Blog > Komentarze do wpisu

Led Zeppelin - Remasters

rok wydania: 1990

wydawca: Atlantic

 

Allo allo, dzyn dybry. Zaraz kończy się 1 listopada. Wiadomo, tour de groby i takie tam. Ale nie będę pisał o tym, które cmentarze zaliczyłem i na ile je oceniam. O tym może kiedy indziej. Dziś znów będzie o muzyce.

Miałem jednak dziś zagwozdkę w związku z dzisiejszym swiętem: gdyby można było przywrócić do świata któregoś z muzyków, to którego? Myślałem, myślałem, aż w końcu wymyśliłem, że... Johna Bonhama. Dokładnie tak. Nie Jimi Hendrix, nie John Lennon, nie Kurt Cobain, nie Czesław Niemen, a perkusista Led Zeppelin. Dlaczego właśnie on?

Może powieje herezją, ale moim skromnym zdaniem powrót powyższych byłby niepotrzebny. Oni już podarowali światu wszystko co mieli najlepszego. I mam spore wątpliwości, czy przywrócony Kurt nagrałby coś lepszego niż "In Utero" czy "Nevermind", czy Czesław Niemen dałby radę przebić "Enigmatic" (późniejsze dokonania wskazują, iż niekoniecznie), a czy John Lennon nagrałby drugie "Imagine". Co innego Bonham. Songwriterem to on był żadnym, natomiast perkusistą od początku do końca swego żywota najlepszym. I tylko starość i związany z nią reumatyzm mógłby to zmienić.

By udowodnić postawioną tezę, posłużmy się "Remasters", czyli składakiem z 1990 roku. Pewnie, jeśli mielibyśmy sięgać po najlepszą płytę Zeppów to na pewno nie mógłby to być żaden składak. Led Zeppelin to przecież nie Abba. Ale akurat składak dziś omawiany , w całej swej rozpiętości obejmującej całą karierę bandu, pokazuje najlepiej nieustający geniusz Bonhama. Udowadnia to zarówno "Communication Breakdown" z debiutu, jak i "In The Evening" pochodzący z ostatniego oficjalnego albumu zespołu, "In Through The Out Door".

By nie było - pamiętam o wymiataczach jazzowych. Pamiętam że Charlie Watts czy Ringo Starr to tez konkreciarze, a także na swój sposób pionierzy rockowego bębnienia. Natomiast z dzisiejszej perspektywy nie ma (i nie będzie?) lepszego od Bonhama. To był szaleniec. Czy mówiąc bardziej współczesnym językiem - krejzol. Prymityw napierdalający z całej siły, trzymający pałeczki w połowie ich długości. A przy tym wizjoner, który do dziś inspiruje. Technicznie nieludzki, choć ta jego gra była kipiejąca od ludzkich emocji i spontanu. Ani przez chwilę słuchając Led Zeppelin nie ma wątpliwości, że gra człowiek a nie maszyna, choć nieustannie zastanawia, jak człowiek mógł coś takiego "wystukać". OK, może i na "Remasters" nie ma paru klasycznych przykładów wielkości Bonhama jak "Moby Dick" czy "When The Levee Breaks". Ale hej! Słyszycie to genialne wejście na wysokości czwartej minuty w "Stairway To Heaven"? Czujecie ten reggeałowy feeling i przeokrutnie zajebiste brzmienie perki w "D'yer Mak'er"? A masakrę "Whote Lotta Love", a zwłaszcza w "orgazmicznej"partii utworu? A całość "Misty Mountain Hop"? Słyszycie to wszystko? Pewnie że słyszycie! Inaczej bylibyście czystej krwi ignorantami!

Nie chcę robić wykładu o Led Zeppelin, ponieważ o tym zespole można by godzinami pisać. Natomiast dziś też nasunęła mi się taka refleksja, że .... uhhh, boję się tego stwierdzenia... no to może inaczej: pierwsze płytki, opatulone kolejnymi cyframi rzymskimi, są uznawane jako te definiujące Led Zeppelin. Że kanon, klasyka, itp. itd. Zawsze jednak mnie zastanawiało jak to jest, że wychwala się jakąś płytę danego artysty (zazwyczaj jedną z jego pierwszych) natomiast on osobiście wynosi nad niebiosa zupełnie inną - przeważnie taką, której nikt nie lubi. I zapodaje teksty w stylu "tutaj dopiero słychać mój geniusz, jakim muzykiem jestem, taką płytę zawsze chciałem nagrać" blablabla. Natomiast dziś słuchając sobie nagrań z drugiego cedeka "Remasters", obejmującego okres od "Houses Of The Holy" do końca zespołu i... kurde, "No Quarter", jego brzmienie pełne czegoś, co z braku mniej banalnego określenia nazwijmy Magią... "Achilles Last Stand" z kapitalnym, galopującym tempem (ale nie mające absolutnie nic z wieśniackich galopad Iron Maiden czy innych power metali) i jedną z najzajebistszych solówek page'a. "Kashmir" z idealnie... IDEALNIE wplecioną orkiestracją, jednocześnie dostojną i groźną. Ciężar, który absolutnie heavy metalem nie jest. A co powiecie na absolutnie ujmujący "All My Love" (i nawet nie trzeba znać kontekstu "Robert Plant i piosenka dla zmarłego synka", by rzecz autentycznie wzruszała). Kurde, to był naprawdę coraz lepszy, coraz bardziej inspirujący zespół. 

Ale wtem na odtwarzaczu znów leci "Immigrant Song" i odlatuję, wyjąc razem z Plantem:

AAAAAAAAAAAAUUUUAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA AAAA!

(WARNING: ocena płyty jest tak niska tylko dlatego, ze wyższe noty są zarezerwowane dla regularnych wydawnictw. A poza tym nie mam nic do zarzucenia "Remastersom" i uważam to za najlepszy składak LZ na rynku)

 

najlepszy moment: STAIRWAY TO HEAVEN

(absolutnie oklepany banał, ale za każdym razem słysząc solówkę Page'a i grande finale tego numeru nosi mnie po pokoju. ZA KAŻDYM. I choćby za to należy się dla tego numeru wyróżnienie)

ocena: 9/10

niedziela, 02 listopada 2008, rejczmen
 Skala

10-"Ideału Potęga"

9,9-9,0-"widzę szczyt, a za szczytem zaszczyt za zaszczytem"

8,9-8,0-"będę brał cię, cię, ehe"

7,9-7,0-"joł joł, joł joł joł joł joł, wielkie joł!"

6,9-6,0-"ch** na to kładę bo i tak damy radę"

5,9-5,0-"będzie dobrze dzieciak, elo, do góry głowa!"

4,9-4,0-"to nie z mafią układy tylko szołbiznes"

3,9-3,0-to nie jest kawałek żeby się podobać"

2,9-2,0-"Boże, czy jeszcze coś gorszego stać się może?"

1,9-1,0-"ile dałbym by zapomnieć cię..."

0,9-0,0-"pozerskie gówna a prawdziwy rap to dwie odmienne k***a sprawy!"