jednym miejscu odrzuty z sesji do poprzednich płyt. Ale nie tylko z tego względu ciężko mówić o wielkiej spójności materiału. Otóż Self mają dość wyluzowane podejście do życia, a w szczególności do muzyki. Dlatego poza oficjalnymi parodiami ("Moronic" to dość rubaszna przeróbka "Ironic" Alanis M., natomiast "Titanic" czerpie z "Gigantic" Pixies) są tu też mniej pośrednie nawiązania do innych stylistyk/zespołów - "Having Dinner With The Funk" brzmi jak wprawka Trenta Reznora, "Pumpkinhead" już samym tytułem sugeruje, z brzmieniem jakiej legendy altrocka lat 90tych będziemu tu obcować, "Let's Pretend We're Married" Prince'a został podany tu na... punkowo (z coverów mamy także beatlesowsko brzmiacy "Dizzy" Tommy'ego Roe), a pozbawiony gitar i oparty na wyraźniej zarysowanym bicie "Life Could Be Swell" to (głównie za sprawą tekstu) prztyczek w nos mainstreamowych hiphopowców. Moglibyśmy dorzucić do tego worka Nirvanę, gdyby nie to, że ta inspiracja (podobnie jak ta Pixiesami) pojawia się tu raczej na poważnie. Reasumując - wszystkie muzyczne geek'i, zasłuchane w Weezerach i indie kapelach lat 90tych zapraszamy do odsłuchu. Wielkich doznań nie gwarantujemy, ale żałować też nie będziecie.
najlepszy moment: HEY, DECEIVER ocena: 7,5/10
sobota, 12 maja 2012
wydawca: DIY
I znów zmieniamy klimat. Nie ufam postrockowi. Moim zdaniem jest to jeden z najbardziej schematycznych gatunków muzycznych, w którym jedna piosenka brzmi jak reszta pozostałych na albumie, cały album brzmi jak wszystkie inne w dyskografii kapeli, a sama kapela brzmi jak setki innych. Melancholia i hałas, pochlipujące gitarki, budowanie napięcia aż do finalnej eksplozji, gdy wszystkie instrumenty idą w przód mixu, a perkusista nagle przypomina sobie o swoim istnieniu. Fakt, w warunkach koncertowych, które rządzą się swoimi prawami, wypada to o wiele lepiej, czego byłem naocznym świadkiem nieraz. Czy Explosions In The Sky należy do wyjątków potwierdzających regułę? Chyba jednak niezbyt. Mimo to jest w ich coś graniu angażującego, pozwalającego zapomnieć o ekstremalnej wtórności tych dźwięków. Sam zaś czwarty album w ich dyskografii, "The Rescue", ma alibi w postaci bycia efektem jednej, ośmiodniowej (stąd tytuły "Day One", "Day Two" itd.) improwizacji. Daruję sobie opisywanie utworów ze wspomnianych na początku powodów. Poza tym skończyłoby się to jednym wielkim namecheckingiem, ze szczególnym uwzględnieniem Sigur Ros, bo EITS też lubują się w podobnej majestatyczności dźwięków ("Day One", te dzwoneczki!). Jedynym utworem, który naprawdę wyłamuje się ze schematu, budując napięcie w mniej typowy sposób jest "Day Five". Choć jeśli by się uprzeć, to można by z kolei do Radiohead go porównać... Koko koko płyta spoko. Ale hymnu się z tego nie wykroi, nawet dla tych najbardziej melancholijnie nastawionych kibiców takiego grania.
najlepszy moment: DAY FIVE ocena: 7,5/10
czwartek, 10 maja 2012
wydawca: DIY
Ok, a teraz o koleżce co Donnis się nazywa. Kolejny młody wilk, Freshman 2010 według prestiżowego XXL'a. Niestety nasz bohater nie miał tyle szczęście (samozaparcia?) co inny laureat nagrody z tamtego roku, Wiz Khalifa, i wciąż nie wyszedł ponad poziom mikstejpów. Niby Atlantic mu wydał 2 lata temu EPke, ale jak na razie to tyle jeśli chodzi o działania na szeroką skalę. Licznik fanów na fejsie zatrzymał się na 12 tysiącach. Tyle to ma Verba, czyli widzicie, ta historia ciut gorzki posmak. Może rzecz w tym, że Donnis jest zbyt ogarnięty dla statystycznego amerykańskiego fana hiphopu? Nie znam biografii, ale coś mi się, że gdyby urodził się w 3mieście, to prędzej chodziłby do Buffetu niż Kongo Baru. Hipster, znaczy się. Zresztą już paru tego typu zawodników omawialiśmy na blogu - Childish Gambino, Chiddy Bang... Chyba można mówić nawet o nowym nurcie. Ja go propsuję. Nawet jeśli nie jest bezpodstawna opinia krążąca po necie, że Donnis rapem nie zasłużył na tak wysoki poziom bitów. Aczkolwiek też dramatu nie ma, przy odrobinie dobrej woli można go wyróżnić z tłumu. Ale fakt, ten mixtape to przede wszystkim podkłady. Niby mocno mainstreamowe w stricte elektronicznej aranżacji, ale zaproponowane z inteligencją i fantazją godną ziomków Donnisa z Atlanty, Outkastu. Szczególnie robią mnie fragmenty z żeńskimi wokalizami - jak nastrojowy tytułowy, "Everybody" czy umieszczony na przeciwległym biegunie, ostro rozerotyzowany "Ring My Ball". W ogóle to ostro rozśpiewany ten mixtape. A już "Me & My Boo" to taka przeginka pod tym względem, że aż się zastanawiam, czy to przypadkiem nie jest skądś zerżnięte. Warto sprawdzić, bo mimo wszystko wciąż jest szansa, że o chłopaku będzie głośno.
najlepszy moment: RING MY BELL (FEAT. DEV) ocena: 7,5/10 |
Archiwum
Zakładki:
Autorskie prawa
Czytam często i gęsto
Sprawdź mnie gdzie indziej
STARY BLOG! ZAJRZYJ KONIECZNIE!
Udziela(łe)m się
Ziomble
10-Ideału Potęga 9,9-9,0-widzę szczyt, a za szczytem zaszczyt za zaszczytem 8,9-8,0-będę brał cię, cię, ehe 7,9-7,0-joł joł, joł joł joł joł joł, Wielkie Joł! 6,9-6,0-chuj na to kładę bo i tak damy radę 5,9-5,0-będzie dobrze dzieciak, elo, do góry głowa! 4,9-4,0-to nie z mafią układy tylko szoubiznes 3,9-3,0-to nie jest kawałek żeby się podobać, to pierdolony kit- dwa słowa 2,9-2,0-myślę Boże, czy jeszcze coś gorszego stać się może 1,9-1,0-ile dałbym by zapomnieć cię... 0,9-0,0-pozerskie gówna a prawdziwy rap to dwie odmienne kurwa sprawy! |